Archiwa tagu: Kaszëbë

Pismo w dyskursie narodowym

Refleksje po lekturze książki Artura Stęplewskiego

Dla mnie, osoby od 30 lat uczestniczącej w procesie standaryzacji języka kaszubskiego z perspektywy dziennikarza i literata, książka Artura Stęplewskiego „Semioza pisma. Cyrylica i łacinka w serbskim i chorwackim dyskursie narodowym na tle słowiańskim” jest swego rodzaju odkryciem nowego/starego terytorium, po którym stąpałem od dawna, kierując się intuicją i doświadczeniem, lecz nie potrafiłem do końca go nazwać i opisać. To lektura dla każdego – językoznawców i laików w tej dziedzinie, i choć Kaszubi i język kaszubski pojawiają się na kartach tej książki jedynie w sposób kontekstowy, to warto po nią sięgnąć, by wiedzieć, że nasze problemy z językiem, jego ortografią i standaryzacją nie są niczym wyjątkowym w świecie słowiańskim.

Pierwsza część publikacji omawia pismo jako „obraz języka i znak kultury”, zaś druga poświęcona jest „słowiańskim zmaganiom z pismem i grafią”. Najwięcej miejsca autor poświęca, oczywiście, casusom serbskiego i chorwackiego – opierając się na najnowszych XX- oraz XXI-wiecznych przykładach tych dyskursów narodowych, ale jednocześnie umiejętnie sięga po szeroką paletę przykładów z dyskursów innych narodów słowiańskich: tych najdawniejszych, pansłowiańskich wizji jednego języka z wieloma narzeczami, jak również tych najnowszych, śląskich dążeń do ustandaryzowania własnego etnolektu.

W kontekście pansłowiańskim, dla czytelnika Kaszuby, ciekawe wydają się ocena postaci i opis ideologii Aleksandra Hilferdinga. Artur Stęplewski nazywa go „postacią pierwszoplanową w świecie słowiańskim, którą z czasem jednak wymazywała historiografia rosyjska”, a jego działania na Kowieńszczyźnie, Żmudzi, na Kaszubach i wśród Słowian południowych określa jako przejaw rusyfikacji, mającej „wzmacniać pozycję Rosji i rozszerzać jej strefy wpływu”. Z równie dużą uwagą czyta się o tezach, jakie formował Ján Kollár, którego założenie, „że wszyscy oświeceni Słowianie będą studiować staro-cerkiewno-słowiański, aby poznawać zasady gramatyki i leksyki słowiańskiej”, co zbliży ich „do rozumienia innych narzeczy współczesnych, nie tracąc (w każdym razie w początkowym okresie formowania się wspólnej kultury Słowian) indywidualnych, etnicznych cech językowych”, autor książki określa jako poszukiwanie „złotego środka”.

Pisząc o próbach tworzenia zasad normatywnych dla śląszczyzny, A. Stęplewski obszernie omawia „projekt ortograficzny” prowadzony pod kierownictwem Jolanty Tambor. Swoje uwagi na ten temat autor książki kończy następującym stwierdzeniem: „Działacze śląscy, przewidując, że proces normalizowania idiomu wymaga wielu lat pracy związanej m.in. z obserwacją praktyki codziennej w stosowaniu ortografii, przyjęli – co stanowi rzadkość w procesach narodowotwórczych – nieograniczony czas przyswajania normy graficznej. Najprawdopodobniej wynika to z faktu, że idiom śląski, wobec braku akceptacji przez władze i parlament polski, nie stanie się w najbliższym czasie przedmiotem szkolnego nauczania”.

Czy, w związku z tym, ortografia języków będących „przedmiotem szkolnego nauczania” nie jest poddawana zmianom i modyfikowana? Historia i współczesność narodów słowiańskich, widziana w kontekście ich zmagań z pismem i grafią, od Bałtyku po Morze Czarne pokazuje, że procesy takie zachodzą permanentnie, chociaż nie bezboleśnie. Piszę o tym, ponieważ podobne dyskusje toczone są na Kaszubach, od czasu stworzenia pierwszej ortografii przez Floriana Ceynowę co kilkadziesiąt lat i wracają współcześnie w kontekście krytyki, z jaką spotykają się ustalenia komisji do spraw pisowni z 1996 r. Coraz głośniej podnoszona jest kwestia potrzeby modyfikacji zapisu języka kaszubskiego w stronę jego „klasycznej” ortografii, a więc tej stosowanej przez Aleksandra Majkowskiego w „Żëcim ë przigòdach Remùsa” czy Zrzeszyńców w piśmie „Zrzesz Kaszëbskô”, a także Friedricha Lorentza w gazecie „Bënë ë Bùten” oraz w jakiejś mierze również przez redaktorów pisma „Tatczëzna”. Postulaty te podnoszą najmłodsi użytkownicy języka kaszubskiego: literaci, tłumacze, ludzie pióra, z Maciejem Bandurem, redaktorem pisma „Skra”, na czele.

Po lekturze pracy Artura Stęplewskiego, dającej tak szeroki słowiański kontekst, muszę przyznać, iż lepiej rozumiem roszczenia młodych Kaszubów i skłaniam się w stronę ich postulatów, mimo że jestem jednym z sygnatariuszy kompromisowego porozumienia w sprawie pisowni kaszubskiej z 1996 r. Myśląc w kategoriach kultury narodowej, pismu i jego grafii przypisuje bowiem rolę jednego z symboli scalających wspólnotę. Uważam, iż ortografia z 1996 r. spełniła swoją rolę, gdy chodziło o coś, co A. Stęplewski odnosi „do konieczności potwierdzenia wartości funkcjonalnych i estetycznych języka X wobec uznanych już, pozostałych języków”. Jest ona jednak, pomimo deklaracji towarzyszących podpisaniu wspomnianego porozumienia, wciąż ortografią opartą na założeniu, które za A. Stęplewskim, opisującym sytuację idiomu śląskiego, można parabolicznie scharakteryzować w ten sposób, że „ bierne nawyki szkolne (tzn. polskie) ułatwiają (…) wzrokowe identyfikowanie leksemów, jednak, z punktu widzenia językoznawstwa porównawczego i historycznego, stosując taką ortografię, [kaszubski – wtrącenie moje] nadal pozostanie dialektem lub derywatem polskiej odmiany ogólnej”.

Pamiętajmy, na co również zwraca uwagę autor omawianej publikacji, że „wbrew deklaracjom badaczy, którzy zakładali prymat języka werbalnego nad wersją wizualną, w praktyce analizie podlega graficzny obraz języka jako przykład jego bardziej świadomego i rozpowszechnionego użycia”. Zależy mi na rozwoju wspólnoty narodowej Kaszubów i dlatego uważam, że nie powinniśmy się bać tego, że pismo funkcjonować będzie jako znak naszego upodmiotowienia.

Ponad 280-stronicowa Publikacja „Semioza pisma. Cyrylica i łacinka w serbskim i chorwackim dyskursie narodowym na tle słowiańskim” autorstwa Artura Stęplewskiego, slawisty i polonisty z Zakładu Slawistyki Kulturoznawczej Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, ukazała się pod koniec 2018 r. dzięki Wydawnictwu Naukowemu UAM.

Artur Stęplewski

Recenzëjô: Walka o tożsamość, znaki i znaczenia

Adela Kożyczkowska, jak sama zaznacza, traktuje kaszubszczyznę „jako egzemplifikację pewnego projektu kulturowego”, którego „przestrzeń konstruują dwa główne projekty intelektualne” koncentrujące się na dwóch tożsamościach Kaszubów, nazywanych przez autorkę: „polonocentryczną” i „kaszubocentryczną”. Kożyczkowska przyznaje, iż niewystarczająca znajomość kultury niemieckiej była przyczyną, dla której zrezygnowała z badania relacji kaszubsko – niemieckich, a tym samym „niemieckocentrycznej” tożsamości Kaszubów, ale ma nadzieję – podobnie jak i ja – że w przyszłości ktoś ten temat podejmie.

Książka Adeli Kożyczkowskiej: Kaszubszczyzna. Pedagogicznie o języku i tożsamości, wydana staraniem Wydawnictwa Uniwersytetu Gdańskiego w lutym 2019 r., choć jest pozycją naukową, to z pewnością zainteresuje każdego, komu bliskie są rozważania nad językiem, kulturą i tożsamością. Niech nie zniechęca nikogo „pedagogiczne” podejście do tematu – wszak autorka jest adiunktem w Zakładzie Pedagogiki Ogólnej Instytutu Pedagogiki UG – gdyż szczegółowe rozważania dydaktyczne, których moglibyśmy się spodziewać, zastąpione zostały przemyśleniami „wpływu pewnych koncepcji, idei, wyborów identyfikacyjnych i tożsamościowych na kondycję ludzką”, jak ujęła to we fragmencie swojej recenzji, umieszczonym na 4. stronie okładki, prof. dr hab. Jolanta Tambor.

Ten, kto szukałby w omawianej książce szerokiego przedstawienia tytułowego zagadnienia, tzn. rozważań o takich cegiełkach kultury, jakimi są np.: literatura, pamięć historyczna, religia czy tradycja, nie znajdzie tego w tekście publikacji, ponieważ przedmiot swoich badań A. Kożyczkowska zawęża do „wiedzy o języku” w kontekście „praktyk kulturowych, których celem jest konstruowanie tożsamości”. To założenie sprawia, że tekst staje się klarowny, zaś tezy autorki – stawiane w kontekście edukacyjnym, rozumianym jako „polityczne organizowanie wiedzy i doświadczeń młodych” – czyni niezwykle spójnymi.

Wśród wielu założeń, które Kożyczkowska poczyniła, przystępując do opisania swoich badań (o których pisze we wstępie i rozdziale 1. poświęconym przyjętej metodologii), jest i takie, by czytelnik traktował przytoczone pod konkretnym nazwiskiem, słowa i wypowiedzi jako „stanowiska teoretyczne”. Chodzi więc o to, by nie utożsamiać ich z konkretną osoba, lecz „autorem, który mówi zawsze z pola jakiejś hegemonii”. Poprzez przyjęcie takiej perspektywy w tekście książki swoje poglądy odnajdą z łatwości zarówno te osoby, które były uczestnikami konkretnych „praktyk kulturowych”, jak również ci czytelnicy, którzy chcą się utożsamiać z jakąś „nieuosobioną” ideą.

Z każdą kolejną stroną swojej pracy A. Kożyczkowska udowadnia, że nie ma przesady w przyjętej przez autorkę tezie, iż kaszubszczyzna to „permanentna pedagogia, czyli sfera, w której toczy się walka (?), gra (?) o znaki i znaczenia (…), o tożsamość”. Tę walkę prowadzą ze sobą dwa „intelektualne modele kaszubszczyzny”. Jeden z nich jest konsekwentnie „zamknięty na różnice kulturowe” i wynika z lęku „przyznania się do własnego rozróżnienia od większości – w tym przypadku – polskiej”. Drugi jest jak najbardziej otwarty na kulturowe różnice: „tylko uznając różnicę, można uznać wielokulturową naturę świata”, można „świadomie zabiegać o własną tożsamość etniczną”.

Gdańska pedagożka przedstawia swoje teorie bez emocji, które zwykle towarzyszą omawianiu różnych kaszubskich tożsamości, a przez to, w większości przypadków, sięga sedna przeciwstawnych postaw Kaszubskich elit – ich przyczyn i skutków. Tekst jest znakomitą syntezą zarówno jednego z dyskursów – rozpoczętego przez Floriana Ceynowę, a kontynuowanego obecnie przez stowarzyszenie Kaszëbskô Jednota, jak i drugiego – zapoczątkowanego przez Hieronima Derdowskiego, a dziś odbijającego się w zwierciadle „Ustawy o mniejszościach narodowych i etnicznych oraz o języku regionalnym”. Tylko w jednym miejscu, takie jest moje zdanie, autorka nie trafia z właściwą interpretacją, gdy wysuwa tezę, iż uchwała II Kongresu Kaszubskiego, który odbył się w 1992 r. w Gdańsku, a w szczególności wystąpienie Donalda Tuska na II Kongresie Kaszubskim, który przekonywał by Kaszubi „zwiększyli swą współodpowiedzialność” za „los ogółu” obywateli, były tezami stanowiącymi „spiritus movens programu ideowego Òdrodë”.

Adela Kożyczkowska w książce Kaszubszczyzna. Pedagogicznie o języku i tożsamości przekazuje nam przemyślane, kompetentnie napisane, syntetyczne spojrzenie na ważny i wciąż aktualny problem miejsca kaszubszczyzny w zmieniającej się rzeczywistości. Symbolicznym tego wyrazem może być pierwsza strona okładki. Kilka fotografii mężczyzn w mundurach różnych armii, a także rodzin zgromadzonych na religijnych rytuałach chrztu i komunii, mogą uświadamiać, jak skomplikowana to rzeczywistość na pograniczu kultur i religii. Sama autorka przyznaje, iż swoją książką chce „włączyć dyskurs tożsamości kaszubskiej w przestrzeń pedagogiki międzykulturowej”, gdyż sama tylko optyka kaszubskiej edukacji regionalnej nie jest wystarczająca. To zadanie, w moim przekonaniu, omawiana książka spełnia, ponieważ w znaczący sposób oświetla oba omawiane kaszubskie projekty tożsamościowe oraz poszerza horyzonty projektu kaszubocentrycznego.

Adela Kożyczkowska, 2019, Kaszubszczyzna. Pedagogicznie o języku i tożsamości,Gdańsk: Wydawnictwo Uniwersytetu Gdańskiego, s. 276.

Òptimiscë i pesymiscë – Adamòwa Prostownica

Dwa skrajné pòzdrzatczi na naszã przińdnotã pòkazywają abò, że më ju nic nie darwómë robic, abò że ju ni ma co próbòwac robic. Dzysô chcemë sã przëzdrzec jak wëzdrzi całé szpektrum wizjów na przińdnotã i z czegò òne wëchôdają.

Më jesmë rozmajiti, na co mają cësk genë i doswiôdczenia w żëcym. Jedny na swiat wzérają barżi z perspektiwë szansów, drëdżi zagróżbów. I wcale nie je tak, że ny pierszi to są òptimiscë, a drëdżi pesymiscë. To są dwa zortë taksowaniô realnoscë, jaczé dopiérze prowadzą do òptimisticznëch abò pesymisticznëch kònkluzjów. Prosto kòżdi z naju je dzes na skalë, jaczi greńcznyma pąktama je skùpienié na szansach i skùpienié na przeszkòdach. Nôtërno ti, co widzą wicy szansów, mdą barżi òptimistama, a ti co przed òczama mają wizjã tegò, co nama zagrôżô, przińdnosc widzą kòmùdno. Nié wiedno tak równak je, to dô òptimistów i pesymistów, chtërny nima są prosto temù, że nie włączëlë swòjëch mëslowëch procesów i jich nastawienié wëchôdô z założeniô, jaczé przëjimnãlë na zôczątkù, z górë.

Głupi òptimiscë

Zakłôdanié, że nama sã zycher ùdô ùchòwac nasz jãzëk i “nigdë do zgùbë nie przińdą Kaszëbë” to je jedna z nôczãscy pòwtôrzónëch brawãdów. Skądka taczi òptimizm? Baro proszã – przódë nas za kaszëbiznã bilë, a terô ùczą w szkòłach. Prosté! Taczé założenié, zdrzącë na faktë, to je głëpòta. To jakbë wzerac na słuńce, chtërno je na widnikù w môłim òdsłoniãtim òd blónów placu, czej nad nama deszcz padô i ceszëc sã, że dzysô je piãkny dzéń. Chcemë wëzdrzec na fakticzny stón. Co z tegò, że za césarza Wëlema czë za kòmùnë naju nie lëdelë? To dzysô, w czasach prawów miészëznów, më żëjemë, a pòtkanié kògòs, chto ni mô skùńczoné 30 lat i pò kaszëbskù gôdô, to je wiôldżé szczescé. Jô apelëjã do tëch, co gôdają, że je dobrze, że më mómë te prawa i ò nick wicy biôtkòwac nie brëkùjemë: przódë jak nie bëło Facebooka, tej blós familia wiedza, że wa nie jesta richtich w głowach. Dôjta pòkù z tim cëganienim òpiartim na żëczbòwim mëszlenim! Sytuacjô jãzëka i swiądë, jaczi òd jãzëka òdrëwac ni mòże je… jô nie wiém, czë lëchô, fatalnô i beznôdzejnô, ale zycher takô, jakô wëmôgô dzejaniô, a nié klaskaniô! Më jesz mómë wiele do zrobieniô, a òd waju më czëjemë, że nigdë tak dobrze nie bëło, në, tej (w docygnienim) nick ni mùszi robic. Z czegò wëchôdô taczi glëpasy òptimizm? Z jinégò célu. Ti lëdze ni mają za cél ùchòwaniô i rozwiju jãzëka, ni mają kònkretny wizje normalnégò żëcô ze żiw jãzëkã i mòcną swiądą. Òni chcą swòje karenkò zéńdzoné na kònferencjach i promòcjach ksążków, chcą przë kawie lóny z termòsów ze sztraùsama dlô aùtora w rãkach przekònywac sebie nawzôjno jaczi fejn je brzôd jich robòtë. Jistno zwëczajny lëdze, co nie chcą sã mierzëc z faktã dżinieniô najégò nôrodu. Jima to nie robi, kim sã mdą jegò dzecë czëłë, haùbzach, że jak trafi na aktiwistã, tej so z nim miło pògôdô. To je normalné, że ti lëdze tak wzérają, ale nienormalné i niebezpieczné je, czej elitë przëjimają taczi pòzdrzatk i wëcopiwają nasze wòjska, czej na frońce jesz je wòjna.

To je téż pòliticzny problém – aktiwiscë nie chcą przëznac, że je lëchò, bò mùszą dokazac swòjã efektiwnosc. Tedë pòwòłiwają sã na lëczbë, jaczé nic nie wnôszają, bò sã nie przenôszają bùten mùrów szkòłów i jinstitucjów kùlturë.

Głupi pesymiscë

Cenôwa zaczął gramatikã twòrzëc, czej ju jiné słowiańsczé nôrodë to miałë. Zrzeszińcowie ò Wiôldżim Pòmòrzim mòglë zacząc rëchli gadac, cobë nowé, pòlsczé wëszëznë sã mùszałë rechòwac z pòwôżną rësznotą, jaczi nie jidze znikwic. Karno Chëcz mògło pierszą platkã rëchli wëdac, czej subkùlturë bëłë barżi módné, a wicy lëdzy kòl 20-25 lat stôrëch pò kaszëbskù gôdało. Ùstôw ò miészëznach mógł bëc rëchli wprowadzony, czej edukacjô bë pòmôgała domôcémù przekazowi, a nié gò zastãpiwała. Na wszëtkò wiedno bëło za pòzdze. I terô ni mómë jintelektualnëch elitów, lëdze wëbiérają taczé partie, co są procëm nama… wszëtkò, co kaszëbsczé, to złé. Taczé przekònanié mô dzél aktiwistów i wiedno jak sã jich czëtô, to sã mô wrażenié, że to są jintelektualiscë, jaczi analizëją i trafno òceniwają sytuacjã, bò jich môg je wikszi jak nasz. A to je głëpòta. To, że òni mają òdkrëté, że lëdze są głupi i zgniłi to je wiôlgô rzecz? To doch kòżdi widzy. W czasach jinternetu, dze kòżdi mòże letkò kritikòwac, zaczinô panowac przekònanié, że czim mądrzészi chtos je, tim wicy lëchich rzeczów widzy, a głupi lëdze mają nôdzejã na co dobrégò. Tak richtich równak no założenié samò ze sebie stôwiô jegò aùtorów w pòzycji głupëch. To téż je dzywné, że òni tak bez sromòtë piszą ò tim, co je lëchò. Kò jak cos nie jidze tak jak mô, tej nasz òbòwiązk to je to ùprawic, a nié scwierdzëc, że to je skażoné. Założenié pesymistów sã òpiérô na mëszlenim, że mô bëc dobrze i kùńc. Timczasã më ni mómë żódnégò prawa do tegò, żebë wszëtkò w żëcym nôrodu szło wedle założeniów. Prosto nicht nama tegò prawa nie dôł. Jeżlë chòc dzél wiôldżich planów w tim swiece sã ùdô realizowac, to i tak je wiele, z tim sã mùszi pògòdzëc, a nié ùkładac so w głowie jidealny swiat, w jaczim na wszëtczich fligerplacach na swiece kòmùnikatë są pò kaszëbskù czëtóné. Tuwò mùszi pamiãtac, że jô gôdóm ò tëch, co czerëją kritikã i kwestionowanié dlô sami zasadë. Kònsztruktiwnô kritika je nama pòtrzébnô.

Mądri niebòrôcë prakticë

Pòmidzë tima pòstawama stoją ti, co z dwùch strón dostôwają. Prakticë, co bierzą na swój krzebt czãżôr bùtnowëch procëmnosców, a jesz mają dokłôdóné òd swòjëch òptimistów i pesymistów. Ti pierszi òdcygają òd aktiwnoscë, bò “za czim mieszac, za czim kómbinowac, jak je dobrze, a mòże bëc gòrzi, jak za wiele mdzemë chcelë”. Pesymiscë to grëpa, jakô mô wizjã tegò, co bë miało bëc i mają dzywné wrażenié, że prakticë mdą to realizowelë i przëjimelë kòżdą kritikã. Nié, prakticë mdą robilë swòje, a jeżlë chtos mô jiną ùdbã, tej niech sóm jã realizëje. Dobrze, jak prakticë zaczinają òd kalkùlacje szansów i zagróżbów. Zadanié przenieseniô sã ze sytuacje A do sytuaje B wëmôgô pòznaniô drodżi i wszëtczégò co pòde drogą sã pòjawi. Jak ju to mómë zrobioné, tej je nót pamiãtac, że samò pòznanié drodżi nie sygnie. Terô mùszi nią jic i zakładac, że szanse i przeszkòdë, a téż sama droga sã mòże zmienic. Ale praktik w sztótach zwątpieniô mùszi wiedzec jedno: òn jidze, a to ju je wicy jak klaskanié òptimistów i stãkanié pesymistów.

Z czegò to wëchôdô?

Jô wiedno béł czekawi, jak to je mòżlëwé, że są aktiwiscë co przekònywają, że wszelejakô kritika je nieùzasadnionô, bò “jesz nigdë nie bëło tak dobrze jak terô”. Mają òni jaż tak môłi jintelektualny pòtencjał, że nie rozmieją widzec òbserwòwalnëch faktów i jich prosto òpisac? Tu nie jidze ò głëpòtã, le ò różnicã célów. Dlô nich òdroda, żëcé jãzëka to je metafòra, jaką òni brëkùją w swòji dzejalnoscë. Temù jak dlô kògòs te słowa òznôczają stón, do jaczégò prakticznyma métlama chce doprowadzëc, tej òn ni mòże wespółrobic z nyma głupima òptimistama.
Skądka sã bierze pesymisticzné przekònanié ò bezcwëkù wszelejaczich jinicjatiwów? Òd prakticzny stronë to ni mô ùzasadnieniô. To nôlepi wëklarowac tak: chtos mô plan zrobic 10 kroków, zrobi le 2. Stojący z bòkù kritikańt wëpòmni mù 8 niezrobionëch kroków, le to nie zmieniwô faktu, że nen praktik je ò 2 kroczi dali jak kritikańt. Tedë kòżdi logiczny człowiek bë ni miôł nôleżëc do tegò drëdżégò karna. Żebë ten fenomén zrozmiec, to je nót barżi wlezc w ego człowieka, a nié w jegò prakticzné rozrzeszenia. Człowiek, chtëren kritikùje, aùtomaticzno stôwiô sebie w pòzycji wëższi jak nen, co je kritice pòddóny, nawet jeżlë to z fakticznym stanã nie je zgódné. Do tegò w kritikòwanim nie dô sã nick spieprzëc, a w kònkretny robòce ju jo. Tedë pesymiscë kritikańcë nigdë ni mùszą sã miónkòwac z pòczëcym, że cos jima nie wëszło. To je kąsk jak z lëdzama, co wiele lat robòtë ni mają. Jak ju mù pòdsëniesz ùgôdënk pòd nos, tej òn mdze wëmiszlôł, że priwatno nie jidze, bò kradną, państwòwò nié, bò tam nic nie robią, firmë nie założi, bò to wiele papiórów i nôlepi nic nie robic. Tej mòże chòc na czôrno niech dorobi? Nié, bò noga bòli, w krzebce strzélô, nokc sã naderwôł. Doch kòżdô sytuacjô mdze lepszô jak ta, jaką òn mô terô, le òn i tak przë ni òstôwô. Czemù? Bò to je pòzycjô, z jaczi mòże narzékac na wszëtkò wkół, a nigdë nie mdze mùszôł stanąc przed szpéglã i rzec, że nie je w czims dobri.

Tim barżi chcemë achtnąc herojizm prostëch aktiwistów praktików, co miast spamòwac Facebooczi swòjima pesymistnyma wizjama abò ùdawac że wszëtkò je w pòrządkù, robią dzéń w dzéń prosté rzeczë. Miéjmë w ùwôżanim jich dzyrskòsc, chòcbë na planowóné 10 kroków robilë 1. To ò jeden wicy jak ti co jima je baro dobrze abò beznôdzejno lëchò.

6 stereotypów z kosmosu na temat nôrodników – Adamòwa Prostownica

Osób deklarujących narodowość kaszubską jest ponad 16 tysięcy. To na tyle dużo by mówić o ruchu społecznym i na tyle mało, że większość ludzi traktuje to jako egzotykę i ma o nôrodnikach takie pojęcie jak o Inuitach. Brak wiedzy nie przeszkadza jednak w wydawaniu osądów. Przedstawiam stereotypy na nasz temat, które, łagodnie mówiąc, są tak trafione jak rzut karny, po którym piłka ląduje za linią… autu.

1. Twierdzimy, że każdy, kto myśli inaczej, jest w błędzie.

Ile razy słyszeliśmy o samych sobie, że głosimy, iż nie można być jednocześnie Kaszubą i Polakiem. My mówimy, że my nimi nie jesteśmy, a jeśli komuś taka hybrydowa tożsamość odpowiada, to jego święte prawo. Zabawne jest to, że osoby w ten sposób nas osądzające… same mówią, że nie można być Kaszubą jednocześnie nie będąc Polakiem!

2. Tworzymy podziały

Podziały to linie przecinające społeczeństwo i uniemożliwiające współpracę. Powiedzenie o kimś, że ma inny kolor oczu też jest tworzeniem podziałów? Naturalnie, nie jest. Podobnie mówienie o odrębnej narodowości. Zabawne w tym dziwacznym stereotypie jest to, że często wygłaszany jest w tonie “ci Kaszubi z narodowości chcą tworzyć podziały, z nimi nie należy rozmawiać, ich trzeba eliminować z życia publicznego”. Podobnie jak w pierwszym przypadku mamy do czynienia z zarzucaniem nam dokładnie tego, co sami zarzucający robią.

3. Nie znamy historii

Nie znamy prapiastowskiej historii Kaszub, nie wiemy, że polscy książęta walczący z naszymi władcami chcieli naszego dobra, a Florian Ceynowa czy Zrzeszińcy jak pisali o “narodzie kaszubskim”, to mieli na myśli miłośników regionalizmu, tylko stosowali taką metaforę. Do uporządkowanej historii odwiecznej polskości niepotrzebnie dodajemy jakieś wątki wskazujące, że była tu jakaś odrębność, że nasze relacje nie były takie różowe jak się je przedstawia. Dobra, może i to są fakty, ale nie rozumiemy ducha historii, tego ducha ze skrzydłami husarza, który przecież jest ważniejszy od faktów, prawda?

Co ciekawe, wiele osób weszło na narodową drogę właśnie poprzez zainteresowanie historią.

Znaczący jest także syndrom sztokholmski, który dotyka osób muszących mierzyć się z realiami II RP. W przypadku komuny to jasne, wszyscy mieli źle, ale przed wojną panował wspaniały okres dla Polski, więc dla Kaszub także. A jeśli żołnierze zachowywali się wobec ludności jak wobec podbitego ludu, jeżeli na polu zawodowym i społecznym panowała dyskryminacja Kaszubów, to może nasi przodkowie sobie po prostu zasłużyli?

4. Chcemy osłabić państwo

Po co niby mielibyśmy osłabiać państwo? Żeby wypłacało jeszcze mniej emerytur? By miało jeszcze większe problemy gospodarcze? Ludzie głoszący takie stereotypy nie zdają sobie sprawy, że to również nasze państwo i w naszym interesie jest, aby funkcjonowało sprawnie.

5. Ktoś nas opłaca

Osoby, które rozpowszechniają taki stereotyp widocznie wiedzą więcej niż ja. Dajcie namiary na tych tajnych sponsorów, bo do mnie przelewy nie docierają, a marzy mi się własny dom i lepszy samochód!

6. Jesteśmy nietolerancyjni

Skoro mówimy, że nie jesteśmy Polakami to z pewnością nienawidzimy Polaków i chcemy ich wypędzić. “Logika” tak pokrętna, że dziwi prędkość, z jaką ten stereotyp się rozprzestrzenia i jest bezkrytycznie przyjmowany. Tymczasem wystarczy poczytać trochę tekstów naszego autorstwa, by się przekonać, że zdajemy sobie sprawę z wielokulturowości Pomorza i nie mamy zamiaru tego niszczyć.

Generalnie obraz nôrodnika jako nienawistnego człowieka zakłamującego historię i świadomie tworzącego podziały wpisał się w świadomość społeczną na tyle mocno, na ile w ogóle społeczeństwo się nami interesuje. Nikt jednak nie jest w stanie podać jednego konkretnego przykładu takich zachowań. To bardzo niebezpieczne. Z historii wiemy, że demonizowanie danej grupy bez próby jej poznania zawsze kończyło się dramatycznie. W szczególności, kiedy było robione w dobrej wierze, “aby usunąć zło”…

Sport a sprawa kaszubska – Adamòwa Prostownica

W zdrowym ciele zdrowy duch, także narodu. Sport dla wielu grup odgrywa ważną rolę, choć w teorii nie ma w sobie nic, co byłoby im potrzebne. Nie wnosi nic do polityki językowej, nie jest przestrzenią dla pogłębionej dyskusji o tożsamości, a jednak ma ogromną siłę. Nie tylko tę widoczną gołym okiem na trybunach, ale także, równie ważną, wewnętrzną.

Za drzewem czai sie młodzieniec z kijem zakończonym siatką. Gdy jego oponent wyposażony w podobny sprzęt z piłką w siatce się zbliża, ten atakuje go i przejmuje okrągły kawałek skóry. Rozpoczyna się bieg, podania między zawodnikami wśród naturalnych przeszkód i przeprawa przez wodę. W pewnym momencie następuje zmiana otoczenia i chłopak opancerzony ochraniaczami i kaskiem biegnie z profesjonalnym kijem do lacrosse i białą piłką, by spróbować zdobyć bramkę. Tak ukazana zostaje łączność między dziedzictwem rdzennych Amerykanów a współczesnością w filmie Crooked Arrows. Ten może niezbyt ambitny, ale z pewnością sympatyczny film opowiada o indiańskim chłopaku, który wyrwał się z rezerwatu, by zrobić karierę, ale przyszło mu pracować na własnym terenie nad inwestycją, która oznacza zgubę dla kultury jego rodaków. Jednocześnie podejmuje się trenowania młodszych kolegów, aby pokonać blade twarze z elitarnej szkoły, które od pewnego czasu grają lepiej niż plemię twórców lacrosse. Sport zmienia nastawienie bohatera i skłania go do przewartościowania swojego życia.

Dlaczego to akurat sport, a nie tańce czy fajka pokoju, stał się elementem ważnym tożsamościowo w fabule filmu? Z jakichś powodów lubimy rywalizację i paralelna walka o tożsamość i o punkty na boisku dają sprzężenie dodatnie. Jedno napędza drugie.


Turniej w bùczkã, Lëzëno (Luzino) 2018

Utopić się czy uschnąć?

Sport w służbie narodu może działać na dwa sposoby. Możemy łączyć kwestie tożsamościowe z międzynarodowymi, rozpoznawalnymi dyscyplinami bądź rozwijać własne sporty, czym poznajemy ścieżkę, którą kroczyli nasi ojcowie. Pesymista powie, że w pierwszym wypadku każda nasza inicjatywa utonie wśród innych, podobnych imprez. Mecz Kaszuby-Łużyce w piłkę nożną nigdy nie przyciągnie tylu kibiców, co finał Ligi Mistrzów. W przypadku organizacji imprez z własnym sportem – powie nam pesymista – uschniemy z braku zainteresowania i zrozumienia naszej specyfiki. Ja jednak pesymistą nie jestem, a mój stonowany optymizm nakazuje robić obie te rzeczy równolegle i nie wypominać sobie nawzajem, że czegoś robić nie powinniśmy. Pierwsze podejście do sportu daje nam promocję i możliwość otwarcia się na nowe grupy. Nawet jeśli Bieg Jedności Kaszubów jest jedną z dziesiątek podobnych imprez – pojawiają się na niej konkretne osoby, które mają okazję poczuć dumę z własnej narodowości. Nawet na rozgrywki piłkarskie niższego szczebla przychodzą kibice. Równanie się z lepszymi ma motywować, a nie dołować.

Po co nam własny sport? Daje poczucie wspólnoty horyzontalnej i wertykalnej. Z jednej strony widzimy swoich robiących to samo na tych samych zasadach, co buduje więzi. Z drugiej strony odczuwamy bycie w odpowiednim miejscu w historii – idziemy szlakiem wyznaczonym przez przodków, co daje poczucie pewności siebie. Poza tym własny sport przyciąga uwagę i nawet jeśli nie gromadzi osób, które zaczną regularnie trenować, pozwala zbudować zainteresowanie.

Dla siebie

Uprawianie sportu ma dużo plusów i nikogo nie trzeba do tego przekonywać. Jednym z nich jest budowanie wspólnoty. Jako istoty stadne, mające przez długi okres doświadczenia polowania w grupie najlepiej budujemy wzajemne zaufanie, umiejętność współpracy i zrozumienie się poprzez wspólne dążenie do celu drogą rywalizacji. Zawsze imponowało mi, jak dogadują się ze sobą koledzy sportowcy poza boiskiem. Trudno to zauważyć na poziomie werbalnym, ale zdecydowanie ich przyjaźnie są silniejsze, zachowanie wobec siebie nawzajem bardziej swobodne i chęć do wdrażania większych projektów większa. A tego, obok dobrego zarządzania, o którym pisałem przed tygodniem, bardzo nam brakuje.

Mając po swojej stronie sportowców zespołowych dysponujemy ogromnym potencjałem. Jestem przekonany, że to dużo ważniejszy aspekt sportu w sprawie kaszubskiej niż jego wymiar marketingowy.

Kolejne plusy to lepiej dotleniony mózg, endorfiny i testosteron. Wszystko to jest nam, jako narodowi, potrzebne.

Nauka bez uczenia

Młodych ludzi trzeba edukować. Najlepiej to robić tak, aby sami nie wiedzieli, że są poddawani temu procesowi, żeby zamiast zakłócać, wpisywało się w ich życie. Przykładem nauki i wpajania dziedzictwa jest akademia piłkarska Cassubian, która zapoznaje nie tylko z piłkarskimi zagraniami, ale także historią czy kulturą.

Bùczka

Czy nasz sport narodowy będzie w stanie rozmachem imprez i poziomem graczy dorównać irlandzkiemu hurlingowi? Z pewnością nie w przeciągu roku, dwóch, dekady. To jednak nie powód, by machnąć ręką i powiedzieć, że “lepiej pograć w nogę”. Budowanie środowiska wokół czegoś, co jest nieznane, musi trwać. Z pewnością także warto, bowiem jest to gra charakterystyczna, ze stosunkowo prostymi zasadami, a jednocześnie dosyć dynamiczna i kontaktowa, by nie zostać uznana za infantylną. Mnie, jako zwolennikowi tego sportu, trudno wyjaśnić to osobom sceptycznie nastawionym, bowiem różnimy się w oczekiwaniach. Ja wcale nie twierdzę, że ten sport pokona w rankingu popularności futbol czy stanie się tak ważny jak lacrosse dla poszczególnych narodów indiańskich. Na razie zakładam, że znajdzie się grupa ludzi, którzy wykażą zapał. Ten z kolei w ich głowach, faszerowanych kolorowymi obrazkami oglądanymi z kanapy, “pstryknie” odpowiedni włącznik, istniejący od czasów pierwotnych i razem jako plemię pójdziemy na tego mamuta, który chce zniszczyć naszą kulturę.

Jablonsczi: Refereńdum w Katalonii ë tej co dali?

Katalończicë rzeklë sí/jo! Za samòbëtnym katalońsczim państwã welowalo w refereńdum 90% z 2 260 000 tëch, co szlë do ùrn. Pòdôwają, że to je 42% wszëtczich, jaczi mają w Katalonii prawò welowac, blós mają to pòliczoné na spòdlim òddônëch kôrt ë nie je doch wiedzec kùli z nëch zarekwirowa Szpańskô pòlicjô. Gôdô sã, że to móże bëc nawetka kòl 700 000. Tedë nót bë bëlo gadac ò frekwencji 55%.

Rząd Katalonie, w zgòdze z przejãtim w zeptembrze przez parlameńt Przeńscowim Aktã, móże tere w 48 gòdzënach proklamòwac samòstójnotã. Premier Carles Puigdemont z aùtomatë móże òstac katalońsczim prezydeńtã ë wnetkã òglosëc parlameńtarną welacjã, a tej òb rok móże pòwstac nowô kònstitucjô nowégò eùropejsczégò kraju.

Nie wiémë, czë tak mdze, bò doch Madrit refereńdum nie ùznôwô ë za nic mô wòlą Katalonów. Tedë nie je rzeklé, że Szpańczicë nie mdą chcelë mòcą ùtrzëmac swòjã wladzã w Katalonii. To je baro mòżlëwé, w taczi sytuacji, czej wëszeznë Eùropejsczi Ùnie dali mdą cwierdzëlë, że co dzeje sã na Jiberijsczim Póllądze je bënową sprawą Szpanie.

Mòje pitanié: „tej co dali?” tikô sã prawie tegò, jak pò tim, co stalo sã 1 òktóbra w Katalońsce, EÙ ë zrzeszoné w pòspólnoce państwa, a w tim òsoblëwie Pòlskô, zrozmieją w kùńcu, że ceńtralizacjô wladze je bùten szëkù ë je ju czas zjinaczëc ceńtralno-regionalną zrzesz.

Jakno wiceprzédnik Kaszëbsczi Jednotë pòdpisëjã sã pòd slowama Dejowi Deklaracje ti Stowôrë Lëdzy Kaszëbsczi Nôrodnoscë: „Jesmë za mòcnyma samòrządnyma regionama ë mdzemë wspierac decentralizacjã jakno ôrt rządzeniégò krajã. Naszim célã je rozwij Pòmòrzégò, jakno wielekùlturowégò regionu ò wiôldżi spòlëznowò-gòspòdarzeniowi mòcë, chtëren mòże chronic zasobë spòlëznowi i jindiwidualny energie wszëtczich jegò mieszkeńców.”

Deceńtralizacjô pòzwôlô nié blós rozrzeszac ekònomiczné klopòtë, ale téż je òdpòwiescą na ambicje regionalnégò spòla. Mie jińteresëje kùlturowô aùtonomiô Kaszëbów ë òbëwatelsczi región, jaczégò pòczëcé bãdzemë twòrzëlë wëcmanim z wszëtczima mieszkeńcama województwa. Jistno jak jiny zrzeszony w Kaszëbsczi Jednoce, jô jem ti ùdbë, że nót je dac przedstôwcóm mieszkeńców Pòmòrzégò zarządzywac wikszim dzélã wërobionëch w regionie podatków. Jô wëpòwiôdajã sã procëm taczim spòlowim ë gòspòdarsczim praktikóm, jaczé zmiésziwają znaczënk najégò regionu, jak chòcle wëprowôdzanié z Pòmòrzégò wiôldżich firm z ùdzélã skôrbù państwa. Jô jem procëm calownémù pòdpòrządkòwaniémù sã naszich gbùrów ë rëbôków taczi eùropejsczi pòlitice, jakô nie widzy regionalnëch òsoblëwòsców gòspòdarzeniégò ë fëszowaniégò.

Timczasã, co mie mierzy, w eùropejsczim zjednanim w nôwikszim dzélu jidze ò pòlitikã ë financowé geszeftë państwów, co je dobrze widzec prawie tere w tim falu relacjów Szpanie ë Katalonie ë wnetka niżódny nó to reakcje ùnijnëch wëszëznów. Eùropejsczé regionë, kùlturë ë jãzëczi bezpaństwòwëch nôrodów są w tim wszëtczim dopiérze na drëdżim, jak nié na trzecym placu.

Madricczi dniownik „ABC” napisôl: “Niedzela kùńczi sã smùtnym wërozmienim, że nie dobëla ani Katalońskô, ani Szpańskô. Szkòda, że nie dalo sã rozlaniémù krëwie zascygnąc.” Mòglo bëc jinaczi tam, a mdze jinaczi wszãdze, dze miészëznów nie mdą wënôrodawialë ë w miono demokracje ògrańczalë jich aspiracjów, le bùdowôné mdze na spòdlim pòspólnégò zrozmieniô. Wszelejaczé dzejanié nót je òprzéc na lëdzczi solidarnoscy, ùwôżanim wòlnotë i sprawiedlëwòtë.