Archiwa tagu: Mazury

Oddał życie za ideę mazurską: krótka biografia Kurta Obitza

„Zarówno urzędowo, jak i prywatnie często byłem pytany, kim w końcu jestem: Niemcem czy Polakiem. Zawsze odpowiadałem: Jestem Mazurem.”

Takie zdanie, oryginalnie wypowiedziane po niemiecku, przypisuje się Kurtowi Obitzowi w kontekście jego tożsamości narodowej. Choć nie znalazłem stuprocentowego, źródłowego dowodu na autentyczność tej wypowiedzi, można z dużą dozą prawdopodobieństwa uznać ją za prawdziwą.

A przynajmniej świadczą o tym czyny tego najzagorzalszego z Mazurów, niestety dziś nieco zapomnianego. Ów skrót jego życiorysu czynię na podstawie wstępu do książki K. Obitza Dzieje ludu mazurskiego, napisanego przez G. Jasińskiego, artykułu A. Szymanowicza Kurt Alfred Obitz – naukowiec i działacz mazurski (1907-1945) z Komunikatów Mazursko-Warmińskich oraz pomniejszych źródeł, jak na przykład wpisów z internetowej Encyklopedii Warmii i Mazur.

Kurt Alfred Obitz urodził się 16 stycznia 1907 roku w Brzozowie (niem. Brosowen) niedaleko Węgorzewa jako syn dość zamożnych rolników: Friedricha Kristiana i Ludwigi Karoline. Jego przodkowie na Mazury trafili prawdopodobnie w XVIII wieku ze Śląska. W jego domu rodzinnym w XX wieku nie mówiło się już po mazursku, w tym czasie mowa mazurska nie sięgała tak daleko na północ. Mimo to rodzina miała tendencje promazurskie, tak mocno w późniejszym okresie rozwinięte przez Kurta. Uczył się w królewieckim gimnazjum, a następnie podjął studia w Berlinie w Wyższej Szkole Weterynaryjnej. Niewątpliwie był zdolnym studentem, bowiem już w parę miesięcy po ukończeniu studiów otrzymał tytuł doktorski.

Z jednej strony mieliśmy więc szybko rozwijającą się karierę naukową młodego dra Obitza, z drugiej zaś problemy wynikające z jego tożsamości narodowej. Pierwsze ślady jego przywiązania do Mazur mają sięgać już czasów nauki w gimnazjum. Nieufność wzbudzał także na studiach – tam miał podać w aplikacji do jednej z organizacji studenckich narodowość mazurską, co wielu Niemców opacznie rozumiało jako identyfikację polską. Trzeba dodać, że działo się to w czasach międzywojennych, kiedy to nasilały się tendencje nacjonalistyczne w Niemczech, a tego rodzaju tożsamość, jaką prezentował Obitz, była podciągana pod uniwersalne straszydło narodowców o nazwie „Polengefahr”. Posądzano zatem Kurta o działalność szpiegowską, a sam Obitz utrzymywał wręcz, że otrzymywał listy z pogróżkami, pełne nienawiści i obelg. Domagano się także relegowania Kurta z uczelni, co, choć się nie udało, poskutkowało mniejszą karą, bowiem odmówiono udzielenia mu stypendium.

Jeszcze jako student zainicjował w 1929 roku czasopismo promazurskie Cech, pisane w większości po niemiecku, z późniejszymi wstawkami mazurskimi w serii Fryc z Płowców soli im. Warto wspomnieć, że wówczas nie znał jeszcze języka polskiego, posługiwał się natomiast dobrze językiem francuskim i angielskim. Pisał na łamach Cechu, zaznaczając, że Mazurzy żyją w pokoju i jednym państwie z Niemcami. „(…)Ale jesteśmy odrębnym narodem, jesteśmy Mazurami. (…) Tego głodu bycia sobą nie można uciszyć i wewnętrzny głos woła do nas i woła bezustannie, niby głos żywcem pogrzebanego”. W innym miejscu dopominał się o prawa gospodarcze i społeczne Mazurów: „Cech walczy z politycznym i gospodarczym upośledzeniem, występuje przeciwko bojkotowaniu i terroryzowaniu Mazurów, walczy o Prawdę, Wolność i Prawo! Mazur też jest człowiekiem i chce tak żyć i być traktowany”.

Jego etnicznie mazurski światopogląd połączony z poglądami socjaldemokratycznymi kolidował z falą narastającego nazizmu w Prusach Wschodnich. Nie można wykluczyć, że poglądami socjaldemokratycznymi nasiąkał w czasie nauki w Królewcu, który ówcześnie był niejako wyspą myśli lewicowej w konserwatywnym i coraz bardziej nacjonalistycznym morzu wschodniopruskim.

Przeciwnicy Kurtem zainteresowali się jeszcze mocniej, gdy rozpoczął działalność w ramach Masurenbundu – mazurskiej organizacji narodowej, głoszącej odrębność zarówno od Niemców, jak i od Polaków, nawołującej do poszanowania praw ekonomicznych i etnicznych ludu mazurskiego. Cech stał się wówczas organem prasowym tejże organizacji. Szczególnie rozjuszył wrogów wierszem Masurische Jugend – (pol. Młodzieży mazurska), gdzie łączył jawnie socjalistyczne elementy wraz z przypomnieniem, że Mazurzy w większości wywodzili się z Polski, nawoływał w nim także do walki o swoje prawa. O stosunku Kurta do narodowości polskiej i niemieckiej powiemy sobie zresztą jeszcze w dalszej części artykułu. Efektem nagonki na Kurta było pozbawienie go pracy w 1931 roku. Niedługo później Obitz w atmosferze skandalu przeprowadził się do Polski, co oczywiście było tylko pożywką dla spiskowych teorii szpiegowskich.

Kurt zaczął uczyć się języka polskiego, choć nigdy nie pozbył się silnego, niemieckiego akcentu. W Polsce znalazł pracę, założył rodzinę z Heleną Szylską (owocem tego małżeństwa była jedna córka). Nie ustawał jednak w swych wysiłkach na rzecz Mazur. Szukał sojuszników w różnych środowiskach – między innymi wśród tak zwanych Litwinów Pruskich, ewangelików litewskiego pochodzenia zamieszkujących północno-wschodnią część Prus Wschodnich, którzy także próbowali utrzymać swą odrębność etniczną. Ruchy tego typu nawoływały do niezależności Prus Wschodnich, tak zwanej Szwajcarii Pruskiej, gdzie dużą dozę wolności mieliby Niemcy, Litwini Pruscy oraz Warmiacy i Mazurzy. Ruch ten odwoływał się także czasami do Prusów jako protoplastów regionu. Tendencjom tym uległ w pewnym stopniu również sam Kurt, choć można uznać, że melancholia i poczucie ciągłości z dawnymi bałtyjskimi Prusami zdarzała się również i wśród innych znanych Mazurów, wystarczy poczytać chociażby Gdzie jest moja Ojczyzna? Edwarda Małłka, brata Karola.

Masurenbund i Cech przestały istnieć po dojściu nazistów do władzy. Obitz po przeprowadzce do Polski dołączył do polskiego Związku Mazurów działającego na terenie Działdowszczyzny. Głównymi działaczami były postacie takie, jak Karol Małłek, Jan Jagiełko-Jaegertal czy Gustaw Leyding. Członkowie lawirowali między realizacją interesów mazurskich, które były najważniejszym celem, a parawanem ochronnym, jaki roztaczała współ-praca z polskim wywiadem. Sam Obitz, jak wynika z tekstu G. Jasińskiego, miał do takiej współpracy odnosić się niechętnie.

Tu przyszedł czas na podsumowanie poglądów Kurta o Polsce. Widać wyraźnie, że Kurt nie był rozumiany przez stronę polską. Podczas, gdy on uznawał Polaków za sprzymierzeńców i pobratymców, choć jak podkreślał – na tyle różnych, by nie można było uznać Mazurów za Polaków, polscy działacze starali się wykorzystywać jego promazurskie nastawienie do własnych interesów. On zaś zręcznie próbował unikać tego uprzedmiotowienia, chociażby twierdząc o plebiscycie z 1920 roku, że był on walką dwóch obcych agentur o ziemię mazurską. Wielokrotnie w książce Dzieje ludu mazurskiego podkreślał historyczną, etniczną odrębność Mazurów, widać tam zręby koncepcji narodu mazurskiego.

Nieufność zresztą działała w obie strony. Przed wojną urzędnicy zajmujący się sprawą Obitza zalecali ostrożne przyglądanie się jego działaniom i niewystawianie od razu na czoło walk propagandowych, ponieważ czynił on z Mazurów podmiot, a nie przedmiot walk. Innymi słowy: choć niektóre działania Obitza znajdowały uznanie u polskich władz, jego mazurskocentryczne poglądy narodowe i podkreślanie odrębności nie mieściły się w uproszczonym podziale Polacy-Niemcy, który był stosowany przez sanacyjne władze. Podobnie zresztą o Obitzu pisała redakcja polskiego czasopisma Ziemia Wschodnio-Pruska. Z jednej strony brali Obitza w obronę, uważano za ofiarę niemieckiego nacjonalizmu, z drugiej zaś strony z lekką niechęcią przyjmowano jego pogląd na szczepową odrębność Mazurów (Ziemia Wsch.-Pruska oczywiście głosiła pogląd o przynależności Mazurów do narodu polskiego).

W 1934 r. Obitz brał udział w I Zjeździe Ewangelickiej Młodzieży Słowiańskiej w Czechosłowacji. Polska zbojkotowała to wydarzenie w następstwie polsko-czeskich konfliktów etnicznych, Obitz więc postanowił pojechać tam jako przedstawiciel Mazurów. Krok ten można uznawać za kolejną z prób podkreślenia, że chce prowadzić własną politykę wobec Mazur.

Podczas II WŚ ukrywał się na Wołyniu z żoną, ewangeliczką z Polski. Po zakończeniu kampanii wrześniowej wrócił w okolice Puław, gdzie pracował przed wojną. Został aresztowany już 8 lutego 1940 roku. Najpierw przebywał w więzieniu na lublińskim zamku. Na przesłuchaniach miał mówić, że jest Mazurem, to samo powtarzał swoim początkowo nieufnym współwięźniom. Miał także odmówić ponownego przyjęcia obywatelstwa niemieckiego, a w kartotece figurował jako bezpaństwowiec. Finalnie trafił do obozu koncentracyjnego w Dachau – tam zajmował się zwierzętami. Przetrwał wojnę, jednak w obozie jego mocno osłabiony organizm zaraził się gruźlicą. Zmarł 26 sierpnia 1945 roku w szpitalu będącym pod kontrolą aliantów, w bawarskim Lautrach.

Największym dziełem Obitza jest bez wątpienia rękopis Dzieje Ludu Mazurskiego z 1937 roku (wydany w druku dopiero w XXI wieku), gdzie jako jeden z nielicznych próbuje przedstawić historię regionu z mazurskiego punktu widzenia. Nie ustrzegł się jednak przeinaczeń, nieścisłości i ideologizowania swoich wypowiedzi. Ponieważ wówczas Mazury znajdowały się w granicach Niemiec, nie stronił od antagonizowania Niemiec i niemieckiego interesu z Mazurami i interesem mazurskim.

Można jednak odnieść wrażenie, że czynił to celowo z nadzieją, że Mazurzy kiedyś będą mieli szansę przeczytać tę książkę i wzniecić w sobie jeszcze raz mazurskie uczucia etniczne. Podejrzewam, że jako socjaldemokrata i człowiek światły nie był w stanie odczuwać niechęci narodowej, a jedynie nienawiść do nacjonalizmu jako idei niszczącej Niemcy.

W książce za szczególnie ważny moment uznaje najazd wojsk polsko-tatarskich na Prusy podczas potopu szwedzkiego. To wówczas miała się ukształtować odrębność osamotnionych przez Polskę Mazurów. Co ciekawe, najazd ten faktycznie musiał się odbić na mentalności mazurskiej. W książce J. Sczepana z 1900 roku odczytujemy mazurskie słowo tatarski w znaczeniu niemieckim tiranisch, a więc tyrański.

Za faktyczny początek ruchu mazurskiego Obitz uznaje 2 grudnia 1923 roku, a więc datę pierwszego spotkania późniejszych założycieli Masurenbundu. Do najważniejszych postaci mazurskich zalicza Gizewiusza i braci Bahrke. Bardzo krytycznie odnosi się do działań niemieckich w czasie plebiscytu i po nim (ogromna niechęć, nienawiść do wszelkich przejawów mazurskości w mowie i kulturze, od razu prowadząca do oskarżeń o zdradę Niemiec), ale nie zostawił też suchej nitki na dowodzących polską akcją plebiscytową, którzy po przegranej pozostawili garstkę propolskich Mazurów na pastwę nacjonalistów. Wymienia tu wdowę po Gottliebie Lince, opisywaną przez K. Sobolewską w pierwszym numerze reaktywowanego przez nas Céchu. Kobieta została pozostawiona bez środków do życia i bez kogokolwiek do pomocy (synowie zostali uwięzieni za rzekome kłusownictwo). Obitz komentuje: „Postępowanie takie udowodniło wszystkim, że agenci Wielkiej Polski chcieli się tylko posługiwać Mazurami, nie troszcząc się wcale o ich dobro”. Innym dowodem na przedmiotowe traktowanie Mazurów miało być postępowanie władz polskich wobec nich na Ziemi Działdowskiej (przyłączonej do Polski bez plebiscytu).

Obitz kończy swój wywód stwierdzeniem, że na ziemi mazurskiej to Mazur jest gospodarzem. A dalej uzupełnia:

„Wiemy, że nie zwyciężymy bez ciężkiej walki.
Wiemy, że lud nasz, który przetrwał tyle wieków, zginąć nie może.
Wiemy, że sprawa nasza jest sprawiedliwa, dlatego stoimy twardo na naszym stanowisku.
Nie możemy inaczej.
Tak nam dopomóż Bóg!”

Artykuł ukazał się po raz pierwszy w mazurskim kwartalniku Céch, nr 1/2019 (2), którego całość można przeczytać TUTAJ.

Etnolekt mazurski – czy kodyfikacja jest wykonalna? Burza (póki co jednego) mózgu.

Czy kodyfikacja mowy mazurskiej jest mission impossible? Czy jest swego rodzaju węzłem gordyjskim, ale z tą różnicą, że jego radykalne przecięcie rozminie się z celem? Często zadaję sobie to pytanie i nie mogę znaleźć jednoznacznej odpowiedzi. Mimo to nieustannie próbuję analizować zastane źródła, by cokolwiek z mowy Mazurów mogło przetrwać dla potomnych.

Kodyfikacją etnolektów mniejszościowych, lokalnych języków, często zagrożonych wymarciem, zajmowano się już praktycznie na wszystkich kontynentach świata. Od czasu do czasu słyszymy o spektakularnych próbach rewitalizacji rdzennych amerykańskich czy australijskich języków. Znany w Polsce jest też przykład niewielkiego języka wilamowskiego (proces rewitalizacji rozpoczęty przez Tymka Króla) – który decyzją parlamentu mógłby (choć pewnie nie będzie) zostać wpisany, obok języka kaszubskiego, do krótkiej listy języków regionalnych. Świetnie i skutecznie kodyfikację przeszedł ”dialekt literacki” – kurpiowski (nota bene ogromny szacunek za tak dyplomatyczne sformułowanie).

Sytuacja mazurskiego jest jednak na tyle rzadka, że zasługuje w mojej opinii na oddzielną analizę, której zaczynem może być niniejszy artykuł. Dodajmy do siebie wszystkie składowe, a zobaczymy, co można z tym zrobić, o ile cokolwiek można. Przed rozpoczęciem analizy pragnę także dodać, że temat został mi niejako podrzucony poprzez artykuł dr hab. Henryka Jaroszewicza o możliwości i konieczności kodyfikacji etnolektu śląskiego.

Szczerze mówiąc, nieco zazdroszczę innym grupom językowym, które często spełniają o wiele więcej warunków udanej kodyfikacji. Te czynniki, idąc tropem dr Jaroszewicza, ale też dorzucając swoje 3 grosze, można wymienić następująco:

  1. Aktualna liczba użytkowników danej mowy – nie ukrywajmy, czasami ilość bywa ważniejsza niż jakość. Rewitalizacja języka za sprawą jej kodyfikacji ma o wiele większe szanse na sukces, jeśli zwyczajnie jest do kogo z takim projektem się udać. Można nie tylko zbadać stan danej mowy w momencie kodyfikacji, ale też do tejże kodyfikacji użytkowników przekonywać. Ilu ludzi mówi po mazursku? Kilkadziesiąt osób na Syberii, kolejne kilkadziesiąt w Polsce, potencjalnie kilkadziesiąt-kilkaset w Niemczech. Stan tej mazurszczyzny nie zawsze jednak odzwierciedla dobry stan mazurskiego sprzed 50-100 lat.
  2. Potencjalna liczba użytkowników (baza ludnościowa) – liczba osób, które co prawda danej mowy nie znają, ale byliby w stanie identyfikować się z ludem, który taką mową niegdyś się posługiwał. W przypadku Mazur, w zależności od ostrości podejścia – od 2 do 15 tysięcy osób w Polsce, natomiast nie bardzo wierzę w możliwość masowego przywrócenia mazurskiego poza obszarem regionu – głównie w związku z naturalnymi procesami asymilacyjnymi i wielopokoleniowym oderwaniem od ojczystej ziemi. Potomków Mazurów w Niemczech jest szacunkowo około pół miliona, dlatego też mimo wszystko nie wolno zignorować tej bazy, nawet gdyby rewitalizacja miała przekonać tam znikomy promil, w sytuacji mazurskiego byłby to niemały progres. Trudnością wiodącą są niestety różnice językowe – rodzimy użytkownik polszczyzny pochodzenia mazurskiego o wiele prędzej nauczy się mowy przodków niż rodzimy użytkownik niemieckiego – głównie dlatego, że mazurski w swej strukturze jest słowiański, mimo rozlicznych wpływów germańskich, nie tylko leksykalnych, ale też i gramatycznych.
  3. Wzajemna spójność geograficzna i językowa gwar kodyfikowanego obszaru. W mojej opinii jeden z najważniejszych czynników, nawet ważniejszy od dwóch powyższych. Im bardziej wewnętrznie zróżnicowana jest mowa, tym więcej rodzi się wątpliwości związanych z faworyzowaniem danej gwary jako podstawy literackiej czy też na temat stopnia włączania gwar ościennych, ich słownictwa czy cech gramatycznych. Jednocześnie rodzi się pytanie o to, jak bardzo liberalne powinno być podejście – ile synonimów, ile opcjonalnych, ale akceptowanych zachowań użytkowników. W przypadku Mazur sytuacja zmusza do liberalnego podejścia. Po pierwsze użytkowników czy chętnych jest niewielu. Po drugie, ich mowy są często niezbyt spójne – dość powiedzieć, że ostródzki mazurski de facto jest mową wywodzącą się z wielkopolskiego obszaru dialektalnego gwary chełmińskiej i nie ma mazurzenia (wymowy sz, cz, dż, ż jak s, c, dz, z), zachodniomazurski wywodzi się od kolonistów mazowieckich z okolic Ciechanowa, Mławy czy Przasnysza, środkowomazurski to przeniesiona mowa kurpiowska, a we wschodniomazurskim da się wyczuć wpływy gwar suwalszczyzny. Innym realizacjom podlegają podstawowe głoski – przykładowo ”á” w ostródzkim wymawiano jako ”o”, środkowe Mazury jako ”å”, zachodnie i wschodnie zaś jako ”a”. Labializacje (wymowa o i u jako ło, łu) najczęściej pojawiały się w paśmie od Mrągowa i Giżycka po Pisz i Białą Piską, prejotacje (ji, jé zamiast i na początku wyrazów) głównie zaś w okolicy Mrągowa i Giżycka. Moje decyzje w propozycji kodyfikacji bywają więc dla niektórych niejasne – włączyłem tu labializacje i prejotacje, mimo, że znaczna część terenu mówiła inaczej.  Trzeba jednak zwrócić uwagę, że to właśnie tu obecnie żyje potencjalnie najwięcej potomków Mazurów – co widać po odsetku ludności ewangelickiej, tylko w tamtych okolicach i dodatkowo w pow. kętrzyńskim wahającej się około zawrotnego odsetka 1-2% całości populacji (wszędzie indziej jest jeszcze gorzej). Nie chcę jednak, by Mazurzy z innych stron czuli się wykluczeni z tego procesu, dlatego też bardzo liberalnie przyjmuję słownictwo ze wszystkich obszarów mazurskich (nawet słownictwo ostródzkie), tylko dostosowując je do środkowomazurskiej ortografii (przeznaczonej dla całego regionu). Akceptuję też liczne opcjonalności chociażby we fleksji – równie przyjaźnie patrzę na zachodniomazurskie -óm, jak na środkowo-wschodnie -ám (kónióm vs kóniám), czy na środkowe -rziá, -dzio oraz typowe dla reszty Mazur -rijá, -dijo (artilerziá vs. artilerijá, radzio vs radijo). Ten ogromny liberalizm na granicy językowej anarchii zdaje się tu jedyną możliwością uszanowania mowy wszystkich Mazurów, którym wszak tak bardzo historia poskąpiła szacunku.
    Jednocześnie zawsze podkreślam, że pierwszeństwo ma mowa domowa – jeśli ktoś pamięta inaczej z domu, ma prawo mówić po swojemu. Kodyfikacja tutaj staje się bardziej narzędziem dla tych, którzy chcieliby poznać mazurski, a nie mają takiej możliwości w swoim środowisku. Zatem skodyfikowany mazurski będzie siłą rzeczy nieco ”usztuczniony”, “zmiksowany”, co jest chyba nie do uniknięcia niezależnie od przyjętej strategii. Staram się jednakowoż unikać tworzenia neologizmów, a jeśli już jest to konieczne z braku zastanych słów w źródłach, próbuję naśladować te same tendencje, jakie miały miejsce w analogicznych przypadkach, nierzadko konsultując to z samymi Mazurami.

    Źródło: dialektologia.uw.edu.pl – wpływy zewnętrzne na dialekty Warmii i Mazur
  4. Rozproszenie ludności. Nie zawsze mały obszar ”naturalnego”, ”historycznego” występowania danego etnolektu to coś złego. Czasami miewa to duże znaczenie organizacyjne. W niewielkich Wilamowicach sprawy idą o wiele lepiej niż chociażby na Mazurach między innymi właśnie dlatego, że cała uwaga skondensowana jest na obszarze kilkadziesiąt razy mniejszym niż na Mazurach. U nas popularyzacja mazurskości powinna się odbywać na obszarze 12 mazurskich powiatów, a nawet 13, jeśli doliczać gminę Olsztynek, z niewiadomych powodów dołączoną do powiatu warmińskiego, olsztyńskiego.
  5. Stosunek do wpływów zewnętrznych i podobieństw do mowy dominującej. Na ile wpływały na daną mowę literackie odmiany ”dużych” języków czy też gwary ościenne? Jaki stosunek do tych wpływów mają użytkownicy? Czy należy ulec tej czy innej współczesnej preferencji użytkowników, niejako wbrew frekwencji występowania danych słów w źródłach? O tym pisywał też nieraz Grzegorz Kulik, tworzący korpus mowy śląskiej. Z tego korpusu często wyłania się używanie słownictwa łudząco podobnego do literackiej polszczyzny. Słowa te jednak z czasem zostały zastępowane przez rzadkie synonimy bądź germanizmy, co miało charakter manifestacji odrębności. Niniejszym ujawnia się między innymi tendencja do frekwencyjnie częstszego używania germanizmów w mazurskim czy śląskim. Mają one być dowodem na odrębność danej mowy od dominującej, literackiej polszczyzny (choć nie uważam, że trzeba cokolwiek udowadniać przez siłę). Nie zawsze jest to proces świadomy, to należy podkreślić. Po prostu germanizmy czy rzadkie lokalizmy są czymś wyraźnie innym, a ruchy regionalne podświadomie nastawione są na podkreślanie ”swojskości”. Nie musi mieć to nawet wiele wspólnego z sympatiami politycznymi – słówka te stały się tak naturalną częścią mowy, że ich pochodzenie bywa czasami trudno identyfikowalne dla niektórych użytkowników. Tak samo, jak wielu Polaków nie zdaje sobie sprawy, że używają germanizmów, mówiąc ”ratusz”, ”blacha”, ”farba” etc. W przypadku mazurskiego różne obszary cechowały różne natężenia wpływów niemieckich – największe właśnie w okolicach Mrągowa i Giżycka, najmniejsze zaś, zdaje się, w okolicy Działdowa i Nidzicy. Sam zresztą, na początku swej mazurskiej drogi, używając działdowskich słówek i działdowskiej, najbliższej polszczyźnie literackiej odmiany mazurskiego bywałem oskarżany o celowe, ideologiczne pomijanie germanizmów! Niektórzy zarzucali mi mówienie po ”mazowiecku”, “polonizowanie Mazurów”, podczas gdy źródła mazurskie z okolic Działdowa odzwierciedlają zbliżony stopień germanizmów, jaki w sposób naturalny używałem. Dopiero sztuczne dodanie liczniejszych germanizmów poskutkowało głosami akceptacji, bo taka mowa była bliższa temu, co pamiętają od dziadków czy rodziców. Dziś sam wręcz zauważam, że zdarza mi się przegiąć w drugą stronę…
    Źródło: dialektologia.uw.edu.pl – zauważ wyjęcie Działdowszczyzny z obszaru badań – powojenne badania nie obejmowały obszaru Działdowa i okolic, gdyż te zostały włączone do Polski już po I WŚ
  6. Emancypacja językowa potencjalnych użytkowników, wykształcenie i stopień urbanizacji. Niestety – wiejskie ośrodki będą sobie radziły o wiele słabiej. Ze względu na ważniejsze problemy lokalnych społeczności – takich jak bieda, wykluczenie, uzależnienia. Mniejszy udział miast to także mniejszy potencjał edukacyjny – brak ośrodków badawczych, brak warstwy inteligenckiej nastawionej na swoją kulturę i mniej lub bardziej chciane przypisanie danej kultury do ”tego, co było, do skansenu” czy do negatywnie rozumianej “wiejskości”. To widać jak na dłoni na Śląsku – miejskość kultury skutkuje takimi pomysłami jak zespół Oberschlesien, jak wydanie tłumaczeń literatury światowej czy Biblii. Wciąż niewykorzystany zostaje natomiast potencjał katowickiej czy opolskiej uczelni – ale tu chociaż jest z czego wybierać. Mazurzy, jeśli chcą się kształcić, muszą jechać co najmniej do Olsztyna, a większość i tak wybiera dalsze ośrodki jak Gdańsk, Toruń, Warszawa. Fakt, że olsztyński UWM nie spełnia praktycznie niemal żadnej roli w badaniu Mazurów i mowy mazurskiej, a ciężar ten spoczywa na dzielnie walczącej o przetrwanie pracowni dr Sobolewskiej w Warszawie, pozostaje godzien pożałowania. Trudno też powiedzieć, na ile ujednolicona ortografia przyjmie się wśród Mazurów – trudności rodzi użycie niestandardowych liter (zredukowanej i tak, choć w mojej ocenie koniecznych do wyrażania zjawisk fonetycznych), konieczność zainstalowania oddzielnej klawiatury polsko-mazurskiej, ale też zwyczajny lęk przed popełnianiem błędów (choć staram się ich nie wytykać) czy trudności w zmianie przyzwyczajeń (skoro można coś zapisać mniej-więcej polskim alfabetem, to po co to zmieniać). Do problemów natury emancypacyjnej wciąż zalicza się stawianie Mazurów wobec wyboru – Niemiec czy Polak, nie dając im jednocześnie tzw. trzeciej drogi, a więc pozostanie po prostu przy mazurskości. Na problem ten zwracał uwagę już działacz mazurski sprzed niemal 100 lat – dr Kurt Obitz, który za swoją promazurską postawę wylądował w obozie koncetracyjnym, oskarżony o szerzenie ”Polengefahr”. Podobny los spotykał innych działaczy mazurskich – za rządów niemieckich oskarżani o szerzenie polskości, musieli się ukrywać przed wywózką do obozów, za rządów polskich uznawani za Niemców i poddawani szykanom. Brak masowego wsparcia ze strony nieinteligenckich Mazurów, zajętych raczej radzeniem sobie z biedą i wykluczeniem, nie poprawiał sytuacji działaczy i często pozostawiał ich w osamotnieniu. Sami Mazurzy muszą się też nauczyć myśleć wysoko o swojej mowie. Zrozumieć, że jest tak samo dobra i ważna, jak każda inna, ale miała mniej szczęścia w historii.
  7. Wsparcie organów samorządowych i państwowych – tutaj niestety wciąż jest to kropla w morzu potrzeb. Temat mazurski został skutecznie zepchnięty na margines świadomości. Cóż począć, gdy nawet osoby tworzące książki o Mazurach zagadnięci o ”kwestię mazurską” odpowiadają: ”ale jaką kwestię mazurską? Żadnej kwestii nie ma”. Nie wiem, na ile te osoby spotykają tych samych Mazurów, co ja, bo w mojej opinii w duchu dziesiątki, jeśli nie setki Mazurów czekają na jakąś symboliczną formę rozliczenia z przeszłością i zmiany teraźniejszości, zawalczenia o to dziedzictwo. W takiej atmosferze, gdy resztki Mazurów cicho szepczą o swoich prawach, a reszta uznaje ich za lud wymarły, trudno jednak oczekiwać wsparcia od laików – samorządowców, którzy w większości są osobami zajmującymi się zarządzaniem i gospodarowaniem, a nie tworzeniem świadomości kulturowej na swoim terenie.

Te wszystkie czynniki pokazują, przed jak karkołomnym, niemal niemożliwym zadaniem stoi społeczność mazurska. Jeśli chce przetrwać – musi przez to przebrnąć. Bez kodyfikacji (albo przynajmniej tej dotychczasowej, bardzo anarchistycznej semikodyfikacji) nie będzie słowników, podręczników, a żaden polityk (lokalny czy nie – nieważne, to on rozporządza środkami) nie spojrzy przychylnym okiem, uzna taką propozycję za niepoważną. To też ogromna kwestia prestiżu – mowa bez własnego zapisu i normy, choćby liberalnej, pozostaje potoczna, ”prosta”, a więc w mniemaniu wielu – niepoważna. Przecież to stąd właśnie bierze się głupia tendencja do używania mów lokalnych wyłącznie do śmiesznych piosenek czy niewybrednych żartów. Czy kodyfikacja w takich warunkach jest możliwa? Nawet jeśli nie, trzeba spróbować. Chciałbym zaprosić wszystkich do dyskusji nad tą sprawą wielkiej wagi i rangi.

Efekty tych prób można zobaczyć na stronie fb Mazurskie Słówko na dziś, grupie ”Mazurská Gádkä” oraz stronie mazurska.eu.

“Zaginiona” mazurska powieść sprzed 120 lat rzuca nowe światło na język Mazurów

Nieczęsto zdarzają się chwile tak podniosłe dla lokalnego języka jak ta. Przed paroma dniami skontaktował się ze mną znany dialektolog, dr Artur Czesak. Wieść, którą ze sobą niósł, zwaliła mnie z nóg. Oto okazuje się, że w małym westfalskim miasteczku w 1900 roku wydano przekład angielskiej powieści. Nie po niemiecku, nie po polsku – a po mazursku. To ponowne odkrycie zapomnianej całkowicie pozycji może raz na zawsze odmienić nasze postrzeganie Mazurów i stosunek ludzi do tej mowy. Czytaj dalej “Zaginiona” mazurska powieść sprzed 120 lat rzuca nowe światło na język Mazurów