Archiwa tagu: książka

Wiera Jensen – medyk wojskowy na misji i z misją (wywiad)

Wiera Małamá Jensen (wcześniej Lorentzen) – kobieta ze wszech miar nieprzeciętna. Mamma doc – bo tak wołali na nią kompani. Lekarz wojskowy z powołania. Postanowiła opisać swoje przeżycia z misji na Bałkanach i w Afganistanie, by wesprzeć tym innych medyków wojennych – cichych bohaterów i świadków wielu ludzkich tragedii. Często niezauważanych, gdy światła reflektorów skupiają się na żołnierzach. Jej książka jest właściwie autobiografią, poświęconą nie tylko doświadczeniom z wojny, ale też z młodzieńczych lat w Polsce, którą jako pół-Żydówka musiała opuścić po wydarzeniach marca 1968. Niezwykle burzliwe życie Wiera zamknęła na kartach swojej książki. Dziś mieszka z rodziną i pracuje jako lekarz w Danii. W przyszłości być może doczekamy się przekładu na polski dzięki studentom skandynawistyki z koła tłumaczy z Uniwersytetu Gdańskiego. Fragment w języku kaszubskim Czytelnicy znajdą już teraz pod wywiadem.

W swoim życiu w różnych miejscach w różnym czasie doświadczyłaś nienawiści, która miała podłoże narodowościowe. I w Polsce, i w Danii, nie mówiąc już o Bałkanach. Skąd się bierze ta nienawiść Twoim zdaniem?

Z nietolerancji i niewiedzy. Jak ludzie są biedni, jak nie mają pieniędzy i wykształcenia, nie mają możliwości usłyszeć, co się na świecie dzieje i jak ktoś się boi, że straci dziecko, to gdy przychodzi jakiś zabobonny głupiec i mówi, że to inni kradną, to wierzy w to i potem jeszcze innym coś podobnego powtórzy, i tak się rodzi nienawiść. To samo widziałam i w Afganistanie, i na Bałkanach, że to po prostu zabobony. Ludzie się nie uczą, nie mają wiedzy. A jak się nie ma wiedzy, to można głupstwa opowiadać, a jeszcze jak jest się biednym i jak się mówi, że to jest wina sąsiada, że się jest biednym, bo sąsiad jest inny to bardzo łatwo mieć wymówkę, żeby na kogoś napaść, bo to przecież jest wróg. I wtedy się wymyśla, że niby nie o to chodzi, że się komuś zrobiło krzywdę, ale że się swoim pomogło, że niby taki Robin Hood, a to przecież nieprawda. Jeżeli się walczy z ignorancją i niewiedzą, jeżeli się da ludziom wykształcenie, to naprawdę można zapobiec nie tylko pogromom, ale i wojnom.

Gdy mieszkałaś w Polsce w pierwszych latach swojego życia, z uwagi na mieszane pochodzenie różnie to bywało z traktowaniem. Pytam o sąsiadów, ludzi, którzy Cię otaczali.

To było różnie. Bo dużo dzieci sąsiadów tłukło i mnie, i mojego brata. Za to, że mój ojciec był Żydem, a mama Rosjanką. A moje imię Wiera jest typowo rosyjskie. Więc jak my się chcieliśmy bawić, to bili nas, kopali, pluli na nas, aż matka powiedziała, żebyśmy się bronili. W szkole podstawowej leżałam długo w szpitalu, bo miałam zapalenie stawów i jak chodziłam o kulach, to mi podstawiali nogę. I to było moje dzieciństwo. Bawiłam się czasami z jedną dziewczynką, ona nie była Żydówką ani pół-Żydówką, ani pół-Rosjanką, ale jej ojciec był bardzo biedny. Był szewcem i oni mieszkali w piwnicy. Ale inne dzieci z nią nie chciały mieć nic wspólnego, bo widać było, że to bardzo biedna rodzina była. Akceptację znalazłam dopiero w liceum, gdy poszłam do harcerstwa, tam mnie zaakceptowali taką jaką jestem. Ale ja też muszę pamiętać, że tatuś mi opowiadał, jak w 1967 roku, gdy go wyrzucili z pracy za Gomułki, to przyszli jego starzy koledzy, żeby mu pomóc i tatuś dostał pracę jako pikolo, taki co pomaga w fabryce. I potem jeszcze inni próbowali mu ekonomicznie pomóc. Przynosili mu jakieś żarówki, to jakaś firma elektryczna była. To, że oni mu te żarówki dawali, może było trochę nieuczciwe. Ale w ten sposób próbowali mu pomóc. Także byli też ludzie, którzy chcieli pomóc.

A jak to wyglądało, kiedy jako nastolatka przyjechałaś do Danii?

Jak myśmy przyjechali do Danii, to najpierw mieszkaliśmy na takim okręcie, wtedy przybyło do Danii 2-3 tysiące ludzi pochodzenia żydowskiego, w większości pół-Żydzi jak ja, ale “cali” Żydzi też byli, to nie ma znaczenia. Ale było bardzo dużo szlachetnych Duńczyków, co nam pomagali. Myśmy nic ze sobą nie mieli. Oni przynosili odzież, meble, zapraszali nas na różne imprezy. Ale jak poszłam do liceum w Kopenhadze, to ono było w dzielnicy, gdzie jest prostytucja, narkomania, alkoholizm. I w tej mojej klasie to się czepiali niektórzy, nie wszyscy, ale niektórzy czepiali się mnie i mojego kolegi Marka, który także był pół-Żydem. Rozrabiali jak wszyscy młodzi ludzie, ale zawsze spychali winę na mnie i Marka. I wtedy dostałam bzika, bo sobie pomyślałem: w Polsce mnie nie akceptowali jako człowieka, w Danii mnie też szkalowali. Myślałam wtedy, że skoro i Duńczycy nie chcieli mnie akceptować, to ja do Izraela mogę sobie wyjadę, bo na czole wtedy nie jest napisane, jakiego ja pochodzenia jestem. I jedyne do czego tęskniłam, to żeby być zaakceptowana jako człowiek. Więc w Danii też są problemy i to jest typowe, że problemy były wśród nieuków i tam gdzie jest biedota, gdzie się nie ma wykształcenia. A ci, co pomagali ludziom, to na ogół byli ludzie wykształceni. I to jest dowód jeszcze raz na to o czym mówię. Jeśli ludziom da się wykształcenie, możliwość pracy i możliwość wrzucenia czegoś do garnka, to nie mają potrzeby, żeby być złośliwym i zawistnym.

A kiedy przyszedł ten czas, że w końcu poczułaś się akceptowana?

To było w trzeciej klasie licealnej. Ja się pobrałam wtedy z moim małżonkiem między drugą a trzecią klasą, a zaszłam w ciążę w trzeciej klasie, bo myśmy nie chcieli być starymi rodzicami. Jest taki obyczaj w Kopenhadze, że jak się zda maturę, to się biega naokoło w centrum i wtedy właśnie ktoś zauważył, że mój brzuch jest trochę duży i spytał, czy ja jestem w ciąży. I wtedy nagle zaczęli uważać na mnie, gdzie ja mam siedzieć, uważać, bym nie daj Boże nie upadła i wtedy zauważyłam nagle akceptację, bo miałam mieć dziecko z Duńczykiem. Wtedy właśnie mnie zaakceptowali.

Opowiadałaś, że jak jechałaś pierwszy raz na Bałkany, to tak naprawdę medycy nie byli przygotowani na to, co tam może ich spotkać i że to były przeżycia traumatyczne. Ale gdy jechałaś potem już w inne miejsca, do Afganistanu, wiedziałaś, co Cię czeka, a mimo tego chciałaś pomagać na wojnie z własnego wyboru. Dlaczego?

To zdaje się, że i przez moje pochodzenie, i przez historię. Dlatego, że jak byłam dzieckiem, to się opowiadało o harcerzach i sanitariuszach w powstaniu warszawskim, o tym jak pomagali ludziom, nawet dzieci. A poza tym dwóch przodków z rodziny od strony mojej mamy, która pochodzi ze staroruskiej szlachty, było chirurgami wojennymi w carskiej armii. I tak mi się wydaje, że to, że się ratuje ludzi i się nie patrzy, czy samemu się jest zagrożonym, to jest najlepszy uczynek lekarski. Żeby ratować ludzi. A to, że strzelają naokoło… to po prostu dla mnie ideał był, ci moi przodkowie. Taki wielki ideał, że ludzie ratują i nie myślą o sobie, obojętnie co się dzieje, nieważne, że strzelają i granaty wybuchają. I chyba stąd to się wzięło. Około 1,5 roku przed wyjazdem z Polski byłam harcerką i nas uczono jak się strzela, jak maski gazowe działają. I uczono nas, że jak kraj będzie zaatakowany, to my harcerze musimy go bronić. Sądzę, że od tego czasu to siedziało we mnie. Że chcę jakimś wojakiem być i jednocześnie lekarzem, i chcę ratować życie.

Historia Twojego rodu to też niesamowita opowieść.

Mój protoplasta nazywał się Małóm (w literaturze polskiej znany jako Mał – przyp. autor) i był księciem plemienia Drewlan, którzy zamieszkiwali dzisiejszą Ukrainę. On chciał poślubić księżniczkę Olgę, której męża zabił. Mój prapradziadek był marszałkiem carskiego dworu i jego zamordowano razem z carem Mikołajem II. Z babki strony moja rodzina nazywała się Runicz, a dziadek był pół-Serbem. I on też był lekarzem, chirurgiem u cara, który zginął na Kamczatce razem z białymi, bo nie chciał iść do komunistów, do czerwonych. A drugi też był lekarzem i też zginął, ale niedawno się okazało że ktoś z rodziny uciekł na Maltę, on także był lekarzem i jego potomkowie tam do dziś żyją.

Co myślą o tej bardzo skomplikowanej, ale i arcyciekawej historii rodzinnej Twoje dzieci?

Mój dziadek miał tylko dwoje dzieci. Syna z czwartej żony i moją mamę. I jego syn miał tylko jednego syna, który się nazywał Misza i który zaczął szukać informacji o naszym rodzie. I znalazł w Moskwie w bibliotece historię naszej rodziny, spisaną przez naszych przodków. Tam jest genealogia od X wieku. Ale Misza chciał być popem i nie miał dzieci. To pomyślałam sobie, że skoro moja rodzina jest taka stara, to moje dzieci muszą o tym wiedzieć i spytałam moich trzech synów, skoro ród po Miszy zaginie, czy nie chcą przyjąć nazwiska po mojej matce. I cała trójka przyjęła to nazwisko i teraz piątka moich wnuków też się nazywa Małamá. Ale okazało się, że Misza już nie ma chęci zostać duchownym, ożenił się i ma trzech synów. Zatem ród Małamá dalej trwa.

Co wiesz o Kaszubach?

Ja bardzo malutko wiem. Oczywiście żeśmy słyszeli w szkole o Kaszubach, że Kaszubi też się bili o swoją wolność. To nam w szkole podstawowej już mówili. Na moim ostatnim obozie harcerskim na Kaszubach wieczorem było ognisko i żeśmy okolicznych mieszkańców zaprosili i niektórzy zaczęli mówić po kaszubsku i ja nic nie mogłam zrozumieć. Dlatego to mnie bardzo ciekawi, co to są za ludzie, czy to są jacyś potomkowie Wikingów? Mam wrażenie jakby kaszubski to była taka mieszanka skandynawskiego, polskiego i czegoś jeszcze innego, ale nie wiem czego. Czytałam historię Danii i czytałam o księciu kaszubskim, którego usynowiła nasza królowa Małgorzata i który został potem skandynawskim królem. Nazywa się po duńsku Erik af Pommern, Eryk Pomorski.

Mamma doc: Krigslæge på mission (2011) – vëjimk
Wiera Małamá Lorentzen
z denscjégò jãzëka tłom. Macéj Banjdur

– Shit! Granôtnjik! – wołô Casper, dovódca woza. Vjidzã jak sã krëje za lúkõ, cjéj maszinjévera zapãcała salvõ sztëk dalé. – Dochtorkò, natëchstopach vëcignjice pistólã! – zakòmanjdérovôł. Jô vjém, że sã zrobjiło pòvôżno. Jeżlë bõdzemë mùszëlë wostavjic wóz, mùszã mjec brónj v pòszëkú – temù, że nji móżemë jã wostavjic, co wona bë vpadła v rãce talibóv, ë temù, cobë sã wobronjic búten, gdze kùle dërch pãcajõ v metalovi srõb Piranjijé. – Co tacji neuhausen móże tam pòmòc? – jô pitajã sama se, cjéj jô nalazła pistólã. Krev v żëłach chùcé bjegnje, cjéj mëszlã wo vinscim na vestrzódk placë bòju, terôz jednak jezdzimë donõd a nazôd, co talibòvje bë mjelë trúdnjé nas wustrzelëc. – Nilusz (śp. mąż Autorki – przyp.), jô bë tak barzo chca wuzdrzec ce zôs – mëszlã. Mòje serdce bjije jak hômer ë jô jem gvës, że wono je czëc chòc strzód głëszõcëch eksplozij. Mëszlã wo żôlnérzach, gazétnjikach ë sanitariuszach, co tëch talibòvje mjelë vzãté v pònjimanjé. Przedstôvjóm so njeprzëjemné scenë, ale zmùszóm sã do racionalnégò mëszlenjô. Jô jem woficéra, dochtór ë bjałka. To mje robji vôrtnoscovõ pònjimanckõ. Jô so przëbôczajã z kùrsóv, że jidze wó to, co człovjek bë béł pòrivaczóm przëgódni, jeżlë chce przeżëc. Przëszło mje do głovë, że móm vzãté mët svòjã gitarã. – Jô bë jim Bobóv Dylanóv lëfórka tak szëkùtała, co wonji bë jesz pjenjãdze dalë, cobë bëlë mje lós. – gôdajã do se. Koncenjtrëjã sã téj na Niluszu, chtëren żdże doma. Cjéj zamknã woczë, vnet czëjã jegù remjona vkół se ë zdrok jegù cemnobrúnëch, żôlõcëch sã dlô mje woczi, ë to daje mje wubëtk, chòcô búten trëvô bój. V mëslach mògã czëc jak rzecze: le spòkójno, bjałeczkò, jesz przindzesz dodóm do mje. Słova przënoszõ mje wodpòczëcé. Mùszã sã vzic v nacht, bò chòc nje pòmògã ve strzélanjim, mògã zrobjic co le pòtrafjã, bë knôpji mjelë jak nôlepszé varëncji svòjã robòtã robjic. – Chcesz të kavë? – jô pitajã dovódcã. Tú bënë je casno ë gòrõco, a vjém, że v gardle robji sã sëchò, cjéj adrenalina skôcze. Nódto kava pòmôgô sã wobdac. Mòji knôpji sõ wubronjoni le v maszinpistóle, ale jesz na vjérzk sõ téż żôlnérze v Worzłach z cãżcjimi maszinjéveramë, chtërni robjõ co mògõ, żebë domòglë talibóv na terenje za vjoskõ. Nji móm pòjmjenjô jak dłúgò varô bjôdka. Pò jednémù mje sã vjidzi to blós cjile sekùnjdami, pò drëdzjémù móże mómë tú vësedzałé vjele dnji. Je tak, cjéjbë czas v wojnje sã rozmił. Nji mògã njic zrobjic, téj jak jú móm dóné knôpóm kavë ë mjodnosci, vëjimajã roman wo Jindiôkach z Nordové Americji v dobje kamjenja ë bjerzã sã do czëtanjô. – Kòpanjita mje abò szmërgnjita czim v głovã jak bõdze vama co do brëkù – krzikajã do dovódce. Za chtëren czas mògã czëc słabé brzëmjenjé, zvãk znôjma robji sã vëszszi ë vëszszi. – Vspjarcé z pòvjetrzô – mëszlã. Vnim przez tumùlt przebjijô sã zvãk eksplozëjé. Zemja drëżi pòd Piranjijõ. Pònemù sã stało sztël. – Jú je pò vszëtcjémù – scvjerdzô dovódca. Dostajemë przez redio rozkôz jachac dalé. Cjéj vëjéżdżómë na wotemkłi teren, rëchtëjemë môl do schronjenjô ë stôvjómë lôdzjer. – Pòj le tu zazdrzec – gôdô dovódca. Piranjijô je czësto pòdzúravjonô, rëmnjicji z wognjiczim pòtłëkłé v përzënë a réfë pòprzebjité. – Véjle, dzisô më dostalë vcjidłé.

Wywiad został przeprowadzony w 2015 roku i ukazał się w Skrze w numerze 1/2015 (4), dostępnym w archiwum.