Archiwum kategorii: Wszëtczi artikle

Szëmón Jancen: Dvje vjersze

Dvje vjersze, jakjé va bãdzeta zarô czëtalë, sõ jinspjirovóné wutvórstvã Vjiktora Tsoj. Je to naszô nôrodnô mòva, ale zapjisónô v matarskjim dialekce, jakjim gôdalë mjeszkańcovje mòji rodzinni vsë, jakõ je Banjino, na zôczõtkù XX stalatô. Przez nen czas won sã vëmjészôł z jinszima dialektama i wostało jú mało słóv z ti pjervòtni kaszëbskji gôdkji. Jak to sã stało, że vjersze sõ tak, a njé lëterackõ kaszëbjiznõ, tak z vësoka?

Pjerszõ rzeczõ bëło to, że jô sã nji móg z ópama dogôdac. Jak jô rzek cos lëterackõ kaszëbjiznõ, téj zdrzelë na mje jak na jakjégò Alfa abò jinszégò Reptiliana. Wonji nje vjedzelë, wo co mje jidze, a jô nje vjedzôł, wo co jim jidze. Jô zapamjãtôł pôrã słóv i jô je nalôz w Tekstach pomorskich Lorentza, v dialekce matarskjim.

Wod te czasú përznã jú mjinãło i jakjégòs dnja jô so pòmëslôł, że mòżna bë v tim dialekce zaczõc tekstë tvòrzëc, żebë chòc përzinkã lëdzóm pòkôzac, że sõ jiszcze jinszé gôdkji, że mògõ bëc reaktivòvóné.

Rozemni czovjek

Jô jidã sztrasama przed sebje całi czas so rozglõdajõc,
Mijóm smãtné tvarze lëdzi błõdzõcëch,
Kòżdi z njich nji mô pòjãcô, jakji mô v żëcim cél,
Kòżdi z njich je v svòji głovje zaklôtkóni.

Në jiżle je dzes zvëczajni rozëmni czovjek,
To znaczi, że nen dzénj nje je wumarłi,
Móm biliet na fliger, żebë stõd rézovac,
Vszëtkò wostavjic, pò njebje lecõc.

Kòżdi kòchô wudavac, że njick so nje dzeje
Kòżdi kòchô wudavac, że mõdrziszim je.
A bez zvëczajnoscë na svjece sã nje dô żëc,
A bez zvëczajnoscë jô nje chcã żëc.

Banjino 26 februara 2019 rokù

///////////////////////////////////////////////////////////

***

Mjast wognja wostôł blós dim,
Rozpôloné słúńce skòvało sã za vjidnik,
Skùńcził sã z njim nen dzénj,
Njechtërnë głovë cénja mô przëkrëté.

Zmjón! lëdzkjé mëslë brëkùjõ
Zmjón! lëdzkji serca brëkùjõ
Zmjanë! vszëtcë jich chcemë

Prosto je vjid vłõczëc,
Przë blace sadnõc,
Kùrzëc cigaretã i vëpùscëc dim,
Nje robjõc przë tim njick.

Jak mómë sã dogôdac,
Kjéj nje mòżemë sã zrozmjôc,
Kùrzëc cigaretã i vëpùscëc dim,
I tak vszëtkò krõci sã vkół.

Kościół – bierny i niechętny

Kościół katolicki realizował swoje cele duszpasterskie w regionie przy użyciu języka swoich wiernych i jako pierwszy tworzył czasopisma w tym języku oraz audycje religijne w radiu. Duchowni wspierali bardzo mocno szkoły językowe, które powstały pomimo prześladowań ze strony władz.

Bardzo bym chciał, żeby ten opis dotyczył języka kaszubskiego. Nie jest tak niestety i kto wie, czy kiedykolwiek będzie. Język euskera (baskijski), o którym mowa w tym tekście, pomimo zakazów jego używania w państwie hiszpańskiego dyktatora generała Franco, dzięki wsparciu Kościoła katolickiego zaczął zmartwychwstawać w latach 50. XX wieku. A jak na kondycję języka kaszubskiego wpływa Kościół w Polsce?

Odpowiedź na to pytanie może stanowić przedmiot ciekawej pracy naukowej, która z resztą już powstaje w Japonii. Goro Christoph Kimura, sekretarza japońskiego Towarzystwa Slawistyki, profesor Uniwersytetu Sophia w Tokyo, zakończył niedawno prowadzone przez siebie w tym temacie badania terenowe na Kaszubach. Wśród osób, które udzieliły mu wywiadu byłem również i ja. Spostrzeżeniami, które przekazałem japońskiemu uczonemu, chciałbym podzielić się również na łamach Skry. Nie czynię tego po to, by dołączyć do licznego już grona krytyków instytucji, która boryka się z wieloma problemami nie tylko duchowej natury, lecz z nadzieją na zmianę.

W XIX wieku Kaszubi zaczęli się emancypować, tzn. budować swoją własną pozycję społeczną, niezależność ekonomiczną, a w konsekwencji także rozwijać własną kulturę, co legło u podstaw naszej etnicznej podmiotowości. Miała na to wpływ globalna modernizacja stosunków ekonomicznych, społecznych i kulturowych, która objęła, oczywiście, także inne narody, w tym Polaków. Dążenia narodowowyzwoleńcze tych ostatnich, rozbudzające się poczucie własnej odrębności narodowej Kaszubów, jak również plan umocnienia dominacji niemieckiej na Pomorzu realizowany przez państwo pruskie, sprawiły, że w drugiej połowie XIX stulecia rozpoczęła się „walka o dusze” Kaszubów. Nie wchodząc w szczegóły niezwykle skomplikowanych procesów, można stwierdzić, iż ogromna większość z nas całkowicie się zgermanizowała, spora część uległa znaczącej polonizacji, zaś mniejszość wybrała tożsamość kaszubsko-narodową.

W stosunku do Kościoła Katolickiego, którego polskie struktury oddziaływały na Pomorze Wschodnie od XII w., przyjęło się twierdzenie, iż był „czynnikiem, który wzmocnił odporność Kaszubów wschodniopomorskich na procesy germanizacyjne”, cytując historyka Józefa Borzyszkowskiego, autora m.in. książki zatytułowanej Kaszubsko-pomorscy duszpasterze – współtwórcy dziejów regionu. Jednakże równocześnie badacz ten w swoich rozważaniach nad udziałem duchowieństwa diecezji chełmińskiej w interesujących mnie procesach emancypacyjnych napisał, że „godne głębszej refleksji jest to, że w świadomości Kaszubów katolicyzm był polską wiarą, a język polski katolicką mową”. Na tego typu subtelności nie sili się już politolog Andrzej Modrzejewski, który w artykule Kaszubi wobec kwestii narodowej, napisał: „katoliccy Kaszubi byli indoktrynowani w duchu patriotyzmu polskiego przez kler katolicki, zwłaszcza przez niższe duchowieństwo”. W tej sprawie nic się nie zmieniło do dziś.

Polsko-patriotyczna (nacjonalistyczna?) indoktrynacja Kaszubów trwa na niemal każdej niedzielnej Mszy świętej. Zjawisko to nie musi za każdym razem objawiać się w formie zupełnie nieteologicznych, „bogoojczyźnianych” komentarzy w głoszonych z ambon kazaniach. W zależności od temperamentu księdza (jego politycznych poglądów) mają one miejsce częściej lub rzadziej. Zwykle pojawiają się w kontekście polskich świąt państwowych czy narodowych. Do skutecznej indoktrynacji wystarczy niemalże podprogowe powtarzanie przez kapłana: „my, naród polski”, „my, Polacy”, „nasza Królowa Polski”, „weźmy udział w narodowej modlitwie Polaków”, itd., itp., a to dzieje się najczęściej. Tak jakby Kościół nie był powszechny… Własne doświadczenie aktywisty kaszubskiego, jednego z założycieli stowarzyszenia narodowości kaszubskiej Kaszëbskô Jednota, daje mi asumpt do tego, by móc stwierdzić, że stosunek współczesnego Kościoła Katolickiego w Polsce do kaszubskiej tożsamości narodowej jest raczej niechętny. Opieram to twierdzenie np. na osobistej rozmowie przeprowadzonej z abpem Tadeuszem Gocłowskim, bądź co bądź kościelnym liberałem, w 2008 r. podczas konferencji Episkopatu Polski w Juracie, a przede wszystkim wnioskuję tak z treści kazania wygłoszonego przez ks. prof. Jana Perszona na Zjeździe Kaszubów w dniu 10 lipca 2012 r. w Sopocie – szczególnie z jego ostatniego fragmentu bezpośrednio odnoszącego się do rzekomych deklaracji Kaszëbskji Jednotë oderwania Kaszub od Polski.

Wobec języka kaszubskiego Kościół Katolicki w Polsce przyjął bierną postawę. Nie chcę tą wypowiedzią umniejszać roli poszczególnych księży Kaszubów. Są wśród nich tłumacze ksiąg nowego i starego testamentu na język kaszubski: ks. prałat Franciszek Grucza czy franciszkanin o. profesor Adam Sikora, są kaszubskojęzyczni poeci, jak ks. profesor Jan Walkusz i wspaniali duszpasterze głoszący od dawna słowo boże po kaszubsku, jak np. ks. dr Marian Miotk. Pamiętam i doceniam również zasługi dla kaszubszczyzny (języka i kultury) ks. profesora Jana Perszona oraz ks. biskupa chełmińskiego (pelplińskiego) Bernarda Szlagi i nieocenionego metropolity gdańskiego abpa Tadeusza Gocłowskiego. Zwracam jednak uwagę na fakt, że Kościół Katolicki jako instytucja nie wyszedł z inicjatywą objęcia wsparciem języka kaszubskiego. O ile mi wiadomo, w sposób formalny czy nieformalny nigdy instytucja Kościoła nie zdecydowała się na duszpasterstwo w języku kaszubskim, wydawanie czasopism, otwieranie szkół kaszubskich (nie mam tu na myśli szkół katolickich). Żaden biskup nie nakazał księżom w swojej diecezji odprawiania regularnych, coniedzielnych mszy w języku kaszubskim.

Wydanie poszczególny ksiąg Biblii, nowego i starego testamentu, lekcjonarza czy modlitewnika traktuję jako inicjatywy prywatne (bądź społecznościowe), zainicjowane przez osoby świeckie lub pojedynczych duchownych. Twierdzę również, że teksty biblijne czy liturgiczne tłumaczone na język kaszubski to zbyt mało, by uratować język kaszubski. Nie wystarczy też świadomość, z jaką w jednej ze swych wypowiedzi podzielił się metropolita gnieźnieński abp. prof. Henryk Muszyński: „Fragmenty w języku kaszubskim w wydarzeniach na całych Kaszubach powinny być obecne. Jest to bardzo ważne z dwojakiego powodu. Pierwszy powód to nasza integracja z Europą – integracja nie oznacza unifikacji. Trzeba pielęgnować swoje odrębności”. Tego typu myślenie (mimo wszystko ograniczone) charakteryzuje również wydane w 1993 r. przez abpa Tadeusza Gocłowskiego wskazania duszpasterskie dla archidiecezji gdańskiej. Ich autor poprzestaje na zaleceniu “otoczenia opieką” przez “duszpasterzy” inicjatyw związanych z “organizowaniem” Mszy św. “przez środowiska kaszubskie”.

Dlaczego tzw. „kaszubskie” Msze św. (z kaszubską liturgią słowa, modlitwą wiernych i pieśniami w języku kaszubskim) trzeba w specjalny sposób organizować? Dlaczego nie ma ich co niedziela, w ramach zwykłego harmonogramu odprawiania nabożeństw w każdej parafii na Kaszubach? Przy próbie odpowiedzi na te pytania, poza brakiem zgody (przyzwolenia) ze strony kościelnych władz, pierwsze co się nasuwa to fakt, że nie ma tylu kaszubskojęzycznych księży. Dlaczego zatem język kaszubski nie jest regularnie nauczany w seminariach duchownych w Pelplinie i Gdańsku? Pamiętam, że z inicjatywy samych kleryków zajęcia takie, nadobowiązkowe, były prowadzone w Pelplinie, ale to kolejna „prywatna” inicjatywa, a nie instytucjonalne zaangażowanie Kościoła.

Może w dobie kryzysów, jakie przeżywa Kościół, jednak warto sięgnąć po język kaszubski w codziennej pracy duszpasterskiej? Biorąc pod uwagę statystyki, które mówią, że w archidiecezji gdańskiej, w skład której wchodzą dwie diecezje: pelplińska i gdańska, a ich powierzchnia pokrywa się z obszarem etnicznie kaszubskim, do kościoła regularnie uczęszcza znacznie ponad 50 % osób (w skali całej Polski jest to 36%), nie mam wątpliwości, iż sugerowane przeze mnie działania wpłynęły by na tak pożądany rozwój języka kaszubskiego. Czy taka zmiana nastąpi, czy Kościół sięgnie po kaszubski w swoich działaniach pastoralnych, zależy pewnie od własnego „interesu” Kościoła. Wydaje mi się, że zmiana postawy z biernej na czynną (aktywną) może przynieść Kościołowi więcej ewangelicznych korzyści niż strat.

Pismo w dyskursie narodowym

Refleksje po lekturze książki Artura Stęplewskiego

Dla mnie, osoby od 30 lat uczestniczącej w procesie standaryzacji języka kaszubskiego z perspektywy dziennikarza i literata, książka Artura Stęplewskiego „Semioza pisma. Cyrylica i łacinka w serbskim i chorwackim dyskursie narodowym na tle słowiańskim” jest swego rodzaju odkryciem nowego/starego terytorium, po którym stąpałem od dawna, kierując się intuicją i doświadczeniem, lecz nie potrafiłem do końca go nazwać i opisać. To lektura dla każdego – językoznawców i laików w tej dziedzinie, i choć Kaszubi i język kaszubski pojawiają się na kartach tej książki jedynie w sposób kontekstowy, to warto po nią sięgnąć, by wiedzieć, że nasze problemy z językiem, jego ortografią i standaryzacją nie są niczym wyjątkowym w świecie słowiańskim.

Pierwsza część publikacji omawia pismo jako „obraz języka i znak kultury”, zaś druga poświęcona jest „słowiańskim zmaganiom z pismem i grafią”. Najwięcej miejsca autor poświęca, oczywiście, casusom serbskiego i chorwackiego – opierając się na najnowszych XX- oraz XXI-wiecznych przykładach tych dyskursów narodowych, ale jednocześnie umiejętnie sięga po szeroką paletę przykładów z dyskursów innych narodów słowiańskich: tych najdawniejszych, pansłowiańskich wizji jednego języka z wieloma narzeczami, jak również tych najnowszych, śląskich dążeń do ustandaryzowania własnego etnolektu.

W kontekście pansłowiańskim, dla czytelnika Kaszuby, ciekawe wydają się ocena postaci i opis ideologii Aleksandra Hilferdinga. Artur Stęplewski nazywa go „postacią pierwszoplanową w świecie słowiańskim, którą z czasem jednak wymazywała historiografia rosyjska”, a jego działania na Kowieńszczyźnie, Żmudzi, na Kaszubach i wśród Słowian południowych określa jako przejaw rusyfikacji, mającej „wzmacniać pozycję Rosji i rozszerzać jej strefy wpływu”. Z równie dużą uwagą czyta się o tezach, jakie formował Ján Kollár, którego założenie, „że wszyscy oświeceni Słowianie będą studiować staro-cerkiewno-słowiański, aby poznawać zasady gramatyki i leksyki słowiańskiej”, co zbliży ich „do rozumienia innych narzeczy współczesnych, nie tracąc (w każdym razie w początkowym okresie formowania się wspólnej kultury Słowian) indywidualnych, etnicznych cech językowych”, autor książki określa jako poszukiwanie „złotego środka”.

Pisząc o próbach tworzenia zasad normatywnych dla śląszczyzny, A. Stęplewski obszernie omawia „projekt ortograficzny” prowadzony pod kierownictwem Jolanty Tambor. Swoje uwagi na ten temat autor książki kończy następującym stwierdzeniem: „Działacze śląscy, przewidując, że proces normalizowania idiomu wymaga wielu lat pracy związanej m.in. z obserwacją praktyki codziennej w stosowaniu ortografii, przyjęli – co stanowi rzadkość w procesach narodowotwórczych – nieograniczony czas przyswajania normy graficznej. Najprawdopodobniej wynika to z faktu, że idiom śląski, wobec braku akceptacji przez władze i parlament polski, nie stanie się w najbliższym czasie przedmiotem szkolnego nauczania”.

Czy, w związku z tym, ortografia języków będących „przedmiotem szkolnego nauczania” nie jest poddawana zmianom i modyfikowana? Historia i współczesność narodów słowiańskich, widziana w kontekście ich zmagań z pismem i grafią, od Bałtyku po Morze Czarne pokazuje, że procesy takie zachodzą permanentnie, chociaż nie bezboleśnie. Piszę o tym, ponieważ podobne dyskusje toczone są na Kaszubach, od czasu stworzenia pierwszej ortografii przez Floriana Ceynowę co kilkadziesiąt lat i wracają współcześnie w kontekście krytyki, z jaką spotykają się ustalenia komisji do spraw pisowni z 1996 r. Coraz głośniej podnoszona jest kwestia potrzeby modyfikacji zapisu języka kaszubskiego w stronę jego „klasycznej” ortografii, a więc tej stosowanej przez Aleksandra Majkowskiego w „Żëcim ë przigòdach Remùsa” czy Zrzeszyńców w piśmie „Zrzesz Kaszëbskô”, a także Friedricha Lorentza w gazecie „Bënë ë Bùten” oraz w jakiejś mierze również przez redaktorów pisma „Tatczëzna”. Postulaty te podnoszą najmłodsi użytkownicy języka kaszubskiego: literaci, tłumacze, ludzie pióra, z Maciejem Bandurem, redaktorem pisma „Skra”, na czele.

Po lekturze pracy Artura Stęplewskiego, dającej tak szeroki słowiański kontekst, muszę przyznać, iż lepiej rozumiem roszczenia młodych Kaszubów i skłaniam się w stronę ich postulatów, mimo że jestem jednym z sygnatariuszy kompromisowego porozumienia w sprawie pisowni kaszubskiej z 1996 r. Myśląc w kategoriach kultury narodowej, pismu i jego grafii przypisuje bowiem rolę jednego z symboli scalających wspólnotę. Uważam, iż ortografia z 1996 r. spełniła swoją rolę, gdy chodziło o coś, co A. Stęplewski odnosi „do konieczności potwierdzenia wartości funkcjonalnych i estetycznych języka X wobec uznanych już, pozostałych języków”. Jest ona jednak, pomimo deklaracji towarzyszących podpisaniu wspomnianego porozumienia, wciąż ortografią opartą na założeniu, które za A. Stęplewskim, opisującym sytuację idiomu śląskiego, można parabolicznie scharakteryzować w ten sposób, że „ bierne nawyki szkolne (tzn. polskie) ułatwiają (…) wzrokowe identyfikowanie leksemów, jednak, z punktu widzenia językoznawstwa porównawczego i historycznego, stosując taką ortografię, [kaszubski – wtrącenie moje] nadal pozostanie dialektem lub derywatem polskiej odmiany ogólnej”.

Pamiętajmy, na co również zwraca uwagę autor omawianej publikacji, że „wbrew deklaracjom badaczy, którzy zakładali prymat języka werbalnego nad wersją wizualną, w praktyce analizie podlega graficzny obraz języka jako przykład jego bardziej świadomego i rozpowszechnionego użycia”. Zależy mi na rozwoju wspólnoty narodowej Kaszubów i dlatego uważam, że nie powinniśmy się bać tego, że pismo funkcjonować będzie jako znak naszego upodmiotowienia.

Ponad 280-stronicowa Publikacja „Semioza pisma. Cyrylica i łacinka w serbskim i chorwackim dyskursie narodowym na tle słowiańskim” autorstwa Artura Stęplewskiego, slawisty i polonisty z Zakładu Slawistyki Kulturoznawczej Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, ukazała się pod koniec 2018 r. dzięki Wydawnictwu Naukowemu UAM.

Artur Stęplewski

Recenzëjô: Walka o tożsamość, znaki i znaczenia

Adela Kożyczkowska, jak sama zaznacza, traktuje kaszubszczyznę „jako egzemplifikację pewnego projektu kulturowego”, którego „przestrzeń konstruują dwa główne projekty intelektualne” koncentrujące się na dwóch tożsamościach Kaszubów, nazywanych przez autorkę: „polonocentryczną” i „kaszubocentryczną”. Kożyczkowska przyznaje, iż niewystarczająca znajomość kultury niemieckiej była przyczyną, dla której zrezygnowała z badania relacji kaszubsko – niemieckich, a tym samym „niemieckocentrycznej” tożsamości Kaszubów, ale ma nadzieję – podobnie jak i ja – że w przyszłości ktoś ten temat podejmie.

Książka Adeli Kożyczkowskiej: Kaszubszczyzna. Pedagogicznie o języku i tożsamości, wydana staraniem Wydawnictwa Uniwersytetu Gdańskiego w lutym 2019 r., choć jest pozycją naukową, to z pewnością zainteresuje każdego, komu bliskie są rozważania nad językiem, kulturą i tożsamością. Niech nie zniechęca nikogo „pedagogiczne” podejście do tematu – wszak autorka jest adiunktem w Zakładzie Pedagogiki Ogólnej Instytutu Pedagogiki UG – gdyż szczegółowe rozważania dydaktyczne, których moglibyśmy się spodziewać, zastąpione zostały przemyśleniami „wpływu pewnych koncepcji, idei, wyborów identyfikacyjnych i tożsamościowych na kondycję ludzką”, jak ujęła to we fragmencie swojej recenzji, umieszczonym na 4. stronie okładki, prof. dr hab. Jolanta Tambor.

Ten, kto szukałby w omawianej książce szerokiego przedstawienia tytułowego zagadnienia, tzn. rozważań o takich cegiełkach kultury, jakimi są np.: literatura, pamięć historyczna, religia czy tradycja, nie znajdzie tego w tekście publikacji, ponieważ przedmiot swoich badań A. Kożyczkowska zawęża do „wiedzy o języku” w kontekście „praktyk kulturowych, których celem jest konstruowanie tożsamości”. To założenie sprawia, że tekst staje się klarowny, zaś tezy autorki – stawiane w kontekście edukacyjnym, rozumianym jako „polityczne organizowanie wiedzy i doświadczeń młodych” – czyni niezwykle spójnymi.

Wśród wielu założeń, które Kożyczkowska poczyniła, przystępując do opisania swoich badań (o których pisze we wstępie i rozdziale 1. poświęconym przyjętej metodologii), jest i takie, by czytelnik traktował przytoczone pod konkretnym nazwiskiem, słowa i wypowiedzi jako „stanowiska teoretyczne”. Chodzi więc o to, by nie utożsamiać ich z konkretną osoba, lecz „autorem, który mówi zawsze z pola jakiejś hegemonii”. Poprzez przyjęcie takiej perspektywy w tekście książki swoje poglądy odnajdą z łatwości zarówno te osoby, które były uczestnikami konkretnych „praktyk kulturowych”, jak również ci czytelnicy, którzy chcą się utożsamiać z jakąś „nieuosobioną” ideą.

Z każdą kolejną stroną swojej pracy A. Kożyczkowska udowadnia, że nie ma przesady w przyjętej przez autorkę tezie, iż kaszubszczyzna to „permanentna pedagogia, czyli sfera, w której toczy się walka (?), gra (?) o znaki i znaczenia (…), o tożsamość”. Tę walkę prowadzą ze sobą dwa „intelektualne modele kaszubszczyzny”. Jeden z nich jest konsekwentnie „zamknięty na różnice kulturowe” i wynika z lęku „przyznania się do własnego rozróżnienia od większości – w tym przypadku – polskiej”. Drugi jest jak najbardziej otwarty na kulturowe różnice: „tylko uznając różnicę, można uznać wielokulturową naturę świata”, można „świadomie zabiegać o własną tożsamość etniczną”.

Gdańska pedagożka przedstawia swoje teorie bez emocji, które zwykle towarzyszą omawianiu różnych kaszubskich tożsamości, a przez to, w większości przypadków, sięga sedna przeciwstawnych postaw Kaszubskich elit – ich przyczyn i skutków. Tekst jest znakomitą syntezą zarówno jednego z dyskursów – rozpoczętego przez Floriana Ceynowę, a kontynuowanego obecnie przez stowarzyszenie Kaszëbskô Jednota, jak i drugiego – zapoczątkowanego przez Hieronima Derdowskiego, a dziś odbijającego się w zwierciadle „Ustawy o mniejszościach narodowych i etnicznych oraz o języku regionalnym”. Tylko w jednym miejscu, takie jest moje zdanie, autorka nie trafia z właściwą interpretacją, gdy wysuwa tezę, iż uchwała II Kongresu Kaszubskiego, który odbył się w 1992 r. w Gdańsku, a w szczególności wystąpienie Donalda Tuska na II Kongresie Kaszubskim, który przekonywał by Kaszubi „zwiększyli swą współodpowiedzialność” za „los ogółu” obywateli, były tezami stanowiącymi „spiritus movens programu ideowego Òdrodë”.

Adela Kożyczkowska w książce Kaszubszczyzna. Pedagogicznie o języku i tożsamości przekazuje nam przemyślane, kompetentnie napisane, syntetyczne spojrzenie na ważny i wciąż aktualny problem miejsca kaszubszczyzny w zmieniającej się rzeczywistości. Symbolicznym tego wyrazem może być pierwsza strona okładki. Kilka fotografii mężczyzn w mundurach różnych armii, a także rodzin zgromadzonych na religijnych rytuałach chrztu i komunii, mogą uświadamiać, jak skomplikowana to rzeczywistość na pograniczu kultur i religii. Sama autorka przyznaje, iż swoją książką chce „włączyć dyskurs tożsamości kaszubskiej w przestrzeń pedagogiki międzykulturowej”, gdyż sama tylko optyka kaszubskiej edukacji regionalnej nie jest wystarczająca. To zadanie, w moim przekonaniu, omawiana książka spełnia, ponieważ w znaczący sposób oświetla oba omawiane kaszubskie projekty tożsamościowe oraz poszerza horyzonty projektu kaszubocentrycznego.

Adela Kożyczkowska, 2019, Kaszubszczyzna. Pedagogicznie o języku i tożsamości,Gdańsk: Wydawnictwo Uniwersytetu Gdańskiego, s. 276.

Òptimiscë i pesymiscë – Adamòwa Prostownica

Dwa skrajné pòzdrzatczi na naszã przińdnotã pòkazywają abò, że më ju nic nie darwómë robic, abò że ju ni ma co próbòwac robic. Dzysô chcemë sã przëzdrzec jak wëzdrzi całé szpektrum wizjów na przińdnotã i z czegò òne wëchôdają.

Më jesmë rozmajiti, na co mają cësk genë i doswiôdczenia w żëcym. Jedny na swiat wzérają barżi z perspektiwë szansów, drëdżi zagróżbów. I wcale nie je tak, że ny pierszi to są òptimiscë, a drëdżi pesymiscë. To są dwa zortë taksowaniô realnoscë, jaczé dopiérze prowadzą do òptimisticznëch abò pesymisticznëch kònkluzjów. Prosto kòżdi z naju je dzes na skalë, jaczi greńcznyma pąktama je skùpienié na szansach i skùpienié na przeszkòdach. Nôtërno ti, co widzą wicy szansów, mdą barżi òptimistama, a ti co przed òczama mają wizjã tegò, co nama zagrôżô, przińdnosc widzą kòmùdno. Nié wiedno tak równak je, to dô òptimistów i pesymistów, chtërny nima są prosto temù, że nie włączëlë swòjëch mëslowëch procesów i jich nastawienié wëchôdô z założeniô, jaczé przëjimnãlë na zôczątkù, z górë.

Głupi òptimiscë

Zakłôdanié, że nama sã zycher ùdô ùchòwac nasz jãzëk i “nigdë do zgùbë nie przińdą Kaszëbë” to je jedna z nôczãscy pòwtôrzónëch brawãdów. Skądka taczi òptimizm? Baro proszã – przódë nas za kaszëbiznã bilë, a terô ùczą w szkòłach. Prosté! Taczé założenié, zdrzącë na faktë, to je głëpòta. To jakbë wzerac na słuńce, chtërno je na widnikù w môłim òdsłoniãtim òd blónów placu, czej nad nama deszcz padô i ceszëc sã, że dzysô je piãkny dzéń. Chcemë wëzdrzec na fakticzny stón. Co z tegò, że za césarza Wëlema czë za kòmùnë naju nie lëdelë? To dzysô, w czasach prawów miészëznów, më żëjemë, a pòtkanié kògòs, chto ni mô skùńczoné 30 lat i pò kaszëbskù gôdô, to je wiôldżé szczescé. Jô apelëjã do tëch, co gôdają, że je dobrze, że më mómë te prawa i ò nick wicy biôtkòwac nie brëkùjemë: przódë jak nie bëło Facebooka, tej blós familia wiedza, że wa nie jesta richtich w głowach. Dôjta pòkù z tim cëganienim òpiartim na żëczbòwim mëszlenim! Sytuacjô jãzëka i swiądë, jaczi òd jãzëka òdrëwac ni mòże je… jô nie wiém, czë lëchô, fatalnô i beznôdzejnô, ale zycher takô, jakô wëmôgô dzejaniô, a nié klaskaniô! Më jesz mómë wiele do zrobieniô, a òd waju më czëjemë, że nigdë tak dobrze nie bëło, në, tej (w docygnienim) nick ni mùszi robic. Z czegò wëchôdô taczi glëpasy òptimizm? Z jinégò célu. Ti lëdze ni mają za cél ùchòwaniô i rozwiju jãzëka, ni mają kònkretny wizje normalnégò żëcô ze żiw jãzëkã i mòcną swiądą. Òni chcą swòje karenkò zéńdzoné na kònferencjach i promòcjach ksążków, chcą przë kawie lóny z termòsów ze sztraùsama dlô aùtora w rãkach przekònywac sebie nawzôjno jaczi fejn je brzôd jich robòtë. Jistno zwëczajny lëdze, co nie chcą sã mierzëc z faktã dżinieniô najégò nôrodu. Jima to nie robi, kim sã mdą jegò dzecë czëłë, haùbzach, że jak trafi na aktiwistã, tej so z nim miło pògôdô. To je normalné, że ti lëdze tak wzérają, ale nienormalné i niebezpieczné je, czej elitë przëjimają taczi pòzdrzatk i wëcopiwają nasze wòjska, czej na frońce jesz je wòjna.

To je téż pòliticzny problém – aktiwiscë nie chcą przëznac, że je lëchò, bò mùszą dokazac swòjã efektiwnosc. Tedë pòwòłiwają sã na lëczbë, jaczé nic nie wnôszają, bò sã nie przenôszają bùten mùrów szkòłów i jinstitucjów kùlturë.

Głupi pesymiscë

Cenôwa zaczął gramatikã twòrzëc, czej ju jiné słowiańsczé nôrodë to miałë. Zrzeszińcowie ò Wiôldżim Pòmòrzim mòglë zacząc rëchli gadac, cobë nowé, pòlsczé wëszëznë sã mùszałë rechòwac z pòwôżną rësznotą, jaczi nie jidze znikwic. Karno Chëcz mògło pierszą platkã rëchli wëdac, czej subkùlturë bëłë barżi módné, a wicy lëdzy kòl 20-25 lat stôrëch pò kaszëbskù gôdało. Ùstôw ò miészëznach mógł bëc rëchli wprowadzony, czej edukacjô bë pòmôgała domôcémù przekazowi, a nié gò zastãpiwała. Na wszëtkò wiedno bëło za pòzdze. I terô ni mómë jintelektualnëch elitów, lëdze wëbiérają taczé partie, co są procëm nama… wszëtkò, co kaszëbsczé, to złé. Taczé przekònanié mô dzél aktiwistów i wiedno jak sã jich czëtô, to sã mô wrażenié, że to są jintelektualiscë, jaczi analizëją i trafno òceniwają sytuacjã, bò jich môg je wikszi jak nasz. A to je głëpòta. To, że òni mają òdkrëté, że lëdze są głupi i zgniłi to je wiôlgô rzecz? To doch kòżdi widzy. W czasach jinternetu, dze kòżdi mòże letkò kritikòwac, zaczinô panowac przekònanié, że czim mądrzészi chtos je, tim wicy lëchich rzeczów widzy, a głupi lëdze mają nôdzejã na co dobrégò. Tak richtich równak no założenié samò ze sebie stôwiô jegò aùtorów w pòzycji głupëch. To téż je dzywné, że òni tak bez sromòtë piszą ò tim, co je lëchò. Kò jak cos nie jidze tak jak mô, tej nasz òbòwiązk to je to ùprawic, a nié scwierdzëc, że to je skażoné. Założenié pesymistów sã òpiérô na mëszlenim, że mô bëc dobrze i kùńc. Timczasã më ni mómë żódnégò prawa do tegò, żebë wszëtkò w żëcym nôrodu szło wedle założeniów. Prosto nicht nama tegò prawa nie dôł. Jeżlë chòc dzél wiôldżich planów w tim swiece sã ùdô realizowac, to i tak je wiele, z tim sã mùszi pògòdzëc, a nié ùkładac so w głowie jidealny swiat, w jaczim na wszëtczich fligerplacach na swiece kòmùnikatë są pò kaszëbskù czëtóné. Tuwò mùszi pamiãtac, że jô gôdóm ò tëch, co czerëją kritikã i kwestionowanié dlô sami zasadë. Kònsztruktiwnô kritika je nama pòtrzébnô.

Mądri niebòrôcë prakticë

Pòmidzë tima pòstawama stoją ti, co z dwùch strón dostôwają. Prakticë, co bierzą na swój krzebt czãżôr bùtnowëch procëmnosców, a jesz mają dokłôdóné òd swòjëch òptimistów i pesymistów. Ti pierszi òdcygają òd aktiwnoscë, bò “za czim mieszac, za czim kómbinowac, jak je dobrze, a mòże bëc gòrzi, jak za wiele mdzemë chcelë”. Pesymiscë to grëpa, jakô mô wizjã tegò, co bë miało bëc i mają dzywné wrażenié, że prakticë mdą to realizowelë i przëjimelë kòżdą kritikã. Nié, prakticë mdą robilë swòje, a jeżlë chtos mô jiną ùdbã, tej niech sóm jã realizëje. Dobrze, jak prakticë zaczinają òd kalkùlacje szansów i zagróżbów. Zadanié przenieseniô sã ze sytuacje A do sytuaje B wëmôgô pòznaniô drodżi i wszëtczégò co pòde drogą sã pòjawi. Jak ju to mómë zrobioné, tej je nót pamiãtac, że samò pòznanié drodżi nie sygnie. Terô mùszi nią jic i zakładac, że szanse i przeszkòdë, a téż sama droga sã mòże zmienic. Ale praktik w sztótach zwątpieniô mùszi wiedzec jedno: òn jidze, a to ju je wicy jak klaskanié òptimistów i stãkanié pesymistów.

Z czegò to wëchôdô?

Jô wiedno béł czekawi, jak to je mòżlëwé, że są aktiwiscë co przekònywają, że wszelejakô kritika je nieùzasadnionô, bò “jesz nigdë nie bëło tak dobrze jak terô”. Mają òni jaż tak môłi jintelektualny pòtencjał, że nie rozmieją widzec òbserwòwalnëch faktów i jich prosto òpisac? Tu nie jidze ò głëpòtã, le ò różnicã célów. Dlô nich òdroda, żëcé jãzëka to je metafòra, jaką òni brëkùją w swòji dzejalnoscë. Temù jak dlô kògòs te słowa òznôczają stón, do jaczégò prakticznyma métlama chce doprowadzëc, tej òn ni mòże wespółrobic z nyma głupima òptimistama.
Skądka sã bierze pesymisticzné przekònanié ò bezcwëkù wszelejaczich jinicjatiwów? Òd prakticzny stronë to ni mô ùzasadnieniô. To nôlepi wëklarowac tak: chtos mô plan zrobic 10 kroków, zrobi le 2. Stojący z bòkù kritikańt wëpòmni mù 8 niezrobionëch kroków, le to nie zmieniwô faktu, że nen praktik je ò 2 kroczi dali jak kritikańt. Tedë kòżdi logiczny człowiek bë ni miôł nôleżëc do tegò drëdżégò karna. Żebë ten fenomén zrozmiec, to je nót barżi wlezc w ego człowieka, a nié w jegò prakticzné rozrzeszenia. Człowiek, chtëren kritikùje, aùtomaticzno stôwiô sebie w pòzycji wëższi jak nen, co je kritice pòddóny, nawet jeżlë to z fakticznym stanã nie je zgódné. Do tegò w kritikòwanim nie dô sã nick spieprzëc, a w kònkretny robòce ju jo. Tedë pesymiscë kritikańcë nigdë ni mùszą sã miónkòwac z pòczëcym, że cos jima nie wëszło. To je kąsk jak z lëdzama, co wiele lat robòtë ni mają. Jak ju mù pòdsëniesz ùgôdënk pòd nos, tej òn mdze wëmiszlôł, że priwatno nie jidze, bò kradną, państwòwò nié, bò tam nic nie robią, firmë nie założi, bò to wiele papiórów i nôlepi nic nie robic. Tej mòże chòc na czôrno niech dorobi? Nié, bò noga bòli, w krzebce strzélô, nokc sã naderwôł. Doch kòżdô sytuacjô mdze lepszô jak ta, jaką òn mô terô, le òn i tak przë ni òstôwô. Czemù? Bò to je pòzycjô, z jaczi mòże narzékac na wszëtkò wkół, a nigdë nie mdze mùszôł stanąc przed szpéglã i rzec, że nie je w czims dobri.

Tim barżi chcemë achtnąc herojizm prostëch aktiwistów praktików, co miast spamòwac Facebooczi swòjima pesymistnyma wizjama abò ùdawac że wszëtkò je w pòrządkù, robią dzéń w dzéń prosté rzeczë. Miéjmë w ùwôżanim jich dzyrskòsc, chòcbë na planowóné 10 kroków robilë 1. To ò jeden wicy jak ti co jima je baro dobrze abò beznôdzejno lëchò.

6 stereotypów z kosmosu na temat nôrodników – Adamòwa Prostownica

Osób deklarujących narodowość kaszubską jest ponad 16 tysięcy. To na tyle dużo by mówić o ruchu społecznym i na tyle mało, że większość ludzi traktuje to jako egzotykę i ma o nôrodnikach takie pojęcie jak o Inuitach. Brak wiedzy nie przeszkadza jednak w wydawaniu osądów. Przedstawiam stereotypy na nasz temat, które, łagodnie mówiąc, są tak trafione jak rzut karny, po którym piłka ląduje za linią… autu.

1. Twierdzimy, że każdy, kto myśli inaczej, jest w błędzie.

Ile razy słyszeliśmy o samych sobie, że głosimy, iż nie można być jednocześnie Kaszubą i Polakiem. My mówimy, że my nimi nie jesteśmy, a jeśli komuś taka hybrydowa tożsamość odpowiada, to jego święte prawo. Zabawne jest to, że osoby w ten sposób nas osądzające… same mówią, że nie można być Kaszubą jednocześnie nie będąc Polakiem!

2. Tworzymy podziały

Podziały to linie przecinające społeczeństwo i uniemożliwiające współpracę. Powiedzenie o kimś, że ma inny kolor oczu też jest tworzeniem podziałów? Naturalnie, nie jest. Podobnie mówienie o odrębnej narodowości. Zabawne w tym dziwacznym stereotypie jest to, że często wygłaszany jest w tonie “ci Kaszubi z narodowości chcą tworzyć podziały, z nimi nie należy rozmawiać, ich trzeba eliminować z życia publicznego”. Podobnie jak w pierwszym przypadku mamy do czynienia z zarzucaniem nam dokładnie tego, co sami zarzucający robią.

3. Nie znamy historii

Nie znamy prapiastowskiej historii Kaszub, nie wiemy, że polscy książęta walczący z naszymi władcami chcieli naszego dobra, a Florian Ceynowa czy Zrzeszińcy jak pisali o “narodzie kaszubskim”, to mieli na myśli miłośników regionalizmu, tylko stosowali taką metaforę. Do uporządkowanej historii odwiecznej polskości niepotrzebnie dodajemy jakieś wątki wskazujące, że była tu jakaś odrębność, że nasze relacje nie były takie różowe jak się je przedstawia. Dobra, może i to są fakty, ale nie rozumiemy ducha historii, tego ducha ze skrzydłami husarza, który przecież jest ważniejszy od faktów, prawda?

Co ciekawe, wiele osób weszło na narodową drogę właśnie poprzez zainteresowanie historią.

Znaczący jest także syndrom sztokholmski, który dotyka osób muszących mierzyć się z realiami II RP. W przypadku komuny to jasne, wszyscy mieli źle, ale przed wojną panował wspaniały okres dla Polski, więc dla Kaszub także. A jeśli żołnierze zachowywali się wobec ludności jak wobec podbitego ludu, jeżeli na polu zawodowym i społecznym panowała dyskryminacja Kaszubów, to może nasi przodkowie sobie po prostu zasłużyli?

4. Chcemy osłabić państwo

Po co niby mielibyśmy osłabiać państwo? Żeby wypłacało jeszcze mniej emerytur? By miało jeszcze większe problemy gospodarcze? Ludzie głoszący takie stereotypy nie zdają sobie sprawy, że to również nasze państwo i w naszym interesie jest, aby funkcjonowało sprawnie.

5. Ktoś nas opłaca

Osoby, które rozpowszechniają taki stereotyp widocznie wiedzą więcej niż ja. Dajcie namiary na tych tajnych sponsorów, bo do mnie przelewy nie docierają, a marzy mi się własny dom i lepszy samochód!

6. Jesteśmy nietolerancyjni

Skoro mówimy, że nie jesteśmy Polakami to z pewnością nienawidzimy Polaków i chcemy ich wypędzić. “Logika” tak pokrętna, że dziwi prędkość, z jaką ten stereotyp się rozprzestrzenia i jest bezkrytycznie przyjmowany. Tymczasem wystarczy poczytać trochę tekstów naszego autorstwa, by się przekonać, że zdajemy sobie sprawę z wielokulturowości Pomorza i nie mamy zamiaru tego niszczyć.

Generalnie obraz nôrodnika jako nienawistnego człowieka zakłamującego historię i świadomie tworzącego podziały wpisał się w świadomość społeczną na tyle mocno, na ile w ogóle społeczeństwo się nami interesuje. Nikt jednak nie jest w stanie podać jednego konkretnego przykładu takich zachowań. To bardzo niebezpieczne. Z historii wiemy, że demonizowanie danej grupy bez próby jej poznania zawsze kończyło się dramatycznie. W szczególności, kiedy było robione w dobrej wierze, “aby usunąć zło”…

Sport a sprawa kaszubska – Adamòwa Prostownica

W zdrowym ciele zdrowy duch, także narodu. Sport dla wielu grup odgrywa ważną rolę, choć w teorii nie ma w sobie nic, co byłoby im potrzebne. Nie wnosi nic do polityki językowej, nie jest przestrzenią dla pogłębionej dyskusji o tożsamości, a jednak ma ogromną siłę. Nie tylko tę widoczną gołym okiem na trybunach, ale także, równie ważną, wewnętrzną.

Za drzewem czai sie młodzieniec z kijem zakończonym siatką. Gdy jego oponent wyposażony w podobny sprzęt z piłką w siatce się zbliża, ten atakuje go i przejmuje okrągły kawałek skóry. Rozpoczyna się bieg, podania między zawodnikami wśród naturalnych przeszkód i przeprawa przez wodę. W pewnym momencie następuje zmiana otoczenia i chłopak opancerzony ochraniaczami i kaskiem biegnie z profesjonalnym kijem do lacrosse i białą piłką, by spróbować zdobyć bramkę. Tak ukazana zostaje łączność między dziedzictwem rdzennych Amerykanów a współczesnością w filmie Crooked Arrows. Ten może niezbyt ambitny, ale z pewnością sympatyczny film opowiada o indiańskim chłopaku, który wyrwał się z rezerwatu, by zrobić karierę, ale przyszło mu pracować na własnym terenie nad inwestycją, która oznacza zgubę dla kultury jego rodaków. Jednocześnie podejmuje się trenowania młodszych kolegów, aby pokonać blade twarze z elitarnej szkoły, które od pewnego czasu grają lepiej niż plemię twórców lacrosse. Sport zmienia nastawienie bohatera i skłania go do przewartościowania swojego życia.

Dlaczego to akurat sport, a nie tańce czy fajka pokoju, stał się elementem ważnym tożsamościowo w fabule filmu? Z jakichś powodów lubimy rywalizację i paralelna walka o tożsamość i o punkty na boisku dają sprzężenie dodatnie. Jedno napędza drugie.

Turniej w bùczkã, Lëzëno (Luzino) 2018

Utopić się czy uschnąć?

Sport w służbie narodu może działać na dwa sposoby. Możemy łączyć kwestie tożsamościowe z międzynarodowymi, rozpoznawalnymi dyscyplinami bądź rozwijać własne sporty, czym poznajemy ścieżkę, którą kroczyli nasi ojcowie. Pesymista powie, że w pierwszym wypadku każda nasza inicjatywa utonie wśród innych, podobnych imprez. Mecz Kaszuby-Łużyce w piłkę nożną nigdy nie przyciągnie tylu kibiców, co finał Ligi Mistrzów. W przypadku organizacji imprez z własnym sportem – powie nam pesymista – uschniemy z braku zainteresowania i zrozumienia naszej specyfiki. Ja jednak pesymistą nie jestem, a mój stonowany optymizm nakazuje robić obie te rzeczy równolegle i nie wypominać sobie nawzajem, że czegoś robić nie powinniśmy. Pierwsze podejście do sportu daje nam promocję i możliwość otwarcia się na nowe grupy. Nawet jeśli Bieg Jedności Kaszubów jest jedną z dziesiątek podobnych imprez – pojawiają się na niej konkretne osoby, które mają okazję poczuć dumę z własnej narodowości. Nawet na rozgrywki piłkarskie niższego szczebla przychodzą kibice. Równanie się z lepszymi ma motywować, a nie dołować.

Po co nam własny sport? Daje poczucie wspólnoty horyzontalnej i wertykalnej. Z jednej strony widzimy swoich robiących to samo na tych samych zasadach, co buduje więzi. Z drugiej strony odczuwamy bycie w odpowiednim miejscu w historii – idziemy szlakiem wyznaczonym przez przodków, co daje poczucie pewności siebie. Poza tym własny sport przyciąga uwagę i nawet jeśli nie gromadzi osób, które zaczną regularnie trenować, pozwala zbudować zainteresowanie.

Dla siebie

Uprawianie sportu ma dużo plusów i nikogo nie trzeba do tego przekonywać. Jednym z nich jest budowanie wspólnoty. Jako istoty stadne, mające przez długi okres doświadczenia polowania w grupie najlepiej budujemy wzajemne zaufanie, umiejętność współpracy i zrozumienie się poprzez wspólne dążenie do celu drogą rywalizacji. Zawsze imponowało mi, jak dogadują się ze sobą koledzy sportowcy poza boiskiem. Trudno to zauważyć na poziomie werbalnym, ale zdecydowanie ich przyjaźnie są silniejsze, zachowanie wobec siebie nawzajem bardziej swobodne i chęć do wdrażania większych projektów większa. A tego, obok dobrego zarządzania, o którym pisałem przed tygodniem, bardzo nam brakuje.

Mając po swojej stronie sportowców zespołowych dysponujemy ogromnym potencjałem. Jestem przekonany, że to dużo ważniejszy aspekt sportu w sprawie kaszubskiej niż jego wymiar marketingowy.

Kolejne plusy to lepiej dotleniony mózg, endorfiny i testosteron. Wszystko to jest nam, jako narodowi, potrzebne.

Nauka bez uczenia

Młodych ludzi trzeba edukować. Najlepiej to robić tak, aby sami nie wiedzieli, że są poddawani temu procesowi, żeby zamiast zakłócać, wpisywało się w ich życie. Przykładem nauki i wpajania dziedzictwa jest akademia piłkarska Cassubian, która zapoznaje nie tylko z piłkarskimi zagraniami, ale także historią czy kulturą.

Bùczka

Czy nasz sport narodowy będzie w stanie rozmachem imprez i poziomem graczy dorównać irlandzkiemu hurlingowi? Z pewnością nie w przeciągu roku, dwóch, dekady. To jednak nie powód, by machnąć ręką i powiedzieć, że “lepiej pograć w nogę”. Budowanie środowiska wokół czegoś, co jest nieznane, musi trwać. Z pewnością także warto, bowiem jest to gra charakterystyczna, ze stosunkowo prostymi zasadami, a jednocześnie dosyć dynamiczna i kontaktowa, by nie zostać uznana za infantylną. Mnie, jako zwolennikowi tego sportu, trudno wyjaśnić to osobom sceptycznie nastawionym, bowiem różnimy się w oczekiwaniach. Ja wcale nie twierdzę, że ten sport pokona w rankingu popularności futbol czy stanie się tak ważny jak lacrosse dla poszczególnych narodów indiańskich. Na razie zakładam, że znajdzie się grupa ludzi, którzy wykażą zapał. Ten z kolei w ich głowach, faszerowanych kolorowymi obrazkami oglądanymi z kanapy, “pstryknie” odpowiedni włącznik, istniejący od czasów pierwotnych i razem jako plemię pójdziemy na tego mamuta, który chce zniszczyć naszą kulturę.

Prof. L. Jocz: Obiekcje co do „Gramaticzi” są jak najbardziej uzasadnione

Żywiołowa debata wokół Gramaticzi kaszëbsczégò jãzëka dr Hanny Makurat zaczęła się co najmniej od ukazania się w maju 2017 r. recenzji tej książki autorstwa Macieja Bandura i trwa do chwili obecnej. Nie jest to bynajmniej dyskusja jedynie dla wąskiego grona specjalistów czy aktywistów językowych, lecz sprawa istotnej wagi dla całego środowiska kaszubskiego, a zwłaszcza środowisk związanych z nauczaniem języka kaszubskiego, albowiem niniejsza publikacja ma być de facto używana w edukacji na różnym szczeblu i ma służyć za swego rodzaju odnośnik, wyznacznik i kompleksowe źródło wiedzy o strukturze języka kaszubskiego dla nauczycieli, studentów, uczniów, pisarzy, dziennikarzy etc.

Na wyżej wspomnianą krytykę Gramaticzi… dr Makurat zareagowała, zamieszczając odpowiedź pod artykułem na portalu SKRË jak też na własnym profilu na portalu Facebook. Niedawno, bo w grudniu 2018, przeredagowaną wersję tejże odpowiedzi pt. Gramatika kaszëbsczégò jãzëka – rozpoznanie i opracowanie struktury współczesnego literackiego języka kaszubskiego. Odpowiedź na głosy krytyki autorka opublikowała w czasopiśmie Studia z Filologii Polskiej i Słowiańskiej, pomijając jednak zupełnie fakt, że już ponad rok temu SKRA opublikowała obszerną odpowiedź na jej replikę, a prof. Lechosław Jocz, obecnie czołowy badacz fonetyki i fonologii kaszubskiej, niezależnie opublikował własną recenzję jej książki w sierpniu 2017. O istnieniu obu tekstów, jak wykazuje prof. Jocz, autorka niechybnie musiała wiedzieć.

Jego drugi głos w dyskusji, który publikuje w dniu dzisiejszym, jest reakcją na wyżej wspomniane próby obrony swojej pracy przez dr Makurat. W najnowszej publikacji czytamy m.in.:

Rzeczony numer SFPS ukazał się 24 grudnia 2018 i – jak poinformowała mnie redakcja – do tego dnia możliwe było dokonanie ostatnich poprawek w artykule lub jego wycofanie. Autorka miała więc co najmniej ponad 15 miesięcy, aby uzupełnić swój artykuł o odniesienia do drugiego tekstu Bandura lub choćby wspomnieć o jego istnieniu. Komentarz Bandura zbija (jak zobaczymy) większość argumentów Makurat, jego przemilczenie nie wydaje się więc niestety przypadkowe. Autorka nie zdecydowała się zresztą wspomnieć również o mojej recenzji (Jocz 2017), udostępnionej publiczności 26 sierpnia 2017 i dostrzeżonej w środowisku.

Recenzent zwraca uwagę na wiele pozamerytorycznych strategii argumentacji dr Makurat, które mają niestety na celu wyłącznie manipulację czytelnikiem. Trzon tej pracy jest jednak poświęcony kwestiom merytorycznym, w tym sprawom, które były przedmiotem wymiany zdań między Bandurem a dr Makurat.

Powyżej omówiłem łącznie 13 zjawisk, co do których Makurat nie przyjęła krytyki Bandura, w znacznej części przypadków w bardzo zdecydowanej formie, okraszonej uwagami ad personam, negującymi kompetencje czy niemal zdrowy rozsądek recenzenta. Okazuje się jednak, że co do 12 z 13 zjawisk uwagi i obiekcje Bandura są jak najbardziej uzasadnione.

Na koniec prof. Jocz przechodzi do kwestii ogólnych i metodologicznych niedostrzeżonych przez wcześniejszego recenzenta, m.in.:

Od nowoczesnej gramatyki jakiegokolwiek języka, a zwłaszcza od gramatyki nadal powstającego i dopiero krystalizującego się języka literackiego (a za taki powszechnie uważana jest kaszubszczyzna), oczekiwałbym przede wszystkim eksplicytnego określenia podstawy materiałowej (np. zdefiniowanego korpusu tekstów pisanych), jasnej charakterystyki pod względem deskryptywności i preskryptywności oraz precyzyjnego zdefiniowania strategii kodyfikacyjnych (np. zasad wyboru preferowanych form w przypadku stwierdzenia wariantów). W samym opracowaniu gramatycznym wyznaczone zakresy materiałowe i ogólne postawy normalizatorskie, jak również szczegółowe zasady i reguły wyboru form powinny być przez autora konsekwentnie przestrzegane. Oczywiście najlepiej jest, jeśli wszystkie tego rodzaju założenia metodologiczne oparte są na jakichś spójnych i rozsądnych podstawach i koncepcjach. Korpus można np. zdefiniować jako dzieła literackie powstałe po roku X, dzieła autorów urodzonych po roku Y, utwory jakiejś konkretnej grupy czy szkoły literackiej, ostatnie dwadzieścia roczników czasopisma Z itd. W przypadkach wymagających rozstrzygnięć wybór może padać na formy częstsze, rodzime, bardziej archaiczne, typowe dla jakiegoś obszaru itp. lub decydować może o nim jakiś zhierarchizowany układ tych czy podobnych cech. Tego typu informacji w gramatyce Makurat właściwie nie odnajdujemy.

(…)

Zresztą sama Makurat chyba tak do końca nie wie, czy jej Gramatika jest deskryptywna, czy preskryptywna. Z jednej strony twierdzi ona, iż nic nie tworzy, a opisuje i prezentuje uzus i język, który realnie istnieje, naukowo przez siebie zbadany (patrz wyżej). Z drugiej w samym tekście gramatyki trafiamy niejednokrotnie na sformułowania w rodzaju „forma X nie jest zalecana do użycia (w języku literackim)”.

(…)

Makurat stosuje kryterium wieku publikacji bardzo wybiórczo i instrumentalnie, w zależności od potrzeby chwili. Lorentz, jak już wiemy, ma być na tyle przestarzały, że wszelkie porównania z nim są błędem metodologicznym. Jeżeli zaś trzeba odeprzeć obiekcje recenzenta wobec przyimka (341; patrz wyżej), to przestarzałe nie są teksty Floriana Ceynowy (1817-1881), Hieronima Derdowskiego (1852-1902), Aleksandra Majowskiego (1876-1938) czy Alojzego Budzisza (1874-1934), a więc nawet dziewiętnastowieczne. Jeżeli Bandur stwierdza niezgodności z materiałem Sychty (który materiały do swego słownika zbierał w latach 50 wieku 20), to okazuje się, że „język kaszubski – zwłaszcza w ciągu ostatnich 30 lat – ewoluował i dynamicznie się rozwinął” (339). Nie przeszkadza to uwzględniać w Gramatice wyników m.in. badań nad twórczością grupy młodokaszubów (335-336), czyli Jana Karnowskiego (1886-1939), Aleksandra Majkowskiego (1876-1938) czy Leona Heyke (1885-1939), którzy swoją kompetencję językową nabyli pod koniec 19 wieku.

Na koniec prof. Jocz apeluje o bardziej profesjonalne podejście do debaty:

Krytyka jest nieodzownym elementem nauki, bez którego nie byłby możliwy żaden rozwój. Merytoryczna debata naukowa wymaga uwzględniania między innymi dwóch zasad. Po pierwsze krytyki nie można ani formułować, ani odbierać osobiście, jako ataku na osobę. Obiektem krytyki tekstu naukowego są założenia, idee, koncepcje, twierdzenia, poprawność wnioskowania, spójność logiczna itp. itd., a nie autor jako człowiek. Po drugie do własnych tekstów należy przykładać równie krytyczne miary, co do cudzych. Unikać tu należy jak ognia emocjonalnego zżywania się ze swoimi tekstami i traktowania ich jak własnego dziecka. Niestety Hanna Makurat nie zastosowała się do żadnej z tych zasad ani jako nadawca, ani jako odbiorca, na co jednoznacznie wskazują liczne fragmenty jej artykułu zacytowane powyżej oraz następujący urywek: „Tymczasem budowanie całościowej krytyki mojej pracy niepoparte zasadnymi argumentami i niepodbudowane poprawną metodologią uważam za godzenie w moje dobre imię oraz próbę burzenia i niszczenia czegoś, co wiele lat ciężką pracą budowałam” (343). Pozostaje mi tylko wyrazić nadzieję, że po opadnięciu zbędnych emocji dyskusja wróci na właściwe tory.

Cały tekst polemiki jest dostępny TUTAJ. Tekst ukaże się niebawem również w jednym z polskich czasopism językoznawczych.

Wszystkie dotychczas opublikowane teksty dot. Gramaticzi… w porządku chronologicznym są dostępne tutaj:

14/05/2017
Bandur, M.: Czy „Gramatika kaszëbsczégò jãzëka” jest gramatyką kaszubskiego języka?

29/06/2017
Makurat, H.: Odpowiedź na głosy krytyki dotyczące mojej książki pt. „Gramatika kaszëbsczégò jãzëka” (w sekcji komentarzy)

04/07/2017
Bandur, M.: Siła tytułu naukowego większa niż siła naukowego argumentu?  „Gramatika…” z perspektywy laika raz jeszcze

26/08/2017
Jocz, L.: Gramatika kaszëbsczégò jãzëka H. Makurat oczami fonetyka

24/12/2018
Makurat, H.: Gramatika kaszëbsczégò jãzëka – rozpoznanie i opracowanie struktury współczesnego literackiego języka kaszubskiego. Odpowiedź na głosy krytyki

14/02/2019
Jocz, L.: Gramatika kaszëbsczégò jãzëka Hanny Makurat – głos w dyskusji

Oddał życie za ideę mazurską: krótka biografia Kurta Obitza

„Zarówno urzędowo, jak i prywatnie często byłem pytany, kim w końcu jestem: Niemcem czy Polakiem. Zawsze odpowiadałem: Jestem Mazurem.”

Takie zdanie, oryginalnie wypowiedziane po niemiecku, przypisuje się Kurtowi Obitzowi w kontekście jego tożsamości narodowej. Choć nie znalazłem stuprocentowego, źródłowego dowodu na autentyczność tej wypowiedzi, można z dużą dozą prawdopodobieństwa uznać ją za prawdziwą.

A przynajmniej świadczą o tym czyny tego najzagorzalszego z Mazurów, niestety dziś nieco zapomnianego. Ów skrót jego życiorysu czynię na podstawie wstępu do książki K. Obitza Dzieje ludu mazurskiego, napisanego przez G. Jasińskiego, artykułu A. Szymanowicza Kurt Alfred Obitz – naukowiec i działacz mazurski (1907-1945) z Komunikatów Mazursko-Warmińskich oraz pomniejszych źródeł, jak na przykład wpisów z internetowej Encyklopedii Warmii i Mazur.

Kurt Alfred Obitz urodził się 16 stycznia 1907 roku w Brzozowie (niem. Brosowen) niedaleko Węgorzewa jako syn dość zamożnych rolników: Friedricha Kristiana i Ludwigi Karoline. Jego przodkowie na Mazury trafili prawdopodobnie w XVIII wieku ze Śląska. W jego domu rodzinnym w XX wieku nie mówiło się już po mazursku, w tym czasie mowa mazurska nie sięgała tak daleko na północ. Mimo to rodzina miała tendencje promazurskie, tak mocno w późniejszym okresie rozwinięte przez Kurta. Uczył się w królewieckim gimnazjum, a następnie podjął studia w Berlinie w Wyższej Szkole Weterynaryjnej. Niewątpliwie był zdolnym studentem, bowiem już w parę miesięcy po ukończeniu studiów otrzymał tytuł doktorski.

Z jednej strony mieliśmy więc szybko rozwijającą się karierę naukową młodego dra Obitza, z drugiej zaś problemy wynikające z jego tożsamości narodowej. Pierwsze ślady jego przywiązania do Mazur mają sięgać już czasów nauki w gimnazjum. Nieufność wzbudzał także na studiach – tam miał podać w aplikacji do jednej z organizacji studenckich narodowość mazurską, co wielu Niemców opacznie rozumiało jako identyfikację polską. Trzeba dodać, że działo się to w czasach międzywojennych, kiedy to nasilały się tendencje nacjonalistyczne w Niemczech, a tego rodzaju tożsamość, jaką prezentował Obitz, była podciągana pod uniwersalne straszydło narodowców o nazwie „Polengefahr”. Posądzano zatem Kurta o działalność szpiegowską, a sam Obitz utrzymywał wręcz, że otrzymywał listy z pogróżkami, pełne nienawiści i obelg. Domagano się także relegowania Kurta z uczelni, co, choć się nie udało, poskutkowało mniejszą karą, bowiem odmówiono udzielenia mu stypendium.

Jeszcze jako student zainicjował w 1929 roku czasopismo promazurskie Cech, pisane w większości po niemiecku, z późniejszymi wstawkami mazurskimi w serii Fryc z Płowców soli im. Warto wspomnieć, że wówczas nie znał jeszcze języka polskiego, posługiwał się natomiast dobrze językiem francuskim i angielskim. Pisał na łamach Cechu, zaznaczając, że Mazurzy żyją w pokoju i jednym państwie z Niemcami. „(…)Ale jesteśmy odrębnym narodem, jesteśmy Mazurami. (…) Tego głodu bycia sobą nie można uciszyć i wewnętrzny głos woła do nas i woła bezustannie, niby głos żywcem pogrzebanego”. W innym miejscu dopominał się o prawa gospodarcze i społeczne Mazurów: „Cech walczy z politycznym i gospodarczym upośledzeniem, występuje przeciwko bojkotowaniu i terroryzowaniu Mazurów, walczy o Prawdę, Wolność i Prawo! Mazur też jest człowiekiem i chce tak żyć i być traktowany”.

Jego etnicznie mazurski światopogląd połączony z poglądami socjaldemokratycznymi kolidował z falą narastającego nazizmu w Prusach Wschodnich. Nie można wykluczyć, że poglądami socjaldemokratycznymi nasiąkał w czasie nauki w Królewcu, który ówcześnie był niejako wyspą myśli lewicowej w konserwatywnym i coraz bardziej nacjonalistycznym morzu wschodniopruskim.

Przeciwnicy Kurtem zainteresowali się jeszcze mocniej, gdy rozpoczął działalność w ramach Masurenbundu – mazurskiej organizacji narodowej, głoszącej odrębność zarówno od Niemców, jak i od Polaków, nawołującej do poszanowania praw ekonomicznych i etnicznych ludu mazurskiego. Cech stał się wówczas organem prasowym tejże organizacji. Szczególnie rozjuszył wrogów wierszem Masurische Jugend – (pol. Młodzieży mazurska), gdzie łączył jawnie socjalistyczne elementy wraz z przypomnieniem, że Mazurzy w większości wywodzili się z Polski, nawoływał w nim także do walki o swoje prawa. O stosunku Kurta do narodowości polskiej i niemieckiej powiemy sobie zresztą jeszcze w dalszej części artykułu. Efektem nagonki na Kurta było pozbawienie go pracy w 1931 roku. Niedługo później Obitz w atmosferze skandalu przeprowadził się do Polski, co oczywiście było tylko pożywką dla spiskowych teorii szpiegowskich.

Kurt zaczął uczyć się języka polskiego, choć nigdy nie pozbył się silnego, niemieckiego akcentu. W Polsce znalazł pracę, założył rodzinę z Heleną Szylską (owocem tego małżeństwa była jedna córka). Nie ustawał jednak w swych wysiłkach na rzecz Mazur. Szukał sojuszników w różnych środowiskach – między innymi wśród tak zwanych Litwinów Pruskich, ewangelików litewskiego pochodzenia zamieszkujących północno-wschodnią część Prus Wschodnich, którzy także próbowali utrzymać swą odrębność etniczną. Ruchy tego typu nawoływały do niezależności Prus Wschodnich, tak zwanej Szwajcarii Pruskiej, gdzie dużą dozę wolności mieliby Niemcy, Litwini Pruscy oraz Warmiacy i Mazurzy. Ruch ten odwoływał się także czasami do Prusów jako protoplastów regionu. Tendencjom tym uległ w pewnym stopniu również sam Kurt, choć można uznać, że melancholia i poczucie ciągłości z dawnymi bałtyjskimi Prusami zdarzała się również i wśród innych znanych Mazurów, wystarczy poczytać chociażby Gdzie jest moja Ojczyzna? Edwarda Małłka, brata Karola.

Masurenbund i Cech przestały istnieć po dojściu nazistów do władzy. Obitz po przeprowadzce do Polski dołączył do polskiego Związku Mazurów działającego na terenie Działdowszczyzny. Głównymi działaczami były postacie takie, jak Karol Małłek, Jan Jagiełko-Jaegertal czy Gustaw Leyding. Członkowie lawirowali między realizacją interesów mazurskich, które były najważniejszym celem, a parawanem ochronnym, jaki roztaczała współ-praca z polskim wywiadem. Sam Obitz, jak wynika z tekstu G. Jasińskiego, miał do takiej współpracy odnosić się niechętnie.

Tu przyszedł czas na podsumowanie poglądów Kurta o Polsce. Widać wyraźnie, że Kurt nie był rozumiany przez stronę polską. Podczas, gdy on uznawał Polaków za sprzymierzeńców i pobratymców, choć jak podkreślał – na tyle różnych, by nie można było uznać Mazurów za Polaków, polscy działacze starali się wykorzystywać jego promazurskie nastawienie do własnych interesów. On zaś zręcznie próbował unikać tego uprzedmiotowienia, chociażby twierdząc o plebiscycie z 1920 roku, że był on walką dwóch obcych agentur o ziemię mazurską. Wielokrotnie w książce Dzieje ludu mazurskiego podkreślał historyczną, etniczną odrębność Mazurów, widać tam zręby koncepcji narodu mazurskiego.

Nieufność zresztą działała w obie strony. Przed wojną urzędnicy zajmujący się sprawą Obitza zalecali ostrożne przyglądanie się jego działaniom i niewystawianie od razu na czoło walk propagandowych, ponieważ czynił on z Mazurów podmiot, a nie przedmiot walk. Innymi słowy: choć niektóre działania Obitza znajdowały uznanie u polskich władz, jego mazurskocentryczne poglądy narodowe i podkreślanie odrębności nie mieściły się w uproszczonym podziale Polacy-Niemcy, który był stosowany przez sanacyjne władze. Podobnie zresztą o Obitzu pisała redakcja polskiego czasopisma Ziemia Wschodnio-Pruska. Z jednej strony brali Obitza w obronę, uważano za ofiarę niemieckiego nacjonalizmu, z drugiej zaś strony z lekką niechęcią przyjmowano jego pogląd na szczepową odrębność Mazurów (Ziemia Wsch.-Pruska oczywiście głosiła pogląd o przynależności Mazurów do narodu polskiego).

W 1934 r. Obitz brał udział w I Zjeździe Ewangelickiej Młodzieży Słowiańskiej w Czechosłowacji. Polska zbojkotowała to wydarzenie w następstwie polsko-czeskich konfliktów etnicznych, Obitz więc postanowił pojechać tam jako przedstawiciel Mazurów. Krok ten można uznawać za kolejną z prób podkreślenia, że chce prowadzić własną politykę wobec Mazur.

Podczas II WŚ ukrywał się na Wołyniu z żoną, ewangeliczką z Polski. Po zakończeniu kampanii wrześniowej wrócił w okolice Puław, gdzie pracował przed wojną. Został aresztowany już 8 lutego 1940 roku. Najpierw przebywał w więzieniu na lublińskim zamku. Na przesłuchaniach miał mówić, że jest Mazurem, to samo powtarzał swoim początkowo nieufnym współwięźniom. Miał także odmówić ponownego przyjęcia obywatelstwa niemieckiego, a w kartotece figurował jako bezpaństwowiec. Finalnie trafił do obozu koncentracyjnego w Dachau – tam zajmował się zwierzętami. Przetrwał wojnę, jednak w obozie jego mocno osłabiony organizm zaraził się gruźlicą. Zmarł 26 sierpnia 1945 roku w szpitalu będącym pod kontrolą aliantów, w bawarskim Lautrach.

Największym dziełem Obitza jest bez wątpienia rękopis Dzieje Ludu Mazurskiego z 1937 roku (wydany w druku dopiero w XXI wieku), gdzie jako jeden z nielicznych próbuje przedstawić historię regionu z mazurskiego punktu widzenia. Nie ustrzegł się jednak przeinaczeń, nieścisłości i ideologizowania swoich wypowiedzi. Ponieważ wówczas Mazury znajdowały się w granicach Niemiec, nie stronił od antagonizowania Niemiec i niemieckiego interesu z Mazurami i interesem mazurskim.

Można jednak odnieść wrażenie, że czynił to celowo z nadzieją, że Mazurzy kiedyś będą mieli szansę przeczytać tę książkę i wzniecić w sobie jeszcze raz mazurskie uczucia etniczne. Podejrzewam, że jako socjaldemokrata i człowiek światły nie był w stanie odczuwać niechęci narodowej, a jedynie nienawiść do nacjonalizmu jako idei niszczącej Niemcy.

W książce za szczególnie ważny moment uznaje najazd wojsk polsko-tatarskich na Prusy podczas potopu szwedzkiego. To wówczas miała się ukształtować odrębność osamotnionych przez Polskę Mazurów. Co ciekawe, najazd ten faktycznie musiał się odbić na mentalności mazurskiej. W książce J. Sczepana z 1900 roku odczytujemy mazurskie słowo tatarski w znaczeniu niemieckim tiranisch, a więc tyrański.

Za faktyczny początek ruchu mazurskiego Obitz uznaje 2 grudnia 1923 roku, a więc datę pierwszego spotkania późniejszych założycieli Masurenbundu. Do najważniejszych postaci mazurskich zalicza Gizewiusza i braci Bahrke. Bardzo krytycznie odnosi się do działań niemieckich w czasie plebiscytu i po nim (ogromna niechęć, nienawiść do wszelkich przejawów mazurskości w mowie i kulturze, od razu prowadząca do oskarżeń o zdradę Niemiec), ale nie zostawił też suchej nitki na dowodzących polską akcją plebiscytową, którzy po przegranej pozostawili garstkę propolskich Mazurów na pastwę nacjonalistów. Wymienia tu wdowę po Gottliebie Lince, opisywaną przez K. Sobolewską w pierwszym numerze reaktywowanego przez nas Céchu. Kobieta została pozostawiona bez środków do życia i bez kogokolwiek do pomocy (synowie zostali uwięzieni za rzekome kłusownictwo). Obitz komentuje: „Postępowanie takie udowodniło wszystkim, że agenci Wielkiej Polski chcieli się tylko posługiwać Mazurami, nie troszcząc się wcale o ich dobro”. Innym dowodem na przedmiotowe traktowanie Mazurów miało być postępowanie władz polskich wobec nich na Ziemi Działdowskiej (przyłączonej do Polski bez plebiscytu).

Obitz kończy swój wywód stwierdzeniem, że na ziemi mazurskiej to Mazur jest gospodarzem. A dalej uzupełnia:

„Wiemy, że nie zwyciężymy bez ciężkiej walki.
Wiemy, że lud nasz, który przetrwał tyle wieków, zginąć nie może.
Wiemy, że sprawa nasza jest sprawiedliwa, dlatego stoimy twardo na naszym stanowisku.
Nie możemy inaczej.
Tak nam dopomóż Bóg!”

Artykuł ukazał się po raz pierwszy w mazurskim kwartalniku Céch, nr 1/2019 (2), którego całość można przeczytać TUTAJ.

Nôród przédników – Adamòwa Prostownica

Kòżdô òrganizacjô brëkùje liderów. Te, co bédëją jiną wizjã juwernotë jak ta prezeńtowónô przez mainstram, mët. Mie sã nierôz równak zdôwô, że më jesmë nôród przédników, dze kòżdi chce drëdżich prowadzëc. Mómë më równak chòc jednégò richtich prowadnika?

Nadreprezentacjô lëdzy, co chcą bëc z przódkù je nôtërnô w grëpie jindiwidualnosców. Sóm fakt wëbraniô taczi stegnë żëcô swiôdczi ò tim, że më nie chcemë pòsłëszno jic w rédze lëdzy, jaczim chtos rzekł, co mają robic. Jak sã mòże docygnąc – samima przédnikama më zómkù nie pòstawimë.

Bëcé człowiekã z wizją sã jednak nie równô bëcémù zarządcą ani niezanôléżnym jindiwidualëstą – bò taczé dwa zortë òsobòwòscë dominëją w naji aktiwisticzny pòpùlacji. Mòże bëc człowiekã, co mô swòje, a równoczasno je w sztãdze sparłãczëc swòjã wizjã z wizją całi grëpë i na zasadze rechùnkù zwësków i stratów scwierdzëc, że jak pòmòże grëpie, tej grëpa pòmòże jemù. I tu sã òkazywô, że przédnicë, co są pòtrzébny w zarażenim wizją i przëjãcym wizjów resztë, wcale nie robią tegò, co je nót.

Czim sã różni trenéra òd pada?
Jislandczików je mni wicy tëli co Kaszëbów. Stwòrzëlë reprezentacjã nożny balë, z jaką sã liczą swiatowé dôdżi jak Francëjô czë Angliô i nie zrobilë tegò dôwanim paszpòrtów brazylijsczim spòrtowcóm. Tam grają sami swòjińcowie. Jak to sã ùdało? Kòl nich trenérowie są dobiéróny czësto na òdwrót jak w Pòlsce. Nômłodszi adepcë dostôwają barżi doswiôdczonëch trenérów, a nié taczich, co na dzecach sã dopiérze ùczą. Nëch trenérów zadanim nie je stojanié przë linie i gôdanié “Eiður, wez biôj na lewò, dôj balã Ríkharðurowi, në, ùstawi sã za Ólafurã, òbrońcowie – dwa kroczi do przódkù i jeden w prawò!” Trenérowie nie grają we Fifã, le ùczą aùtonomiczné jednostczi wëzwëskiwaniô jich jindiwidualnégò pòtencjału i sparłãczeniégò jich wizjów w jednã wizjã. Jeżlë dôwómë pòlétë co genaù mô bëc zrobioné, tej to mdze zrobioné z òpóznienim i nié tak jak më chcemë. I kùńc kùńców rozmiejemë, że nôlepi to zrobic samémù. Kòżdi, chto ògarinôł jaczi projecht, wié, jak to je – wszëtcë nas pòpiérają, më mëslimë, że robòta je rozdzelonô, le przed kùńcowim terminã dlô swiãti zgòdë më robimë wszëtkò sami. Mòżemë narzékac, że lëdze nie są robòcy, mòże to nawet je prôwda, le samò narzékanié nie prowadzy do célu, tej szkòda na to czasu.

Temù mie straszno jiscy, jak stôri dzejarze stãkają, że młodim sã nie chce nick robic, le czej ju kògòs pòdskôconégò do robòtë to dô, tej òni mù dôwają stanicã pòtrzëmac, stołë na kònferencjã ùstawic i na zéńdzenié przińc. Baro dobrze, niech to robi! Tu nie jidze ò to, żebë dac mù czësto na wòlą, le cobë nen młodi człowiek zrozmiôł, że wszëtcë chcą téż jegò wizjã pòznac, jegò pòtencjał ùzdrzec i niech òn w jaczims sztóce zrozmieje, jak wiele òn je wôrt, czej sã richtich do robòtë przëkłôdô. Czej na mòc më mù szukómë jaczi zajmë, tej òn chùtkò scwierdzy, że bez niegò swiat sã nie zawali i so pùdze.

Rãczné sterowanié to je jistno problém firmów, dze przédnik chce znac kòżdą minutã spãdzoną w robòce, przez co zatrudniony czëje, że sã mù nie wierzi. Tak samò w òrganizacjach nie wierzimë nôleżnikóm, czej dërch przëbôcziwómë ò mejlach, datach i sã skarżimë na nieaktiwnosc lëdzy. Prôwda – je nót zwikszëc zaangażowanié zapisónëch do stowôrów, le to sã robi zaprezeńtowanim wizje, a nié przëbôczenim, że “të doch mùszisz”. Jô nie wiém, czë taczé mòtiwòwanié zgniłëch je ùtcëwé, le je skùteczné. Dëcht jak jislandzkô nożnô bala, dze dzeckò wié jak sã ùstawic nié temù, że trenéra kôzôł, le temù, że to dô nôwikszą szansã na dobëcé abò nômniészą na stracenié pùnktu.

Decentralizacjô célu
Prëskô armiô bëła baro scenatralizowónô. Dopiérze pòd kùńc I Swiatowi Wòjnë ùdało sã dac realno wikszé kómpetencje w dół, le bëło za pòzdze. Jeżlë przédnik nie dôwô aùtonomie mniészim jednostkóm, tej zwëczajno reakcjô na zmienné sytuacje je òpóznionô i ùdbë ùpôdają. Jeden człowiek nie je w sztãdze wszëtczégò dopilowac. A nôgòrzi, je czej òn na zôczątkù dôwô aùtonomiã, le pózni chòdzy, miészô i “naprowadzywô”. Môsz ju ùstaloné swòjã stegnã do célu, ale òn cebie naprowadzywô dze jindze, dze Të jes zgùbiony/ô, pózni wrôcôsz do swòji drodżi, le zarô jes z ni nawrócywónô/y. Kòmédia. Zôs je widzec, że lëdzy mô parłãczëc wizjô, a przédnik mùszi wierzëc wëkònywaczóm – jinaczi sã nie dô.

Sun Tzu (544-496 p.n.e.)

Chińskô mądrosc
Nôlepszi ùczbòwnik zarządzywaniô, jaczi jô móm przeczëtóné, to “Kùńszt wòjnë” Sun Tzu. Pòwstôł 500 lat przed Christusã, a jak sã wzérô jak dzysô fùnkcjonëją firmë czë stowôrë, tej le brac blifk i notérczi robic, bò chińsczi sztrateg tedë dôł nama òdpòwiescë na dzysészé tôkle.

W pierszim dzélu dokazu pòd titlã “Wstãpny òbtaksënk” czëtómë:

Tedë to mùszi rozmëslëc taczé hewò piãc czinników, òbtaksowac je przez przërównanié, cobë nalezc jich richtich nôtërã. Pierszi to je Tao, drëdżi to je Niebò, trzecy to je Zemia, czwiôrti to są generôlowie, a piąti to są regle òrganizacje i wòjskòwi discyplënë.

Tao robi to, że lud w całoscë pòpiérô pana. Òn z nim bądze ùmiérôł, z nim żił, nie wërzasnie sã jak przińdze niebezpiek.

Niebò òbjimô yin i yang, zëmno i cepło, a téż ògreńczenia zrzeszoné z cządama rokù.

Zemia òbjimô terenë daleczé a blësczé, drãdżé i prosté, rëmné i ògreńczoné, a téż zgùbné i taczé, co je ejnfach òbronic.

Generôlowie mają miec mądrosc, wiarëgódnosc, dobroc, dzyrskòsc i sërosc.

Regle òrganizacje i wòjskòwi discyplënë òbjimają regùlaminë i òrganizacjã armie, metodë przédnictwa i zaòpatrzenié.

Terô chcemë to na praktikã przełożëc. Tao i jidącé za nim pòpiarcé pana to nie je, jak bë sã wëdôwało, alegòriô pòsłësznoscë przédnikòwi. Sun Tzu ùczi wódców wòjska, a nié królów i césarzów, tej Tao mô robic to, że lud jidze razã z przédnikã w miono czegòs wëższégò jak nen przédnik. W najim przëtrôfkù nie jidze ò człowieka, le ò dejã. Tao mô prowadzëc do tegò, że më sã czëjemë zjednóny w pòspólny wòjnie ò naszã tatczëznã. Blós ta wizjô mòże naju ùtrzëmac w gòdzënach zwątpieniô, zagróżbë, pòczëcégò bezcwëkù.

Niebò to wszëtczé zmienné. Swiat sã zmieniwô linearno i cykliczno. Jedne mòdła przëchôdają pierszi rôz, jiné wrôcają. Zrozmienié tegò, w jaczim czasu w historie më jesmë, to je klucz do dobrëch decyzjów. Jak më nie wiémë, czim dzysô żëje swiat, jaczi jãzëk do niegò przemôwiô, tej më nigdë nie przemówimë tak, cobë swiat naju zrozmiôł. Më téż mùszimë bez paùzów òbzerac w jaką stronã jidą zmianë, co bądze rëszało lëdzy za rok, za 5 lat i sã na to rëchtowac.
Zemia to są niezmienné. Zrozmienié tegò, jaczi “teren” nama służi, a jaczi nié dôwô mòżlëwòtã swiądnégò manéwrowaniô, a nié rozbijaniô sã pòjedinczima ùdbama ò to, co zrobic bez wiédzë ò tim, na jaczim gruńce më to robimë.

Generôlowie – naji liderowie – mùszą bëc mądri, to znaczi pòdjimac decyzje na spòdlim wiédzë, analizë. Wiarëgódny – mie smiészi, jak przédnicë i derektorowie firmów gôdają jindiwidualno z robòtnikama i kòżdémù z nich gôdają co jinégò, a pózni wierzą, że ti robòtnicë midzë sobą nie ùstalą tegò, że kòżdi z nich dostôł jiné jinfòrmacje, co wzajemno so przékùją. Do tegò kòżdi dostôł jiną wizjã, temù dali nicht nie wié, w jaką stronã mô jic, je w sztãdze leno zrobic jeden krok tam, dze przédnik kôzôł, ale ni ma niżódny ùdbë na gwôsną jinicjatiwã. Bò nie je wiedzec, jaczi je cél. Jak dobroc sã parłãczi ze sëroscą? Parłãczëc je mòże kònsekwencjô. Më ni mòżemë dac sztrôfë kòmùs, chto nie wié, czemù jã dostôł, ani nôdgrodzëc tedë, czedë to nie zmòtiwùje do dalszi robòtë. Ni mòżemë téż stosowac tegò chaòticzno. Dzyrskòsc to je znanka, bez jaczi nic sã nie dô zrobic – jeżlë przédnik nie je dzyrsczi, tej nicht ni mô spòdlégò, żebë taczi bëc.

Na òstatk regle ògranizacje i discyplënë. To je rzecz, jakô mô sã lëchò w młodszich òrganizacjach, wiele lepi to wëzdrzi w strzodowiszczach, jaczé mają dłëgszą tradicjã. W dzélu to wëchôdô z naszich zanëkónëch, nieprzewidiwalnëch i elasticznëch czasów. Téatralné karno czë chùr, w jaczim je wicy emeritów, je nôłożen, że próba je w czwiôrtk na 6:00 wieczór, skłôdkã na wanogã trzeba zapłacëc do 15-égò, a na wëstãp je nót przińc nié pózni jak 20 minut przed zôczątkã. Młodé òrganizacje “jesz sã zgôdają”, “pózni to ùstalą”, “jakbë co to są na łączach”. Chcą bëc barżi elasticzné i to sã chwôli. To równak wprowôdzô niechãc do rituałów. Temù Kaszëbskô Jednota nie chce miec stanicë, bò nie jidze ò pòkazywanié sã na jimprezach, le dzejanié. Nie robi òpłôtkòwëch zéńdzeniów (swòją stegną dobrze, że nie robi tegò wedle cëzy tradicje, le nié ò to tuwò jidze), bò chce sã skùpic na kònkretach. Taczé pòtkania, rituałë, dzejanié wedle reglów jednakò zwiksziwô pòczëcé wzajemny òdpòwiedzalnoscë i to je szansa na zbùdowanié atmòsférë w jaczi kòżdi wié, co mô robic i wié, że drëdzë na niegò rechùją. Zaòpatrzenié to są mòżlëwòtë dzejaniô, pieńdze, czas, kómpetencje, karnôle jinfòrmacjów. Colemało më to rozmiejemë jakno ògreńczenié. “Róbmë to, na co nas stac, a nié wszëtkò narôz”. Dobrze je równak téz òdwrócëc mëszlenié i ùzdrzec, kùli pòtencjalu sã marnëje, bò më nie wëzwëskiwómë zaòpatrzeniô.

Wizjô czë kònkretë?
Fùnkcjonowanim projechtów czerëją ne dwie mòcë: wizjô i kònkret. Bez jednégò z tëch dwùch nick sã nie ùdô. Do tegò jeżlë jedno z nëch dwùch słabnie, to drëdżé téż znikô. Temù tak czãżkò je wskazac, czë w òrganizacji zafelało wizje czë kònkretu, bò lëchò je z òbùdwùma. Jô jem ti dbë, że nama barżi je nót ùprawic wizjã (Sun Tzu bë rzekł, że më brëkùjemë Tao), a tedë kònkretë przińdą. Më jesmë robòcy, ni ma dnia, czej nie mëszlimë ò tim, co jesz jidze zrobic, le wiele z tëch projechtów nigdë sã nawet nie zaczinô. To temù, że bez wizje jiny lëdze traktëją pòmòc w tim le jakno zmùdã, a w tim czasu mògą dorobic, bò mają wizjã spłaceniô chëczë, czë wizjã dzecka, co so bëlno w żëcym pòradzy, jak zapłacymë za priwatną szkòłã. Chcemë wëzdrzec na dwie òrganizacje: Kaszëbskò-Pòmòrsczé Zrzeszenié i Kaszëbską Jednotã. Ti pierszi mielë wizjã sparłãczeniô strzodowiszcza, wespółtwòrzeniô deje samòrządnoscë, kù reszce zmianów w ùstawie ò miészëznach. Dzysô to sã wëdôwô, że są zazdrzóny w subwencje (to je téż wôżné), le jô nie widzã, czemù òne mają służëc. Je kaszëbsczi w szkòłach, mô gò bëc wicy – le za czim? Jaczi òbrôz mô sã pòkazac za 5 i 10 lat? Kaszëbskô Jednota zacza dzejac pò arogancje ti pierszi òrganizacje wërażony w słowach, że jeżlë chtos chce miec jiną juwernotową òpcjã, tej niech so swòjã stowôrã założi. To bëła ale ùdba! Przed Nôrodnym Spisënkã sã pòjôwiô kònkret – grëpa lëdzy, co nie mëszli ò nôblëższi kadencje, le klôr gôdô, ò co jidze! Jesmë ju pò Spisënkù, a nawet przed pòsobnym i wëdôwô sã, że, chòc są wôrtné jinicjatiwë w ti òrganizacji, to czãżkò pòznac, co wedle KJ bë bëło òptimalné za 5 i za 10 lat. I ani jedny, ani drëdżi, ani nicht na swiece (chińskô armiô, ani francëskô kòrpòracjô) nie òprze kònkretnëch jinicjatiwów na niczim jinym jak na wizji.

Tao robi to, że lud w całoscë pòpiérô pana [wizjã – przëp. A.H.]. Òn z nim bądze ùmiérôł, z nim żił, nie wërzasnie sã jak przińdze niebezpiek.

Z wizją kòżdi na tim najim bòjiszczu sóm bądze wiedzôł, jak wdrożëc plan trenérë i nie mdze żdôł, jaż ten z łôwczi krziknie, w jaką stronã jic.

Stanowiszcze: przédnik, wëmôgania: ?
Kim tedë mają bëc, a kim ni mògą naji liderowie? Gwës do bëcô prowadnikã nie sygnie rozmiec pòlétów wëdawac. To kòżdi rozmieje, tej na to stanowiszcze më bë mòglë wëbierac tëch, co sã prosto do niczegò jinégò nie nadôwają. To mùszi bëc chtos chto rozmieje spòlëznowé zjawiszcza i jindiwidualné różnice – bądze rozmiôł wëzwëskac pòtencjał kòżdégò człowieka, a nié ùnifòrmizowac masë. Mùszi rozmiec stwòrzëc atmòsférã, w jaczi lëdzóm sã chce. Do te, òprócz wizje, je nót pòczëcô bezpiekù, sztabilnoscë, klarownëch reglów i niezmieniwaniô pòlétów w trakce jich wëkònywaniô. Mùszi téż wiedzec, czedë nie reagòwac. Jak trôwa rosce, tej wëcyganié ji kómbinérkama nie doprowadzy do tegò, że òna rëchli bądze wësokô. Kòżdi człowiek, kòżdô òrganizacyjnô jednostka mùszi miec aùtonomiã i sama jic do célu, chùtkò reagòwac i nie żdac za pòlétama ani nie zmieniwac richtungù le temù, że przédnikòwi sã co ùwidzało – tam ju je zrobionô wiôlgô robòta i zbùrzenié ji doprowadzy do tegò, że jednostczi sã zemszczą sabòtowanim robòtë przédnika i zrobią to chòcbë pòdswiądno. Ni mòże jima téż czësto dac na wòlą, le dozerac, cobë plan béł realizowóny.

Më ni mómë prosti sytuacje. W tim zbiérze jindiwidualnosców chtos, chto zarazy drëdżich swòją wizją, a równoczasno sparłãczi tak rozmajité wizje baro apartnëch lëdzy, mùszi zdrzec baro szërok, głãbòk i miec wiôlgą mòc. Generôlowie mają miec mądrosc, wiarëgódnosc, dobroc, dzyrskòsc i sërosc.