Multi-kulti? Tak! Lokalne języki i kultury? Ciemnota i buractwo!

Mało co mnie drażni tak bardzo, jak wielkomiejscy niby-to-inteligenci o niespójnym poglądzie na języki i kultury. Z jednej strony otwarci na obcość, multi-kulti to ich konik – chrońmy dziedzictwo przybyszy! A z drugiej lokalne języki i kultury – ciemnota i buractwo. No, w najlepszym razie coś do pokazania podchmielonemu turyście; tak powiedzieli przecież na zajęciach z marketingu w Wyższej Szkole Wszystkiego Dobrego. Jestem inteligentny, nie będę przecież jakiejś “wsiowej polszczyzny” traktował poważnie!

Tak było w Skandynawii do lat siedemdziesiątych. Ochoczo witano uchodźców i emigrantów zarobkowych, niemal pisano peany na cześć ich kultur i języków, tak ubogacających kraje nordyckie. Jednocześnie nie czuli żadnych skrupułów, by wysterylizować (tak, sterylizować, jak zwierzęta) tysiące Saamów i Romów, by rugować ich języki, ale też i liczne dialekty własnych. Widocznie hodowca reniferów spod Tromsø czy rybak z Gotlandii ich nie ubogacał.

Ale wśród polskich “młodych, wykształconych, z dużych miast” ten pogląd pokutuje do dziś! I nic to, że wszystkie cywilizowane kraje zaczęły dbać o regionalizmy, że wielkomiejski wykształciuch z Niemiec wyśmiałby swojego nie-mniej-wielkomiejskiego wykształciucha za poglądy rodem sprzed 2 pokoleń. Mało tego, sam jeszcze próbowałby się popisać tym swoim koślawym, zakurzonym pfälzisch, co to do niego jeszcze niedawno dziadek mówił, gdy wspólnie nad Renem zbierali winogrona w wakacje.

“Jestem taki mądry, mówię czyściutką polszczyzną… A Kaszuby to siedlisko buraków!”

Ta sama osoba po jednym piwie (oczywiście craftowym, innego nie tknie):

“Emigranci? No jasne, powinni uczyć dzieci swoich języków, to ich kultura przecież! A ci Kaszubi… Hahaha, jak słyszę ‘jo’ w eskaemce, to mam ochotę podejść i powiedzieć – mów jak człowiek! Wieś totalna zjeżdża się do Trójmiasta.”

Ale, człowieku, wypij z nimi ze dwa piwa. Dowiesz się ciekawych rzeczy: “Moi dziadkowie? Nooo wiesz, babcia spod Kościerzyny, dziadek spod Kartuz… Czy mówią po kaszubsku? Do mnie nie, nie chcę.” Serio, pamiętam takie rozmowy.

Lubię wtedy wrzucić “jo” co kilka zdań i napomknąć nieco o tym, jak to się żyło na mojej mazurskiej wioseczce, gdzie “jokało się” i robi się to bez skrępowania do dziś.

Paradny paradoks, że tak aliteracją trzasnę na koniec.

Facebookòvë Kòmanjtérë

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

11 − five =