Kościół – bierny i niechętny

Kościół katolicki realizował swoje cele duszpasterskie w regionie przy użyciu języka swoich wiernych i jako pierwszy tworzył czasopisma w tym języku oraz audycje religijne w radiu. Duchowni wspierali bardzo mocno szkoły językowe, które powstały pomimo prześladowań ze strony władz.

Bardzo bym chciał, żeby ten opis dotyczył języka kaszubskiego. Nie jest tak niestety i kto wie, czy kiedykolwiek będzie. Język euskera (baskijski), o którym mowa w tym tekście, pomimo zakazów jego używania w państwie hiszpańskiego dyktatora generała Franco, dzięki wsparciu Kościoła katolickiego zaczął zmartwychwstawać w latach 50. XX wieku. A jak na kondycję języka kaszubskiego wpływa Kościół w Polsce?

Odpowiedź na to pytanie może stanowić przedmiot ciekawej pracy naukowej, która z resztą już powstaje w Japonii. Goro Christoph Kimura, sekretarza japońskiego Towarzystwa Slawistyki, profesor Uniwersytetu Sophia w Tokyo, zakończył niedawno prowadzone przez siebie w tym temacie badania terenowe na Kaszubach. Wśród osób, które udzieliły mu wywiadu byłem również i ja. Spostrzeżeniami, które przekazałem japońskiemu uczonemu, chciałbym podzielić się również na łamach Skry. Nie czynię tego po to, by dołączyć do licznego już grona krytyków instytucji, która boryka się z wieloma problemami nie tylko duchowej natury, lecz z nadzieją na zmianę.

W XIX wieku Kaszubi zaczęli się emancypować, tzn. budować swoją własną pozycję społeczną, niezależność ekonomiczną, a w konsekwencji także rozwijać własną kulturę, co legło u podstaw naszej etnicznej podmiotowości. Miała na to wpływ globalna modernizacja stosunków ekonomicznych, społecznych i kulturowych, która objęła, oczywiście, także inne narody, w tym Polaków. Dążenia narodowowyzwoleńcze tych ostatnich, rozbudzające się poczucie własnej odrębności narodowej Kaszubów, jak również plan umocnienia dominacji niemieckiej na Pomorzu realizowany przez państwo pruskie, sprawiły, że w drugiej połowie XIX stulecia rozpoczęła się „walka o dusze” Kaszubów. Nie wchodząc w szczegóły niezwykle skomplikowanych procesów, można stwierdzić, iż ogromna większość z nas całkowicie się zgermanizowała, spora część uległa znaczącej polonizacji, zaś mniejszość wybrała tożsamość kaszubsko-narodową.

W stosunku do Kościoła Katolickiego, którego polskie struktury oddziaływały na Pomorze Wschodnie od XII w., przyjęło się twierdzenie, iż był „czynnikiem, który wzmocnił odporność Kaszubów wschodniopomorskich na procesy germanizacyjne”, cytując historyka Józefa Borzyszkowskiego, autora m.in. książki zatytułowanej Kaszubsko-pomorscy duszpasterze – współtwórcy dziejów regionu. Jednakże równocześnie badacz ten w swoich rozważaniach nad udziałem duchowieństwa diecezji chełmińskiej w interesujących mnie procesach emancypacyjnych napisał, że „godne głębszej refleksji jest to, że w świadomości Kaszubów katolicyzm był polską wiarą, a język polski katolicką mową”. Na tego typu subtelności nie sili się już politolog Andrzej Modrzejewski, który w artykule Kaszubi wobec kwestii narodowej, napisał: „katoliccy Kaszubi byli indoktrynowani w duchu patriotyzmu polskiego przez kler katolicki, zwłaszcza przez niższe duchowieństwo”. W tej sprawie nic się nie zmieniło do dziś.

Polsko-patriotyczna (nacjonalistyczna?) indoktrynacja Kaszubów trwa na niemal każdej niedzielnej Mszy świętej. Zjawisko to nie musi za każdym razem objawiać się w formie zupełnie nieteologicznych, „bogoojczyźnianych” komentarzy w głoszonych z ambon kazaniach. W zależności od temperamentu księdza (jego politycznych poglądów) mają one miejsce częściej lub rzadziej. Zwykle pojawiają się w kontekście polskich świąt państwowych czy narodowych. Do skutecznej indoktrynacji wystarczy niemalże podprogowe powtarzanie przez kapłana: „my, naród polski”, „my, Polacy”, „nasza Królowa Polski”, „weźmy udział w narodowej modlitwie Polaków”, itd., itp., a to dzieje się najczęściej. Tak jakby Kościół nie był powszechny… Własne doświadczenie aktywisty kaszubskiego, jednego z założycieli stowarzyszenia narodowości kaszubskiej Kaszëbskô Jednota, daje mi asumpt do tego, by móc stwierdzić, że stosunek współczesnego Kościoła Katolickiego w Polsce do kaszubskiej tożsamości narodowej jest raczej niechętny. Opieram to twierdzenie np. na osobistej rozmowie przeprowadzonej z abpem Tadeuszem Gocłowskim, bądź co bądź kościelnym liberałem, w 2008 r. podczas konferencji Episkopatu Polski w Juracie, a przede wszystkim wnioskuję tak z treści kazania wygłoszonego przez ks. prof. Jana Perszona na Zjeździe Kaszubów w dniu 10 lipca 2012 r. w Sopocie – szczególnie z jego ostatniego fragmentu bezpośrednio odnoszącego się do rzekomych deklaracji Kaszëbskji Jednotë oderwania Kaszub od Polski.

Wobec języka kaszubskiego Kościół Katolicki w Polsce przyjął bierną postawę. Nie chcę tą wypowiedzią umniejszać roli poszczególnych księży Kaszubów. Są wśród nich tłumacze ksiąg nowego i starego testamentu na język kaszubski: ks. prałat Franciszek Grucza czy franciszkanin o. profesor Adam Sikora, są kaszubskojęzyczni poeci, jak ks. profesor Jan Walkusz i wspaniali duszpasterze głoszący od dawna słowo boże po kaszubsku, jak np. ks. dr Marian Miotk. Pamiętam i doceniam również zasługi dla kaszubszczyzny (języka i kultury) ks. profesora Jana Perszona oraz ks. biskupa chełmińskiego (pelplińskiego) Bernarda Szlagi i nieocenionego metropolity gdańskiego abpa Tadeusza Gocłowskiego. Zwracam jednak uwagę na fakt, że Kościół Katolicki jako instytucja nie wyszedł z inicjatywą objęcia wsparciem języka kaszubskiego. O ile mi wiadomo, w sposób formalny czy nieformalny nigdy instytucja Kościoła nie zdecydowała się na duszpasterstwo w języku kaszubskim, wydawanie czasopism, otwieranie szkół kaszubskich (nie mam tu na myśli szkół katolickich). Żaden biskup nie nakazał księżom w swojej diecezji odprawiania regularnych, coniedzielnych mszy w języku kaszubskim.

Wydanie poszczególny ksiąg Biblii, nowego i starego testamentu, lekcjonarza czy modlitewnika traktuję jako inicjatywy prywatne (bądź społecznościowe), zainicjowane przez osoby świeckie lub pojedynczych duchownych. Twierdzę również, że teksty biblijne czy liturgiczne tłumaczone na język kaszubski to zbyt mało, by uratować język kaszubski. Nie wystarczy też świadomość, z jaką w jednej ze swych wypowiedzi podzielił się metropolita gnieźnieński abp. prof. Henryk Muszyński: „Fragmenty w języku kaszubskim w wydarzeniach na całych Kaszubach powinny być obecne. Jest to bardzo ważne z dwojakiego powodu. Pierwszy powód to nasza integracja z Europą – integracja nie oznacza unifikacji. Trzeba pielęgnować swoje odrębności”. Tego typu myślenie (mimo wszystko ograniczone) charakteryzuje również wydane w 1993 r. przez abpa Tadeusza Gocłowskiego wskazania duszpasterskie dla archidiecezji gdańskiej. Ich autor poprzestaje na zaleceniu “otoczenia opieką” przez “duszpasterzy” inicjatyw związanych z “organizowaniem” Mszy św. “przez środowiska kaszubskie”.

Dlaczego tzw. „kaszubskie” Msze św. (z kaszubską liturgią słowa, modlitwą wiernych i pieśniami w języku kaszubskim) trzeba w specjalny sposób organizować? Dlaczego nie ma ich co niedziela, w ramach zwykłego harmonogramu odprawiania nabożeństw w każdej parafii na Kaszubach? Przy próbie odpowiedzi na te pytania, poza brakiem zgody (przyzwolenia) ze strony kościelnych władz, pierwsze co się nasuwa to fakt, że nie ma tylu kaszubskojęzycznych księży. Dlaczego zatem język kaszubski nie jest regularnie nauczany w seminariach duchownych w Pelplinie i Gdańsku? Pamiętam, że z inicjatywy samych kleryków zajęcia takie, nadobowiązkowe, były prowadzone w Pelplinie, ale to kolejna „prywatna” inicjatywa, a nie instytucjonalne zaangażowanie Kościoła.

Może w dobie kryzysów, jakie przeżywa Kościół, jednak warto sięgnąć po język kaszubski w codziennej pracy duszpasterskiej? Biorąc pod uwagę statystyki, które mówią, że w archidiecezji gdańskiej, w skład której wchodzą dwie diecezje: pelplińska i gdańska, a ich powierzchnia pokrywa się z obszarem etnicznie kaszubskim, do kościoła regularnie uczęszcza znacznie ponad 50 % osób (w skali całej Polski jest to 36%), nie mam wątpliwości, iż sugerowane przeze mnie działania wpłynęły by na tak pożądany rozwój języka kaszubskiego. Czy taka zmiana nastąpi, czy Kościół sięgnie po kaszubski w swoich działaniach pastoralnych, zależy pewnie od własnego „interesu” Kościoła. Wydaje mi się, że zmiana postawy z biernej na czynną (aktywną) może przynieść Kościołowi więcej ewangelicznych korzyści niż strat.

Facebookòvë Kòmanjtérë

Jeden komentarz do “Kościół – bierny i niechętny”

  1. Dobry artykuł – czysta, a w tym wypadku nawet święta prawda. Uczestnicząc od wielu lat w tzw. kaszubskich mszach mogę potwierdzić intuicję autora. Rzuca się w oczy wyraźny dystans księży, nawet tych odprawiających takie nabożeństwa, do wydarzenia w którym biorą udział. Zauważam tendencję do ograniczania do minimum elementów kaszubskich. W istocie wspólnota kupuje sobie taką mszę, bo ze strony księdza nie ma żadnej inicjatywy w tym zakresie. Godziny tych mszy ich częstotliwość , często też miejsce odprawiania, przywodzą na myśl epokę chrześcijaństwa katakumbowego. Nad takimi mszami ze szczątkowymi elementami po kaszubsku unosi się jak nad całym naszym regionalizmem woń marginesu i reliktu. Kaszubskie msze nie odstają zatem od przekazu innych naszych regionalistycznych wydarzeń. Nie sądzę też aby Kościół należało tu obarczać winą większą niż instytucje państwa, samorządu, czy kapitał prywatny z prywatnymi mediami na czele. Problem jest też po stronie nas samych – nasz wrodzony i wyuczony społeczny konformizm i kulturowy konserwatyzm odwodzi mieszkańców pochodzenia kaszubskiego od masowego uczestnictwa. Robi się błędne koło – ludzie nie umieją się modlić po kaszubsku = mało chętnych do “organizowania ” mszy = rezerwa proboszcza = msze na marginesie = kaszubskie msze są “nieprawdziwe” niepoważne, maskaradowe, sztuczne= dystans “niedzielnego katolika” zwiększa się= nikt nie nauczy się modlić po kaszubsku. Prywatnie dla mnie ideałem byłaby msza po łacinie z liturgią słowa po kaszubsku. Wtedy byłoby i poważnie i po naszemu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

twenty − 3 =