Archiwum kategorii: Felietón

Po co uczymy kaszubskiego? Po godną śmierć dla języka?

Jaki cel przyświeca nauczaniu kaszubskiego w szkole?

Największe wyzwanie naszych czasów wydaje się oczywiste: wyjść na przeciw problemowi przerwanego przekazu międzypokoleniowego, przywrócić język kaszubski jako język społeczności i jako język rodzinny. Co oznacza, że język nauczania musi być bliski językowi mówionemu z uwzględnieniem dialektalnej różnorodności Kaszub. Co z kolei oznacza, że nauczanie żargonu literackiego jako języka obcego nie jest odpowiedzią na współczesne problemy kaszubszczyzny, a może przynieść efekt odwrotny do zamierzonego.

Jakiego języka uczyć?

Należy uczyć takiej kaszubszczyzny, którą uczeń wyniesie ze szkoły i będzie mógł bez problemu porozumiewać się nią w domu i okolicy, z rodzicami, dziadkami, sąsiadami. A więc musi to być kaszubszczyzna naturalna, bliska językowi mówionemu, opracowywana przede wszystkim na podstawie znajomości kaszubszczyzny z terenów, na których się naucza, prac terenowych oraz leksykograficznych (słownik B. Sychty, słownik F. Hinzego / F. Lorentza, Atlas Językowy Kaszubszczyzny…, zbiory tekstów z prac Sychty, Nitscha, Bronischa, Lorentza). Co oznacza, że nauczanie żargonu, w którym powszechny na całym obszarze frisztëk zamienia się na wymyślony renik albo pòkrzésnik, w którym każe się kôrbic (czyli w języku mówionym „pleść, zmyślać, opowiadać bzdury”) zamiast pòwiadac, gadac, w którym się ùdokazniwô i podaje przëmiarë, a nie dokazëje lub dowòdzy i podaje przikładë – tak jak się mówi w języku naturalnym, gdzie się wëwidniô a nie tłómaczi, gdzie czyta się wiérztczi, a nie wierszczi itd. itd., staje się obcym żargonem, który nie funkcjonuje nigdzie poza klasą, nie pozwala uczniowi komunikować się z własną rodziną, a wręcz utrudnia ten dialog i zniechęca doń, daje fałszywe wyobrażenie o języku, a częstokroć słusznie budzi politowanie wśród osób, którzy kaszubski świetnie znają z domu. Czy autorzy dzisiejszych podręczników szkolnych kiedykolwiek usiedli z własnymi dziadkami czy rodzicami i przeczytali im swoje prace, poprosili o komentarz?

Wëwidnij na spòdlim wiérztë”, dostaje polecenie uczeń w jednym z podręczników dla liceum, czyli słowo w słowo przetłumaczone polskie „wyjaśnij na podstawie wiersza”, chociaż jedyne w tym poleceniu słowo znane kaszubskiemu językowi mówionemu to „na”. Mogłoby być np. „Przeczëtôj wierszã ë wëtłomacz(ë)”, a tak uczeń zapełnia sobie głowę słowami i zwrotami, których nie użyje w domu, bo nie zostanie zrozumiany, a native speakerzy w jego otoczeniu nie pomogą mu z roszyfrowaniem książki. Co najwyżej się przekonają, że ich bliski uczy się dziwnej, niekompatybilnej odmiany języka. „Na spòdlim mònografii ùdokaznij” – tu nawet czasownik został zbudowany na polską modłę: ù-do-kaznij, czyli u-do-wodnij, a mogłoby być naturalniej, np. „Przeczëtôj mònografią ë dokaż(ë)/dowiédz(ë)”. „Ùłożë pòzwë miesąców pòsobicą i zapiszë je w zesziwkù”, czytamy w pewnym podręczniku dla gimnazjum. Szansa, że ktokolwiek z otoczenia ucznia wie, czym jest neologizm „zesziwk” jest bliska zeru, za to co starsi Kaszubi mogą dobrze pamiętać, czym jest notowany w słowniku B. Sychty „heft”, czyli zeszyt. Natywni użytkownicy języka mogą za to znać słowo „pòzwa” i rozumieć je jako „przydomek”, bo w języku kaszubskim, tak jak w angielskim czy niemieckim, zarówno człowiek jak i rzecz mogą mieć „miono”, „name”, „Name”, chociaż w polszczyźnie ludzie mają „imiona”, a rzeczy „nazwy”. Dalej czytamy „Ùczniowie sobie nawzôs zadôwają pitania”, a szansa, że bliscy tych uczniów zrozumieją, o co chodzi, kiedy przyjdą do domu i użyją neologizmu „nawzôs” wciąż oscyluje blisko zera. A wystarczyło napisać naturalniej, np. „Ùczniowie sã pitają jedny drëdżich”. Na poziomie akademickim ów żargon osiąga kolejne szczyty i zaczyna orbitować wokół planety Ziemi: „nót dac je merk”, czyli w języku mówionym „je trzeba dac óbacht, bôczenié, òpasowac”. „Dlô òdzdrzadleniô wëmòwë ùsadzony òstôł”, czyli „Dlô òddaniô wimòwë je stwòrzony”. „Z pòzdrzatkù na môl artikùlacji”, piękna kalka polskiego „ze względu na”, czyli „wedle môla/placu artikùlacji”. Tę zagadkową odmianę można by analizować godzinami, ale nie to jest celem tego wywodu.

Odnoszę wrażenie, że niektórzy autorzy dzisiejszych tekstów kaszubskich tkwią mentalnie w pierwszej połowie XX wieku, kiedy kompleksowa praca leksykograficzna wciąż nie była wykonana, a swoistą idée fixe było udowodnienie niewątpliwej odrębności językowej kaszubszczyzny przez dotwarzanie setek często słabo przemyślanych neologizmów bez gruntownej znajomości rdzennej kaszubskiej leksyki. W efekcie czasem otrzymujemy teksty, które wyglądają jak napisane po polsku, z polską składnią, rekcjami i polskim myśleniem o języku – a potem „kaszubione” przez podmienianie słów jeden do jednego ze „Słownikiem polsko-kaszubskim” w ręku. Zupełnie jakby ignorując, że w XX wieku powstały olbrzymie prace leksykograficzne, których część każdy może pobrać na komputer kilkoma kliknięciami myszki.

Uczeń, o ile nie zna dobrze języka kaszubskiego z domu, nie dostaje żadnych narzędzi, by móc stwierdzić, które słowa i zwroty należą do jakiego rejestru, innymi słowy – którymi porozumie się ze swoim otoczeniem, a które spotka jedynie na stronach pewnego typu książek. Nieświadome używanie słów, które nie mogą być zrozumiane, prowadzą nie tylko do problemów komunikacyjnych, ale też do frustracji i zniechęcenia, a także narażają na śmieszność w oczach otoczenia nie tylko ucznia, ale i nauczyciela, a z tym cały wysiłek środowiska włożony w popularyzację i naukę języka kaszubskiego.

Uczenie takiego żargonu w sytuacji, kiedy coraz więcej uczniów przychodzi do szkoły, nie znając kaszubskiego języka mówionego (i ten trend będzie się z każdym rokiem nasilał), jest gwoździem do trumny dla kaszubszczyzny.

W jakich szkołach uczyć?

Nie chodzi tu jednak tylko o jakość, ale też ilość. Trzy godziny kaszubskiego w tygodniu jako języka obcego są niewątpliwie dużym osiągnięciem środowiska, ale nie zapewnią językowi przetrwania. Wyuczenie ucznia do poziomu A1-B2 nie zastąpi daru, którym jest język natywny. Polski jako pierwszy język młodych Kaszubów, mowa którą uczeń będzie się posługiwał z większą lekkością niż wyuczony na B1-B2 kaszubski, wciąż będzie wypierał kaszubszczyznę, zwłaszcza będąc dominującym językiem szkoły, mediów, komunikatorów, internetu, popkultury, muzyki i – niestety coraz częściej – otoczenia.

Model nauczania języka kaszubskiego jako obcego w szkołach polskojęzycznych miał szansę spełnić swoją rolę pół wieku temu, kiedy większość Kaszubów znała swój język z domu i przychodziłaby na zajęcia jedynie z czytania, pisania i literatury. W obecnej sytuacji ten model pozwala jedynie umrzeć językowi z godnością, dając poczucie, że były próby.

Taki model musi być zatem modelem przejściowym, początkiem drogi. Jedynie aktywizowanie rodziców i otoczenia do czynnego używania języka oraz model imersyjnych szkół kaszubskojęzycznych bądź dwujęzycznych kaszubsko-polskich może zatrzymać proces wymierania języka kaszubskiego jako języka społeczności. Kaszubi mają prawo do takich szkół, taki model działa w wielu miejscach na świecie: Szkocji, Walii, Kraju Basków, Fryzji, ale również w Polsce – szkoły ze swoim językiem wykładowym mają np. mniejszości białoruska i litewska.

Szlaki przecierają nam już teraz dwie prywatne kaszubskie szkoły imersyjne: „Naja szkòła” w Wejherowie i „Deja CSB” w Redzie zakładane przez członków Kaszëbsczi Jednotë. Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie już dobrych parę lat temu wydało kaszubskojęzyczny podręcznik do chemii, przewidując zatem chyba potrzebę nauczania w rodzimym języku innych przedmiotów. Kaszubskie środowiska, choć niewielkie, przy odpowiedniej mobilizacji oraz pomocy samorządów i państwa, potrafiłyby z całą pewnością wydać po 20 nauczycieli historii, fizyki, wiedzy o społeczeństwie itd. Wystarczająco, aby na początek chociaż miasta powiatowe posiadały kaszubskojęzyczne bądź dwujęzyczne szkoły podstawowe i licea. Aby przyciągnąć uczniów, musiałyby być to jednak szkoły konkurencyjne, przewyższające poziomem szkoły polskojęzyczne. Być może sytuacja wymaga, by niezwłocznie się przygotować do wprowadzenia tego rozwiązania na szerszą skalę?

Duchowa martwota Kaszubów

Mało kto potrafił pisać tak gorzko o Kaszubach jak ci, którzy sami w kaszubszczyźnie widzieli wartość najwyższą i idei odrodzenia Kaszub poświęcili swoje życie. A jednak ta kwestia „martwoty duchowej” Kaszubów, tej niewzruszonej obojętności na wymieranie rodzimej kultury i własnego języka, jest bodaj jednym z najważniejszych motywów kaszubskiej literatury. Są wszakże trzë wukôzcji: Strach, Trúd i Njevôrto, które nie pozwalają Remùsovi przenjesc królevjónkã bez wodã w epopeji Aleksandra Majkowskiego; są wreszcie szaré paje Smãtka, które smùczõ pò glovach bohaterów Jana Drzeżdżona („Twarz Smętka”). Autorzy „Zrzeszë Kaszëbskji” w swojej dosadności nie oszczędzili Kaszubów w artykule z 1934 r., który tu przypominamy, lecz jak sami deklarowali: Piorunami i ogniem należy przemawiać do śpiących i sennych duchów. A przypominając, sami zastanawiamy się, na ile ów osąd sprzed 84 lat pozostał aktualny i czy był nim wtedy?

O dwóch pierwszych tablicach fałszywych wartości

Niema narodu pod słońcem, któryby odznaczał się taką martwotą ducha, jak Kaszubi w ostatnich stuleciach. Stanęli już od dawna na prostej drodze, wiodącej ku zapomnieniu, ku zagładzie, odkąd zamarła na ustach ludu pieśń dziejowa. Bez znajomości swej historji i bez pieśni ojczystej, wlewającej w serca ludu coraz to nowe żary miłości swojszczyzny, żywiącej w nich dumę narodową i zapalającej w nich ustawicznie nowe nadzieje ginie wszelki naród bezpowrotnie. Kaszubi ostali się jednak do dziś dnia mimo nieznajomości swoich dziejów ojczystych i bez pieśni takiej, ale to sprawiła jedynie martwota ich ducha, lenistwo duchowe. Byli o wiele za leniwi, aby ich było można całkiem wynarodowić mimo tego, iż przedstawiali pod tym względem pierwszorzędny materjał.

Lenistwo duchowe ratowało Kaszubów od ostatecznej zagłady, a nie ich siła życiowa, albowiem takiej już od XIV wieku do dziś dnia wcale nie wykazują.

Kaszubi nie mają najmniejszego prawa pysznić się tem, że przetrwali nad Bałtykiem, gdyż nie oni, lecz to w nich, czem należy gardzić, było przyczyną, że się ostali jako Kaszubi. Zachowali oni mowę swoją jedynie z tego powodu, że byli za leniwi nauczyć się płynnie po polsku albo po niemiecku; ci bowiem, którzy nauczyli się po niemiecku płynnie, zgermanizowali się prawie wszyscy, a ci, którzy nauczyli się płynnie po polsku, wzgardzili mową swych ojców i spolonizowali się prawie wszyscy. Ci najleniwsi, ci najciemniejsi tylko zachowali kaszubskość bo nie mogli inaczej, a tem chcieliby się chwalić i pysznić?!
Bracia Kaszubi! Tablica waszej wartości leży oto u nóg waszych połamana. Schlebiając wam, kłamią ci, którzy w was wmawiają, jakoby ta martwota waszego ducha była czemś pochwały godnem. Aczkolwiek była ona przyczyną zachowania przez pewien czas mowy kaszubskiej, to jest ona jednak z gruntu rzeczy wartością fałszywą, jest tylko pewnym hamulcem toczącego się koliska w przepaść. Hamulec ten czują wszyscy ci, którzy pragną to kolisko pchnąć na nowe tory, na tory odrodzenia. Wasz zacofany konserwatyzm, wasz fanatyzm, wasza niecierpliwa „cierpliwość” i wszystkie wasze nędze duchowe, a za niemi idące nędze moralne i materjalne wyrosły przecież tylko na podstawie tej waszej martwoty duchowej.

Ta wasza imaginowana wartość, ta martwota duchowa — to powolne konanie kaszubskości, a nie jej zachowanie.

Ta fałszywa wartość wasza każe wam jako Kaszubom konać powoli, ale pewnie. Zapatrzeni w tablicę fałszywej wartości giniecie bez jakiegokolwiek honoru, giniecie z hańbą, giniecie jako naród nikczemny. Jeden z wielkich myślicieli polskich (z pochodzenia Pomorzanin) Stanisław Staszic mówi: „Upaść może naród wielki i szlachetny — zginąć tylko nikczemny.” —

Kaszubi! Jesteście ludem silnie rozmnażającym się, ale mimo to zmniejszającym się z rokiem każdym. Jesteście więc bez celu i nie macie siły, aby z innemi narodami zasiadać u stołu dziejów ludzkości. Leżycie wciąż jeszcze na brudnym barłogu waszego jestestwa jako starzec, który się zestarzał, nie zaznawszy wcale młodości, którego lenistwo duchowe stało się przyzwyczajeniem i wreszcie ciężką chorobą, która nie pozwala mu ani się podnieść, ani nawet skonać.

Niema w was żadnego wyższego pragnienia, lecz tylko i tylko ta niemoc bezdenna połączona z małodusznem tchórzostwem — a to nazywacie waszą kaszubską „cierpliwością” i z tego pragniecie być dumni?! Rzucamy wam pod nogi tę waszą „cierpliwość” kaszubską, która w samej rzeczy nie jest niczem innem, jak tylko tchórzostwem i lenistwem. Oto leży połamana u stóp waszych ta druga tablica fałszywej wartości waszej.

Zrzesz Kaszëbskô (5/1934), Kartuzy
red. nacz. Aleksander Labuda

Jak pjisac ve klasicznim variance? [Klawiatura do pobrania]

W odpowiedzi na duże zainteresowanie systemem ortograficznym używanym w publikacjach SKRË, w książce „Môłi princ” czy na produktach firmy „Vejle jo”, oddajemy Szanownym Czytelnikom to krótkie (acz nie wyczerpujące tematu) wprowadzenie do owej pisowni, a przyszłym użytkownikom wygodną klawiaturę do pobrania i zainstalowania na komputerze.

Z czym to się je?

Używana przez nas pisownia jest kontynuacją dla tradycyjnej ortografii kaszubskiej, która rozwijała się od czasów Floriana Ceynowy (Wiléjá Noveho Roku 1843, Kaszebji do Pólochov 1850 itd.), wielokrotnie doskonalona przez niego samego jak i kontynuatorów jego myśli na przestrzeni 150 lat (Aleksander Majkowski, Żëcé i przigodë Remusa: Zvjercadło kaszubskji, 1938; A. Labuda, J. Trepczyk, J. Rompski, F. Grucza i in., Zrzesz Kaszëbskô, 1933-1993; A. Budzisz, J. Patock i in., Bënë ë buten, 1930 etc.), używana jeszcze w pierwszych latach nauczania języka kaszubskiego w szkole podstawowej na Głodnicy (od 1991) i ostatecznie zarzucona na rzecz zmodyfikowanej ortografii polskiej w 1996 r. Pewne formy pośrednie były wykorzystywane m. in. w piśmie Tatczëzna (1990-91) czy w książkach Jana Drzeżdżona (vide Twarz Smętka, 1993).

Jako że uznajemy 150-letni owoc pracy wielu pokoleń pisarzy i językoznawców (ortografię konsultowano ze slawistami wielkiego formatu jak prof. Kazimierz Nitsch, dr Friedrich Lorentz) za dalece lepszy, odpowiedniejszy dla języka kaszubskiego i bardziej profesjonalny od propozycji z 1996 r., postanawiamy wrócić na ścieżkę wytyczoną przez poprzednie pokolenia i nie tyle się cofnąć do dawnego punktu, co rozwinąć tę ideę i iść z nią dalej. Dlatego używana przez nas ortografia nie jest bezkrytycznym odwzorowaniem ortografii klasycznej, lecz jej rozwinięciem – również z zaakceptowaniem korzystnych rozwiązań w pisowni z 1996 r.

Pisownia klasyczna, Bënë ë buten, 1930 r.

Bëło to przed vjici jak sto lat. Żił ve Vejrovje chcëvi ë popędlëvi szevc. Bjałka jevo muszëła dzeń ë noc robjic ë dostała za to – nabjité. Żądôł wod svojich môłëch dzeci, żebë so na chléb samë zarôbjałë. V młodim vjeku muszëłë bótë ë skorznje flekovac. Nji mogłë mu dosc narobjic, njerôz zabjerałë so njezręcznje do robotë ë tedë won je bjił (…)

Pisownia z 1996 r.

Bëło to przed wicy jak sto lat. Żił we Wejrowie chcëwi ë pòpãdlëwi szewc. Białka jegò mùszała dzéń ë noc robic ë dostała za to – nabité. Żądôł òd swòjich môłëch dzecy, żebë so na chléb same zarôbiałë. W młodim wiekù mùszałë bótë ë skòrznie flekòwac. Ni mògłë mù dosc narobic, nierôz zabiérałë so niezrãcznie do robòtë ë tedë òn je bił (…)

Klasiczni varianjt, 2018 r.

Bëło to przed vjicé jak sto lat. Żił ve Vejrovje chcëvi ë pòpãdlëvi szevc. Bjałka jewo/jegò mùszëła dzénj ë noc robjic ë dostała za to – nabjité. Żõdôł wod svòjich môłëch dzeci, że bë so na chléb samë zarôbjałë. V młodim vjekú mùszëłë bótë ë skòrznje flekòvac. Nji mògłë mù dosc narobjic, njerôz zabjérałë so njezrãcznje do robòtë ë tedë won je bjił (…)

Klawiatura i alfabet

Klawiatura, którą oddajemy Czytelnikowi do użytku, ma układ dobrze przyjętej i powszechnie używanej klawiatury kaszubsko-polskiej stworzonej przez Staniława Gepperta i udostępnionej na stronie Kaszubia.com. Została ona wzbogacona o dwie dodatkowe litery õÕ i úÚ. Klasiczni varianjt zupełnie nie używa natomiast liter ąĄ i ńŃ (które mimo to pozostały na klawiaturze ze względu na j. polski; można zatem pisać na niej w obu wariantach ortografii kaszubskiej jak i w języku polskim).

Dlaczego õÕ?

Przede wszystkim zapis musi być konsekwentny. Jeśli język ma dwie samogłoski nosowe, nie ma żadnego powodu, by jedną oznaczać za pomocą ogonka, a drugą za pomocą tyldy. W klasycznej pisowni używano od czasów Ceynowy, za językiem polskim, ogonków: ąĄ i ęĘ. Było to o tyle konieczne, że wybór znaków diakrytycznych był ograniczony najpopularniejszymi czcionkami, którymi dysponowały drukarnie, stąd najlepszym wyborem było używanie liter z alfabetów polskiego, francuskiego i niemieckiego. Z uwagi na to, że wymowa polska samogłosek nosowych nie pokrywa się z wymową kaszubską, zdecydowano się w 1996 roku na zastąpienie ęĘ literą ãà przy jednoczesnym pozostawieniu polskiego ąĄ. By wprowadzić konsekwencję, zastępujemy parę ãà , ąĄ parą ãÃ, õÕ, jak v bõdã, dõb, krõcã.

Litera õÕ etymologicznie i jakościowo jest nosowym ekwiwalentem óÓ i w IPA (International Phonetic Alphabet) oddaje następujące dźwięki:

[oN] jak w dõb /domp/, mõdri /mondri/, chcõ /xtsoŋ/
[u] odnosowione w wielu gwarach środkowokaszubskich między spółgłoskami, np.
dõb /dup/, mõdri /mudri/
[um] w wielu gwarach środkowokaszubskich w wygłosie, np.
majõ /majum/, chcõ /xtsum/

([oN] wymawia się jak /on/, /om/ lub /oŋ/, w zależności od otoczenia, w którym występuje, patrz: przykłady)

W Kaschubische Grammatik z 1919 r. dr F. Lorentz zaproponował zapisywanie samogłosek nosowych jako ąĄ, ǫǪ, co byłoby jeszcze odpowiedniejszym, po pierwsze z przyczyn lepszego zakorzenienia ogonków w ortograficznych tradycjach języków bałtosłowiańskich (polski, litewski, kaszubski), po drugie z przyczyny estetycznej – ogonek jako znak diakrytyczny u dołu litery odciążyłby „górę”, która ze względu na obfitość różnych samogłosek w kaszubszczyźnie cechuje się pokaźną ilością innych znaków diakrytycznych. Niestety ǫǪ nie jest powszechnie używana w dużych językach świata (choć występuje np. w zapisie języka staro-cerkiewno-słowiańskiego czy staronordyjskiego) i nie jest obsługiwana przez wiele dzisiejszych fontów, co czyni jej użycie niepraktycznym. Jesteśmy tu więc niejako ograniczeni w podobny sposób jak poprzednie generacje były ograniczone dostępnymi czcionkami zecerskimi.

Dlaczego úÚ?

úÚ [ʉ] jest refleksem dawnego długiego starokaszubskiego ū i fonemem, który po dziś dzień jest jakościowo inny od u [u] i ù [wʉ], które są refleksami dawnego krótkiego ŭ, podobnie jak to ma miejsce z parami a-ô, e-é, o-ó, ã-õ, por.: dac : chléb : chleba, wóz : woza, dõb : dãba. Różnica jest klarowna zwłaszcza w dialekcie północnym, por.

kúr /kʉr/ : kùra /kwʉra/ (kogut : koguta)
kúpji /kʉpji/ : kùpji /kwʉpji/ (kupi : kup)
vjekù /vjɛkwʉ/ : vjekú /vjɛkʉ/ (wieku dop. : wieku msc.)
lúd /lʉt/ : lëdë /lædə/ (lud : ludu)

Wymowa úÚ różni się w zależności od dialektu, najpowszechniejsze warianty wymowy to:

[ʉ] jak w klúcz /klʉtʃ/, únce /swʉntsɛ/, tú /tʉ/
[i] w niektórych gwarach centralnokaszubskich, np.
klúcz /klitʃ/, únjce /swiɲtsɛ/, Gdúnjsk /gdiɲsk/

Litera úÚ została zaproponowana już w 1911 r. przez dra Friedricha Lorentza w Zarysie ogólnej pisowni i składni pomorsko-kaszubskiej. W Słowniku gwar kaszubskich na tle kultury ludowej Bernarda Sychty i w Pomoranisches Wörterbuch Lorentza/Hinzego oddawana za pomocą .

Klawiatura do pobrania:

Kaszëbskò-pòlskô klúczplata (programjistóv) Klasicznô

Instalacja:

1. Rozpakuj plik csbclass.rar > folder csbclass > setup.exe
2. Ustawienia > Region i język > Polski > Opcje > Dodaj klawiaturę > Kaszëbskò-pòlskô (programjistóv) Klasicznô
3. Używaj. 🙂

Kartka okolicznościowa v klasicznim variance firmy Vejle jo

Fragment książki Môłi princ, tłum. Macéj Banjdur (2018)

Bogu świeczka, diabłu ogarek, a Kaszubom woda z mózgu

Do postawienia tezy zawartej w tytule tego artykułu skłoniła mnie obserwacja zachowań znacznej części liderów życia społeczno-politycznego na Kaszubach, aktywistów stowarzyszeń mieniących się organizacjami reprezentującymi Kaszubów, samorządowców, księży, polityków. Wszyscy, których mam na myśli, wybrani do szczególnej roli w naszej wspólnocie kaszubskiej, zdają się zupełnie nie rozumieć potrzeby stawiania na pierwszym miejscu interesu społeczności, z której sami się wywodzą. Więcej niż ten interes, zajmuje ich służba partiom politycznym, ideologiom czy też mamonie. Ciężko pracują, żeby nie zrobić nic takiego, co nie spodobałoby się w Warszawie – nawet wtedy, gdy wypowiadają się krytycznie wobec poczynań jednej warszawskiej partii, puszczają jednocześnie przyjaźnie oko do polityków innej stołecznej koterii. Nie budują pomorskiej opcji, żadnej regionalnej siły politycznej czy nawet strategii, a Kaszubom – na nasze święta, zjazdy i ważne wydarzenia – przywożą w teczkach z Warszawy prominentnych polityków, by wtórować im w skandowaniu hasła „Nie ma Kaszub bez Polonii, a bez Kaszub Polski”, jak to miało miejsce na tegorocznym Zjeździe Kaszubów, gdzie obok Prezydenta RP związanego z jednym ugrupowaniem pojawił się także były premier i europoseł reprezentujący inną partię. Wilk syty, owca cała, dla Kaszubów korzyść cała… czy rzeczywiście?

Ideologizacja życia kaszubskiego w duchu przywołanych w poprzednim akapicie słów Hieronima Jarosza Derdowskiego, przybrała na sile szczególnie w 2018 r., gdy dość nierozważnie środowiska kaszubsko-pomorskie przyłączyły się do warszawskiej formuły opowieści o 100-leciu niepodległości Polski. Nawet jeśli wcześniej próbowały przygotować przekaz historyczny oparty o doświadczenia rodzimej inteligencji młodokaszubskiej, aktywnie i na różne sposoby włączającej się w latach 1918-1920 w urządzanie nowego porządku w Europie po I wojnie światowej, to nie mogąc przebić się z nim przez narrację ogólnopolską, a także dla uspokojenia wewnętrznych konfliktów w mocno niejednolitych strukturach organizacyjnych podlegających wpływom kościelno-polsko-narodowym, wywiesiły białą flagę i zupełnie nieodpowiedzialnie zaczęły dodawać logo warszawskich obchodów niepodległości do tak ważnych dla kaszubskiej tożsamości wydarzeń, jak Zjazd Kaszubów, Łodziowa Pielgrzymka Rybaków czy wiele innych.

fot. Redakcëjô, Zjazd Kaszubów 2018

Przez takie działania zakłamuje się historię, niszczy własną tożsamość i kulturę, a w efekcie doprowadzić można także do unicestwienia języka kaszubskiego, który jest podobno największą świętością dla wszystkich aktywistów kaszubskich. Podobno… Z mojego punktu widzenia, jeśli za duchowego przewodnika bierze się autora poematu „Ò Panu Czorlińsczim co do Pùcka pò sécë jachôł”, który przez całe życie pozostawał pod wpływem środowisk zwalczających jakiekolwiek przejawy odrodzenia narodowego Kaszubów i nie dostrzegał różnic w byciu Kaszubą i Polakiem oraz przekonany był o gwarowym statusie kaszubszczyzny wobec polszczyzny, jest się na dobrej drodze do przyłożenia ręki do pogrzebania naszej wielowiekowej autonomii strażników dziedzictwa pomorskiego, nadbałtyckiego, europejskiego.

Gdy w połowie XIX w. rozpoczynał się proces emancypacji Kaszubów i doszło do wystąpienia Floriana Ceynowy jako rzecznika kaszubskiej świadomości narodowej, początkowy protest przeciwko konsolidacji politycznej i asymilacji kulturowej wymuszonej przez państwo pruskie, z czasem stał się postawą skierowaną także przeciwko próbom asymilacji Kaszubów do kultury polskiej. Celem był ochrona i rozwój własnej tożsamości kulturowej. Dopiero czas pokazał, jak ważna była inicjatywa doktora ze Sławoszyna, który dał początek procesowi przekazywania wiedzy kulturowej i mobilizowania Kaszubów do aktywności etnicznej – od tej poznawczej, po stricte polityczną. Niestety, ani poprzednie pokolenia, ani nasze nie potrafiły i nie potrafią dostatecznie korzystać z myśli ojca „sprawy kaszubskiej”. Wcześniej niemoc ta miała związek z trwającą przez dziesięciolecia konfrontacją niemiecko-polską na Pomorzu, gdzie obie nacje uważały emancypacyjne dążenia Kaszubów za zagrożenie dla własnych interesów narodowych. W XXI wieku taka sytuacja nie ma miejsca. Państwo Polskie, Europa i świat uznają odrębność Kaszubów. Niezadowalający jest oczywiście nasz status prawny w Polsce i traktowanie nas jako grupy językowej, a nie narodu, co jednak nie przeczy słowom o uznawaniu naszej odrębności.

Największy kłopot z tą kaszubską autonomią zdajemy się mieć sami my, Kaszubi. Wolimy stawiać Bogu świeczkę, diabłu ogarek i mieć mętlik we własnej głowie, który powoduje, że nawet nie rozumiemy słów H.J. Derdowskiego o kaszubskości i polskości, bo wydaje nam się, że one świadczą o naszej podmiotowości w Polsce. Tymczasem ich sens jest taki, jak ten zawarty w słowach wypowiedzianych przez wykreowanego przez pisarza pana Czorlińsczégò: „A jô z dëszą i ze serca Pòlôch jem jak òni” oraz „czej le wiedno bãdzem dzałac rączo i wëtrwale,/ w kùńcu tak, jak we Warszawie, bãdzemë gôdalë”. Jednym z przykładów jak dalece daliśmy sobie zniewolić nasze umysły, niech będzie wybór tekstów do tegorocznego, czerwcowego egzaminu ze znajomości języka kaszubskiego na potrzeby nauczania w szkołach. Zdający nauczyciel (przyszły nauczyciel) miał szansę wybrać „jedynie słuszną opcję” i nie mógł określić Kaszubów inaczej, niż grupa kulturowo-etniczna w ramach narodu polskiego, ponieważ inna odpowiedź nie była nawet przewidziana.

Niewiele osób próbuje interpretować hasło „Nie ma Kaszub bez Polonii…” z uwzględnieniem warunków nam współczesnych. Być może to skłaniałoby do rozważań zmierzających w kierunku, jak bardzo Polacy (Polska) potrzebują dziś Kaszubów, a Kaszubi Polaków (Polski). Doszlibyśmy może nawet do wniosków o potrzebie innej organizacji państwa polegającej na zwiększeniu roli jego regionów i społeczności lokalnych. Byłyby to ważna dyskusja, ale nie uważam, byśmy mieli nadal patrzeć na nasz kaszubsko-narodowy interes tylko z tej jednej kaszubsko-polskiej perspektywy. Jesteśmy oczywiście obywatelami polskimi i żyjemy w większości w granicach Rzeczpospolitej Polskiej, ale jednocześnie jesteśmy narodem słowiańskim i regionem europejskim. Przyjęcie takiego punktu widzenia, daje szersze spojrzenie na naszą przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Gdy powiemy sobie: „Wiedno Kaszëbë – wiedno Kaszëbskô”, zupełnie innego znaczenia nabiorą dla nas wszelkie 100-lecia (niepodległości), 1050-lecia (chrztu Polski), 550-lecia (polskiego parlamentaryzmu). Ręczę, że wówczas uda nam się uspokoić umysł i zająć myśli sprawami pierwszorzędnymi dla rozwoju Pomorza i naszej własnej tożsamości kaszubskiej. Nagle okaże się też, że mamy dość własnych okazji do świętowania ich z dumą, jak na przykład: 997 (chrzest Gdańska), 1046 (pojawienie się Pomorza na kartach historycznych kronik), 1238 (pierwsza pisana wzmianka o Kaszubach), 1817 (urodziny Floriana Ceynowy), 1912 (powstanie Towarzystwa Młodokaszubów).

Hébel ò Zjezdze Kaszëbów: Òfiara ze se

Słowa prezydeńta Andrzeja Dudë ò naszi służbie Pòlsce pòtkałë sã z dobrim przëjãcym, bò lëdze pò prôwdze w to wierzą. Tak baro chcą wszëtczégò co pòlsczé brónic, że są w sztãdze tegò brónic nawet przed tim, co kaszëbsczé.

Przed Mszą Swiãtą na placu kòl kòscoła sw. Wawrzińca mie ùderził òbrôzk. Hewò bëniel w kòszulce zortu “pòlsczé patrijotné òbleczenié” stoji żdżącë za nôbòżéństwã. Kòl niegò białka w “kaszëbsczich ruchnach”. Prawie tak widzą nã dëbeltną juwernotã ti, co brawò bilë pò słowach głowë państwa. Kòszulka, jaką mòże założëc na co dzéń, mòże w ni robic, bawic sã, trenowac – pòkazywô zòbòwiązanié. Òbleczenié, jaczé je założoné rôz na jaczis czas na ùroczëstą Mszą – mô bëc prosto òbzdobą. Pòlôszë nama pòdzãkùją, że më tak snôżo wëzdrzimë.

To nie béł pòjedinczi òbrôzk. XX Zjôzd Kaszëbów to pierszi, jaczi jô pamiãtóm, w jaczim tëli bëło kòszulków ze zéwiszczama “Polska Walcząca” ë szlachùjącëch. Przë wlézenim do pilowóny przez armiã òchroniarzów i BÒRowików zonë dzéwczãta rozdôwałë pòlsczé staniczczi. Przikro bëło czëc słowa ò Pòlsce jakô mô bëc dlô naju wôżniészô jak Kaszëbskô. Przikro bëło wzérac, że lëdzóm taczi ùkłôd plażi. Jak jô sygóm pamiãcą do DJK w Bëtowie òrganizowónym krótkò przed Zjôzdã w tim gardze to so wdôrzóm, że pò himnie Zemia Rodnô chtos rozgòrzony wlôzł na binã i zaczął spiéwac Marsza Derdowsczégò. Nikògò to nie mierzëło, prosto bëłë òdspiéwóné dwie piesnie. Latos, jak òd czile lat to je w zwëkù – czëjemë téż dwa himnë. Mazurk Dąbrowsczégò i wëjimk pòématu Ò Panu Czôrlińsczim. Słowa aktualnégò przédnika Zrzeszeniô Édmùńda Witbrota z czasów welowny kampanie ò chãcë jednoczeniô brzëmią jak kòmùdny szpòrt.

fot. Adóm Hébel

To prezydencczé przemówienié równak nie bëło nôgòrszé. Bronisłôw Kòmòrowsczi we Wiôldżi Wsë dowalëł bezpòstrzédno nôrodny òpcje przez nazwanié ji “marginesã procesu renesansu kaszëbiznë”. Latos nôwëższi ùrzãdnik państwa gôdôł nawetka z ùwôżanim ò tim, że më sã ni mómë rozpłënioné w pòlsczi spòlëznie. Pózni równak sã òkôzało, że to niérozpłëniãcé pòlégô na òblékanim farwnëch ruchnów.

Kaszëbskò-Pòmòrsczé Zrzeszenié ju òd jaczégòs czasu mô straconé (jeżlë mòże gadac, że òglowò miało) mańdat reprezeńtowaniô wszëtczich Kaszëbów, czë òrganizacje chtërna reprezeńtëje naje geszeftë. Mô mòc przebicô, żebë rôczëc rôz jednégò, rôz drëdżégò prezydeńta, klaskac jednémù i drëdżémù tak samò głosno, le gwës nie je w sztãdze rëszec sërców naszińców do robòtë wkół wôrtnotów, jaczé są spòdlim najégò jistnieniô. Nié, zgruchniãcé lëdzy w jeden plac, dze je mùzyka i wòrzta, a wzbùdzywanié w nich wseczëców zrzeszonëch z wizytą wôżnégò człowieka to nie je rëszenié sërców.

fot. Macéj Banjdur

Jô wiém, że we wëszëznach ti òrganizacje òni czëtają taczé tekstë (chòc ten mój je pò kaszëbskù, tej mòże do niegò nie zazdrzą, bò to dlô nich mãczącé), le wiém téż, że nie mdze òdpòwiescë. Tak jak ni ma òdpòwiescë przez slédné lata fąkcjonowaniô ti òrganiazacje. Ni ma òdpòwiescë na to, czemù òni òdrzucywają nôbarżi kùlturoùtwórczą òpcjã rësznotë. Jima to nie wadzy, tak jak lëdzóm zéńdzonym pòd lëzyńską biną nie wadzy, że na wôłtarzu cëzëch wôrtnotów më kładzemë to co nasze i pò dniu spãdzonym w ruchnach we farwné kwiôtczi wrócą do kòszulków co przëbôcziwają ò pòlsczich òbrzészkach.

„Ortograf” na banerze Zjazdu Kaszubów to wcale nie najgorsze, co tam zobaczycie

Gdzie są nasze kaszubskie symbole, gdzie flaga, gdzie gryf? – pyta David Szulëst (Shulist), kanadyjski Kaszuba i prezes Wilno Heritage Society. – Smutno patrzyć na politykę zamieszaną w wydarzenie kulturalne.

Mowa o banerze informującym o XX Swiatowim Zjezdze Kaszëb(ó/ô)w, który odbędzie się już w sobotę w Luzinie. Uwagę przykuł błąd ortograficzny, który zauważył dziennikarz Radia Kaszëbë Adóm Hébel, o wpadce napisało też Radio Gdańsk, a językowy feler komentował Tomôsz Fópka, członek Rady Języka Kaszubskiego. Jednak David Shulist i paru innych Kaszubów zwracają uwagę na dużo ważniejszą sprawę:

fot. Adóm Hébel

Zasłużony działacz z Kanady zwraca uwagę na całkowity brak symboliki kaszubskiej na materiałach promujących Zjazd, nie ma tam ani kaszubskiej flagi, ani gryfa, jest za to polska flaga i godło II RP.

Polityka i kultura nigdy nie powinny się mieszać. Moi przodkowie z politycznego punktu widzenia byli pruskimi Niemcami i nie mieli z Polską nic wspólnego, więc to dla mnie nic nie znaczy. Ani niemieckie, ani polskie symbole nie powinny być obecne na naszym kaszubskim wydarzeniu. Cieszę się, że nie będzie mnie w tym roku na zjeździe – napisał gorzko David Szulëst, potomek kaszubskich emigrantów z Prus Zachodnich do Kanady, którzy wyemigrowali w 1858 r., a ich potomkowie do dziś zachowali tam swoją tożsamość i język. Szulëst i kanadyjscy Kaszubi od lat przylatują do Europy na Zjazdy Kaszubów.

To smutny dzień w kaszubskiej historii. (…) Skończcie z politykowaniem, to nas zabija – dodaje.

Zjazd Kaszubów od 1999 roku był organizowany na cześć zjednoczenia ziem etnicznie kaszubskich w jednym województwie jako uczczenie wysiłków działaczy i samorządowców w ruchu kaszubskim. W tym roku wydarzenie odbywa się jednak pod hasłem XX Światowy Zjazd Kaszubów w stulecie odzyskania niepodległości, a pytanie, które się nasuwa, brzmi: czy Kaszubi nawet te parę razy do roku nie potrafią skupić się na uczczeniu własnej kultury i własnych symboli? Wszak 100-lecie niepodległości RP jest świętem ogólnopaństwowym, celebrowanym cały rok, a Narodowe Święto Niepodległości ma swoją stałą datę 11. listopada.

Wygląda na to, że w tym roku Światowy Zjazd Kaszubów będzie mniej światowy niż w poprzednich latach.

10 Przykazań Dobrego Kaszuby

I. Dobry Kaszuba stara się jak najczyściej mówić po polsku i myśleć po polsku. Odrzuca balast, którym jest jego rodzima kultura, nie mówi po kaszubsku i nie wychowuje swoich dzieci po kaszubsku.

II. Dobry Kaszuba się nie buntuje i nie angażuje. Wie, że najważniejszy jest święty spokój. Milczy, gdy obraża się kulturę i mowę jego ojców. Dobry Kaszuba sam rozumie, że nie są to sprawy o istotnej wartości i trzeba o nich zapomnieć.

III. Dobry Kaszuba w trosce o skarb Państwa i samorządu kontestuje każdy wydatek na rozwój kaszubskiej kultury i tożsamości, choćby chodziło o parę metalowych tablic. Dobry Kaszuba wie, że to tylko fanaberie hobbystów i/lub polityków, którzy chcą coś na tym ugrać.

IV. Wszelkie rozterki na temat tożsamości etnicznej i narodowej za Dobrego Kaszubę rozwiązuje Państwo i Kościół. Urzędnik i ksiądz wiedzą lepiej, takie kwestie należy zostawić specjalistom.

V. Dobry Kaszuba wie, że prawdziwi Kaszubi żyją tylko w jego miejscowości, a wszyscy inni są farbowani i nie potrafią dobrze mówić po kaszubsku. Albo wprost przeciwnie, Dobry Kaszuba wie, że jego okolica to wcale nie są Kaszuby, bo te prawdziwe są gdzieś tam koło Kościerzyny/Kartuz/Pucka (do wyboru).

VI. Dobry Kaszuba nie jest zainteresowany i z pogardą patrzy na historię Kaszub i Pomorza. W zupełności wystarczy mu powzdychać do Kresów, Wilna i husarii.

VII. Dobry Kaszuba nie potrafi wymienić z tytułu ani jednej kaszubskiej książki, a z imienia ani jednego pomorskiego księcia.

VIII. Dobry Kaszuba, jeśli już musi mówić swoją regionalną mową, to pozostaje dumnym pół-analfabetą w tym narzeczu i nie odczuwa potrzeby, by umieć w nim czytać i pisać.

IX. Dobry Kaszuba jest niechętny kaszubskiej symbolice, no chyba że zarobkowo w wymiarze folklorystyczno-turystycznym i pod warunkiem, że pojawia się razem z symboliką polską w stosunku 1 do 3, żeby nikt nic złego nie powiedział.

X. Dobry Kaszuba patrzy ze spokojem i wzruszeniem ramion na wymieranie kultury i języka przodków. Tak będzie lepiej i prościej. Poza tym czym jest ta kultura wobec wielkiej kultury polskiej, jeśli nie jedynie dziejowym nieporozumieniem i fazą przejściową?

 

 

 

Photo: by Freepik.com

Najstarsza historia Szczecina z 1613 r. czeka na wydanie

Ten zabytek sięga jeszcze czasów Księstwa Pomorskiego i zawiera mnóstwo interesujących informacji o ówczesnej stolicy Księstwa i jej historii. Chodzi o Historische Beschreibung der Stadt Alten Stettin in Pommern (…), czyli Historyczny opis miasta Starego Szczecina na Pomorzu (…) Paula Friedeborna. Kwestię przetłumaczenia i wydania dzieła podniosła Alicja Kościelna, kustosz Archiwum Państwowego w Szczecinie. Pomysł został ciepło przyjęty przez część środowiska naukowego i przez Pomorzan zainteresowanych historią swoich ziem.

O tym, dlaczego warto o to tłumaczenie się starać, najlepiej napisała sama Alicja Kościelna:

1. Jest to najstarsza historia miasta. Friedeborn wydał ją w Szczecinie w 1613 roku. Autor pisząc swe dzieło, opierał się nie tylko na wcześniejszych opracowaniach historii Księstwa, ale przede wszystkim intensywnie wykorzystywał archiwum miejskie, do którego miał bezpośredni dostęp (w tym czasie pełnił urząd sekretarza miasta). Te części jego dzieła są szczególnie wartościowe, bowiem archiwum miasta Szczecina zaginęło w nieznanych okolicznościach w czasie lub wkrótce po zakończeniu II wojny światowej. Friedeborn był naocznym świadkiem wielu zdarzeń i opisywał je z dokładnością i zacięciem reportera.
2. Udostępnienie tekstu w języku polskim przyczyni się do popularyzacji wiedzy historycznej o Szczecinie, a jego naukowe, krytyczne opracowanie da czytelnikowi wgląd w stan badań nad historią Szczecina i dyskusje badaczy nad kontrowersyjnymi, z punktu wiedzenia nauki, fragmentami jego dziejów.
3. Stanie się impulsem do pogłębienia zainteresowań historią miasta jego współczesnych mieszkańców.
4. W przetłumaczonym dziele nauczyciele odnajdą atrakcyjne narzędzie wiedzy, łatwe do wykorzystania w pracy szkolnej.
5. Dla władz miasta dzieło Friedeborna może stanowić doskonały materiał promocyjny, zwłaszcza, że zakłada się jego wydanie bilingwistyczne.
6. Regionaliści i przewodnicy turystyczni uzyskają materiał pozwalający w jeszcze ciekawszy sposób opowiadać o różnych aspektach dziejów Szczecina. „Historyczny opis miasta Starego Szczecina na Pomorzu (…)” jest lekturą niezwykle zajmującą. Autor przedstawił w nim zarówno wielkie wydarzenia z przeszłości, chwalebne czyny mieszczan, skomplikowane czasami relacje z książętami, ale także wiele wydarzeń z życia codziennego. Sporo uwagi poświęcił zjawiskom budzącym zainteresowanie ówczesnego, ale także współczesnego czytelnika: rejestrował wydarzenia sensacyjne, zjawiska osobliwe, niepokojące, czy budzące grozę, skrupulatnie wymieniał anomalie pogodowe, opisywał niszczące skutki pożarów, ale też z dumą podkreślał żywotne siły miasta, dzięki którym za każdym razem dźwigało się z nieszczęść.
7. Możliwe będzie opracowanie szlaku turystycznego „wędrówek z Friedebornem” po miejscach opisywanych w Kronice.
8. Także spersonalizowanie dziejów miasta, bowiem Friedeborn wplótł w swoją wielką opowieść o Szczecinie dzieje zwykłych ludzi, takich, o których Wielka Historia milczy.
9. Tłumaczenie dzieł dawnych Pomorzan to dialog teraźniejszości z przeszłością. Bez tego dialogu nie można budować pomorskiej tożsamości.
10. Badanie, wydawanie i tłumaczenie dzieł pomorskiej historiografii postulował już w 1947 r. profesor Gerard Labuda. W następnych latach wielokrotnie mówili o tym profesorowie Henryk Lesiński, Edward Rymar, Tadeusz Białecki.
11. Wzorem zamierzonej edycji działa Paula Friedeborna jest pomnikowe wydanie „Pomeranii” Thomasa Kantzowa w tłumaczeniu Krzysztofa Gołdy i naukowym opracowaniu profesorów Tadeusza Białeckiego i Edwarda Rymara.

Fot. Dôvjid Mjiklosz

Projekt tego tłumaczenia Alicja Kościelna zgłosiła jako propozycję do Szczecińskiego Budżetu Obywatelskiego. Ze względów proceduralnych wniosek został odrzucony, ale ziarno na szczęście zostało zasiane. 18 czerwca br. w siedzibie Archiwum Państwowego w Szczecinie odbyło się spotkanie, które miało na celu przybliżyć zainteresowanym ideę przetłumaczenia i wydania. Wydarzenie cieszyło się sporym zainteresowaniem, dodatkowo uświetnili je swoją obecnością profesorowie Tadeusz Białecki oraz Edward Rymar, odpowiedzialni za pierwsze wydanie Pomeranii Thomasa Kantzowa. Wprowadzenie oraz omówienie idei, dzieła, a także postaci autora pokrótce przedstawił kierownik oddziału materiałów archiwalnych wytworzonych do 1945 r. – dr hab. Paweł Gut. Samo spotkanie nie tyle miało na celu przekonać kogokolwiek do sensowności takiej pracy, na sali bowiem przekonywać nikogo nie było potrzeby, a raczej przedstawić bardzo szerokie plany związane z publikacją oraz znaleźć sposób na sfinansowanie ambitnych zamierzeń. Rzecz bowiem wymaga pracy kilku zespołów, nie tylko translatorskich, ale i historycznych. Do pełnego obrazu dzieła Friedeborna potrzebne są poszerzone badania dotyczące jego biografii, co za tym idzie skrupulatnej kwerendy archiwów nie tylko w Szczecinie, ale także m.in. w Berlinie i Greifswaldzie, a także w Szwecji (był bowiem Friedeborn w trudnych chwilach końca istnienia niepodległego Pomorza zwolennikiem stronnictwa szwedzkiego, mając wybór między Szwecją a Brandenburgią). Paul Friedeborn był mistrzem słowa, jak określiła to Alicja Kościelna, na języku niemieckim grał jak wirtuoz na instrumencie, stąd również potrzeba zapewnienia Historycznemu opisowi… odpowiedniej wirtuozerii również w polszczyźnie, a co za tym idzie potrzebne będzie w projekcie wsparcie literackie. Takie kompleksowe podejście do przekładu wymaga nakładów. Rzeczą względną jest ocena, czy kwota podana we wstępnej wycenie (ok. 185 tys. zł) jest rzeczywiście aż tak duża. W obliczu korzyści jakie wydanie dzieła Friedeborna może przynieść dla tożsamości Pomorzan w ogóle i dla samych szczecinian, kwota ta nie powinna się wydawać niemożliwa do pozyskania. Zresztą z ust przedstawicieli miasta oraz Euroregionu Pomerania obecnych na spotkaniu padły pewne konkretne pomysły, które z nadzieją pozwalają myśleć o dalszych losach przedsięwzięcia.

Kim był Paul Friedeborn? Urodził się w roku 1572 w Szczecinie i również w Szczecinie zmarł, zmarł w wielce dramatycznym i symbolicznym roku 1637, czyli w roku śmierci ostatniego Gryfity, Bogusława XIV. Friedeborn pełnił szereg ważnych funkcji publicznych w mieście, był sekretarzem rady miejskiej, był członkiem rady książęcej oraz królewsko-szwedzkiej. Od roku 1630 do 1637 był burmistrzem Szczecina. W roku 1613 opublikował Historische Beschreibung der Stadt Alten Stettin in Pommern (…), a w 1624 w języku łacińskim Topograficzno-historyczny opis miasta Szczecina, zaopatrzony w rycinę (Descriptio urbis Stetinensis, topographica, historica, cum icone).

Jeśli wydanie dzieła Paula Friedeborna dojdzie do skutku, a widząc z jaką determinacją i pasją podchodzą do sprawy pomysłodawcy pełen jestem wiary w sukces, w kolejce czeka wiele jeszcze dzieł pomorskich dziejopisarzy, m.in. Pomerania Jana Bugenhagena czy choćby Daniela Cramera historia kościoła na Pomorzu, pt. Das Grosse Pomrische Kirchen Chronicon.

Etnolekt mazurski – czy kodyfikacja jest wykonalna? Burza (póki co jednego) mózgu.

Czy kodyfikacja mowy mazurskiej jest mission impossible? Czy jest swego rodzaju węzłem gordyjskim, ale z tą różnicą, że jego radykalne przecięcie rozminie się z celem? Często zadaję sobie to pytanie i nie mogę znaleźć jednoznacznej odpowiedzi. Mimo to nieustannie próbuję analizować zastane źródła, by cokolwiek z mowy Mazurów mogło przetrwać dla potomnych.

Kodyfikacją etnolektów mniejszościowych, lokalnych języków, często zagrożonych wymarciem, zajmowano się już praktycznie na wszystkich kontynentach świata. Od czasu do czasu słyszymy o spektakularnych próbach rewitalizacji rdzennych amerykańskich czy australijskich języków. Znany w Polsce jest też przykład niewielkiego języka wilamowskiego (proces rewitalizacji rozpoczęty przez Tymka Króla) – który decyzją parlamentu mógłby (choć pewnie nie będzie) zostać wpisany, obok języka kaszubskiego, do krótkiej listy języków regionalnych. Świetnie i skutecznie kodyfikację przeszedł ”dialekt literacki” – kurpiowski (nota bene ogromny szacunek za tak dyplomatyczne sformułowanie).

Sytuacja mazurskiego jest jednak na tyle rzadka, że zasługuje w mojej opinii na oddzielną analizę, której zaczynem może być niniejszy artykuł. Dodajmy do siebie wszystkie składowe, a zobaczymy, co można z tym zrobić, o ile cokolwiek można. Przed rozpoczęciem analizy pragnę także dodać, że temat został mi niejako podrzucony poprzez artykuł dr hab. Henryka Jaroszewicza o możliwości i konieczności kodyfikacji etnolektu śląskiego.

Szczerze mówiąc, nieco zazdroszczę innym grupom językowym, które często spełniają o wiele więcej warunków udanej kodyfikacji. Te czynniki, idąc tropem dr Jaroszewicza, ale też dorzucając swoje 3 grosze, można wymienić następująco:

  1. Aktualna liczba użytkowników danej mowy – nie ukrywajmy, czasami ilość bywa ważniejsza niż jakość. Rewitalizacja języka za sprawą jej kodyfikacji ma o wiele większe szanse na sukces, jeśli zwyczajnie jest do kogo z takim projektem się udać. Można nie tylko zbadać stan danej mowy w momencie kodyfikacji, ale też do tejże kodyfikacji użytkowników przekonywać. Ilu ludzi mówi po mazursku? Kilkadziesiąt osób na Syberii, kolejne kilkadziesiąt w Polsce, potencjalnie kilkadziesiąt-kilkaset w Niemczech. Stan tej mazurszczyzny nie zawsze jednak odzwierciedla dobry stan mazurskiego sprzed 50-100 lat.
  2. Potencjalna liczba użytkowników (baza ludnościowa) – liczba osób, które co prawda danej mowy nie znają, ale byliby w stanie identyfikować się z ludem, który taką mową niegdyś się posługiwał. W przypadku Mazur, w zależności od ostrości podejścia – od 2 do 15 tysięcy osób w Polsce, natomiast nie bardzo wierzę w możliwość masowego przywrócenia mazurskiego poza obszarem regionu – głównie w związku z naturalnymi procesami asymilacyjnymi i wielopokoleniowym oderwaniem od ojczystej ziemi. Potomków Mazurów w Niemczech jest szacunkowo około pół miliona, dlatego też mimo wszystko nie wolno zignorować tej bazy, nawet gdyby rewitalizacja miała przekonać tam znikomy promil, w sytuacji mazurskiego byłby to niemały progres. Trudnością wiodącą są niestety różnice językowe – rodzimy użytkownik polszczyzny pochodzenia mazurskiego o wiele prędzej nauczy się mowy przodków niż rodzimy użytkownik niemieckiego – głównie dlatego, że mazurski w swej strukturze jest słowiański, mimo rozlicznych wpływów germańskich, nie tylko leksykalnych, ale też i gramatycznych.
  3. Wzajemna spójność geograficzna i językowa gwar kodyfikowanego obszaru. W mojej opinii jeden z najważniejszych czynników, nawet ważniejszy od dwóch powyższych. Im bardziej wewnętrznie zróżnicowana jest mowa, tym więcej rodzi się wątpliwości związanych z faworyzowaniem danej gwary jako podstawy literackiej czy też na temat stopnia włączania gwar ościennych, ich słownictwa czy cech gramatycznych. Jednocześnie rodzi się pytanie o to, jak bardzo liberalne powinno być podejście – ile synonimów, ile opcjonalnych, ale akceptowanych zachowań użytkowników. W przypadku Mazur sytuacja zmusza do liberalnego podejścia. Po pierwsze użytkowników czy chętnych jest niewielu. Po drugie, ich mowy są często niezbyt spójne – dość powiedzieć, że ostródzki mazurski de facto jest mową wywodzącą się z wielkopolskiego obszaru dialektalnego gwary chełmińskiej i nie ma mazurzenia (wymowy sz, cz, dż, ż jak s, c, dz, z), zachodniomazurski wywodzi się od kolonistów mazowieckich z okolic Ciechanowa, Mławy czy Przasnysza, środkowomazurski to przeniesiona mowa kurpiowska, a we wschodniomazurskim da się wyczuć wpływy gwar suwalszczyzny. Innym realizacjom podlegają podstawowe głoski – przykładowo ”á” w ostródzkim wymawiano jako ”o”, środkowe Mazury jako ”å”, zachodnie i wschodnie zaś jako ”a”. Labializacje (wymowa o i u jako ło, łu) najczęściej pojawiały się w paśmie od Mrągowa i Giżycka po Pisz i Białą Piską, prejotacje (ji, jé zamiast i na początku wyrazów) głównie zaś w okolicy Mrągowa i Giżycka. Moje decyzje w propozycji kodyfikacji bywają więc dla niektórych niejasne – włączyłem tu labializacje i prejotacje, mimo, że znaczna część terenu mówiła inaczej.  Trzeba jednak zwrócić uwagę, że to właśnie tu obecnie żyje potencjalnie najwięcej potomków Mazurów – co widać po odsetku ludności ewangelickiej, tylko w tamtych okolicach i dodatkowo w pow. kętrzyńskim wahającej się około zawrotnego odsetka 1-2% całości populacji (wszędzie indziej jest jeszcze gorzej). Nie chcę jednak, by Mazurzy z innych stron czuli się wykluczeni z tego procesu, dlatego też bardzo liberalnie przyjmuję słownictwo ze wszystkich obszarów mazurskich (nawet słownictwo ostródzkie), tylko dostosowując je do środkowomazurskiej ortografii (przeznaczonej dla całego regionu). Akceptuję też liczne opcjonalności chociażby we fleksji – równie przyjaźnie patrzę na zachodniomazurskie -óm, jak na środkowo-wschodnie -ám (kónióm vs kóniám), czy na środkowe -rziá, -dzio oraz typowe dla reszty Mazur -rijá, -dijo (artilerziá vs. artilerijá, radzio vs radijo). Ten ogromny liberalizm na granicy językowej anarchii zdaje się tu jedyną możliwością uszanowania mowy wszystkich Mazurów, którym wszak tak bardzo historia poskąpiła szacunku.
    Jednocześnie zawsze podkreślam, że pierwszeństwo ma mowa domowa – jeśli ktoś pamięta inaczej z domu, ma prawo mówić po swojemu. Kodyfikacja tutaj staje się bardziej narzędziem dla tych, którzy chcieliby poznać mazurski, a nie mają takiej możliwości w swoim środowisku. Zatem skodyfikowany mazurski będzie siłą rzeczy nieco ”usztuczniony”, “zmiksowany”, co jest chyba nie do uniknięcia niezależnie od przyjętej strategii. Staram się jednakowoż unikać tworzenia neologizmów, a jeśli już jest to konieczne z braku zastanych słów w źródłach, próbuję naśladować te same tendencje, jakie miały miejsce w analogicznych przypadkach, nierzadko konsultując to z samymi Mazurami.

    Źródło: dialektologia.uw.edu.pl – wpływy zewnętrzne na dialekty Warmii i Mazur
  4. Rozproszenie ludności. Nie zawsze mały obszar ”naturalnego”, ”historycznego” występowania danego etnolektu to coś złego. Czasami miewa to duże znaczenie organizacyjne. W niewielkich Wilamowicach sprawy idą o wiele lepiej niż chociażby na Mazurach między innymi właśnie dlatego, że cała uwaga skondensowana jest na obszarze kilkadziesiąt razy mniejszym niż na Mazurach. U nas popularyzacja mazurskości powinna się odbywać na obszarze 12 mazurskich powiatów, a nawet 13, jeśli doliczać gminę Olsztynek, z niewiadomych powodów dołączoną do powiatu warmińskiego, olsztyńskiego.
  5. Stosunek do wpływów zewnętrznych i podobieństw do mowy dominującej. Na ile wpływały na daną mowę literackie odmiany ”dużych” języków czy też gwary ościenne? Jaki stosunek do tych wpływów mają użytkownicy? Czy należy ulec tej czy innej współczesnej preferencji użytkowników, niejako wbrew frekwencji występowania danych słów w źródłach? O tym pisywał też nieraz Grzegorz Kulik, tworzący korpus mowy śląskiej. Z tego korpusu często wyłania się używanie słownictwa łudząco podobnego do literackiej polszczyzny. Słowa te jednak z czasem zostały zastępowane przez rzadkie synonimy bądź germanizmy, co miało charakter manifestacji odrębności. Niniejszym ujawnia się między innymi tendencja do frekwencyjnie częstszego używania germanizmów w mazurskim czy śląskim. Mają one być dowodem na odrębność danej mowy od dominującej, literackiej polszczyzny (choć nie uważam, że trzeba cokolwiek udowadniać przez siłę). Nie zawsze jest to proces świadomy, to należy podkreślić. Po prostu germanizmy czy rzadkie lokalizmy są czymś wyraźnie innym, a ruchy regionalne podświadomie nastawione są na podkreślanie ”swojskości”. Nie musi mieć to nawet wiele wspólnego z sympatiami politycznymi – słówka te stały się tak naturalną częścią mowy, że ich pochodzenie bywa czasami trudno identyfikowalne dla niektórych użytkowników. Tak samo, jak wielu Polaków nie zdaje sobie sprawy, że używają germanizmów, mówiąc ”ratusz”, ”blacha”, ”farba” etc. W przypadku mazurskiego różne obszary cechowały różne natężenia wpływów niemieckich – największe właśnie w okolicach Mrągowa i Giżycka, najmniejsze zaś, zdaje się, w okolicy Działdowa i Nidzicy. Sam zresztą, na początku swej mazurskiej drogi, używając działdowskich słówek i działdowskiej, najbliższej polszczyźnie literackiej odmiany mazurskiego bywałem oskarżany o celowe, ideologiczne pomijanie germanizmów! Niektórzy zarzucali mi mówienie po ”mazowiecku”, “polonizowanie Mazurów”, podczas gdy źródła mazurskie z okolic Działdowa odzwierciedlają zbliżony stopień germanizmów, jaki w sposób naturalny używałem. Dopiero sztuczne dodanie liczniejszych germanizmów poskutkowało głosami akceptacji, bo taka mowa była bliższa temu, co pamiętają od dziadków czy rodziców. Dziś sam wręcz zauważam, że zdarza mi się przegiąć w drugą stronę…
    Źródło: dialektologia.uw.edu.pl – zauważ wyjęcie Działdowszczyzny z obszaru badań – powojenne badania nie obejmowały obszaru Działdowa i okolic, gdyż te zostały włączone do Polski już po I WŚ
  6. Emancypacja językowa potencjalnych użytkowników, wykształcenie i stopień urbanizacji. Niestety – wiejskie ośrodki będą sobie radziły o wiele słabiej. Ze względu na ważniejsze problemy lokalnych społeczności – takich jak bieda, wykluczenie, uzależnienia. Mniejszy udział miast to także mniejszy potencjał edukacyjny – brak ośrodków badawczych, brak warstwy inteligenckiej nastawionej na swoją kulturę i mniej lub bardziej chciane przypisanie danej kultury do ”tego, co było, do skansenu” czy do negatywnie rozumianej “wiejskości”. To widać jak na dłoni na Śląsku – miejskość kultury skutkuje takimi pomysłami jak zespół Oberschlesien, jak wydanie tłumaczeń literatury światowej czy Biblii. Wciąż niewykorzystany zostaje natomiast potencjał katowickiej czy opolskiej uczelni – ale tu chociaż jest z czego wybierać. Mazurzy, jeśli chcą się kształcić, muszą jechać co najmniej do Olsztyna, a większość i tak wybiera dalsze ośrodki jak Gdańsk, Toruń, Warszawa. Fakt, że olsztyński UWM nie spełnia praktycznie niemal żadnej roli w badaniu Mazurów i mowy mazurskiej, a ciężar ten spoczywa na dzielnie walczącej o przetrwanie pracowni dr Sobolewskiej w Warszawie, pozostaje godzien pożałowania. Trudno też powiedzieć, na ile ujednolicona ortografia przyjmie się wśród Mazurów – trudności rodzi użycie niestandardowych liter (zredukowanej i tak, choć w mojej ocenie koniecznych do wyrażania zjawisk fonetycznych), konieczność zainstalowania oddzielnej klawiatury polsko-mazurskiej, ale też zwyczajny lęk przed popełnianiem błędów (choć staram się ich nie wytykać) czy trudności w zmianie przyzwyczajeń (skoro można coś zapisać mniej-więcej polskim alfabetem, to po co to zmieniać). Do problemów natury emancypacyjnej wciąż zalicza się stawianie Mazurów wobec wyboru – Niemiec czy Polak, nie dając im jednocześnie tzw. trzeciej drogi, a więc pozostanie po prostu przy mazurskości. Na problem ten zwracał uwagę już działacz mazurski sprzed niemal 100 lat – dr Kurt Obitz, który za swoją promazurską postawę wylądował w obozie koncetracyjnym, oskarżony o szerzenie ”Polengefahr”. Podobny los spotykał innych działaczy mazurskich – za rządów niemieckich oskarżani o szerzenie polskości, musieli się ukrywać przed wywózką do obozów, za rządów polskich uznawani za Niemców i poddawani szykanom. Brak masowego wsparcia ze strony nieinteligenckich Mazurów, zajętych raczej radzeniem sobie z biedą i wykluczeniem, nie poprawiał sytuacji działaczy i często pozostawiał ich w osamotnieniu. Sami Mazurzy muszą się też nauczyć myśleć wysoko o swojej mowie. Zrozumieć, że jest tak samo dobra i ważna, jak każda inna, ale miała mniej szczęścia w historii.
  7. Wsparcie organów samorządowych i państwowych – tutaj niestety wciąż jest to kropla w morzu potrzeb. Temat mazurski został skutecznie zepchnięty na margines świadomości. Cóż począć, gdy nawet osoby tworzące książki o Mazurach zagadnięci o ”kwestię mazurską” odpowiadają: ”ale jaką kwestię mazurską? Żadnej kwestii nie ma”. Nie wiem, na ile te osoby spotykają tych samych Mazurów, co ja, bo w mojej opinii w duchu dziesiątki, jeśli nie setki Mazurów czekają na jakąś symboliczną formę rozliczenia z przeszłością i zmiany teraźniejszości, zawalczenia o to dziedzictwo. W takiej atmosferze, gdy resztki Mazurów cicho szepczą o swoich prawach, a reszta uznaje ich za lud wymarły, trudno jednak oczekiwać wsparcia od laików – samorządowców, którzy w większości są osobami zajmującymi się zarządzaniem i gospodarowaniem, a nie tworzeniem świadomości kulturowej na swoim terenie.

Te wszystkie czynniki pokazują, przed jak karkołomnym, niemal niemożliwym zadaniem stoi społeczność mazurska. Jeśli chce przetrwać – musi przez to przebrnąć. Bez kodyfikacji (albo przynajmniej tej dotychczasowej, bardzo anarchistycznej semikodyfikacji) nie będzie słowników, podręczników, a żaden polityk (lokalny czy nie – nieważne, to on rozporządza środkami) nie spojrzy przychylnym okiem, uzna taką propozycję za niepoważną. To też ogromna kwestia prestiżu – mowa bez własnego zapisu i normy, choćby liberalnej, pozostaje potoczna, ”prosta”, a więc w mniemaniu wielu – niepoważna. Przecież to stąd właśnie bierze się głupia tendencja do używania mów lokalnych wyłącznie do śmiesznych piosenek czy niewybrednych żartów. Czy kodyfikacja w takich warunkach jest możliwa? Nawet jeśli nie, trzeba spróbować. Chciałbym zaprosić wszystkich do dyskusji nad tą sprawą wielkiej wagi i rangi.

Efekty tych prób można zobaczyć na stronie fb Mazurskie Słówko na dziś, grupie ”Mazurská Gádkä” oraz stronie mazurska.eu.

Pomorski język migowy

Dominika Florczak, Dariusz Kosztowny

Choć nie mówi się o tym głośno, na Pomorzu nie tylko Kaszubi mają własny język. Każdy z nas chce mówić pięknym, czystym językiem znanym z serwisów informacyjnych; każdy angielskim próbuje władać, jakby został wydany na świat przez samą Elżbietę II. Robimy tak – ale tylko oficjalnie. W domowym zaciszu, wśród przyjaciół, na terenie bezpiecznym pozwalamy naszym regionalizmom, slangom, gwarom i kolokwializmom szaleć do woli. Używanie naturalnego języka stało się nienaturalne całkiem niedawno.

Jedną z pierwszych rzeczy, jaką możesz usłyszeć w Szczecinie, jest zdanie „mówimy najczystszą polszczyzną w Polsce”. Zdanie to, powtarzane jak mantra, wypowiadane setki razy dziennie przez biznesmenów, motorniczych, radnych, fryzjerów, nauczycieli… zawiera w sobie najczystszy w Polsce smutek. Brak „nieczystości” oznacza brak przeszłości. Kaszubi od lat walczą o pewną niezależność, o uznanie walorów ich kultury płynących właśnie z odrębności kultury języka. Nie są oni jedyni na Pomorzu. Z podobnymi problemami muszą zmierzyć się głusi. To właśnie lokalny język migowy rozwija się na wspak tendencjom globalnej wioski.

Istnieje przekonanie, że język migowy to jednolity byt w rodzaju średniowiecznej łaciny opierający się na grze gestów. Nic bardziej mylnego. Język migowy posiada swoje odmiany narodowe, regionalne, miejskie, osiedlowe. Logicznym jest więc też to, że istnieje odmiana pomorska!

Podjęto próby stworzenia jednego, pełnego norm i zasad języka (system językowo-migowy). W uproszczeniu: miał on na celu ujednolicić i ułatwić kontakt między głuchymi a słyszącymi oraz pomiędzy regionami. Większość słyszących rozpoczynających przygodę z językiem migowym zaczyna właśnie od systemu. Głusi jednak szybko sprowadzają na radosną i swobodną ścieżkę języka naturalnego. Jaka jest ta droga? Mniej oczywista. Dzień dobry, do widzenia czy dziękuję wygląda w całym kraju tak samo. Problemy zaczynają się jednak dość szybko… Każdy region ma własne określenia. Język mówiony zna inne określenia niż migany i odwrotnie. Inaczej migają głusi wychowani w rodzinach słyszących, inaczej – w rodzinach niesłyszących. Inaczej starsi, inaczej młodsi. Jakby tego było mało, znaki (nazywane potocznie migami czy gestami) rodzą się same w trakcie rozmowy, a ich żywot może trwać kilka minut lub wejść do szerszego obiegu. Jeśli poruszymy problem lokalnych różnic z głuchymi, dość szybko usłyszymy narzekania na ten czy inny region. Dowiemy się też co nieco o… akcencie.

Te i inne problemy spotkaliśmy w trakcie pracy przy spektaklu o pomorskiej piękności, Sydonii von Borck pt. „Wilcze Piętno”. Sam pomysł dwujęzycznego spektaklu brzmi dość karkołomnie. Lecz jak pogodzić musical ze światem ciszy? Jak przetłumaczyć nieprzetłumaczalne? Jak stworzyć nowe słowo tak, by przez publiczność było od razu zrozumiane? Nie mamy instrukcji. Wiemy za to, że najważniejsze jest szukanie podobieństw i zakochanie się w różnicach. Dzięki tej obserwacji, czy raczej zderzeniu i starciu się tych dwóch różnych kultur, na nowo zrozumieliśmy i przemigaliśmy słowo renesans. Nie musimy też więcej literować imienia Sydonia – wystarczy, że pokażemy „wilk” i wszyscy rozumiemy, o kim mówimy. Na scenie oczywiście królowały pomorskie znaki. Inaczej nie mogliśmy.

Świat zna tysiące języków. O wielu z nich nie usłyszymy – znikną na rzecz bardziej oczywistych, popularnych, czystych. Nie ojczystych, nie naturalnych, w żaden sposób nam nie bliskich. Proponujemy iść za przykładem głuchych i… pozostać głuchym na wszelkie podłe próby wyrównywania języków.

Felieton pierwotnie ukazał się w numerze 3/2014 (3) SKRË – pismienia ò kùlturze