Archiwa tagu: kaszëbjizna

Problem z definicją terminu „język regionalny”

Na konferencji zatytułowanej „Polszczyzna wczoraj i dziś – pamięć, inspiracje, perspektywy”, zorganizowanej z okazji 60-lecia gdańskiego oddziału Towarzystwa Miłośników Języka Polskiego w dniach 21-22 października br., jedna z kilku sekcji poświęcona była językowi kaszubskiemu. Wystąpili na niej językoznawcy z Uniwersytetu Gdańskiego: Danuta Stanulewicz, Hanna Makurat-Snuzik, Marek Cybulski oraz Artur Jabłoński z Dwujęzycznej Prywatnej Szkoły Podstawowej Naja Szkòła w Wejherowie, który podjął próbę odpowiedzi na pytanie „Czy nadanie językowi kaszubskiemu statusu języka regionalnego zamknęło w Polsce dyskusję na temat tego, czy kaszubszczyzna to język czy dialekt?” Artykuł, który publikujemy w Skrze, jest nieco zmienioną wersją tekstu wygłoszonego na konferencji.

Wśród polonistów i językoznawców w Polsce dość powszechny jest pogląd, że odkąd w Ustawie o mniejszościach narodowych i etnicznych oraz o języku regionalnym z dnia 6 stycznia 2005 język kaszubski został uznany za język regionalny, zamknięty został „toczący się od XIX wieku spór na temat tego, czy jest to język, czy dialekt” (Ostrowska 2016: 104, Sagan-Bielawa 2016: 11; zob.: Treder 2013, Wicherkiewicz 2014, Zieniukowa 2005). Jednocześnie jednak niektórzy – również i ja chcę do nich dołączyć – wskazują, iż: „istotnym problemem terminologicznym jest świadomość definicji języka regionalnego” (Ostrowska 2016: 104, Sagan-Bielawa 2016: 9-10). Europejska karta języków regionalnych lub mniejszościowych, a za nią polska Ustawa z dnia 6 stycznia 2005 r., podają następującą definicję:

a) „języki regionalne lub mniejszościowe” oznaczają języki, które:

(i) są tradycyjnie używane na określonym terytorium państwa przez obywateli tego państwa tworzących grupę mniejszą liczebnie od pozostałej części ludności tego państwa,

(ii) różnią się od oficjalnego języka (języków) tego państwa, nie obejmuje to ani dialektów oficjalnego języka (języków) tego państwa, ani języków migrantów

(EKJRM art. 1).

W polskim prawodawstwie termin „języki regionalne” został zaczerpnięty wprost z praktyki prawnej Republiki Fedaralnej Niemiec, z nomenklatury obowiązującej w odniesieniu do języka dolnoniemieckiego (Wicherkiewicz 2014: 234). W językoznawczej tradycji europejskiej określenie „języki regionalne” ma dość ugruntowaną pozycję. Funkcjonuje we Francji (langues régionales) i we Włoszech (dialetti) (za: Wicherkiewicz 2014: 78). W filologii polskiej dopiero Alfred Zaręba w 1988 r. zaproponował, by traktować termin „języki regionalne” bliskoznacznie z pojęciem „mikrojęzyków literackich” stosowanym przez Aleksandra Duliczenkę, profesora katedry slawistyki Uniwersytetu Tartuskiego w Estonii (Zaręba 1988: 76-86). Termin „mikrojęzyk literacki” (Duliczenko 1981), posłużył Diliczence do nazwania etnolektów postrzeganych jako ogniwo pośrednie pomiędzy dialektem i językiem, które tradycyjne słowiańskie językoznawstwo traktuje zwykle jako dialekty, regionalne wersje języka ogólnego. Mikrojęzyki literackie nawiązują często do starszych tradycji literackich (gramatyką) i dążą do kodyfikacji. Charakteryzują się peryferyjnym lub wyspowym charakterem, a ich literatury prezentują węższą paletę gatunków (zob. Wicherkiewicz 2014: 35-36).

Przed wejściem w życie regulacji Ustawy z dnia 6 stycznia 2005 r. terminu ”język regionalny”, jak zauważa Mirosława Sagan-Bielawa, „nie stosowano w wypadku polskiej rzeczywistości językowej w odniesieniu do kodu mającego być z założenia czymś odmiennym niż język polski i jego odmiany (gwarowe, regionalne)” (Sagan-Bielawa 2016: 9). W świadomości większości społeczeństwa, w tym także polonistów, którzy mają przecież olbrzymi wpływ na stan wiedzy kolejnych pokoleń, funkcjonuje więc inna definicja pojęcia „języka regionalny”. Różni się ona zasadniczo od definicji prawnej, jak również tej postulowanej przez Alfreda Zarębę w oparciu o pojęcie „mikrojęzyk literacki” Aleksandra Duliczenki z lat 80. XX w. i nie mającą nic wspólnego z terminem „kolateralne języki regionalne” zaproponowanym już w XXI w. przez Tomasza Wicherkiewicza.

Określenie „język regionalny” jest terminem znanym Polakom od połowy ubiegłego stulecia z klasyfikacji odmian współczesnej polszczyzny Zenona Klemensiewicza (Klemensiewicz 1953). Obejmuje odmiany gwarowe języka polskiego. Zgoła inaczej, niż chcieli twórcy definicji z EKJRM oraz z Ustawy z dnia 6 stycznia 2005 r. Dla Zenona Klemensiewicza i pokoleń wychowanych na zaproponowanej przez niego terminologii, „język regionalny” nie jest konkretnym systemem językowym, ale opartym na tradycji językiem „milionów Polaków, przede wszystkim chłopów polskich, zwłaszcza starszego i najstarszego pokolenia” (Klemensiewicz 1982: 369). Polski językoznawca postulował stosowanie go „w opozycji do języka ogólnego” (Sagan-Bielawa 2016: 9), będącego „w węższym lub szerszym zakresie własnością wszystkich wychowanków szkoły podstawowej” (Klemensiewicz 1982: 369).

Pomimo prawno-politycznego usankcjonowania, język kaszubski pisany z przymiotnikiem „regionalny” lub wprost „język regionalny” bez określenia „kaszubski”, ogołocony jest w ten sposób istotnego dlań prestiżu. To z kolei może stanowić pożywkę dla ciągłego odżywania dyskusji język czy dialekt, która tli się jednak cały czas w Internecie, medium nieobojętnym dla nikogo we współczesnym świecie. Na przykład językoznawca Artur Czesak, na pytanie internauty: „Czy język kaszubski jest dialektem, czy oddzielnym językiem? Docierają do mnie sprzeczne informacje na ten temat. Proszę o rozstrzygnięcie.”, odpowiada: „Na gruncie prawnym sprawa jest oczywista (…). Ustawowy zapis bynajmniej nie rozstrzygnął sporów, które od z górą stu lat toczone są w kręgach językoznawców, publicystów, socjologów, historyków, polityków i wielu zwykłych obywateli. Tzw. „kwestia kaszubska” w polskich kręgach językoznawczych nie wydaje się zamknięta https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/jezyk-kaszubski;7855.html

Parafrazując Jadwigą Zieniukową, która napisała, że „[p]ytanie o status kaszubszczyzny to w istocie pytanie o prestiż tej mowy” (Zieniukowa 2001), można obecnie stwierdzić, iż pytanie o prestiż języka kaszubskiego jest w istocie pytaniem o zachowanie i rozwój kaszubskiego jako języka zagrożonego. Do postawienia tej tezy skłoniły mnie obserwacje poczynione z jednej strony z punktu widzenia badacza, a z drugiej spostrzeżenia użytkownika języka kaszubskiego, nauczyciela tegoż języka w dwujęzycznej szkole podstawowej Naja Szkòła w Wejherowie oraz współtwórcy “Strategii rozwoju języka i kultury kaszubskiej” z 2006 r., w której założono, iż należy “uczynić język kaszubski zdolnym do trwania i rozwoju” (SORJKK 2006: 9).

W kontekście rozważań „o prestiżu” języka ważne jest pytanie o stosunek do niego jego użytkowników (Majewicz 1989; Wicherkiewicz 2014). U kaszubskich elit językowa samoidentyfikacja widoczna jest od zarania ich etnicznej emancypacji, którą zapoczątkował w połowie XIX stulecia Florian Ceynowa, który uznał kaszubski za odrębny język słowiański i stworzył pierwszy standard literackiej kaszubszczyzny (zob. Wicherkiewicz 2014: 197, 203). Język kaszubski, przede wszystkim poprzez literaturę, rozwijali i pielęgnowali Młodokaszubi, skupieni wokół czasopisma „Gryf”,wydawanego z przerwami w latach 1908-1934. Następujące po nich pokolenie Zrzeszyńców od przełomu lat 20. i 30. XX w. widziało potrzebę oficjalnego uznania kaszubskiego za odrębny język „o uniwersalnym i (nienazwanym tak jeszcze) potencjalnie polisemiotycznym zakresie użycia” (Wicherkiewicz 2014: 206).

W okresie powojennym, pod naciskiem partyjnych władz PRL, ci sami działacze – zmuszeni do zastąpienia terminu „język kaszubski” pojęciem „mowa kaszubska” będącego „przełożeniem neutralnego endolingwonimu kaszubskiego: kaszëbskô mòwa” (Wicherkiewicz 2014: 231) – wydali w 1956 r. Memoriał grupy inteligencji i pisarzy kaszubskich o położeniu kulturalnym Kaszub (zob. Obracht-Prondzyński 2006: 28-33). Zrzeszyńcy przedstawili w nim postulaty programowe rodzącego się wówczas Zrzeszenia Kaszubskiego. Na długie lata ustalili „zarys wprowadzonej później stopniowo w życie wewnętrznej strategii na rzecz »mowy kaszubskiej«, która po 1989 r. mogła przerodzić się w strategię na rzecz »języka kaszubskiego« w wymiarze (nowoczesnego) planowania językowego” (Wicherkiewicz 2014: 230). Symbolicznym zwieńczeniem wysiłków tej grupy było przetłumaczenie przez ks. Franciszka Gruczę na język kaszubski 4 Ewangelii, wydanych pod tytułem Kaszëbskô Bjiblejô na kilka miesięcy przed śmiercią tego ostatniego Zrzeszyńca (Grucza 1992).

III Rzeczpospolita dała Kaszubom szansę na własną edukację w państwowym systemie oświatowym. Nauczanie języka kaszubskiego w szkole rozpoczęło się we wrześniu 1991 roku (Mistarz 2014). Pierwsze kaszubskie szkoły powstały w Głodnicy, w gminie Linia (szkoła podstawowa) i w Brusach (liceum ogólnokształcące). Jednak dopiero po wejściu w życie Ustawy o mniejszościach narodowych i etnicznych oraz o języku regionalnym z dnia 6 stycznia 2005 r., edukacja etniczna – pod tym pojęciem zawiera się nauka języka kaszubskiego oraz własnej historii i kultury – rozwinęła się w sposób znaczący, co wiąże się z ustaleniem sposobu finansowania nauczania języków mniejszości przyjętego przez ministerstwo edukacji. Trzy godziny lekcyjne języka kaszubskiego w tygodniu, nauczanego jako języka obcego, a także 30 godzin własnej historii i kultury w klasie V i VI szkoły podstawowej oraz taka sama liczba godzin lekcyjnych w jednym roku czteroletniego kursu w szkole średniej nie może satysfakcjonować. Dlatego pojawił się pomysł na kształcenie dwujęzyczne, pozwalające na głębsze zanurzenie się w języku i kulturze.

Pomimo tych wszystkich starań, wśród osób mających zdecydować o edukacji swoich dzieci, a także pośród samych uczących się, dość powszechnie powtarzają się zdania typu: „Ty się uczysz kaszubskiego? A po co? Ty się angielskiego lepiej ucz!”. Także wobec takiej postawy, przymiotnik „regionalny” (o proweniencji bardziej politycznej niż lingwistycznej) użyty w Ustawie o mniejszościach narodowych i etnicznych oraz o języku regionalnym z 6 stycznia 2005,nie służy powadze, znaczeniu i roli, jaką Kaszubi (i inni) świadomi wykorzenienia w konfrontacji z procesami globalizacji i komercjalizacji winni przypisywać swojemu językowi.

Terminologia wprowadzona w Europejskiej karcie języków regionalnych lub mniejszościowych oraz polskiej Ustawie o mniejszościach narodowych i etnicznych oraz o języku regionalnym – moim zdaniem – ani nie zamknęła jednoznacznie w Polsce dyskusji „język czy dialekt”, ani nie zapobiegła upośledzaniu języka kaszubskiego. Mam uzasadnione obawy, że używanie określenia „język regionalny” w stosunku do kaszubszczyzny, może spowodować z czasem częściowe lub nawet całkowite wyrugowanie terminu „język kaszubski” z różnych aktów prawnych (już dziś dzieje się tak w przypadku rozporządzeń MEN – warto to prześledzić, np. ROZPORZĄDZENIE Ministra Edukacji Narodowej z dnia 18 sierpnia 2017 r. w sprawie warunków i sposobu wykonywania przez przedszkola, szkoły i placówki publiczne zadań umożliwiających podtrzymywanie poczucia tożsamości narodowej, etnicznej i językowej uczniów należących do mniejszości narodowych i etnicznych oraz społeczności posługującej się językiem regionalnym (Dz.U. z dnia 30 sierpnia 2017 r.))

To rugowanie pojęcia „język kaszubski” może wyglądać analogicznie do zjawiska, na które zwraca uwagę Mirosława Sagan-Bielawa, gdy omawia w jaki sposób w Ustawie o mniejszościach narodowych i etnicznych oraz o języku regionalnym ujęci zostali Kaszubi, których objęto kategorią „Społeczność posługująca się językiem regionalnym” i gdy pisze jakie są tego konsekwencje:

[P]o kilku latach od wprowadzenia nowych przepisów, można zaobserwować niezamierzony skutek tego rozwiązania w postaci pomijania etnonimu Kaszuba w urzędowych zestawieniach statystycznych (rodzaj tabu językowego). O ile zestawienia dotyczące na przykład struktury zawodowej czy rozmieszczenia społeczności wymienionych w ustawie z 2005 r. swobodnie posługują się odpowiednimi etnonimami Ukraińcy, Romowie, Białorusini, Niemcy itd., dane dotyczące Kaszubów tytułuje się w sposób opisowy: język kaszubski, społeczność posługująca się językiem regionalnym, osoby posługujące się w kontaktach domowych językiem kaszubskim, społeczność z językiem kaszubskim itp. Ten sposób określania Kaszubów, który znajdziemy nie tylko w ustawie o mniejszościach, ale w opracowaniach rządowych na temat mniejszości narodowych i etnicznych (zob. Charakterystyka mniejszości, IV Raport 2013), również w raportach z realizacji postanowień EKJRM (Raport 2010, Raport 2014) wydaje się sugerować, że język jest jedynym wyznacznikiem odrębności tej grupy (Sagan-Bielawa 2016: 12-13).

Dzieje się tak, pomimo że intencją wprowadzenia EKJRM było podkreślenie europejskiej różnorodności językowej i uregulowanie relacji między językami silnymi a zagrożonymi (Wicherkiewicz 2014: 344). Należy bowiem pamiętać, że status języków zależy od wykładni postanowień państw, które EKJRM ratyfikowały i które mają ponadto własne akty prawne. W tym kontekście interesujące są badania Artura Stęplewskiego, który zauważył m.in., iż „Historia języków narodowych wpisuje się zawsze w dyskurs nacjonalistyczny i, zgodnie z założeniem, że język stanowi element kultury narodowej, umieszczona jest w dziejach tego narodu jako wyjątkowy środek scalający społeczeństwo (…). Rolę rozwoju języka należałoby zatem umieścić wśród mitów narodowych, podobnie jak inne symbole, takie jak np. wielcy bohaterowie, przegrane/wygrane bitwy, barwy i znaki państwowe” (Stęplewski 2018: 69). Badacz stwierdza, iż taki historycznojęzykowy tok rozumowania „zakłada istnienie zewnętrznego wroga” (Stęplewski 2018: 71), którym mogą być np. wszyscy ci gramatycy, językoznawcy, ludzie pióra zajmujący się językiem, którzy mają inne, nieprzystające do zinstytucjonalizowanego (państwowego) ujęcia historii, a także stają się wrogie te odmiany języka, „które nie stały się podstawą tworzonej normy, standardu państwowego” (Stęplewski 2018: 71). Bazując na własnym doświadczeniu użytkownika języka kaszubskiego, mogę potwierdzić tezy A. Stęplewskiego, że wiele aspektów dotyczących wzajemnych relacji języków „narodowych” (państwowych) z językami „mniej/rzadziej używanymi, regionalnymi, mniejszościowymi”, można opisać „posługując się dyskursem postkolonialnym” (Stęplewski 2018: 71). Odnosi się to np.: „do konieczności potwierdzenia wartości funkcjonalnych i estetycznych języka X wobec uznanych już, pozostałych języków (…). Język X przy tym wydaje się niepełnowartościowy bez udowodnienia jego wielowiekowego rozwoju” (Stęplewski 2018: 72).

Lingwistyczne definicje języka, jako systemu służącego potrzebie komunikowania się ludzi między sobą (Zieniukowa 2001: 67), nie są wystarczające z perspektywy polityki. Stąd i określenie „język regionalny”. A przecież język kaszubski wpisuje się w najbardziej powszechną definicję, słowo „język”, które w polszczyźnie oznacza „system znaków (prymarnie dźwiękowych, wtórnie pisanych i innych) służący do porozumiewania się w obrębie danej społeczności. Język jest tworem społecznym, tj. wspólnym wszystkim członkom danej społeczności” (Urbańczyk, red. 1978: 136; zob. Polański, red. 1993). Podstawowa rola jaką odgrywa język narzuca nań konieczność bogacenia się i rozwijania, tak jak w przypadku języka kaszubskiego a sami Kaszubi stanowią „społeczeństwo, które osiągnęło znaczny stopień integracji (np. naród)” i wytworzyli odmianę języka etnicznego, zwaną umownie językiem ogólnym, który „jest narzędziem porozumiewania się o największym zasięgu, ponieważ zaspokaja potrzeby komunikacyjne wszystkich warstw społecznych na danym obszarze (np. jako język narodowy)” (Wicherkiewicz 2014: 26).

Zakończę moje rozważania odwołaniem się do książki Adeli Kożyczkowskiej Kaszubszczyzna. Pedagogicznie o języku i tożsamości, która opisuje tradycję gdańskich badań nad kaszubszczyzną i nad doświadczeniami językowymi, społecznymi oraz edukacyjnymi Kaszubów. Autorka przedmiotem swoich badań czyni „wiedzę o kulturze kaszubskiej, która wytwarzana jest instytucjonalnie i funkcjonuje jako teoretyczne koncepcje kaszubszczyzny” (Kożyczkowska 2019). Adela Kożyczkowska wyodrębnia dwie takie koncepcje, które nazywa teoriami i pisze: „Dają się one rozpoznać jako dwa konfrontacyjne wobec siebie ujęcia, które nazywam kaszubocentryzmem i polonocentryzmem. (…) [J]ądrem pierwszej jest uznanie autonomii języka kaszubskiego, jądrem drugiej jest uznanie jego zależności od języka polskiego” (Kożyczkowska 2019).  

Bibliografia:

Duliczenko A. D., 1981, Slavjanskie literaturnye mikrojazyki. Voprosy formirovanija i rozvitija, Tallin: Valgus.

Grucza F., 1992, Kaszëbskô Biblëjô. Nowi Testament. IV Ewanjelje, Poznań: Hlondianum.

Klemensiewicz Z. 1953, O różnych odmianach współczesnej polszczyzny, Warszawa: Wydawnictwo PIW 

Klemensiewicz Z. 1982, O różnych odmianach współczesnej polszczyzny,

[w:]

Kałkowska A. (oprac.), Składnia, stylistyka, pedagogika językowa, Warszawa: Państwowe Wydawnictwo Naukowe, 353–432.

Kożyczkowska A., 2019, Kaszubszczyzna. Pedagogicznie o języku i tożsamości, Gdańsk: Wydawnictwo Uniwersytetu Gdańskiego.

Majewicz A.F., 1989, Języki świata i ich klasyfikowanie, Warszawa: PWN.

Obracht-Prondzyński C., 2006, Zjednoczeni w idei. Pięćdziesiąt lat działalności Zrzeszenia

Kaszubsko-Pomorskiego (1956-2006), Gdańsk: Wydawnictwo ZKP.

Ostrowska K., 2016, „Polskie gwary na wyginięciu?”, czyli obraz polszczyzny ludowej i regionalnej w wypowiedziach użytkowników forum.mlingua.pl, „Rozprawy Komisji Językowej ŁTN”, t. LXIII.

Polański K., 1993, red., Encyklopedia językoznawstwa ogólnego, Warszawa: Wydawnictwo Ossolineum.

Stęplewski A., 2018., Semioza pisma. Cyrylica i łacinka w serbskim i chorwackim dyskursie narodowym na tle słowiańskim, Poznań: Wydawnictwo Naukowe UAM.

Treder J., 2013, Kaszubszczyzna — od dialektu do języka,

[w:]

Dunin-Dudkowska A., Małyska A. (red.), 70 lat współczesnej polszczyzny. Zjawiska — procesy — tendencje. Księga jubileuszowa dedykowana profesorowi Janowi Mazurowi, Lublin: Wydawnictwo UMCS, 421–438.

Urbańczyk S., 1978, red., Encyklopedia wiedzy o języku polskim, Wrocław: Zakład Narodowy Ossolińskich.

Wicherkiewicz T., 2014, Regionalne języki kolateralne Europy — porównawcze studia przypadku z polityki językowej, Poznań: Wydawnictwo Rys.

Zaręba A., 1988, Literackie języki regionalne w Polsce, „Język Polski”, z. 2–3.

Zieniukowa J., 2001, Ewolucja poglądów na status kaszubszczyzny, w: Kaszubszczyzna – Kaszëbizna, red. E. Breza, Opole: Uniwersytet Opolski – Instytut Filologii Polskiej.

Zieniukowa J., 2005, Kaszubskość i polskość w komunikacji językowej i świadomości Kaszubów,

[w:]

Drong L., Kalaga W. (red.), Wielokulturowość — postulat i praktyka, Katowice: Wydawnictwo UŚ, 209–218.

Szëmón Jancen: Dvje vjersze

Dvje vjersze, jakjé va bãdzeta zarô czëtalë, sõ jinspjirovóné wutvórstvã Vjiktora Tsoj. Je to naszô nôrodnô mòva, ale zapjisónô v matarskjim dialekce, jakjim gôdalë mjeszkańcovje mòji rodzinni vsë, jakõ je Banjino, na zôczõtkù XX stalatô. Przez nen czas won sã vëmjészôł z jinszima dialektama i wostało jú mało słóv z ti pjervòtni kaszëbskji gôdkji. Jak to sã stało, że vjersze sõ tak, a njé lëterackõ kaszëbjiznõ, tak z vësoka?

Pjerszõ rzeczõ bëło to, że jô sã nji móg z ópama dogôdac. Jak jô rzek cos lëterackõ kaszëbjiznõ, téj zdrzelë na mje jak na jakjégò Alfa abò jinszégò Reptiliana. Wonji nje vjedzelë, wo co mje jidze, a jô nje vjedzôł, wo co jim jidze. Jô zapamjãtôł pôrã słóv i jô je nalôz w Tekstach pomorskich Lorentza, v dialekce matarskjim.

Wod te czasú përznã jú mjinãło i jakjégòs dnja jô so pòmëslôł, że mòżna bë v tim dialekce zaczõc tekstë tvòrzëc, żebë chòc përzinkã lëdzóm pòkôzac, że sõ jiszcze jinszé gôdkji, że mògõ bëc reaktivòvóné.

Rozemni czovjek

Jô jidã sztrasama przed sebje całi czas so rozglõdajõc,
Mijóm smãtné tvarze lëdzi błõdzõcëch,
Kòżdi z njich nji mô pòjãcô, jakji mô v żëcim cél,
Kòżdi z njich je v svòji głovje zaklôtkóni.

Në jiżle je dzes zvëczajni rozëmni czovjek,
To znaczi, że nen dzénj nje je wumarłi,
Móm biliet na fliger, żebë stõd rézovac,
Vszëtkò wostavjic, pò njebje lecõc.

Kòżdi kòchô wudavac, że njick so nje dzeje
Kòżdi kòchô wudavac, że mõdrziszim je.
A bez zvëczajnoscë na svjece sã nje dô żëc,
A bez zvëczajnoscë jô nje chcã żëc.

Banjino 26 februara 2019 rokù

///////////////////////////////////////////////////////////

***

Mjast wognja wostôł blós dim,
Rozpôloné słúńce skòvało sã za vjidnik,
Skùńcził sã z njim nen dzénj,
Njechtërnë głovë cénja mô przëkrëté.

Zmjón! lëdzkjé mëslë brëkùjõ
Zmjón! lëdzkji serca brëkùjõ
Zmjanë! vszëtcë jich chcemë

Prosto je vjid vłõczëc,
Przë blace sadnõc,
Kùrzëc cigaretã i vëpùscëc dim,
Nje robjõc przë tim njick.

Jak mómë sã dogôdac,
Kjéj nje mòżemë sã zrozmjôc,
Kùrzëc cigaretã i vëpùscëc dim,
I tak vszëtkò krõci sã vkół.

Kościół – bierny i niechętny

Kościół katolicki realizował swoje cele duszpasterskie w regionie przy użyciu języka swoich wiernych i jako pierwszy tworzył czasopisma w tym języku oraz audycje religijne w radiu. Duchowni wspierali bardzo mocno szkoły językowe, które powstały pomimo prześladowań ze strony władz.

Bardzo bym chciał, żeby ten opis dotyczył języka kaszubskiego. Nie jest tak niestety i kto wie, czy kiedykolwiek będzie. Język euskera (baskijski), o którym mowa w tym tekście, pomimo zakazów jego używania w państwie hiszpańskiego dyktatora generała Franco, dzięki wsparciu Kościoła katolickiego zaczął zmartwychwstawać w latach 50. XX wieku. A jak na kondycję języka kaszubskiego wpływa Kościół w Polsce?

Odpowiedź na to pytanie może stanowić przedmiot ciekawej pracy naukowej, która z resztą już powstaje w Japonii. Goro Christoph Kimura, sekretarza japońskiego Towarzystwa Slawistyki, profesor Uniwersytetu Sophia w Tokyo, zakończył niedawno prowadzone przez siebie w tym temacie badania terenowe na Kaszubach. Wśród osób, które udzieliły mu wywiadu byłem również i ja. Spostrzeżeniami, które przekazałem japońskiemu uczonemu, chciałbym podzielić się również na łamach Skry. Nie czynię tego po to, by dołączyć do licznego już grona krytyków instytucji, która boryka się z wieloma problemami nie tylko duchowej natury, lecz z nadzieją na zmianę.

W XIX wieku Kaszubi zaczęli się emancypować, tzn. budować swoją własną pozycję społeczną, niezależność ekonomiczną, a w konsekwencji także rozwijać własną kulturę, co legło u podstaw naszej etnicznej podmiotowości. Miała na to wpływ globalna modernizacja stosunków ekonomicznych, społecznych i kulturowych, która objęła, oczywiście, także inne narody, w tym Polaków. Dążenia narodowowyzwoleńcze tych ostatnich, rozbudzające się poczucie własnej odrębności narodowej Kaszubów, jak również plan umocnienia dominacji niemieckiej na Pomorzu realizowany przez państwo pruskie, sprawiły, że w drugiej połowie XIX stulecia rozpoczęła się „walka o dusze” Kaszubów. Nie wchodząc w szczegóły niezwykle skomplikowanych procesów, można stwierdzić, iż ogromna większość z nas całkowicie się zgermanizowała, spora część uległa znaczącej polonizacji, zaś mniejszość wybrała tożsamość kaszubsko-narodową.

W stosunku do Kościoła Katolickiego, którego polskie struktury oddziaływały na Pomorze Wschodnie od XII w., przyjęło się twierdzenie, iż był „czynnikiem, który wzmocnił odporność Kaszubów wschodniopomorskich na procesy germanizacyjne”, cytując historyka Józefa Borzyszkowskiego, autora m.in. książki zatytułowanej Kaszubsko-pomorscy duszpasterze – współtwórcy dziejów regionu. Jednakże równocześnie badacz ten w swoich rozważaniach nad udziałem duchowieństwa diecezji chełmińskiej w interesujących mnie procesach emancypacyjnych napisał, że „godne głębszej refleksji jest to, że w świadomości Kaszubów katolicyzm był polską wiarą, a język polski katolicką mową”. Na tego typu subtelności nie sili się już politolog Andrzej Modrzejewski, który w artykule Kaszubi wobec kwestii narodowej, napisał: „katoliccy Kaszubi byli indoktrynowani w duchu patriotyzmu polskiego przez kler katolicki, zwłaszcza przez niższe duchowieństwo”. W tej sprawie nic się nie zmieniło do dziś.

Polsko-patriotyczna (nacjonalistyczna?) indoktrynacja Kaszubów trwa na niemal każdej niedzielnej Mszy świętej. Zjawisko to nie musi za każdym razem objawiać się w formie zupełnie nieteologicznych, „bogoojczyźnianych” komentarzy w głoszonych z ambon kazaniach. W zależności od temperamentu księdza (jego politycznych poglądów) mają one miejsce częściej lub rzadziej. Zwykle pojawiają się w kontekście polskich świąt państwowych czy narodowych. Do skutecznej indoktrynacji wystarczy niemalże podprogowe powtarzanie przez kapłana: „my, naród polski”, „my, Polacy”, „nasza Królowa Polski”, „weźmy udział w narodowej modlitwie Polaków”, itd., itp., a to dzieje się najczęściej. Tak jakby Kościół nie był powszechny… Własne doświadczenie aktywisty kaszubskiego, jednego z założycieli stowarzyszenia narodowości kaszubskiej Kaszëbskô Jednota, daje mi asumpt do tego, by móc stwierdzić, że stosunek współczesnego Kościoła Katolickiego w Polsce do kaszubskiej tożsamości narodowej jest raczej niechętny. Opieram to twierdzenie np. na osobistej rozmowie przeprowadzonej z abpem Tadeuszem Gocłowskim, bądź co bądź kościelnym liberałem, w 2008 r. podczas konferencji Episkopatu Polski w Juracie, a przede wszystkim wnioskuję tak z treści kazania wygłoszonego przez ks. prof. Jana Perszona na Zjeździe Kaszubów w dniu 10 lipca 2012 r. w Sopocie – szczególnie z jego ostatniego fragmentu bezpośrednio odnoszącego się do rzekomych deklaracji Kaszëbskji Jednotë oderwania Kaszub od Polski.

Wobec języka kaszubskiego Kościół Katolicki w Polsce przyjął bierną postawę. Nie chcę tą wypowiedzią umniejszać roli poszczególnych księży Kaszubów. Są wśród nich tłumacze ksiąg nowego i starego testamentu na język kaszubski: ks. prałat Franciszek Grucza czy franciszkanin o. profesor Adam Sikora, są kaszubskojęzyczni poeci, jak ks. profesor Jan Walkusz i wspaniali duszpasterze głoszący od dawna słowo boże po kaszubsku, jak np. ks. dr Marian Miotk. Pamiętam i doceniam również zasługi dla kaszubszczyzny (języka i kultury) ks. profesora Jana Perszona oraz ks. biskupa chełmińskiego (pelplińskiego) Bernarda Szlagi i nieocenionego metropolity gdańskiego abpa Tadeusza Gocłowskiego. Zwracam jednak uwagę na fakt, że Kościół Katolicki jako instytucja nie wyszedł z inicjatywą objęcia wsparciem języka kaszubskiego. O ile mi wiadomo, w sposób formalny czy nieformalny nigdy instytucja Kościoła nie zdecydowała się na duszpasterstwo w języku kaszubskim, wydawanie czasopism, otwieranie szkół kaszubskich (nie mam tu na myśli szkół katolickich). Żaden biskup nie nakazał księżom w swojej diecezji odprawiania regularnych, coniedzielnych mszy w języku kaszubskim.

Wydanie poszczególny ksiąg Biblii, nowego i starego testamentu, lekcjonarza czy modlitewnika traktuję jako inicjatywy prywatne (bądź społecznościowe), zainicjowane przez osoby świeckie lub pojedynczych duchownych. Twierdzę również, że teksty biblijne czy liturgiczne tłumaczone na język kaszubski to zbyt mało, by uratować język kaszubski. Nie wystarczy też świadomość, z jaką w jednej ze swych wypowiedzi podzielił się metropolita gnieźnieński abp. prof. Henryk Muszyński: „Fragmenty w języku kaszubskim w wydarzeniach na całych Kaszubach powinny być obecne. Jest to bardzo ważne z dwojakiego powodu. Pierwszy powód to nasza integracja z Europą – integracja nie oznacza unifikacji. Trzeba pielęgnować swoje odrębności”. Tego typu myślenie (mimo wszystko ograniczone) charakteryzuje również wydane w 1993 r. przez abpa Tadeusza Gocłowskiego wskazania duszpasterskie dla archidiecezji gdańskiej. Ich autor poprzestaje na zaleceniu “otoczenia opieką” przez “duszpasterzy” inicjatyw związanych z “organizowaniem” Mszy św. “przez środowiska kaszubskie”.

Dlaczego tzw. „kaszubskie” Msze św. (z kaszubską liturgią słowa, modlitwą wiernych i pieśniami w języku kaszubskim) trzeba w specjalny sposób organizować? Dlaczego nie ma ich co niedziela, w ramach zwykłego harmonogramu odprawiania nabożeństw w każdej parafii na Kaszubach? Przy próbie odpowiedzi na te pytania, poza brakiem zgody (przyzwolenia) ze strony kościelnych władz, pierwsze co się nasuwa to fakt, że nie ma tylu kaszubskojęzycznych księży. Dlaczego zatem język kaszubski nie jest regularnie nauczany w seminariach duchownych w Pelplinie i Gdańsku? Pamiętam, że z inicjatywy samych kleryków zajęcia takie, nadobowiązkowe, były prowadzone w Pelplinie, ale to kolejna „prywatna” inicjatywa, a nie instytucjonalne zaangażowanie Kościoła.

Może w dobie kryzysów, jakie przeżywa Kościół, jednak warto sięgnąć po język kaszubski w codziennej pracy duszpasterskiej? Biorąc pod uwagę statystyki, które mówią, że w archidiecezji gdańskiej, w skład której wchodzą dwie diecezje: pelplińska i gdańska, a ich powierzchnia pokrywa się z obszarem etnicznie kaszubskim, do kościoła regularnie uczęszcza znacznie ponad 50 % osób (w skali całej Polski jest to 36%), nie mam wątpliwości, iż sugerowane przeze mnie działania wpłynęły by na tak pożądany rozwój języka kaszubskiego. Czy taka zmiana nastąpi, czy Kościół sięgnie po kaszubski w swoich działaniach pastoralnych, zależy pewnie od własnego „interesu” Kościoła. Wydaje mi się, że zmiana postawy z biernej na czynną (aktywną) może przynieść Kościołowi więcej ewangelicznych korzyści niż strat.

Pismo w dyskursie narodowym

Refleksje po lekturze książki Artura Stęplewskiego

Dla mnie, osoby od 30 lat uczestniczącej w procesie standaryzacji języka kaszubskiego z perspektywy dziennikarza i literata, książka Artura Stęplewskiego „Semioza pisma. Cyrylica i łacinka w serbskim i chorwackim dyskursie narodowym na tle słowiańskim” jest swego rodzaju odkryciem nowego/starego terytorium, po którym stąpałem od dawna, kierując się intuicją i doświadczeniem, lecz nie potrafiłem do końca go nazwać i opisać. To lektura dla każdego – językoznawców i laików w tej dziedzinie, i choć Kaszubi i język kaszubski pojawiają się na kartach tej książki jedynie w sposób kontekstowy, to warto po nią sięgnąć, by wiedzieć, że nasze problemy z językiem, jego ortografią i standaryzacją nie są niczym wyjątkowym w świecie słowiańskim.

Pierwsza część publikacji omawia pismo jako „obraz języka i znak kultury”, zaś druga poświęcona jest „słowiańskim zmaganiom z pismem i grafią”. Najwięcej miejsca autor poświęca, oczywiście, casusom serbskiego i chorwackiego – opierając się na najnowszych XX- oraz XXI-wiecznych przykładach tych dyskursów narodowych, ale jednocześnie umiejętnie sięga po szeroką paletę przykładów z dyskursów innych narodów słowiańskich: tych najdawniejszych, pansłowiańskich wizji jednego języka z wieloma narzeczami, jak również tych najnowszych, śląskich dążeń do ustandaryzowania własnego etnolektu.

W kontekście pansłowiańskim, dla czytelnika Kaszuby, ciekawe wydają się ocena postaci i opis ideologii Aleksandra Hilferdinga. Artur Stęplewski nazywa go „postacią pierwszoplanową w świecie słowiańskim, którą z czasem jednak wymazywała historiografia rosyjska”, a jego działania na Kowieńszczyźnie, Żmudzi, na Kaszubach i wśród Słowian południowych określa jako przejaw rusyfikacji, mającej „wzmacniać pozycję Rosji i rozszerzać jej strefy wpływu”. Z równie dużą uwagą czyta się o tezach, jakie formował Ján Kollár, którego założenie, „że wszyscy oświeceni Słowianie będą studiować staro-cerkiewno-słowiański, aby poznawać zasady gramatyki i leksyki słowiańskiej”, co zbliży ich „do rozumienia innych narzeczy współczesnych, nie tracąc (w każdym razie w początkowym okresie formowania się wspólnej kultury Słowian) indywidualnych, etnicznych cech językowych”, autor książki określa jako poszukiwanie „złotego środka”.

Pisząc o próbach tworzenia zasad normatywnych dla śląszczyzny, A. Stęplewski obszernie omawia „projekt ortograficzny” prowadzony pod kierownictwem Jolanty Tambor. Swoje uwagi na ten temat autor książki kończy następującym stwierdzeniem: „Działacze śląscy, przewidując, że proces normalizowania idiomu wymaga wielu lat pracy związanej m.in. z obserwacją praktyki codziennej w stosowaniu ortografii, przyjęli – co stanowi rzadkość w procesach narodowotwórczych – nieograniczony czas przyswajania normy graficznej. Najprawdopodobniej wynika to z faktu, że idiom śląski, wobec braku akceptacji przez władze i parlament polski, nie stanie się w najbliższym czasie przedmiotem szkolnego nauczania”.

Czy, w związku z tym, ortografia języków będących „przedmiotem szkolnego nauczania” nie jest poddawana zmianom i modyfikowana? Historia i współczesność narodów słowiańskich, widziana w kontekście ich zmagań z pismem i grafią, od Bałtyku po Morze Czarne pokazuje, że procesy takie zachodzą permanentnie, chociaż nie bezboleśnie. Piszę o tym, ponieważ podobne dyskusje toczone są na Kaszubach, od czasu stworzenia pierwszej ortografii przez Floriana Ceynowę co kilkadziesiąt lat i wracają współcześnie w kontekście krytyki, z jaką spotykają się ustalenia komisji do spraw pisowni z 1996 r. Coraz głośniej podnoszona jest kwestia potrzeby modyfikacji zapisu języka kaszubskiego w stronę jego „klasycznej” ortografii, a więc tej stosowanej przez Aleksandra Majkowskiego w „Żëcim ë przigòdach Remùsa” czy Zrzeszyńców w piśmie „Zrzesz Kaszëbskô”, a także Friedricha Lorentza w gazecie „Bënë ë Bùten” oraz w jakiejś mierze również przez redaktorów pisma „Tatczëzna”. Postulaty te podnoszą najmłodsi użytkownicy języka kaszubskiego: literaci, tłumacze, ludzie pióra, z Maciejem Bandurem, redaktorem pisma „Skra”, na czele.

Po lekturze pracy Artura Stęplewskiego, dającej tak szeroki słowiański kontekst, muszę przyznać, iż lepiej rozumiem roszczenia młodych Kaszubów i skłaniam się w stronę ich postulatów, mimo że jestem jednym z sygnatariuszy kompromisowego porozumienia w sprawie pisowni kaszubskiej z 1996 r. Myśląc w kategoriach kultury narodowej, pismu i jego grafii przypisuje bowiem rolę jednego z symboli scalających wspólnotę. Uważam, iż ortografia z 1996 r. spełniła swoją rolę, gdy chodziło o coś, co A. Stęplewski odnosi „do konieczności potwierdzenia wartości funkcjonalnych i estetycznych języka X wobec uznanych już, pozostałych języków”. Jest ona jednak, pomimo deklaracji towarzyszących podpisaniu wspomnianego porozumienia, wciąż ortografią opartą na założeniu, które za A. Stęplewskim, opisującym sytuację idiomu śląskiego, można parabolicznie scharakteryzować w ten sposób, że „ bierne nawyki szkolne (tzn. polskie) ułatwiają (…) wzrokowe identyfikowanie leksemów, jednak, z punktu widzenia językoznawstwa porównawczego i historycznego, stosując taką ortografię, [kaszubski – wtrącenie moje] nadal pozostanie dialektem lub derywatem polskiej odmiany ogólnej”.

Pamiętajmy, na co również zwraca uwagę autor omawianej publikacji, że „wbrew deklaracjom badaczy, którzy zakładali prymat języka werbalnego nad wersją wizualną, w praktyce analizie podlega graficzny obraz języka jako przykład jego bardziej świadomego i rozpowszechnionego użycia”. Zależy mi na rozwoju wspólnoty narodowej Kaszubów i dlatego uważam, że nie powinniśmy się bać tego, że pismo funkcjonować będzie jako znak naszego upodmiotowienia.

Ponad 280-stronicowa Publikacja „Semioza pisma. Cyrylica i łacinka w serbskim i chorwackim dyskursie narodowym na tle słowiańskim” autorstwa Artura Stęplewskiego, slawisty i polonisty z Zakładu Slawistyki Kulturoznawczej Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, ukazała się pod koniec 2018 r. dzięki Wydawnictwu Naukowemu UAM.

Artur Stęplewski

Recenzëjô: Walka o tożsamość, znaki i znaczenia

Adela Kożyczkowska, jak sama zaznacza, traktuje kaszubszczyznę „jako egzemplifikację pewnego projektu kulturowego”, którego „przestrzeń konstruują dwa główne projekty intelektualne” koncentrujące się na dwóch tożsamościach Kaszubów, nazywanych przez autorkę: „polonocentryczną” i „kaszubocentryczną”. Kożyczkowska przyznaje, iż niewystarczająca znajomość kultury niemieckiej była przyczyną, dla której zrezygnowała z badania relacji kaszubsko – niemieckich, a tym samym „niemieckocentrycznej” tożsamości Kaszubów, ale ma nadzieję – podobnie jak i ja – że w przyszłości ktoś ten temat podejmie.

Książka Adeli Kożyczkowskiej: Kaszubszczyzna. Pedagogicznie o języku i tożsamości, wydana staraniem Wydawnictwa Uniwersytetu Gdańskiego w lutym 2019 r., choć jest pozycją naukową, to z pewnością zainteresuje każdego, komu bliskie są rozważania nad językiem, kulturą i tożsamością. Niech nie zniechęca nikogo „pedagogiczne” podejście do tematu – wszak autorka jest adiunktem w Zakładzie Pedagogiki Ogólnej Instytutu Pedagogiki UG – gdyż szczegółowe rozważania dydaktyczne, których moglibyśmy się spodziewać, zastąpione zostały przemyśleniami „wpływu pewnych koncepcji, idei, wyborów identyfikacyjnych i tożsamościowych na kondycję ludzką”, jak ujęła to we fragmencie swojej recenzji, umieszczonym na 4. stronie okładki, prof. dr hab. Jolanta Tambor.

Ten, kto szukałby w omawianej książce szerokiego przedstawienia tytułowego zagadnienia, tzn. rozważań o takich cegiełkach kultury, jakimi są np.: literatura, pamięć historyczna, religia czy tradycja, nie znajdzie tego w tekście publikacji, ponieważ przedmiot swoich badań A. Kożyczkowska zawęża do „wiedzy o języku” w kontekście „praktyk kulturowych, których celem jest konstruowanie tożsamości”. To założenie sprawia, że tekst staje się klarowny, zaś tezy autorki – stawiane w kontekście edukacyjnym, rozumianym jako „polityczne organizowanie wiedzy i doświadczeń młodych” – czyni niezwykle spójnymi.

Wśród wielu założeń, które Kożyczkowska poczyniła, przystępując do opisania swoich badań (o których pisze we wstępie i rozdziale 1. poświęconym przyjętej metodologii), jest i takie, by czytelnik traktował przytoczone pod konkretnym nazwiskiem, słowa i wypowiedzi jako „stanowiska teoretyczne”. Chodzi więc o to, by nie utożsamiać ich z konkretną osoba, lecz „autorem, który mówi zawsze z pola jakiejś hegemonii”. Poprzez przyjęcie takiej perspektywy w tekście książki swoje poglądy odnajdą z łatwości zarówno te osoby, które były uczestnikami konkretnych „praktyk kulturowych”, jak również ci czytelnicy, którzy chcą się utożsamiać z jakąś „nieuosobioną” ideą.

Z każdą kolejną stroną swojej pracy A. Kożyczkowska udowadnia, że nie ma przesady w przyjętej przez autorkę tezie, iż kaszubszczyzna to „permanentna pedagogia, czyli sfera, w której toczy się walka (?), gra (?) o znaki i znaczenia (…), o tożsamość”. Tę walkę prowadzą ze sobą dwa „intelektualne modele kaszubszczyzny”. Jeden z nich jest konsekwentnie „zamknięty na różnice kulturowe” i wynika z lęku „przyznania się do własnego rozróżnienia od większości – w tym przypadku – polskiej”. Drugi jest jak najbardziej otwarty na kulturowe różnice: „tylko uznając różnicę, można uznać wielokulturową naturę świata”, można „świadomie zabiegać o własną tożsamość etniczną”.

Gdańska pedagożka przedstawia swoje teorie bez emocji, które zwykle towarzyszą omawianiu różnych kaszubskich tożsamości, a przez to, w większości przypadków, sięga sedna przeciwstawnych postaw Kaszubskich elit – ich przyczyn i skutków. Tekst jest znakomitą syntezą zarówno jednego z dyskursów – rozpoczętego przez Floriana Ceynowę, a kontynuowanego obecnie przez stowarzyszenie Kaszëbskô Jednota, jak i drugiego – zapoczątkowanego przez Hieronima Derdowskiego, a dziś odbijającego się w zwierciadle „Ustawy o mniejszościach narodowych i etnicznych oraz o języku regionalnym”. Tylko w jednym miejscu, takie jest moje zdanie, autorka nie trafia z właściwą interpretacją, gdy wysuwa tezę, iż uchwała II Kongresu Kaszubskiego, który odbył się w 1992 r. w Gdańsku, a w szczególności wystąpienie Donalda Tuska na II Kongresie Kaszubskim, który przekonywał by Kaszubi „zwiększyli swą współodpowiedzialność” za „los ogółu” obywateli, były tezami stanowiącymi „spiritus movens programu ideowego Òdrodë”.

Adela Kożyczkowska w książce Kaszubszczyzna. Pedagogicznie o języku i tożsamości przekazuje nam przemyślane, kompetentnie napisane, syntetyczne spojrzenie na ważny i wciąż aktualny problem miejsca kaszubszczyzny w zmieniającej się rzeczywistości. Symbolicznym tego wyrazem może być pierwsza strona okładki. Kilka fotografii mężczyzn w mundurach różnych armii, a także rodzin zgromadzonych na religijnych rytuałach chrztu i komunii, mogą uświadamiać, jak skomplikowana to rzeczywistość na pograniczu kultur i religii. Sama autorka przyznaje, iż swoją książką chce „włączyć dyskurs tożsamości kaszubskiej w przestrzeń pedagogiki międzykulturowej”, gdyż sama tylko optyka kaszubskiej edukacji regionalnej nie jest wystarczająca. To zadanie, w moim przekonaniu, omawiana książka spełnia, ponieważ w znaczący sposób oświetla oba omawiane kaszubskie projekty tożsamościowe oraz poszerza horyzonty projektu kaszubocentrycznego.

Adela Kożyczkowska, 2019, Kaszubszczyzna. Pedagogicznie o języku i tożsamości,Gdańsk: Wydawnictwo Uniwersytetu Gdańskiego, s. 276.

Po co uczymy kaszubskiego? Po godną śmierć dla języka?

Jaki cel przyświeca nauczaniu kaszubskiego w szkole?

Największe wyzwanie naszych czasów wydaje się oczywiste: wyjść na przeciw problemowi przerwanego przekazu międzypokoleniowego, przywrócić język kaszubski jako język społeczności i jako język rodzinny. Co oznacza, że język nauczania musi być bliski językowi mówionemu z uwzględnieniem dialektalnej różnorodności Kaszub. Co z kolei oznacza, że nauczanie żargonu literackiego jako języka obcego nie jest odpowiedzią na współczesne problemy kaszubszczyzny, a może przynieść efekt odwrotny do zamierzonego.

Jakiego języka uczyć?

Należy uczyć takiej kaszubszczyzny, którą uczeń wyniesie ze szkoły i będzie mógł bez problemu porozumiewać się nią w domu i okolicy, z rodzicami, dziadkami, sąsiadami. A więc musi to być kaszubszczyzna naturalna, bliska językowi mówionemu, opracowywana przede wszystkim na podstawie znajomości kaszubszczyzny z terenów, na których się naucza, prac terenowych oraz leksykograficznych (słownik B. Sychty, słownik F. Hinzego / F. Lorentza, Atlas Językowy Kaszubszczyzny…, zbiory tekstów z prac Sychty, Nitscha, Bronischa, Lorentza). Co oznacza, że nauczanie żargonu, w którym powszechny na całym obszarze frisztëk zamienia się na wymyślony renik albo pòkrzésnik, w którym każe się kôrbic (czyli w języku mówionym „pleść, zmyślać, opowiadać bzdury”) zamiast pòwiadac, gadac, w którym się ùdokazniwô i podaje przëmiarë, a nie dokazëje lub dowòdzy i podaje przikładë – tak jak się mówi w języku naturalnym, gdzie się wëwidniô a nie tłómaczi, gdzie czyta się wiérztczi, a nie wierszczi itd. itd., staje się obcym żargonem, który nie funkcjonuje nigdzie poza klasą, nie pozwala uczniowi komunikować się z własną rodziną, a wręcz utrudnia ten dialog i zniechęca doń, daje fałszywe wyobrażenie o języku, a częstokroć słusznie budzi politowanie wśród osób, którzy kaszubski świetnie znają z domu. Czy autorzy dzisiejszych podręczników szkolnych kiedykolwiek usiedli z własnymi dziadkami czy rodzicami i przeczytali im swoje prace, poprosili o komentarz?

Wëwidnij na spòdlim wiérztë”, dostaje polecenie uczeń w jednym z podręczników dla liceum, czyli słowo w słowo przetłumaczone polskie „wyjaśnij na podstawie wiersza”, chociaż jedyne w tym poleceniu słowo znane kaszubskiemu językowi mówionemu to „na”. Mogłoby być np. „Przeczëtôj wierszã ë wëtłomacz(ë)”, a tak uczeń zapełnia sobie głowę słowami i zwrotami, których nie użyje w domu, bo nie zostanie zrozumiany, a native speakerzy w jego otoczeniu nie pomogą mu z roszyfrowaniem książki. Co najwyżej się przekonają, że ich bliski uczy się dziwnej, niekompatybilnej odmiany języka. „Na spòdlim mònografii ùdokaznij” – tu nawet czasownik został zbudowany na polską modłę: ù-do-kaznij, czyli u-do-wodnij, a mogłoby być naturalniej, np. „Przeczëtôj mònografią ë dokaż(ë)/dowiédz(ë)”. „Ùłożë pòzwë miesąców pòsobicą i zapiszë je w zesziwkù”, czytamy w pewnym podręczniku dla gimnazjum. Szansa, że ktokolwiek z otoczenia ucznia wie, czym jest neologizm „zesziwk” jest bliska zeru, za to co starsi Kaszubi mogą dobrze pamiętać, czym jest notowany w słowniku B. Sychty „heft”, czyli zeszyt. Natywni użytkownicy języka mogą za to znać słowo „pòzwa” i rozumieć je jako „przydomek”, bo w języku kaszubskim, tak jak w angielskim czy niemieckim, zarówno człowiek jak i rzecz mogą mieć „miono”, „name”, „Name”, chociaż w polszczyźnie ludzie mają „imiona”, a rzeczy „nazwy”. Dalej czytamy „Ùczniowie sobie nawzôs zadôwają pitania”, a szansa, że bliscy tych uczniów zrozumieją, o co chodzi, kiedy przyjdą do domu i użyją neologizmu „nawzôs” wciąż oscyluje blisko zera. A wystarczyło napisać naturalniej, np. „Ùczniowie sã pitają jedny drëdżich”. Na poziomie akademickim ów żargon osiąga kolejne szczyty i zaczyna orbitować wokół planety Ziemi: „nót dac je merk”, czyli w języku mówionym „je trzeba dac óbacht, bôczenié, òpasowac”. „Dlô òdzdrzadleniô wëmòwë ùsadzony òstôł”, czyli „Dlô òddaniô wimòwë je stwòrzony”. „Z pòzdrzatkù na môl artikùlacji”, piękna kalka polskiego „ze względu na”, czyli „wedle môla/placu artikùlacji”. Tę zagadkową odmianę można by analizować godzinami, ale nie to jest celem tego wywodu.

Odnoszę wrażenie, że niektórzy autorzy dzisiejszych tekstów kaszubskich tkwią mentalnie w pierwszej połowie XX wieku, kiedy kompleksowa praca leksykograficzna wciąż nie była wykonana, a swoistą idée fixe było udowodnienie niewątpliwej odrębności językowej kaszubszczyzny przez dotwarzanie setek często słabo przemyślanych neologizmów bez gruntownej znajomości rdzennej kaszubskiej leksyki. W efekcie czasem otrzymujemy teksty, które wyglądają jak napisane po polsku, z polską składnią, rekcjami i polskim myśleniem o języku – a potem „kaszubione” przez podmienianie słów jeden do jednego ze „Słownikiem polsko-kaszubskim” w ręku. Zupełnie jakby ignorując, że w XX wieku powstały olbrzymie prace leksykograficzne, których część każdy może pobrać na komputer kilkoma kliknięciami myszki.

Uczeń, o ile nie zna dobrze języka kaszubskiego z domu, nie dostaje żadnych narzędzi, by móc stwierdzić, które słowa i zwroty należą do jakiego rejestru, innymi słowy – którymi porozumie się ze swoim otoczeniem, a które spotka jedynie na stronach pewnego typu książek. Nieświadome używanie słów, które nie mogą być zrozumiane, prowadzą nie tylko do problemów komunikacyjnych, ale też do frustracji i zniechęcenia, a także narażają na śmieszność w oczach otoczenia nie tylko ucznia, ale i nauczyciela, a z tym cały wysiłek środowiska włożony w popularyzację i naukę języka kaszubskiego.

Uczenie takiego żargonu w sytuacji, kiedy coraz więcej uczniów przychodzi do szkoły, nie znając kaszubskiego języka mówionego (i ten trend będzie się z każdym rokiem nasilał), jest gwoździem do trumny dla kaszubszczyzny.

W jakich szkołach uczyć?

Nie chodzi tu jednak tylko o jakość, ale też ilość. Trzy godziny kaszubskiego w tygodniu jako języka obcego są niewątpliwie dużym osiągnięciem środowiska, ale nie zapewnią językowi przetrwania. Wyuczenie ucznia do poziomu A1-B2 nie zastąpi daru, którym jest język natywny. Polski jako pierwszy język młodych Kaszubów, mowa którą uczeń będzie się posługiwał z większą lekkością niż wyuczony na B1-B2 kaszubski, wciąż będzie wypierał kaszubszczyznę, zwłaszcza będąc dominującym językiem szkoły, mediów, komunikatorów, internetu, popkultury, muzyki i – niestety coraz częściej – otoczenia.

Model nauczania języka kaszubskiego jako obcego w szkołach polskojęzycznych miał szansę spełnić swoją rolę pół wieku temu, kiedy większość Kaszubów znała swój język z domu i przychodziłaby na zajęcia jedynie z czytania, pisania i literatury. W obecnej sytuacji ten model pozwala jedynie umrzeć językowi z godnością, dając poczucie, że były próby.

Taki model musi być zatem modelem przejściowym, początkiem drogi. Jedynie aktywizowanie rodziców i otoczenia do czynnego używania języka oraz model imersyjnych szkół kaszubskojęzycznych bądź dwujęzycznych kaszubsko-polskich może zatrzymać proces wymierania języka kaszubskiego jako języka społeczności. Kaszubi mają prawo do takich szkół, taki model działa w wielu miejscach na świecie: Szkocji, Walii, Kraju Basków, Fryzji, ale również w Polsce – szkoły ze swoim językiem wykładowym mają np. mniejszości białoruska i litewska.

Szlaki przecierają nam już teraz dwie prywatne kaszubskie szkoły imersyjne: „Naja szkòła” w Wejherowie i „Deja CSB” w Redzie zakładane przez członków Kaszëbsczi Jednotë. Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie już dobrych parę lat temu wydało kaszubskojęzyczny podręcznik do chemii, przewidując zatem chyba potrzebę nauczania w rodzimym języku innych przedmiotów. Kaszubskie środowiska, choć niewielkie, przy odpowiedniej mobilizacji oraz pomocy samorządów i państwa, potrafiłyby z całą pewnością wydać po 20 nauczycieli historii, fizyki, wiedzy o społeczeństwie itd. Wystarczająco, aby na początek chociaż miasta powiatowe posiadały kaszubskojęzyczne bądź dwujęzyczne szkoły podstawowe i licea. Aby przyciągnąć uczniów, musiałyby być to jednak szkoły konkurencyjne, przewyższające poziomem szkoły polskojęzyczne. Być może sytuacja wymaga, by niezwłocznie się przygotować do wprowadzenia tego rozwiązania na szerszą skalę?

002: „Król a trzech sënóv” (Tekst z Głodowa, pow. wejh.)

Tekst 002: Głodovò (pol. Głodowo), osada w powiecie wejherowskim

Jeden król mjôł trzech sënóv, dvaji bëlë mõdri a jeden głúpi. Jak ten król stôri béł, won chcôł svòje krolevstvò svòjim sënóm dac, ale won nje vjedzôł, kòmù won mjôł dac. Te won pòsłôł tëch sënóv v svjat a rzek: „Za pół rokù pòjta nazód, a chto mje te nôlepszégò kònja przëprovadzi, ten dostónje to krolevstvò.” Na krziżovi drodze rozeszlë sã ti bracë a kòżdi jachôł sóm dalé. Ten głúpi trafjú stôrõ bjałkã, ta gò sã pitaa: „Gdzeż të jachôsz?” Won pòvjôdôł ji, co ten wojc chcôł, a wona gôdaa: „Pòj ze mnõ a słúżë mje pół rokù, te të dostónjesz te nôlepszégò kònja, co na tim svjece je”. Za pół rokù wona mù dała kònja, ten béł kùlavi a slepi, ale jak won svòjémù wojcú pòkôzú, to béł tak pjãkni jak drëdzji kónj na tim svjece nje béł.

Ale ten król nje chcôł svòje krolevstvò témù głúpémù dac, téj won pòsłôł znôw tëch sënóv v svjat a rzek: „Chto mje za pół rokù ten nôlepszi mjecz przënjese, ten dostónje to krolevstvò”. Ten głúpi szed znôw do ti stôri bjałcji a słúżiú ji znôw pół rokù. Za pół rokù wona mù daa mjecz, ten béł zadrëdzevjałi a tãpi, ale jak won témù wojcú pòkôzú, ten béł tak pjãkni a wostri a siéciú sã jak żóden drëdzji na svjece.

Ale ten stôri król nje béł jesz spòkójni, le pòsłôł tëch sënóv znôw v svjat a rzek: „Chto mje za pół rokù tã nôlepszõ brútkã przëprovadzi, ten dostónje to krolevstvò.” Ten głúpi szed znôw do ti stôri bjałcji a jak won ji pół rokù słúżoné mjôł, téj wona rzekła: „Jô chcã sama tvòjõ brútkõ bëc”. A jak won ze svòjõ brútkõ do króla przëszed, wona bëła młodô a pjãknô, vjele pjãknjészô jak të brútcji, co ti dvaji mõdri bracë mjelë. Tak ten stôri król mùsziú témù głúpémù to krolevstvò dac a won sã wożenjú ze svòjõ brútkõ. To bëła téż krolevô a tak ten głúpi dostôł dva krolevstva.

(Opowiadała 13-letnia dziewczyna, uczennica szkoły lud. w Smażynie. Teksty pomorskie, Friedrich Lorentz, tekst nr 356., str. 265)

Słówka do zapamiętania:
krolevstvò królestwo
krziżovô droga skrzyżowanie dróg
te 1. wtedy (też: téj), 2. tego (też: tegò/tegù/tewo)
bracë bracia (obok: bracô, bratovje)
trafjic 1. spotkać, 2. trafić
jachôsz jedziesz (obok: jedzesz)
znôw znów
zadrëdzevjałi – zardzewiały
spòkójni – zadowolony, kontent
krolevô – królowa

Formy regionalne:
W znacznej części dialektu północnego, zwłaszcza na południu powiatu wejherowskiego, w miejsce czasownikowych końcówek -ôł, -ił w cz. przeszłym r. męskiego l. poj. trafiamy na końcówki -ú, -iú, por.:

trafjú – trafjił
pòkôzú – pòkôzôł
słúżiú – słúżił
siéciú/svjéciú – svjécił
mùsziú – mùsził
wożenjú – wożenjił

Stopniowanie przymiotników:
Tradycyjnie w kaszubskim języku mówionym stopień najwyższy przymiotników tworzy się nie tylko poprzez dodanie sufiksu nô- do stopnia wyższego, ale również przez użycie zaimka wskazującego ten/ta/to, tak jak w powyższym tekście:

të dostónjesz te nôlepszégò kònja
dostaniesz najlepszego konia

chto mje za pół rokù ten nôlepszi mjecz przënjese
kto mi za pół roku przyniesie najlepszy miecz

chto mje za pół rokù tã nôlepszõ brútkã przëprovadzi
kto mi za pół roku przyprowadzi najlepszą narzeczoną

dobri – lepszi – ten nôlepszi
dłúgô – dłëgszô – ta nôdłëgszô
môłé – mjészé – to nômjészé

Choć ta konstrukcja jest rzadko spotykana, można w kaszubszczyźnie utworzyć stopień najwyższy również bez sufiksu nô-, z samego stopnia wyższego i zaimka ten/ta/to:

To je ten głëpszi człovjek, co na tim svjece je.
To jest najgłupszy człowiek na świecie.

To je ten bëlnjészi fylm, jacji móm vjidzoné.
To najwspanialszy film, jaki widziałem/-am.

Duchowa martwota Kaszubów

Mało kto potrafił pisać tak gorzko o Kaszubach jak ci, którzy sami w kaszubszczyźnie widzieli wartość najwyższą i idei odrodzenia Kaszub poświęcili swoje życie. A jednak ta kwestia „martwoty duchowej” Kaszubów, tej niewzruszonej obojętności na wymieranie rodzimej kultury i własnego języka, jest bodaj jednym z najważniejszych motywów kaszubskiej literatury. Są wszakże trzë wukôzcji: Strach, Trúd i Njevôrto, które nie pozwalają Remùsovi przenjesc królevjónkã bez wodã w epopeji Aleksandra Majkowskiego; są wreszcie szaré paje Smãtka, które smùczõ pò glovach bohaterów Jana Drzeżdżona („Twarz Smętka”). Autorzy „Zrzeszë Kaszëbskji” w swojej dosadności nie oszczędzili Kaszubów w artykule z 1934 r., który tu przypominamy, lecz jak sami deklarowali: Piorunami i ogniem należy przemawiać do śpiących i sennych duchów. A przypominając, sami zastanawiamy się, na ile ów osąd sprzed 84 lat pozostał aktualny i czy był nim wtedy?

O dwóch pierwszych tablicach fałszywych wartości

Niema narodu pod słońcem, któryby odznaczał się taką martwotą ducha, jak Kaszubi w ostatnich stuleciach. Stanęli już od dawna na prostej drodze, wiodącej ku zapomnieniu, ku zagładzie, odkąd zamarła na ustach ludu pieśń dziejowa. Bez znajomości swej historji i bez pieśni ojczystej, wlewającej w serca ludu coraz to nowe żary miłości swojszczyzny, żywiącej w nich dumę narodową i zapalającej w nich ustawicznie nowe nadzieje ginie wszelki naród bezpowrotnie. Kaszubi ostali się jednak do dziś dnia mimo nieznajomości swoich dziejów ojczystych i bez pieśni takiej, ale to sprawiła jedynie martwota ich ducha, lenistwo duchowe. Byli o wiele za leniwi, aby ich było można całkiem wynarodowić mimo tego, iż przedstawiali pod tym względem pierwszorzędny materjał.

Lenistwo duchowe ratowało Kaszubów od ostatecznej zagłady, a nie ich siła życiowa, albowiem takiej już od XIV wieku do dziś dnia wcale nie wykazują.

Kaszubi nie mają najmniejszego prawa pysznić się tem, że przetrwali nad Bałtykiem, gdyż nie oni, lecz to w nich, czem należy gardzić, było przyczyną, że się ostali jako Kaszubi. Zachowali oni mowę swoją jedynie z tego powodu, że byli za leniwi nauczyć się płynnie po polsku albo po niemiecku; ci bowiem, którzy nauczyli się po niemiecku płynnie, zgermanizowali się prawie wszyscy, a ci, którzy nauczyli się płynnie po polsku, wzgardzili mową swych ojców i spolonizowali się prawie wszyscy. Ci najleniwsi, ci najciemniejsi tylko zachowali kaszubskość bo nie mogli inaczej, a tem chcieliby się chwalić i pysznić?!
Bracia Kaszubi! Tablica waszej wartości leży oto u nóg waszych połamana. Schlebiając wam, kłamią ci, którzy w was wmawiają, jakoby ta martwota waszego ducha była czemś pochwały godnem. Aczkolwiek była ona przyczyną zachowania przez pewien czas mowy kaszubskiej, to jest ona jednak z gruntu rzeczy wartością fałszywą, jest tylko pewnym hamulcem toczącego się koliska w przepaść. Hamulec ten czują wszyscy ci, którzy pragną to kolisko pchnąć na nowe tory, na tory odrodzenia. Wasz zacofany konserwatyzm, wasz fanatyzm, wasza niecierpliwa „cierpliwość” i wszystkie wasze nędze duchowe, a za niemi idące nędze moralne i materjalne wyrosły przecież tylko na podstawie tej waszej martwoty duchowej.

Ta wasza imaginowana wartość, ta martwota duchowa — to powolne konanie kaszubskości, a nie jej zachowanie.

Ta fałszywa wartość wasza każe wam jako Kaszubom konać powoli, ale pewnie. Zapatrzeni w tablicę fałszywej wartości giniecie bez jakiegokolwiek honoru, giniecie z hańbą, giniecie jako naród nikczemny. Jeden z wielkich myślicieli polskich (z pochodzenia Pomorzanin) Stanisław Staszic mówi: „Upaść może naród wielki i szlachetny — zginąć tylko nikczemny.” —

Kaszubi! Jesteście ludem silnie rozmnażającym się, ale mimo to zmniejszającym się z rokiem każdym. Jesteście więc bez celu i nie macie siły, aby z innemi narodami zasiadać u stołu dziejów ludzkości. Leżycie wciąż jeszcze na brudnym barłogu waszego jestestwa jako starzec, który się zestarzał, nie zaznawszy wcale młodości, którego lenistwo duchowe stało się przyzwyczajeniem i wreszcie ciężką chorobą, która nie pozwala mu ani się podnieść, ani nawet skonać.

Niema w was żadnego wyższego pragnienia, lecz tylko i tylko ta niemoc bezdenna połączona z małodusznem tchórzostwem — a to nazywacie waszą kaszubską „cierpliwością” i z tego pragniecie być dumni?! Rzucamy wam pod nogi tę waszą „cierpliwość” kaszubską, która w samej rzeczy nie jest niczem innem, jak tylko tchórzostwem i lenistwem. Oto leży połamana u stóp waszych ta druga tablica fałszywej wartości waszej.

Zrzesz Kaszëbskô (5/1934), Kartuzy
red. nacz. Aleksander Labuda

Bogu świeczka, diabłu ogarek, a Kaszubom woda z mózgu

Do postawienia tezy zawartej w tytule tego artykułu skłoniła mnie obserwacja zachowań znacznej części liderów życia społeczno-politycznego na Kaszubach, aktywistów stowarzyszeń mieniących się organizacjami reprezentującymi Kaszubów, samorządowców, księży, polityków. Wszyscy, których mam na myśli, wybrani do szczególnej roli w naszej wspólnocie kaszubskiej, zdają się zupełnie nie rozumieć potrzeby stawiania na pierwszym miejscu interesu społeczności, z której sami się wywodzą. Więcej niż ten interes, zajmuje ich służba partiom politycznym, ideologiom czy też mamonie. Ciężko pracują, żeby nie zrobić nic takiego, co nie spodobałoby się w Warszawie – nawet wtedy, gdy wypowiadają się krytycznie wobec poczynań jednej warszawskiej partii, puszczają jednocześnie przyjaźnie oko do polityków innej stołecznej koterii. Nie budują pomorskiej opcji, żadnej regionalnej siły politycznej czy nawet strategii, a Kaszubom – na nasze święta, zjazdy i ważne wydarzenia – przywożą w teczkach z Warszawy prominentnych polityków, by wtórować im w skandowaniu hasła „Nie ma Kaszub bez Polonii, a bez Kaszub Polski”, jak to miało miejsce na tegorocznym Zjeździe Kaszubów, gdzie obok Prezydenta RP związanego z jednym ugrupowaniem pojawił się także były premier i europoseł reprezentujący inną partię. Wilk syty, owca cała, dla Kaszubów korzyść cała… czy rzeczywiście?

Ideologizacja życia kaszubskiego w duchu przywołanych w poprzednim akapicie słów Hieronima Jarosza Derdowskiego, przybrała na sile szczególnie w 2018 r., gdy dość nierozważnie środowiska kaszubsko-pomorskie przyłączyły się do warszawskiej formuły opowieści o 100-leciu niepodległości Polski. Nawet jeśli wcześniej próbowały przygotować przekaz historyczny oparty o doświadczenia rodzimej inteligencji młodokaszubskiej, aktywnie i na różne sposoby włączającej się w latach 1918-1920 w urządzanie nowego porządku w Europie po I wojnie światowej, to nie mogąc przebić się z nim przez narrację ogólnopolską, a także dla uspokojenia wewnętrznych konfliktów w mocno niejednolitych strukturach organizacyjnych podlegających wpływom kościelno-polsko-narodowym, wywiesiły białą flagę i zupełnie nieodpowiedzialnie zaczęły dodawać logo warszawskich obchodów niepodległości do tak ważnych dla kaszubskiej tożsamości wydarzeń, jak Zjazd Kaszubów, Łodziowa Pielgrzymka Rybaków czy wiele innych.

fot. Redakcëjô, Zjazd Kaszubów 2018

Przez takie działania zakłamuje się historię, niszczy własną tożsamość i kulturę, a w efekcie doprowadzić można także do unicestwienia języka kaszubskiego, który jest podobno największą świętością dla wszystkich aktywistów kaszubskich. Podobno… Z mojego punktu widzenia, jeśli za duchowego przewodnika bierze się autora poematu „Ò Panu Czorlińsczim co do Pùcka pò sécë jachôł”, który przez całe życie pozostawał pod wpływem środowisk zwalczających jakiekolwiek przejawy odrodzenia narodowego Kaszubów i nie dostrzegał różnic w byciu Kaszubą i Polakiem oraz przekonany był o gwarowym statusie kaszubszczyzny wobec polszczyzny, jest się na dobrej drodze do przyłożenia ręki do pogrzebania naszej wielowiekowej autonomii strażników dziedzictwa pomorskiego, nadbałtyckiego, europejskiego.

Gdy w połowie XIX w. rozpoczynał się proces emancypacji Kaszubów i doszło do wystąpienia Floriana Ceynowy jako rzecznika kaszubskiej świadomości narodowej, początkowy protest przeciwko konsolidacji politycznej i asymilacji kulturowej wymuszonej przez państwo pruskie, z czasem stał się postawą skierowaną także przeciwko próbom asymilacji Kaszubów do kultury polskiej. Celem był ochrona i rozwój własnej tożsamości kulturowej. Dopiero czas pokazał, jak ważna była inicjatywa doktora ze Sławoszyna, który dał początek procesowi przekazywania wiedzy kulturowej i mobilizowania Kaszubów do aktywności etnicznej – od tej poznawczej, po stricte polityczną. Niestety, ani poprzednie pokolenia, ani nasze nie potrafiły i nie potrafią dostatecznie korzystać z myśli ojca „sprawy kaszubskiej”. Wcześniej niemoc ta miała związek z trwającą przez dziesięciolecia konfrontacją niemiecko-polską na Pomorzu, gdzie obie nacje uważały emancypacyjne dążenia Kaszubów za zagrożenie dla własnych interesów narodowych. W XXI wieku taka sytuacja nie ma miejsca. Państwo Polskie, Europa i świat uznają odrębność Kaszubów. Niezadowalający jest oczywiście nasz status prawny w Polsce i traktowanie nas jako grupy językowej, a nie narodu, co jednak nie przeczy słowom o uznawaniu naszej odrębności.

Największy kłopot z tą kaszubską autonomią zdajemy się mieć sami my, Kaszubi. Wolimy stawiać Bogu świeczkę, diabłu ogarek i mieć mętlik we własnej głowie, który powoduje, że nawet nie rozumiemy słów H.J. Derdowskiego o kaszubskości i polskości, bo wydaje nam się, że one świadczą o naszej podmiotowości w Polsce. Tymczasem ich sens jest taki, jak ten zawarty w słowach wypowiedzianych przez wykreowanego przez pisarza pana Czorlińsczégò: „A jô z dëszą i ze serca Pòlôch jem jak òni” oraz „czej le wiedno bãdzem dzałac rączo i wëtrwale,/ w kùńcu tak, jak we Warszawie, bãdzemë gôdalë”. Jednym z przykładów jak dalece daliśmy sobie zniewolić nasze umysły, niech będzie wybór tekstów do tegorocznego, czerwcowego egzaminu ze znajomości języka kaszubskiego na potrzeby nauczania w szkołach. Zdający nauczyciel (przyszły nauczyciel) miał szansę wybrać „jedynie słuszną opcję” i nie mógł określić Kaszubów inaczej, niż grupa kulturowo-etniczna w ramach narodu polskiego, ponieważ inna odpowiedź nie była nawet przewidziana.

Niewiele osób próbuje interpretować hasło „Nie ma Kaszub bez Polonii…” z uwzględnieniem warunków nam współczesnych. Być może to skłaniałoby do rozważań zmierzających w kierunku, jak bardzo Polacy (Polska) potrzebują dziś Kaszubów, a Kaszubi Polaków (Polski). Doszlibyśmy może nawet do wniosków o potrzebie innej organizacji państwa polegającej na zwiększeniu roli jego regionów i społeczności lokalnych. Byłyby to ważna dyskusja, ale nie uważam, byśmy mieli nadal patrzeć na nasz kaszubsko-narodowy interes tylko z tej jednej kaszubsko-polskiej perspektywy. Jesteśmy oczywiście obywatelami polskimi i żyjemy w większości w granicach Rzeczpospolitej Polskiej, ale jednocześnie jesteśmy narodem słowiańskim i regionem europejskim. Przyjęcie takiego punktu widzenia, daje szersze spojrzenie na naszą przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Gdy powiemy sobie: „Wiedno Kaszëbë – wiedno Kaszëbskô”, zupełnie innego znaczenia nabiorą dla nas wszelkie 100-lecia (niepodległości), 1050-lecia (chrztu Polski), 550-lecia (polskiego parlamentaryzmu). Ręczę, że wówczas uda nam się uspokoić umysł i zająć myśli sprawami pierwszorzędnymi dla rozwoju Pomorza i naszej własnej tożsamości kaszubskiej. Nagle okaże się też, że mamy dość własnych okazji do świętowania ich z dumą, jak na przykład: 997 (chrzest Gdańska), 1046 (pojawienie się Pomorza na kartach historycznych kronik), 1238 (pierwsza pisana wzmianka o Kaszubach), 1817 (urodziny Floriana Ceynowy), 1912 (powstanie Towarzystwa Młodokaszubów).

10 Przykazań Dobrego Kaszuby

I. Dobry Kaszuba stara się jak najczyściej mówić po polsku i myśleć po polsku. Odrzuca balast, którym jest jego rodzima kultura, nie mówi po kaszubsku i nie wychowuje swoich dzieci po kaszubsku.

II. Dobry Kaszuba się nie buntuje i nie angażuje. Wie, że najważniejszy jest święty spokój. Milczy, gdy obraża się kulturę i mowę jego ojców. Dobry Kaszuba sam rozumie, że nie są to sprawy o istotnej wartości i trzeba o nich zapomnieć.

III. Dobry Kaszuba w trosce o skarb Państwa i samorządu kontestuje każdy wydatek na rozwój kaszubskiej kultury i tożsamości, choćby chodziło o parę metalowych tablic. Dobry Kaszuba wie, że to tylko fanaberie hobbystów i/lub polityków, którzy chcą coś na tym ugrać.

IV. Wszelkie rozterki na temat tożsamości etnicznej i narodowej za Dobrego Kaszubę rozwiązuje Państwo i Kościół. Urzędnik i ksiądz wiedzą lepiej, takie kwestie należy zostawić specjalistom.

V. Dobry Kaszuba wie, że prawdziwi Kaszubi żyją tylko w jego miejscowości, a wszyscy inni są farbowani i nie potrafią dobrze mówić po kaszubsku. Albo wprost przeciwnie, Dobry Kaszuba wie, że jego okolica to wcale nie są Kaszuby, bo te prawdziwe są gdzieś tam koło Kościerzyny/Kartuz/Pucka (do wyboru).

VI. Dobry Kaszuba nie jest zainteresowany i z pogardą patrzy na historię Kaszub i Pomorza. W zupełności wystarczy mu powzdychać do Kresów, Wilna i husarii.

VII. Dobry Kaszuba nie potrafi wymienić z tytułu ani jednej kaszubskiej książki, a z imienia ani jednego pomorskiego księcia.

VIII. Dobry Kaszuba, jeśli już musi mówić swoją regionalną mową, to pozostaje dumnym pół-analfabetą w tym narzeczu i nie odczuwa potrzeby, by umieć w nim czytać i pisać.

IX. Dobry Kaszuba jest niechętny kaszubskiej symbolice, no chyba że zarobkowo w wymiarze folklorystyczno-turystycznym i pod warunkiem, że pojawia się razem z symboliką polską w stosunku 1 do 3, żeby nikt nic złego nie powiedział.

X. Dobry Kaszuba patrzy ze spokojem i wzruszeniem ramion na wymieranie kultury i języka przodków. Tak będzie lepiej i prościej. Poza tym czym jest ta kultura wobec wielkiej kultury polskiej, jeśli nie jedynie dziejowym nieporozumieniem i fazą przejściową?

 

 

 

Photo: by Freepik.com