Szatkowski: Komuna wygrała. Przynajmniej językowo.

Komuna wygrała. Tak w skrócie można opisać stosunek wielu z nas do różnorodności językowej. Kilka pokoleń wmawiania dzieciom i dorosłym, że jest jedna jedyna słuszna mowa, polska, literacka, a wszystko inne to relikt czasów, które słusznie minęły. Dziś oczywiście jawnie się z reguły nie piętnuje języków regionalnych i gwar. Bo to passé, nie pasuje do poprawnej politycznie kreacji, jaką jest przypisywanie sobie nowoczesności i inteligentnego stanu. Jednak jakiś kozioł ofiarny jest potrzebny naszej podświadomości, jakoś trzeba pewne nieprzepracowane kompleksy często związane ze wsią czy małomiejskim pochodzeniem podleczyć. Bo w sercu wiemy, że dziadkowie byli ze wsi. A ktoś wmówił, że miasto to same perfumy i wspaniałości, a wieś to smród, bród i ubóstwo. W Trójmieście spotkałem się z tym wiele razy, dziadkowe z Kaszub, ale ja z miasta. Kaszubi do skansenu. I takim kozłem stają się właśnie regionalizmy, resztki naszych lokalnych języków, dialektów, gwar, pozostałości po mowie przodków wplatane mniej lub bardziej świadomie do języka literackiego. Ten problem chciałem właśnie dziś podnieść. Bo ani ja, ani prawdopodobnie Ty, czytelniku, nie jesteśmy od niego zupełnie wolni.

Sądzę, że wielu z nas zna pewne naleciałości z tego czy innego regionu, które po prostu nas drażnią. Bolą w uszy. Mnie boli końcówka -om zamiast -ą, choć sam, gdy tylko nie zwrócę uwagi, mówię z mazurska -o, a więc też nieliteracko, za to tak, jak wszyscy w moich stronach. I nawet posiadanie wiedzy o polskich dialektach mi nie pomaga, wiem doskonale, że pół Polski mówi -om i to nie jest nic złego. A jednak jakoś uwiera, próbuję poprawiać swoją dziewczynę. Czyż to nie jest miara zwycięstwa urawniłówki, że lokalny aktywista językowy, walczący z piętnowaniem jednego regionalizmu sam ma problem z innymi? I jaka skala hipokryzji!

Chcemy z całej siły zaprzeczyć, że nie jesteśmy wiochą. Nieważne, że stara, przedwojenna, miejska inteligencja sama waliła regionalizmami aż miło. Milionowa Warszawa też była domem jednej z ciekawszych gwar. Tej inteligencji już nie ma. Jest nowa, która świeżo otrzepała gnój z gumaków. Ta, która z lepianek w pół wieku dostała się na salony. Ta, do której aspirujemy, bo do innej się nie da, skoro innej nie ma i skoro innej nie poznamy.

Byłbym jednak niesprawiedliwy, gdybym zrzucił całą winę na komunę. Bo to w znacznej mierze też wina dawnych językoznawców, którzy żyli w staromodnym przekonaniu, że ich szeroka wiedza uprawnia do ferowania, co poprawne, a co błędne. To preskryptywizm doprowadził do wymierania dialektów, gwar, ale też i osłabienia języka kaszubskiego. Bo skoro autorytety mówią, że kaszubski jest złem, to co miał sobie myśleć zwykły zjadacz chleba?

Tak, jakby dało się obiektywnie zmierzyć poprawność mowy… Tak, jakby to była dyscyplina ścisła, gdzie 2+2=4, a energia nie pojawia się i nie znika dowolnie, lecz jest stała. Dzisiejsi badacze na szczęście odżegnują się w większości od takiego podejścia, ograniczają się do stwierdzenia, że badają normę, a nie ją tworzą. Choć ta niechęć do interferencji też jest nieco irracjonalna. Poprzednicy jednak wyrządzili o wiele więcej krzywdy. Oni nie proponowali normy, oni ją ustanawiali. Czasami wbrew wszystkiemu, nawet historii i natury języka. A wszystko co inne jest po prostu błędem. Bez światłocienia.

Jakie są efekty takiej atmosfery? Przykre. Dyskusje w internecie są bezwzględne, choć z drugiej strony stanowią dobry kubeł zimnej wody dla nas, działaczy otaczających się podobnie myślącymi. Przeciętny człowiek de facto regionalizmami podświadomie pogardza. Niestety, tak jest. A dokładniej – żyje w rozdwojeniu jaźni, bo oficjalnie mówi, że bogactwo językowe to wielka wartość dodana. Aaaale… niech to bogactwo nie kaleczy moich uszu. No i bogactwem jest to, co jest daleko, co jest egzotyczne, a nie ta ciotka, która pięknie kaszubi, nawet gdy mówi po polsku. Do tego jest po zawodówce, o tempora, o mores!

Ostatecznie, niech ta różnorodność jest skansenem, a nie codziennością. Nawet nie jesteśmy w stanie połączyć, że wyśmiewanie się z lokalnego słowa czy wymowy wplecionej w polski, akcentu to niemal to samo, co wyśmiewanie z oddzielnego języka, gwary, dialektu, czego przecież nie popieramy, prawda?! Tak głęboko zakorzeniono w nas tę niechęć, że nawet nie umiemy jej dostrzec. Wiele razy widziałem „młodych, wykształconych, z dużych miast” i szczycących się tolerancją, którzy gdy pojawiła się tylko możliwość, wytykała innym chociażby podlaski zaśpiew. To właśnie przebija się stary, skisły pot zaściankowości spod perfumów pseudonowoczesności.

Inne przykre doświadczenia z mojego życia i, o ile wiem, z życia innych działaczy, to stosunek kobiet do regionalizmów. I nie, nie zamierzam piętnować kobiet za to, że nie chcą mówić lokalnie i że się tego boją. A nawet jeśli są blisko ruchów związanych z językami mniejszości czy etnolektami, to do dzieci mówią „ładnie”, czyli literacko, po polsku. To nie jest ich wina. Tak im po prostu wmawiano od urodzenia. Naprawdę trudno z tym walczyć. Mnie, mężczyźnie, którego uczy się odwagi, nonkonformizmu też jest trudno. A co dopiero kobietom, które są uczone od zawsze, że trzeba się nie wychylać i dążyć do prestiżu? No właśnie, a propos prestiżu. Ile widzieliście księżniczek mówiących w bajce po kaszubsku? Ile księżniczek mazurzyło albo godało po ślōnsku? Ano właśnie. Księżniczka mówi ĄĘ, prestiżowo, literacką polszczyzną. I dlatego też Elsa z Krainy Lodu zaśpiewała niedawno po mazursku, po to między innymi to wymyśliłem. Trzeba nas odskansenić. Trzeba budować pozytywną otoczkę wokół małych języków. Z tego samego powodu przaśne wice i śląski kabaret Rak to autentyczny rak. Spycha własną mowę i jej użytkowników do pudełka z napisem „prostak”.

Puscam lós – Mazurski Cover utworu "Let it go"

Z okazji Dnia Języka Ojczystego (Dnia Matcÿnÿ/Ôjcÿsti Gádki) mały prezent dla społeczności mazurskiej i sympatyków. To pierwsza w historii tego typu próba i sądzę, że naprawdę świetnie wyszło. :)Dziękuję Marta Podobińska za tak ogromny wkład w ten projekt :)Utwór jest fanowskim coverem słynnej piosenki z disneyowskiego filmu Frozen (do którego nie rościmy sobie rzecz jasna żadnych praw).

Opublikowany przez Mazurskie słówko na dziś na 21 lutego 2017

 

Musimy sobie też uświadomić, że dobra atmosfera wokół „czystych” lokalnych mów nic nie da, jeśli ludzie nie osłuchają się najpierw z lokalizmami w polszczyźnie, w stopniowo zwiększanej dawce. Do tego trzeba jeszcze założyć garnitur, porządnie się ogolić, zrobić mądrą minę i bez strachu wplatać „po wiejsku”. Nawet nie czystym dialektem czy językiem, a właśnie literacką, bogatą polszczyzną, przeplataną radosnym „jo!”. To pierwszy krok. To również forma autoterapii. Zwalczenie własnych demonów straszących w kontekście własnej mowy i innych mów mniejszości to podstawa. Wtedy i inni zaczną naśladować, a kobiety przestaną kojarzyć mowę regionalną z bezzębnym żulikiem w łachach. Nie dajcie sobie wmówić, że nie macie prawa mówić po swojemu, nawet jeśli jeden nowy, światowy erasmuso-inteligent z drugim będzie chciał tym sposobem przykryć fakt pochodzenia dziadków ze wsi. Mogę tylko tym dziadkom współczuć wnuków.

Facebookòvë Kòmanjtérë

3 komentarze do “Szatkowski: Komuna wygrała. Przynajmniej językowo.”

  1. Wincyj seksizmu i męskiego szowinizmu <333 artykuł jest wręcz obrzydliwy jeżeli chodzi i podejście do kobiet.

    1. co xd
      przecież mówi, że tak są nauczone, i że to wynika z przeszłości, a nie ze tak powinno być. Po prostu autor neutralnie zauważa jakiś fakt, a pani robi problemy. tfu

  2. Jo, le ma bë mùszelë to smò przeczëtac tak fejn pò kaszëbskù !!!!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

five × 2 =