Archiwum kategorii: Repòrtôża

Puck: Wybór, nie zakaz!

Pùck, fot. Artúr Jablonskji

Szedłem na rynek w Pucku z duszą na ramieniu. Był 30 października 2020 r. Nie tylko blady księżyc oświetlał mi drogę. Wszystko bledło przy zimnych, ostromodrych kogutach policyjnych radiowozów, które ustawiły się chyba w każdej z ośmiu ulic prowadzących na centralny plac starego miasta. Do 19.00 pozostało jeszcze dwadzieścia minut. O tej godzinie, niemal w każdym z miast i w większych miejscowościach w Polsce, zbierali się ludzie niepogodzeni z decyzją Trybunału Konstytucyjnego, który orzekł, że obowiązująca w prawie od lat 90. możliwość przerwania ciąży ze względu na “duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu”, nie jest zgodna z Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej. Skończył się obowiązujący 23 lat kompromis. – To piekło kobiet – zakrzyknęły aktywistki ruchów kobiecych. – To sadyzm – powiedziały panie i wyszły na ulice. Wieczorne spacery, na których kobiety i wspierający ich mężczyźni wyrażają swój protest wobec niszczenia państwa prawa odbywają się regularnie także w Kościerzynie, Tczewie, Wejherowie, Lęborku, czy Kartuzach.

Będąc już na puckim rynku, podążałem za coraz wyraźniejszymi dźwiękami muzy. “Moim krajem może rządzić byle miernota. W moim kraju ta oświata to jest ciemnota. Z jednej strony jarmark, a z drugiej Europa. Tańczę polskie tango. Nogi w błocie mam, bo Wisła to grząskie bagno. Narodowe barwy mamy jak Santa Claus i to ma sens, bo przestałem wierzyć w Polskę dawno”. Wychowany na Manamie i Republice, tę nutę słyszałem zaledwie kilka razy z dżejbiela mojego nastoletniego syna, oddalającego się w tempie roweru mknącego gdzieś tam, do ziomków. Po powrocie do domu sprawdziłem, że to Taco Hamingway.

Wyglądali na liderów protestu. Zgromadzili się w osiem osób przy ławce, na której stała szczekaczka i leżał ten przenośny głośnik. Dziewczyny, faceci i towarzyszące im psy z ras przewodników, ratowników i pasterzy. Usłyszałem, jak rozmawiają o Monice, która napisała na grupie na facebooku, że tego wieczoru jej nie będzie. – Kto poprowadzi ten protest bez Moniki? – pytali jeden drugiego. – Przecież to ona nadawała kierunek codziennych, odbywających się od tygodnia, spacerów kilkuset osobowej grupy protestujących młodych i bardzo młodych ludzi. Znam Monikę. Napisałem do niej na messengerze: – Brakuje cię! – Odpowiedziała od razu: – Wiedzą, co robić. Powinni się zaraz ogarnąć. Trzymam kciuki za ich ogarnięcie obywatelskie. Dzięki tym słowom i ja poczułem się odważniejszy.

Przypomniała mi się niedawna “odezwa do narodu” Jarosława Kaczyńskiego, że protestom przewodzą ludzie “szkoleni”. Roześmiałem się. Monika jest socjolożką, która ostatnio – w dobie covida-19 – prowadzi on-line treningi dla seniorów oraz uczestniczy w opracowywaniu powiatowego programu wsparcia dla osób starszych i wykluczonych. A ci, których wsparła w czasie protestów? Rozejrzałem się wokół. Na puckim rynku stały grupki licealistek, studentek, młodych pracownic miejscowych firm, kilka matek z dziećmi w wózkach w towarzystwie swoich partnerów, nieśmiali młodzieńcy z ledwo widocznym zarostem oraz kilkanaście dosłownie osób takich jak ja – 50+. Potem kilkanaścioro z nich odnalazłem w mediach społecznościowych, na grupie Pucki Strajk Kobiet. Ich kaszubskie nazwiska sprawiły, że jeszcze bardziej rósł mój szacunek do tych pań. – To sõ szatanovje, tamò na tëch sztrejkach! – słyszałem od starszych osób w mojej rodzinie. Pewnie też to usłyszały od swoich babć, może nawet od własnych matek. Mimo to znalazły w sobie odwagę wytyczania własnego horyzontu.

Literaturoznawczyni i badaczka pamięci Miłosława Borzyszkowska-Szewczyk skomentowała te zjawiska – zachodzącą w doświadczaniu i wyznaczaniu oczekiwań pokolenia, w kontekście kaszubskiej kultury, języka, tradycyjnych wartości, stereotypów i autostereotypów: “Można kaszubszczyznę widzieć jako część/element układanki świata. A można na niej poprzestać nawet w momencie, gdy ten większy od kaszubszczyzny świat (a wraz z nim i sama kaszubszczyzna, bo przecież to nie odizolowana wyspa) przechodzi kulturową zmianę”. Ta zmiana, od tamtego jesiennego wieczoru w Pucku, zawsze będzie miała dla mnie twarz dwóch młodych dziewczyn – nieważne czy były od Mużów, od Okrojów albo od Jaszków – które odważnie pozowały do robionego przeze mnie zdjęcia z banerem, na którym same wykonały hasło, z którym przyszły na protest: “Módlcie się, żeby nam się okresy nie zsynchronizowały”. I tej długowłosej nastolatki, która zapytana, czy mogę zrobić fotografię trzymanego przez nią hasła, uniosła w górę swój karton z napisem: “Ja już lepiej gotuję, niż wy rządzicie!”.

Przez megafon zapowiedziano, że do zebranych na puckim rynku przemówi matka trójki dzieci, która przeżyła koszmar, którego dotyczy ten i setki, a może tysiące innych odbywających się w Polsce protestów firmowanych przez Strajk Kobiet. Ludzie zbliżyli się do rozwiniętego w tej samej chwili baneru z hasłem “Wybór ↯ Nie zakaz”. Trzeba mieć odwagę i determinację, żeby przed zupełnie obcymi osobami opowiedzieć o swojej traumie związanej z ciążą, w której zdiagnozowano wady genetyczne płodu! Magda na taką odwagę się zdobyła. Nie mówiła długo, bo musiała tłumić emocje. Kończyła swoją opowieść głosem łamiącym się, ale nieustępliwym w kwestii prawa kobiet do ich własnego wyboru: “Wybór nie zakaz! O to trzeba walczyć! O WOLNOŚĆ, RÓWNOŚĆ, DEMOKRACJĘ! O to by kobieta, rodzina, mogli sami zdecydować, wybrać, nie cierpieć!” Zdecydowałem się rozwinąć czarno-złotą flagę, którą przyniosłem ze sobą.

Gdy ucichły oklaski po przemówieniu Magdy, żeński głos płynący z megafonu zaproponował, by ruszyć w kierunku szpitala powiatowego w Pucku i przechodząc obok, podziękować personelowi służby zdrowia za ich poświęcenie i pracę podczas pandemii. Czwórka z banerem ruszyła pierwsza. Za nią pozostali. Spontanicznie. Z hasłami wypisanymi na kartonach, płótnie lub po prostu na T-shirtach. Dopiero w uliczce wychodzącej z rynku można było się przekonać jak wielu jest tych protestujących. Około 500 osób skandowało hasło “Myślę, czuję, decyduję”! Pod szpitalem były oklaski, potem protestujący krzyczeli “Tak dla wyboru. Nie dla terroru” i szli dalej wieszcząc, iż “Rewolucja jest kobietą”.

Policja konwojowała pochód oznakowanym samochodem w profesjonalny i bezkonfliktowy sposób. Przed każdym kolejnym skrzyżowaniem pytali liderów marszu, którędy chcą iść i skręcali we wskazanym kierunku. Na jednym z rond doszło nagle do nieporozumienia, co trwało jednak krótką chwilę. Pochód odczekał, aż policyjny samochód ustawił się we właściwym kierunku i dopiero wtedy protestujący ruszyli dalej. Euforycznie wręcz przyjęto pozdrawiające protestujących sygnały dźwiękowe ze strażackiego wozu, który wracał do jednostki z jakiegoś służbowego wyjazdu. Puck spowity nocą rozbrzmiewał dziesiątkami, jeśli nie setkami klaksonów samochodowej kawalkady, która podążała za spacerującymi mieszkańcami miasta i okolicznych miejscowości powiatu puckiego.

Przez miasto, na hulajnogach, deskorolkach i rowerach, przemykały też grupy “młodszej młodzieży”, uczniów podstawówek, którzy pod wpływem ogólnej atmosfery głośno wyrażali swoje niepochlebne zdanie o rządzącej partii. Pomimo później pory – dochodziła dwudziesta – wiele osób mijających pochód, spieszyło na miejskie cmentarze, by zdążyć ustawić kwiaty i zapalić znicze na grobach swoich bliskich. Chcieli zdążyć przed zamknięciem cmentarzy ogłoszonym na konferencji prasowej premiera rządu Prawa i Sprawiedliwości.

Aùtonomijô fado

Ledwò nen òdjimk mònitora z wëwidnionym na nim mionã LISBON ë gòdzëną sztartë fligra 17.45 sã pòkôzôl na mòjim fanpejdżu, ju jeden taczi drëch sã wëszczerzôl:

Jarosław Popek Portugalia też chce autonomii??? Od kogo?
Lubię to! · Odpowiedz · 

Jak to letkò móże czlowieka namienic. Sygnie, że czemùsz sã òddôsz, kò w tim falu niech to mdze rozwij miészëznowëch jãzëków ë nôrodnëch kùltur, a òni ju ce chlopkù mają! Ta mësla przeleca mie przez baniã tak chùtkò, jak no pendolino z Gdinë do Katowiców, co nas tutak na nen fligerplac przewiozlo przed czilesz gòdzënama ë dzesz slôdë glowë òna òsta, czej ne wszëtczi drëdżé mëslë, co czlowiek rôd je na jaczisz czas żôlącé sã w pòpielnikù przësëpie. To je jistné, czë je w lëchi pòrze, czë sã dobrze mô, blós że mù sã chce ne drobnotë òstawic a na swiat rëknąc.

Lisabóna przëwita naju z Aną deszczã ë ledwò 8 gradama cepla. Tarifiôrz gôdôl, że òb zëmã latos wnetka wcale nie padalo, tak tere so roda to òdbic mùszi. W trzech jizdebkach naszéhò apartmańtu na drëdżim a òstatnym szosu malińczi kamińcë z numrã 74, przë trëkający sã w górã Alfamë kamianny szaseji Rua das Escolas Gerais, bëlo wëznobioné czejbë w rëmie rëbacczégò kùtra w pòlowie lodã zafùlowônym. Taczi ten dinks, co òn kòl zófë stojôl ë jô mëslôl, że to je jakôsz farelka, pò prôwdze bél zortã harfë jakô le lëft miesza a cëpla nie dôwa. Żódno z nas lëtewczi jesz nie sjãno. Bëla 1 w nocë. Przestalo padac.

17901862_793740334112573_737608107_o

Ma z Aną szla so tej szpacérą pò Alfamie. Lepi rzec, że ma chca jic szpacérą, bò jak ma ùszla blós 100 métrów òd dwiérzi, jaczisz môli chlop, sóm jeden na szasy, w kruz mańtlu ë wôlniany mùcy mòcno na lep wcësniãti, przeskòczil plëtã ë nas zacząn cygnąc na mùzykã.do knajpë, co zare za rogã bëla. Ma tam szla bò to bëlo nama pòde drogą. Kòl dwiérzi, w kelnersczim szërtëchù ë rozgòlony kòszli, stojôl jiny Pòrtugala, jak ten tam – nie za wësoczi, le że dosc tëlé grëbi. Òn kùrzil, ale jak nas ùzdrzôl, cygaretã rzucyl ë bez slów, le szërok rãką nas bënë rôczil. Przez przëòtemklé dwiérze, zataconé czôrną gardiną, co bëla wnetka nieprzezérnô, czejbë nié te nadrëkòwôné strzébrzné tëlpë, jaczé wëdôwalë sã bëc zlotima w widze sodowi lãpë wësztopòrzony na szasy, dalo sã czëc zwãk gitar ë jakbë anielską wokalizã.

W momeńce spiéw ùcëch. Czëc bëlo brawa. Ma z Aną sã przëzdrza nó sã. Ten grëbszi chlop òtemk szërok dwiérze ë òdslonil gardinã, a ten drëdżi zmiartszi letëchno wëpchnąn naju do bëna. Lëdze sedzelë w òmrochù, casno ë nierzôdkò jesz z futrôlã òd gitarë na kòlanach, gôdalë ze sobą scëszonëma glosama, a jejich twarze bëlë jak w mãkòlijach. Nen grëbszi kelner pòkôzôl na òstatné dwa lózé stólczi kòl kóńca stolë. Ma so sadla ë zare przenioslë nama dwa czeliszczi biôlégò pòrto. Nie bëlo wiedzec cëż je lóz. Mùzykańce òstawilë pòd òknã jinstrumeńta ë szlë kùrzëc. Jakôsz bialka ë mlodi bëniel ze stolów statczi zbieralë. A mòja Ana nie zdrza nó miã, le pòzerala dërch na negò chlopa, co stroną mie sedzôl. Przed nim stojala wnetka nie rëszonô miska z czimsz, co przëpòminalo griz. Òn wëzdrzôl perznã jak nieòdkarmiony lóper, jaczémù dalë pò czilesz niedzelach pierszi rôz richtich zjesc, ale òn ju ni mô mòcë léżczi trzëmac. Swòje dludżé rãce pòlożil pò dwùch starnach talerza, a calô jegò zmiartosc zdrzala na nen jegò griz. Pò licach òkòlonëch czôrną brodą plënãnë mù lzë.

Jô chùtkò wëpil swòje pòrto ë fedrowôl so dżin z lodã. Blósle przede mną nã mòjã sklónkã pòstawilë a ju zagaszëlë wid. Na ny czôrny gardinie, òbwidniony z bùtna sodowim blôskã, dalo sã widzec òbrëtë lëdzy strojącëch swòje gitarë. W jednym sztóce stanąn przed nima nasz òbalëti kelner ë fest przëdãpionym glosã rzek:

– Senhoras e senhores! A guitarra portuguesa – Ângelo Freire. A viola clássica – Miguel Ramos. A baixo acústico – Ricardo Anastácio! Cante para seu Mário Rainho!

Brawa. Przed biôlim filarã, na jaczim namalowôné bëlë farwné sardinczi – jedna ze znanków Pòrtugalie – ùstãpil sã tere chlop kòl 60 lat stôri. Szepnąn cosz do muzykańtów a wtim jesz na sekùńdã bùtnowé dwiérze sã òtemklë ë bënë sã wsliznąn taczi malińczi, brodati chlopiczk z jaczimsz kinketã w rãce, co wëzdrzôl trochã jak robòtnik, jaczi przëszed na zôróbk ë òn sã ùstąpil w nórce. Mùzyk dotk strënów a jejich zwãk zrëszil lëft ë nasze wseczëca.

17968360_793739567445983_1924846592_o

Zdrzi w niebo, mòjim zdrokã,
Òno sã rozmazôné robi;
Wëzdrzi jakbë chcalo rëczec.
Niech placze
Taczi je kawel
Niech lzë, ne kapùlczi
Kropla za kroplą kapią
Zdrzi w mòrze taczi pòdskaconé
A nie robi rejwachù
Blós jakbë wòlô
Ë jãczi
Jak dzëcuszkò.
To zybanié sã mòrza…
Chto të jes, że chcesz wstrzëmac no wszëtkò?
1

Midzë dwùma widami, czej nastãpnô sklónka dżinë jesz barżi zacarla mie różnice midzë swatami, jedną razą wstôl òd stolë nen jeden, co më gò za lópra mielë ë zacząn pëszny spiéwny dialog z Sandrą fadisztką, co swòjim glosã przeniosla nas na dënëdżi Tagù. Òna òbleklô na czôrno, òn na biôlo. Yin ë Yang. Jinakszi a jistny. Sybrzëlë sã do se. Mòja Ana sedza bezrëszno jak kam.

W tim skądkasz wëskòczil nen malineczczi z nym kinketã, jaczi ju dôwno zdżinąn z negò nórtë ë nama z òczi. Rozjiwrowônym glosã ùjiscyl sã na to dwòje do nas wszëtczich. Jaż z ptôszi jizbë pòderwa sã méska z gwizdanim. Jaż nama sercëszcza z piersë chcalë ùcekac. Òn serdzyl sã na swój, jich ë nasz kawel. Na òstatk rozdrzucôl remiona ë jak skòwrónk zawis w lëfce a zdôwôl sã wòlac do niegò:

Bierzë, bierzë, bij, bij, chùtkò, chùtkò, batigã, batigã, le pò lbie, le pò lbie, żëcé taczi je!

Pò pózdnym frisztëkù – espresso, jaczé w Lisabónie chòcle w bùdze na szasy kùpioné je nôlepszé na swiece ë croissance – zjadlim w pôlnie na przedkòscelim Nôrodnégò Panteònu, dze pòd wiôlgą barokòwą banią òd 1999 rokù zlożoné je calo Amalie Rodrigues, fadisztczi jakô sprawia, że fado òbalëlo rozmajité bariérë spòlewò-kùlturowé ë swiat sã na nim pòznôl, ma z Aną szla so do Museu do Fado.

Bùdink negò mùzeùm, stający plecama do Tagù, z bùtna nie przedstôwiô sã jakòsz nadzwëczajno, le pò prôwdze wôrt je zazdrzec rën. Prosto, kòrzëstającé z rozmajitëch mùltimediów, w gòdzënã do dwùch gòdzyn, jidze tam sã pòznac na historii mùzyczi ë lëdzy, co tã mùzykã przez pòkòlenia trzimalë. Lubi nama fado, znajemë nôzwëska jegò wiôldżëch wëkònôwców, blós w caloscy malo chto znaje kòrzenie ti mùzyczi ë jesz mni lëdzy wié, jak òna wmikala w dësze Pòrtugalów ë jak mòcno w nowòżëtny historii tegò kraju bëla żëwô. Droga fado òd òstrégò tuńca mùrzińsczëch niewolników z Brazilie, przez spòlowi margines lisabónsczëch pùfów, do staniô sã matricą tożsamòscë pòrtugalsczi, bëla dlugô ë ji przeńscé wnet dwasta lat waralo.2

Pò pôlniu, czej le slóneszkò przez deszczowé blónë sã przedzarlo, fejn so bëlo sadnąc z caipirinhą w rãce na moli kòl Cais do Sodré ë wzerac, jak niezawiôldżi ferë z lëdzama na dekù odjeżdżają stądka do Cacilhas na drëdżi starnie estuarium nôdlëgszi rzéczi Jiberijsczégò Póllądë. Atlantickô aba dochôdô tu dalek w krôj ë niese ze sobą sërą wòniã òceanowi bezgreńcë.

Droga do naszégò z Aną apartameńtë prowadza pòd górã. Pòmaleczkù, czasã szërok szasé, za sztót zôs steżenką midzë wësoczima bùdinkama, tej kamiannyma trapama, co z nich móg lëdzóm w òkna zazerac, ma sã treka w sercu Alfamë. Ze scón wzeralë na nas zamanówszi na òtmianë: swiãti Antón przedstawiony w rozmajitoscë tradicyjnëch kachlów azulejo, abò fadisztowie pòkôzôny na nowòmódnëch fòtogramach. Jô sã ani nie spòdzôl, że dzél z nich ma z Aną żëwëch ùzdrzimë.

Boteco da Fa’ nie je wiôlgô. Tere, jak ma tu przëszla na môltëch ò ósmi wieczór, jô dopiérze sã móg nó tã knajpã dobrze przëzdrzec. Jedna zala na 35 sztëk lëdzy. Tómbach, a za nim pòlëce z alkòholama ë dwiérze w kùchniã. Kò jedzenié je tam dobré, chòc prosté: presunto, chouriço, sopa à Boteco, bacalhau à brás, bacalhau à lagareiro, bife à Boteco… Nôlepszé je Fado. Jinaczi bëc ni móże, bò doch Aùgùsto Ramos – miéwca Boteco da Fa’ – ten grëbszi kelner, je tak samò spiéwakã ë do te jesz z rodzënë òd dzesątków lat w ti muzyczny tradicji żëjący. Tedë tak kòl 9 wieczór òni tam wszëtcë sã schadac zaczinają, òd nôstarszégò do nômlodszégò pòkòleniô: Ada de Castro, gwiôzda fado lat 60., Maria da Nazaré nôbarżi znónô w latach 80., përznã òd ni mlodszi spiéwôk ë pòéta Mário Rainho, 40 latny fadisztowie, jak Sandra Correia, Miguel Ramos, a téż ti nômlodszi, jak „nasz lóper” Ricardo Mesquita, Ines Pereira, abò gitarzista Ângelo Freire.

17965724_793738637446076_1836022547_n

– Ângelo! – w nocë jô do niegò pòdeszed – Twòjã twôrz jô widzôl w Muzeum Fado… Nie jes të za mlodi do mùzeùm?

– A të sã dobrze przëzdrzôl?

– Jo!

– To të wiész, że mòja twôrz bëla w dzélu „przińdzota fado” – ùsmiôl sã do mie.

Ni ma czasë na gôdczi, czej brzëmi fado! A prawie swój szertuch sjąn Aùgùsto ë tim òsoblëwim, przëdãpionym glosã zacząn sóm spiewac ë do spiewaniégò jinëch prosyl. Nie chce sã wëchadac ze swiątnicë fado, nawetka czej je ju piątô reno.

Ë zôs cosz miodnégò miast pôlnia… Pastéis de Belém. Kònditora, co je robi, mô swòjã kawnicã niedalek Klôsztorë Hieronimów w zudowò-westowim dzélu Lisabóne, pòzwónym Belém, a to znaczi pò pòrtugalskù Betlehem. Kò doch! Do ti kònditorie lëdze stoją w régach jesz wikszëch, jak do Jamë Narodzeniégò Chrëstusa w tim richtich Betlehem! Wikszosc bierze ne kùszczi ze sobą, tej na szczescé bënë bél plac do sadnieniô. Ma z Aną so wzãna pò dwie ë espresso. Niebò w gãbie! Jô dërch wkól ò tim jistnym… Aż wstid sã przëznac, że jak jô ò Pastéis de Belém pisôl w “Smùgã”, jadlé jô tegò jesz ni miôl…

– Ana! Ta klepówka cë pò brodze lécy!

– A cëż so taczégò stało!?

– Kò to, że òna lecy… a pùdercëczer bieleje cë lëpë…

– Jo! Jô pamiãtajã!

Na szczescé bëlë ne kùszczi, co òna je jadla. Mùszlënë z miodną klepówką bënë, pòsëpôną kanélã. Jesz ceplé rozcekalë sã w gębie ë bielëlë Terézëne lëpë czerzwioné òd wina. Gila, chtëren sedzącë na procëm dërch nó to zdrzôl, wzęna takô chęc, że ùdżibnąn sã nad swòjim mùlkã ë zlizôl nen lëbiszk na jich milosc. Teréza smiala sã jak dzeckò. Gilowi to szmakalo za wicy. Wząn ze stolë drëdżi kùszk, rozlómôl hò na pól, pùdingã wësmarowôl Terézëną rozchòlëznã ë òszmakôl jã calą jaż pò titczi…3

17916809_793751750778098_71207258_o

Flach w Club de Fado ma so z Anã fedrowa jesz przed jachanim do Lisabónë. Kò tëlé sã czlowiek ò tim môlu naslëchôl kòl Kidrińsczégò w radiowi Sjesce, że nót bëlo samémù sprawdzëc, jak tam je. Jedzenié… Prôwdac, nôlepszé zjestkù nie bëlo w żódnym dodomie fado, blós w Petit Cafe na Largo de Sao Martinho. A tak jesz wrôcającë do Club de fado, to móże òn je përznã przereklamòwôny ë za drodżi, ale wôrt je tu zazdrzec chòc w jeden wieczór dlô méstra pòrtugalsczi gitarë Mario Pacheco ë dlô taczëch niespòdzajnotów, jak chòcle krótczi kòncert Pedro Moutinho.

Alfama nie wòniô fado
Tak wòniô lëdzkô pùstosc
Czëc wònią cëszë, co jaż bòli
Szmakã chleba ze smùtkã
Alfama nie wòniô jak fado
Le, że ni ma żódny jiny spiéwë.4

– Pedro! – jô gò dostôl kòl dwiérzi, jak òn ju swój mantel òblekôl.

– ? – Òn tak nó miã blós wezdrzôl.

– Jô cë chcôl pòdzãkòwac za twój kòncert w naszi Kaszëbsczi Filharmónie w Wejrowie, w gromicznikù…

– Jô rôd tam zaspiewôl! – fadiszta ùsmiôl sã.

– …Ë za ten czas, jak të bél razã z twòjima mùzykańtama gòscã w Kweli, pubie Radia Kaszëbë.

– !!! – Pedro wiôldżi òcze jaż dostôl ë jesz szërzi rozcygnął mùniã w ùsmienim.

Bëla dwanôstô w nocy. Za chùtkò, cobë szlë spac. Ma z Aną ùszla le czilesz kroków, jak nama sã zachcalo jesz dzesz wlezc. Prawie przed nama bëlo Coração da Sé jesz jeden restaùrant z Fado. Ale jô bë bél zgrzészil, czejbë jô bél napisôl ò tim placu blós to. Bò za richtich to nie je „jesz jeden restaùrant”, le jeden z tëch nôlepszëch! Wchôdôma z Aną bënë, a tam za kelnera je ten òd kinketë… Szërok sã do naju smieje, pòdchôdô ë pòkazëje na wòlné stólczi. Gôdajã mù, że móma gò widzôné ju rëchli w da Fa’… Trochã gò to zjakòsëlo… Zreta sprawã kelnerka, co sã krząta przë drëdżim stolikù:

– Mój chlop Diogo Rocha – pòkôza na brodacza – prowadzy ze mną ten restaùrant, témù twòje pitanié gò tak zjakòsëlo, bò te gò widzôl w jinym dodomie fado.

– Ó! Przeprôszajã… jô…

– Òn piãkno spiéwie ë czasã robi to dlô drëchów, bò ma z Aùgùsto Ramosã jesmë zdrëszony. – bialka chcala ju wszëtkò za jedną razą wëwidnic.

– Òn bëlno spiéwie! – rzekla Ana.

– Obrigado! – ùsmiôl sã brodacz ë jegò bialka mët. – A tere chcemë pòslëchac Cristinë!

Cristina Madeira pòkôzala sã bëc fadisztką z Club de Fado, jistno jak Sandra Correia spòtkónô w Boteco da Fa’. Trudno zabëc ne glosë. Trudno nie òdczëc przë nich jaczégòsz òbczëszczeniégò. Cristina lubi spiewac òsoblëwie ò ti bialce, co na sztrądze nôprzód żegnô swòjégò rëbôka, a pózdni za nim żdże, bò bez niegò ni móże żëc.

– Jak wama sã ta mòja wokaliza widza? – Cristina wzãna sã na òdwôgã, czej më ju so përznã dlëżi prze czerzwionym winie pòsedza.

– Czëcô, to je to, co z tegò plënie… – na mòja ùdba jakòsz dzywno wëbrzmia…

– Jo! Prawie. Fado plënie z serca pò mòrzach mãkòlijny jistnotë Pòrtugalów. Òno nama dôwô aùtonomiã – Cristina gôda te slowa z letką érą ë redoscą. – Swiat sã krący… Niech. Nama nicht nie weznie ti tesznotë za stôroczasną Luzytanią ë wszëtczima tima mòrzamë, co zybalë òkrãtë naszëch nalôzców nowòczasnëch swiatów.

17948356_793751547444785_1340963154_o

Nama z Aną, czej ma ju tak szla na Banof Apòlónia ë winkòwa pòd drogą Aùgùsto Ramòsowi, Diagò barmanowi ë Mayi z Bòteco da Fa’, przëszlo do glowë, że je trzeba nã aùtonomiã jesz jiną miarą mierzëc. Fado je samòstójnym ôrtã mùzyczi, jaczi na òtemkli ôrt prowadzy pògôdkã z jinyma zortama kùńsztë, nié le tima muzycznyma, ale téż na prziklôd z pòézją. Jo. Jakbë mie chto kôzôl òpisac fado w pińc slowach, jô bë ùżil tëch: Lisboa-Lisabóna, saudade-teskniączka, coração-serce, primavera-zymk, mundo-swiat.

Artur Jablonsczi
Jastrë 2017

1 Dzél wiérztë Elementos, slowa: Mário Rainho, na kaszëbsczi adoptowôl: Artur Jablonsczi
2 Wicy ò historie fado w: Rui Vieira Nery, Historia fado, tłum. Grażyna Jadwiszczak, Wydawnictwo Replika 2015.
3 A. Jablonsczi, Smùgã, Gdiniô 2015
4 Alfama, słowa: Pedro Moutinho