Archiwum kategorii: Artikle tematiczno

Duchowa martwota Kaszubów

Mało kto potrafił pisać tak gorzko o Kaszubach jak ci, którzy sami w kaszubszczyźnie widzieli wartość najwyższą i idei odrodzenia Kaszub poświęcili swoje życie. A jednak ta kwestia „martwoty duchowej” Kaszubów, tej niewzruszonej obojętności na wymieranie rodzimej kultury i własnego języka, jest bodaj jednym z najważniejszych motywów kaszubskiej literatury. Są wszakże trzë wukôzcji: Strach, Trúd i Njevôrto, które nie pozwalają Remùsovi przenjesc królevjónkã bez wodã w epopeji Aleksandra Majkowskiego; są wreszcie szaré paje Smãtka, które smùczõ pò glovach bohaterów Jana Drzeżdżona („Twarz Smętka”). Autorzy „Zrzeszë Kaszëbskji” w swojej dosadności nie oszczędzili Kaszubów w artykule z 1934 r., który tu przypominamy, lecz jak sami deklarowali: Piorunami i ogniem należy przemawiać do śpiących i sennych duchów. A przypominając, sami zastanawiamy się, na ile ów osąd sprzed 84 lat pozostał aktualny i czy był nim wtedy?

O dwóch pierwszych tablicach fałszywych wartości

Niema narodu pod słońcem, któryby odznaczał się taką martwotą ducha, jak Kaszubi w ostatnich stuleciach. Stanęli już od dawna na prostej drodze, wiodącej ku zapomnieniu, ku zagładzie, odkąd zamarła na ustach ludu pieśń dziejowa. Bez znajomości swej historji i bez pieśni ojczystej, wlewającej w serca ludu coraz to nowe żary miłości swojszczyzny, żywiącej w nich dumę narodową i zapalającej w nich ustawicznie nowe nadzieje ginie wszelki naród bezpowrotnie. Kaszubi ostali się jednak do dziś dnia mimo nieznajomości swoich dziejów ojczystych i bez pieśni takiej, ale to sprawiła jedynie martwota ich ducha, lenistwo duchowe. Byli o wiele za leniwi, aby ich było można całkiem wynarodowić mimo tego, iż przedstawiali pod tym względem pierwszorzędny materjał.

Lenistwo duchowe ratowało Kaszubów od ostatecznej zagłady, a nie ich siła życiowa, albowiem takiej już od XIV wieku do dziś dnia wcale nie wykazują.

Kaszubi nie mają najmniejszego prawa pysznić się tem, że przetrwali nad Bałtykiem, gdyż nie oni, lecz to w nich, czem należy gardzić, było przyczyną, że się ostali jako Kaszubi. Zachowali oni mowę swoją jedynie z tego powodu, że byli za leniwi nauczyć się płynnie po polsku albo po niemiecku; ci bowiem, którzy nauczyli się po niemiecku płynnie, zgermanizowali się prawie wszyscy, a ci, którzy nauczyli się płynnie po polsku, wzgardzili mową swych ojców i spolonizowali się prawie wszyscy. Ci najleniwsi, ci najciemniejsi tylko zachowali kaszubskość bo nie mogli inaczej, a tem chcieliby się chwalić i pysznić?!
Bracia Kaszubi! Tablica waszej wartości leży oto u nóg waszych połamana. Schlebiając wam, kłamią ci, którzy w was wmawiają, jakoby ta martwota waszego ducha była czemś pochwały godnem. Aczkolwiek była ona przyczyną zachowania przez pewien czas mowy kaszubskiej, to jest ona jednak z gruntu rzeczy wartością fałszywą, jest tylko pewnym hamulcem toczącego się koliska w przepaść. Hamulec ten czują wszyscy ci, którzy pragną to kolisko pchnąć na nowe tory, na tory odrodzenia. Wasz zacofany konserwatyzm, wasz fanatyzm, wasza niecierpliwa „cierpliwość” i wszystkie wasze nędze duchowe, a za niemi idące nędze moralne i materjalne wyrosły przecież tylko na podstawie tej waszej martwoty duchowej.

Ta wasza imaginowana wartość, ta martwota duchowa — to powolne konanie kaszubskości, a nie jej zachowanie.

Ta fałszywa wartość wasza każe wam jako Kaszubom konać powoli, ale pewnie. Zapatrzeni w tablicę fałszywej wartości giniecie bez jakiegokolwiek honoru, giniecie z hańbą, giniecie jako naród nikczemny. Jeden z wielkich myślicieli polskich (z pochodzenia Pomorzanin) Stanisław Staszic mówi: „Upaść może naród wielki i szlachetny — zginąć tylko nikczemny.” —

Kaszubi! Jesteście ludem silnie rozmnażającym się, ale mimo to zmniejszającym się z rokiem każdym. Jesteście więc bez celu i nie macie siły, aby z innemi narodami zasiadać u stołu dziejów ludzkości. Leżycie wciąż jeszcze na brudnym barłogu waszego jestestwa jako starzec, który się zestarzał, nie zaznawszy wcale młodości, którego lenistwo duchowe stało się przyzwyczajeniem i wreszcie ciężką chorobą, która nie pozwala mu ani się podnieść, ani nawet skonać.

Niema w was żadnego wyższego pragnienia, lecz tylko i tylko ta niemoc bezdenna połączona z małodusznem tchórzostwem — a to nazywacie waszą kaszubską „cierpliwością” i z tego pragniecie być dumni?! Rzucamy wam pod nogi tę waszą „cierpliwość” kaszubską, która w samej rzeczy nie jest niczem innem, jak tylko tchórzostwem i lenistwem. Oto leży połamana u stóp waszych ta druga tablica fałszywej wartości waszej.

Zrzesz Kaszëbskô (5/1934), Kartuzy
red. nacz. Aleksander Labuda

Jak pjisac ve klasicznim variance? [Klawiatura do pobrania]

W odpowiedzi na duże zainteresowanie systemem ortograficznym używanym w publikacjach SKRË, w książce „Môłi princ” czy na produktach firmy „Vejle jo”, oddajemy Szanownym Czytelnikom to krótkie (acz nie wyczerpujące tematu) wprowadzenie do owej pisowni, a przyszłym użytkownikom wygodną klawiaturę do pobrania i zainstalowania na komputerze.

Z czym to się je?

Używana przez nas pisownia jest kontynuacją dla tradycyjnej ortografii kaszubskiej, która rozwijała się od czasów Floriana Ceynowy (Wiléjá Noveho Roku 1843, Kaszebji do Pólochov 1850 itd.), wielokrotnie doskonalona przez niego samego jak i kontynuatorów jego myśli na przestrzeni 150 lat (Aleksander Majkowski, Żëcé i przigodë Remusa: Zvjercadło kaszubskji, 1938; A. Labuda, J. Trepczyk, J. Rompski, F. Grucza i in., Zrzesz Kaszëbskô, 1933-1993; A. Budzisz, J. Patock i in., Bënë ë buten, 1930 etc.), używana jeszcze w pierwszych latach nauczania języka kaszubskiego w szkole podstawowej na Głodnicy (od 1991) i ostatecznie zarzucona na rzecz zmodyfikowanej ortografii polskiej w 1996 r. Pewne formy pośrednie były wykorzystywane m. in. w piśmie Tatczëzna (1990-91) czy w książkach Jana Drzeżdżona (vide Twarz Smętka, 1993).

Jako że uznajemy 150-letni owoc pracy wielu pokoleń pisarzy i językoznawców (ortografię konsultowano ze slawistami wielkiego formatu jak prof. Kazimierz Nitsch, dr Friedrich Lorentz) za dalece lepszy, odpowiedniejszy dla języka kaszubskiego i bardziej profesjonalny od propozycji z 1996 r., postanawiamy wrócić na ścieżkę wytyczoną przez poprzednie pokolenia i nie tyle się cofnąć do dawnego punktu, co rozwinąć tę ideę i iść z nią dalej. Dlatego używana przez nas ortografia nie jest bezkrytycznym odwzorowaniem ortografii klasycznej, lecz jej rozwinięciem – również z zaakceptowaniem korzystnych rozwiązań w pisowni z 1996 r.

Pisownia klasyczna, Bënë ë buten, 1930 r.

Bëło to przed vjici jak sto lat. Żił ve Vejrovje chcëvi ë popędlëvi szevc. Bjałka jevo muszëła dzeń ë noc robjic ë dostała za to – nabjité. Żądôł wod svojich môłëch dzeci, żebë so na chléb samë zarôbjałë. V młodim vjeku muszëłë bótë ë skorznje flekovac. Nji mogłë mu dosc narobjic, njerôz zabjerałë so njezręcznje do robotë ë tedë won je bjił (…)

Pisownia z 1996 r.

Bëło to przed wicy jak sto lat. Żił we Wejrowie chcëwi ë pòpãdlëwi szewc. Białka jegò mùszała dzéń ë noc robic ë dostała za to – nabité. Żądôł òd swòjich môłëch dzecy, żebë so na chléb same zarôbiałë. W młodim wiekù mùszałë bótë ë skòrznie flekòwac. Ni mògłë mù dosc narobic, nierôz zabiérałë so niezrãcznie do robòtë ë tedë òn je bił (…)

Klasiczni varianjt, 2018 r.

Bëło to przed vjicé jak sto lat. Żił ve Vejrovje chcëvi ë pòpãdlëvi szevc. Bjałka jewo/jegò mùszëła dzénj ë noc robjic ë dostała za to – nabjité. Żõdôł wod svòjich môłëch dzeci, że bë so na chléb samë zarôbjałë. V młodim vjekú mùszëłë bótë ë skòrznje flekòvac. Nji mògłë mù dosc narobjic, njerôz zabjérałë so njezrãcznje do robòtë ë tedë won je bjił (…)

Klawiatura i alfabet

Klawiatura, którą oddajemy Czytelnikowi do użytku, ma układ dobrze przyjętej i powszechnie używanej klawiatury kaszubsko-polskiej stworzonej przez Staniława Gepperta i udostępnionej na stronie Kaszubia.com. Została ona wzbogacona o dwie dodatkowe litery õÕ i úÚ. Klasiczni varianjt zupełnie nie używa natomiast liter ąĄ i ńŃ (które mimo to pozostały na klawiaturze ze względu na j. polski; można zatem pisać na niej w obu wariantach ortografii kaszubskiej jak i w języku polskim).

Dlaczego õÕ?

Przede wszystkim zapis musi być konsekwentny. Jeśli język ma dwie samogłoski nosowe, nie ma żadnego powodu, by jedną oznaczać za pomocą ogonka, a drugą za pomocą tyldy. W klasycznej pisowni używano od czasów Ceynowy, za językiem polskim, ogonków: ąĄ i ęĘ. Było to o tyle konieczne, że wybór znaków diakrytycznych był ograniczony najpopularniejszymi czcionkami, którymi dysponowały drukarnie, stąd najlepszym wyborem było używanie liter z alfabetów polskiego, francuskiego i niemieckiego. Z uwagi na to, że wymowa polska samogłosek nosowych nie pokrywa się z wymową kaszubską, zdecydowano się w 1996 roku na zastąpienie ęĘ literą ãà przy jednoczesnym pozostawieniu polskiego ąĄ. By wprowadzić konsekwencję, zastępujemy parę ãà , ąĄ parą ãÃ, õÕ, jak v bõdã, dõb, krõcã.

Litera õÕ etymologicznie i jakościowo jest nosowym ekwiwalentem óÓ i w IPA (International Phonetic Alphabet) oddaje następujące dźwięki:

[oN] jak w dõb /domp/, mõdri /mondri/, chcõ /xtsoŋ/
[u] odnosowione w wielu gwarach środkowokaszubskich między spółgłoskami, np.
dõb /dup/, mõdri /mudri/
[um] w wielu gwarach środkowokaszubskich w wygłosie, np.
majõ /majum/, chcõ /xtsum/

([oN] wymawia się jak /on/, /om/ lub /oŋ/, w zależności od otoczenia, w którym występuje, patrz: przykłady)

W Kaschubische Grammatik z 1919 r. dr F. Lorentz zaproponował zapisywanie samogłosek nosowych jako ąĄ, ǫǪ, co byłoby jeszcze odpowiedniejszym, po pierwsze z przyczyn lepszego zakorzenienia ogonków w ortograficznych tradycjach języków bałtosłowiańskich (polski, litewski, kaszubski), po drugie z przyczyny estetycznej – ogonek jako znak diakrytyczny u dołu litery odciążyłby „górę”, która ze względu na obfitość różnych samogłosek w kaszubszczyźnie cechuje się pokaźną ilością innych znaków diakrytycznych. Niestety ǫǪ nie jest powszechnie używana w dużych językach świata (choć występuje np. w zapisie języka staro-cerkiewno-słowiańskiego czy staronordyjskiego) i nie jest obsługiwana przez wiele dzisiejszych fontów, co czyni jej użycie niepraktycznym. Jesteśmy tu więc niejako ograniczeni w podobny sposób jak poprzednie generacje były ograniczone dostępnymi czcionkami zecerskimi.

Dlaczego úÚ?

úÚ [ʉ] jest refleksem dawnego długiego starokaszubskiego ū i fonemem, który po dziś dzień jest jakościowo inny od u [u] i ù [wʉ], które są refleksami dawnego krótkiego ŭ, podobnie jak to ma miejsce z parami a-ô, e-é, o-ó, ã-õ, por.: dac : chléb : chleba, wóz : woza, dõb : dãba. Różnica jest klarowna zwłaszcza w dialekcie północnym, por.

kúr /kʉr/ : kùra /kwʉra/ (kogut : koguta)
kúpji /kʉpji/ : kùpji /kwʉpji/ (kupi : kup)
vjekù /vjɛkwʉ/ : vjekú /vjɛkʉ/ (wieku dop. : wieku msc.)
lúd /lʉt/ : lëdë /lædə/ (lud : ludu)

Wymowa úÚ różni się w zależności od dialektu, najpowszechniejsze warianty wymowy to:

[ʉ] jak w klúcz /klʉtʃ/, únce /swʉntsɛ/, tú /tʉ/
[i] w niektórych gwarach centralnokaszubskich, np.
klúcz /klitʃ/, únjce /swiɲtsɛ/, Gdúnjsk /gdiɲsk/

Litera úÚ została zaproponowana już w 1911 r. przez dra Friedricha Lorentza w Zarysie ogólnej pisowni i składni pomorsko-kaszubskiej. W Słowniku gwar kaszubskich na tle kultury ludowej Bernarda Sychty i w Pomoranisches Wörterbuch Lorentza/Hinzego oddawana za pomocą .

Klawiatura do pobrania:

Kaszëbskò-pòlskô klúczplata (programjistóv) Klasicznô

Instalacja:

1. Rozpakuj plik csbclass.rar > folder csbclass > setup.exe
2. Ustawienia > Region i język > Polski > Opcje > Dodaj klawiaturę > Kaszëbskò-pòlskô (programjistóv) Klasicznô
3. Używaj. 🙂

Kartka okolicznościowa v klasicznim variance firmy Vejle jo

Fragment książki Môłi princ, tłum. Macéj Banjdur (2018)

Bogu świeczka, diabłu ogarek, a Kaszubom woda z mózgu

Do postawienia tezy zawartej w tytule tego artykułu skłoniła mnie obserwacja zachowań znacznej części liderów życia społeczno-politycznego na Kaszubach, aktywistów stowarzyszeń mieniących się organizacjami reprezentującymi Kaszubów, samorządowców, księży, polityków. Wszyscy, których mam na myśli, wybrani do szczególnej roli w naszej wspólnocie kaszubskiej, zdają się zupełnie nie rozumieć potrzeby stawiania na pierwszym miejscu interesu społeczności, z której sami się wywodzą. Więcej niż ten interes, zajmuje ich służba partiom politycznym, ideologiom czy też mamonie. Ciężko pracują, żeby nie zrobić nic takiego, co nie spodobałoby się w Warszawie – nawet wtedy, gdy wypowiadają się krytycznie wobec poczynań jednej warszawskiej partii, puszczają jednocześnie przyjaźnie oko do polityków innej stołecznej koterii. Nie budują pomorskiej opcji, żadnej regionalnej siły politycznej czy nawet strategii, a Kaszubom – na nasze święta, zjazdy i ważne wydarzenia – przywożą w teczkach z Warszawy prominentnych polityków, by wtórować im w skandowaniu hasła „Nie ma Kaszub bez Polonii, a bez Kaszub Polski”, jak to miało miejsce na tegorocznym Zjeździe Kaszubów, gdzie obok Prezydenta RP związanego z jednym ugrupowaniem pojawił się także były premier i europoseł reprezentujący inną partię. Wilk syty, owca cała, dla Kaszubów korzyść cała… czy rzeczywiście?

Ideologizacja życia kaszubskiego w duchu przywołanych w poprzednim akapicie słów Hieronima Jarosza Derdowskiego, przybrała na sile szczególnie w 2018 r., gdy dość nierozważnie środowiska kaszubsko-pomorskie przyłączyły się do warszawskiej formuły opowieści o 100-leciu niepodległości Polski. Nawet jeśli wcześniej próbowały przygotować przekaz historyczny oparty o doświadczenia rodzimej inteligencji młodokaszubskiej, aktywnie i na różne sposoby włączającej się w latach 1918-1920 w urządzanie nowego porządku w Europie po I wojnie światowej, to nie mogąc przebić się z nim przez narrację ogólnopolską, a także dla uspokojenia wewnętrznych konfliktów w mocno niejednolitych strukturach organizacyjnych podlegających wpływom kościelno-polsko-narodowym, wywiesiły białą flagę i zupełnie nieodpowiedzialnie zaczęły dodawać logo warszawskich obchodów niepodległości do tak ważnych dla kaszubskiej tożsamości wydarzeń, jak Zjazd Kaszubów, Łodziowa Pielgrzymka Rybaków czy wiele innych.

fot. Redakcëjô, Zjazd Kaszubów 2018

Przez takie działania zakłamuje się historię, niszczy własną tożsamość i kulturę, a w efekcie doprowadzić można także do unicestwienia języka kaszubskiego, który jest podobno największą świętością dla wszystkich aktywistów kaszubskich. Podobno… Z mojego punktu widzenia, jeśli za duchowego przewodnika bierze się autora poematu „Ò Panu Czorlińsczim co do Pùcka pò sécë jachôł”, który przez całe życie pozostawał pod wpływem środowisk zwalczających jakiekolwiek przejawy odrodzenia narodowego Kaszubów i nie dostrzegał różnic w byciu Kaszubą i Polakiem oraz przekonany był o gwarowym statusie kaszubszczyzny wobec polszczyzny, jest się na dobrej drodze do przyłożenia ręki do pogrzebania naszej wielowiekowej autonomii strażników dziedzictwa pomorskiego, nadbałtyckiego, europejskiego.

Gdy w połowie XIX w. rozpoczynał się proces emancypacji Kaszubów i doszło do wystąpienia Floriana Ceynowy jako rzecznika kaszubskiej świadomości narodowej, początkowy protest przeciwko konsolidacji politycznej i asymilacji kulturowej wymuszonej przez państwo pruskie, z czasem stał się postawą skierowaną także przeciwko próbom asymilacji Kaszubów do kultury polskiej. Celem był ochrona i rozwój własnej tożsamości kulturowej. Dopiero czas pokazał, jak ważna była inicjatywa doktora ze Sławoszyna, który dał początek procesowi przekazywania wiedzy kulturowej i mobilizowania Kaszubów do aktywności etnicznej – od tej poznawczej, po stricte polityczną. Niestety, ani poprzednie pokolenia, ani nasze nie potrafiły i nie potrafią dostatecznie korzystać z myśli ojca „sprawy kaszubskiej”. Wcześniej niemoc ta miała związek z trwającą przez dziesięciolecia konfrontacją niemiecko-polską na Pomorzu, gdzie obie nacje uważały emancypacyjne dążenia Kaszubów za zagrożenie dla własnych interesów narodowych. W XXI wieku taka sytuacja nie ma miejsca. Państwo Polskie, Europa i świat uznają odrębność Kaszubów. Niezadowalający jest oczywiście nasz status prawny w Polsce i traktowanie nas jako grupy językowej, a nie narodu, co jednak nie przeczy słowom o uznawaniu naszej odrębności.

Największy kłopot z tą kaszubską autonomią zdajemy się mieć sami my, Kaszubi. Wolimy stawiać Bogu świeczkę, diabłu ogarek i mieć mętlik we własnej głowie, który powoduje, że nawet nie rozumiemy słów H.J. Derdowskiego o kaszubskości i polskości, bo wydaje nam się, że one świadczą o naszej podmiotowości w Polsce. Tymczasem ich sens jest taki, jak ten zawarty w słowach wypowiedzianych przez wykreowanego przez pisarza pana Czorlińsczégò: „A jô z dëszą i ze serca Pòlôch jem jak òni” oraz „czej le wiedno bãdzem dzałac rączo i wëtrwale,/ w kùńcu tak, jak we Warszawie, bãdzemë gôdalë”. Jednym z przykładów jak dalece daliśmy sobie zniewolić nasze umysły, niech będzie wybór tekstów do tegorocznego, czerwcowego egzaminu ze znajomości języka kaszubskiego na potrzeby nauczania w szkołach. Zdający nauczyciel (przyszły nauczyciel) miał szansę wybrać „jedynie słuszną opcję” i nie mógł określić Kaszubów inaczej, niż grupa kulturowo-etniczna w ramach narodu polskiego, ponieważ inna odpowiedź nie była nawet przewidziana.

Niewiele osób próbuje interpretować hasło „Nie ma Kaszub bez Polonii…” z uwzględnieniem warunków nam współczesnych. Być może to skłaniałoby do rozważań zmierzających w kierunku, jak bardzo Polacy (Polska) potrzebują dziś Kaszubów, a Kaszubi Polaków (Polski). Doszlibyśmy może nawet do wniosków o potrzebie innej organizacji państwa polegającej na zwiększeniu roli jego regionów i społeczności lokalnych. Byłyby to ważna dyskusja, ale nie uważam, byśmy mieli nadal patrzeć na nasz kaszubsko-narodowy interes tylko z tej jednej kaszubsko-polskiej perspektywy. Jesteśmy oczywiście obywatelami polskimi i żyjemy w większości w granicach Rzeczpospolitej Polskiej, ale jednocześnie jesteśmy narodem słowiańskim i regionem europejskim. Przyjęcie takiego punktu widzenia, daje szersze spojrzenie na naszą przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Gdy powiemy sobie: „Wiedno Kaszëbë – wiedno Kaszëbskô”, zupełnie innego znaczenia nabiorą dla nas wszelkie 100-lecia (niepodległości), 1050-lecia (chrztu Polski), 550-lecia (polskiego parlamentaryzmu). Ręczę, że wówczas uda nam się uspokoić umysł i zająć myśli sprawami pierwszorzędnymi dla rozwoju Pomorza i naszej własnej tożsamości kaszubskiej. Nagle okaże się też, że mamy dość własnych okazji do świętowania ich z dumą, jak na przykład: 997 (chrzest Gdańska), 1046 (pojawienie się Pomorza na kartach historycznych kronik), 1238 (pierwsza pisana wzmianka o Kaszubach), 1817 (urodziny Floriana Ceynowy), 1912 (powstanie Towarzystwa Młodokaszubów).

Hébel ò Zjezdze Kaszëbów: Òfiara ze se

Słowa prezydeńta Andrzeja Dudë ò naszi służbie Pòlsce pòtkałë sã z dobrim przëjãcym, bò lëdze pò prôwdze w to wierzą. Tak baro chcą wszëtczégò co pòlsczé brónic, że są w sztãdze tegò brónic nawet przed tim, co kaszëbsczé.

Przed Mszą Swiãtą na placu kòl kòscoła sw. Wawrzińca mie ùderził òbrôzk. Hewò bëniel w kòszulce zortu “pòlsczé patrijotné òbleczenié” stoji żdżącë za nôbòżéństwã. Kòl niegò białka w “kaszëbsczich ruchnach”. Prawie tak widzą nã dëbeltną juwernotã ti, co brawò bilë pò słowach głowë państwa. Kòszulka, jaką mòże założëc na co dzéń, mòże w ni robic, bawic sã, trenowac – pòkazywô zòbòwiązanié. Òbleczenié, jaczé je założoné rôz na jaczis czas na ùroczëstą Mszą – mô bëc prosto òbzdobą. Pòlôszë nama pòdzãkùją, że më tak snôżo wëzdrzimë.

To nie béł pòjedinczi òbrôzk. XX Zjôzd Kaszëbów to pierszi, jaczi jô pamiãtóm, w jaczim tëli bëło kòszulków ze zéwiszczama “Polska Walcząca” ë szlachùjącëch. Przë wlézenim do pilowóny przez armiã òchroniarzów i BÒRowików zonë dzéwczãta rozdôwałë pòlsczé staniczczi. Przikro bëło czëc słowa ò Pòlsce jakô mô bëc dlô naju wôżniészô jak Kaszëbskô. Przikro bëło wzérac, że lëdzóm taczi ùkłôd plażi. Jak jô sygóm pamiãcą do DJK w Bëtowie òrganizowónym krótkò przed Zjôzdã w tim gardze to so wdôrzóm, że pò himnie Zemia Rodnô chtos rozgòrzony wlôzł na binã i zaczął spiéwac Marsza Derdowsczégò. Nikògò to nie mierzëło, prosto bëłë òdspiéwóné dwie piesnie. Latos, jak òd czile lat to je w zwëkù – czëjemë téż dwa himnë. Mazurk Dąbrowsczégò i wëjimk pòématu Ò Panu Czôrlińsczim. Słowa aktualnégò przédnika Zrzeszeniô Édmùńda Witbrota z czasów welowny kampanie ò chãcë jednoczeniô brzëmią jak kòmùdny szpòrt.

fot. Adóm Hébel

To prezydencczé przemówienié równak nie bëło nôgòrszé. Bronisłôw Kòmòrowsczi we Wiôldżi Wsë dowalëł bezpòstrzédno nôrodny òpcje przez nazwanié ji “marginesã procesu renesansu kaszëbiznë”. Latos nôwëższi ùrzãdnik państwa gôdôł nawetka z ùwôżanim ò tim, że më sã ni mómë rozpłënioné w pòlsczi spòlëznie. Pózni równak sã òkôzało, że to niérozpłëniãcé pòlégô na òblékanim farwnëch ruchnów.

Kaszëbskò-Pòmòrsczé Zrzeszenié ju òd jaczégòs czasu mô straconé (jeżlë mòże gadac, że òglowò miało) mańdat reprezeńtowaniô wszëtczich Kaszëbów, czë òrganizacje chtërna reprezeńtëje naje geszeftë. Mô mòc przebicô, żebë rôczëc rôz jednégò, rôz drëdżégò prezydeńta, klaskac jednémù i drëdżémù tak samò głosno, le gwës nie je w sztãdze rëszec sërców naszińców do robòtë wkół wôrtnotów, jaczé są spòdlim najégò jistnieniô. Nié, zgruchniãcé lëdzy w jeden plac, dze je mùzyka i wòrzta, a wzbùdzywanié w nich wseczëców zrzeszonëch z wizytą wôżnégò człowieka to nie je rëszenié sërców.

fot. Macéj Banjdur

Jô wiém, że we wëszëznach ti òrganizacje òni czëtają taczé tekstë (chòc ten mój je pò kaszëbskù, tej mòże do niegò nie zazdrzą, bò to dlô nich mãczącé), le wiém téż, że nie mdze òdpòwiescë. Tak jak ni ma òdpòwiescë przez slédné lata fąkcjonowaniô ti òrganiazacje. Ni ma òdpòwiescë na to, czemù òni òdrzucywają nôbarżi kùlturoùtwórczą òpcjã rësznotë. Jima to nie wadzy, tak jak lëdzóm zéńdzonym pòd lëzyńską biną nie wadzy, że na wôłtarzu cëzëch wôrtnotów më kładzemë to co nasze i pò dniu spãdzonym w ruchnach we farwné kwiôtczi wrócą do kòszulków co przëbôcziwają ò pòlsczich òbrzészkach.

„Ortograf” na banerze Zjazdu Kaszubów to wcale nie najgorsze, co tam zobaczycie

Gdzie są nasze kaszubskie symbole, gdzie flaga, gdzie gryf? – pyta David Szulëst (Shulist), kanadyjski Kaszuba i prezes Wilno Heritage Society. – Smutno patrzyć na politykę zamieszaną w wydarzenie kulturalne.

Mowa o banerze informującym o XX Swiatowim Zjezdze Kaszëb(ó/ô)w, który odbędzie się już w sobotę w Luzinie. Uwagę przykuł błąd ortograficzny, który zauważył dziennikarz Radia Kaszëbë Adóm Hébel, o wpadce napisało też Radio Gdańsk, a językowy feler komentował Tomôsz Fópka, członek Rady Języka Kaszubskiego. Jednak David Shulist i paru innych Kaszubów zwracają uwagę na dużo ważniejszą sprawę:

fot. Adóm Hébel

Zasłużony działacz z Kanady zwraca uwagę na całkowity brak symboliki kaszubskiej na materiałach promujących Zjazd, nie ma tam ani kaszubskiej flagi, ani gryfa, jest za to polska flaga i godło II RP.

Polityka i kultura nigdy nie powinny się mieszać. Moi przodkowie z politycznego punktu widzenia byli pruskimi Niemcami i nie mieli z Polską nic wspólnego, więc to dla mnie nic nie znaczy. Ani niemieckie, ani polskie symbole nie powinny być obecne na naszym kaszubskim wydarzeniu. Cieszę się, że nie będzie mnie w tym roku na zjeździe – napisał gorzko David Szulëst, potomek kaszubskich emigrantów z Prus Zachodnich do Kanady, którzy wyemigrowali w 1858 r., a ich potomkowie do dziś zachowali tam swoją tożsamość i język. Szulëst i kanadyjscy Kaszubi od lat przylatują do Europy na Zjazdy Kaszubów.

To smutny dzień w kaszubskiej historii. (…) Skończcie z politykowaniem, to nas zabija – dodaje.

Zjazd Kaszubów od 1999 roku był organizowany na cześć zjednoczenia ziem etnicznie kaszubskich w jednym województwie jako uczczenie wysiłków działaczy i samorządowców w ruchu kaszubskim. W tym roku wydarzenie odbywa się jednak pod hasłem XX Światowy Zjazd Kaszubów w stulecie odzyskania niepodległości, a pytanie, które się nasuwa, brzmi: czy Kaszubi nawet te parę razy do roku nie potrafią skupić się na uczczeniu własnej kultury i własnych symboli? Wszak 100-lecie niepodległości RP jest świętem ogólnopaństwowym, celebrowanym cały rok, a Narodowe Święto Niepodległości ma swoją stałą datę 11. listopada.

Wygląda na to, że w tym roku Światowy Zjazd Kaszubów będzie mniej światowy niż w poprzednich latach.

10 Przykazań Dobrego Kaszuby

I. Dobry Kaszuba stara się jak najczyściej mówić po polsku i myśleć po polsku. Odrzuca balast, którym jest jego rodzima kultura, nie mówi po kaszubsku i nie wychowuje swoich dzieci po kaszubsku.

II. Dobry Kaszuba się nie buntuje i nie angażuje. Wie, że najważniejszy jest święty spokój. Milczy, gdy obraża się kulturę i mowę jego ojców. Dobry Kaszuba sam rozumie, że nie są to sprawy o istotnej wartości i trzeba o nich zapomnieć.

III. Dobry Kaszuba w trosce o skarb Państwa i samorządu kontestuje każdy wydatek na rozwój kaszubskiej kultury i tożsamości, choćby chodziło o parę metalowych tablic. Dobry Kaszuba wie, że to tylko fanaberie hobbystów i/lub polityków, którzy chcą coś na tym ugrać.

IV. Wszelkie rozterki na temat tożsamości etnicznej i narodowej za Dobrego Kaszubę rozwiązuje Państwo i Kościół. Urzędnik i ksiądz wiedzą lepiej, takie kwestie należy zostawić specjalistom.

V. Dobry Kaszuba wie, że prawdziwi Kaszubi żyją tylko w jego miejscowości, a wszyscy inni są farbowani i nie potrafią dobrze mówić po kaszubsku. Albo wprost przeciwnie, Dobry Kaszuba wie, że jego okolica to wcale nie są Kaszuby, bo te prawdziwe są gdzieś tam koło Kościerzyny/Kartuz/Pucka (do wyboru).

VI. Dobry Kaszuba nie jest zainteresowany i z pogardą patrzy na historię Kaszub i Pomorza. W zupełności wystarczy mu powzdychać do Kresów, Wilna i husarii.

VII. Dobry Kaszuba nie potrafi wymienić z tytułu ani jednej kaszubskiej książki, a z imienia ani jednego pomorskiego księcia.

VIII. Dobry Kaszuba, jeśli już musi mówić swoją regionalną mową, to pozostaje dumnym pół-analfabetą w tym narzeczu i nie odczuwa potrzeby, by umieć w nim czytać i pisać.

IX. Dobry Kaszuba jest niechętny kaszubskiej symbolice, no chyba że zarobkowo w wymiarze folklorystyczno-turystycznym i pod warunkiem, że pojawia się razem z symboliką polską w stosunku 1 do 3, żeby nikt nic złego nie powiedział.

X. Dobry Kaszuba patrzy ze spokojem i wzruszeniem ramion na wymieranie kultury i języka przodków. Tak będzie lepiej i prościej. Poza tym czym jest ta kultura wobec wielkiej kultury polskiej, jeśli nie jedynie dziejowym nieporozumieniem i fazą przejściową?

 

 

 

Photo: by Freepik.com

Najstarsza historia Szczecina z 1613 r. czeka na wydanie

Ten zabytek sięga jeszcze czasów Księstwa Pomorskiego i zawiera mnóstwo interesujących informacji o ówczesnej stolicy Księstwa i jej historii. Chodzi o Historische Beschreibung der Stadt Alten Stettin in Pommern (…), czyli Historyczny opis miasta Starego Szczecina na Pomorzu (…) Paula Friedeborna. Kwestię przetłumaczenia i wydania dzieła podniosła Alicja Kościelna, kustosz Archiwum Państwowego w Szczecinie. Pomysł został ciepło przyjęty przez część środowiska naukowego i przez Pomorzan zainteresowanych historią swoich ziem.

O tym, dlaczego warto o to tłumaczenie się starać, najlepiej napisała sama Alicja Kościelna:

1. Jest to najstarsza historia miasta. Friedeborn wydał ją w Szczecinie w 1613 roku. Autor pisząc swe dzieło, opierał się nie tylko na wcześniejszych opracowaniach historii Księstwa, ale przede wszystkim intensywnie wykorzystywał archiwum miejskie, do którego miał bezpośredni dostęp (w tym czasie pełnił urząd sekretarza miasta). Te części jego dzieła są szczególnie wartościowe, bowiem archiwum miasta Szczecina zaginęło w nieznanych okolicznościach w czasie lub wkrótce po zakończeniu II wojny światowej. Friedeborn był naocznym świadkiem wielu zdarzeń i opisywał je z dokładnością i zacięciem reportera.
2. Udostępnienie tekstu w języku polskim przyczyni się do popularyzacji wiedzy historycznej o Szczecinie, a jego naukowe, krytyczne opracowanie da czytelnikowi wgląd w stan badań nad historią Szczecina i dyskusje badaczy nad kontrowersyjnymi, z punktu wiedzenia nauki, fragmentami jego dziejów.
3. Stanie się impulsem do pogłębienia zainteresowań historią miasta jego współczesnych mieszkańców.
4. W przetłumaczonym dziele nauczyciele odnajdą atrakcyjne narzędzie wiedzy, łatwe do wykorzystania w pracy szkolnej.
5. Dla władz miasta dzieło Friedeborna może stanowić doskonały materiał promocyjny, zwłaszcza, że zakłada się jego wydanie bilingwistyczne.
6. Regionaliści i przewodnicy turystyczni uzyskają materiał pozwalający w jeszcze ciekawszy sposób opowiadać o różnych aspektach dziejów Szczecina. „Historyczny opis miasta Starego Szczecina na Pomorzu (…)” jest lekturą niezwykle zajmującą. Autor przedstawił w nim zarówno wielkie wydarzenia z przeszłości, chwalebne czyny mieszczan, skomplikowane czasami relacje z książętami, ale także wiele wydarzeń z życia codziennego. Sporo uwagi poświęcił zjawiskom budzącym zainteresowanie ówczesnego, ale także współczesnego czytelnika: rejestrował wydarzenia sensacyjne, zjawiska osobliwe, niepokojące, czy budzące grozę, skrupulatnie wymieniał anomalie pogodowe, opisywał niszczące skutki pożarów, ale też z dumą podkreślał żywotne siły miasta, dzięki którym za każdym razem dźwigało się z nieszczęść.
7. Możliwe będzie opracowanie szlaku turystycznego „wędrówek z Friedebornem” po miejscach opisywanych w Kronice.
8. Także spersonalizowanie dziejów miasta, bowiem Friedeborn wplótł w swoją wielką opowieść o Szczecinie dzieje zwykłych ludzi, takich, o których Wielka Historia milczy.
9. Tłumaczenie dzieł dawnych Pomorzan to dialog teraźniejszości z przeszłością. Bez tego dialogu nie można budować pomorskiej tożsamości.
10. Badanie, wydawanie i tłumaczenie dzieł pomorskiej historiografii postulował już w 1947 r. profesor Gerard Labuda. W następnych latach wielokrotnie mówili o tym profesorowie Henryk Lesiński, Edward Rymar, Tadeusz Białecki.
11. Wzorem zamierzonej edycji działa Paula Friedeborna jest pomnikowe wydanie „Pomeranii” Thomasa Kantzowa w tłumaczeniu Krzysztofa Gołdy i naukowym opracowaniu profesorów Tadeusza Białeckiego i Edwarda Rymara.

Fot. Dôvjid Mjiklosz

Projekt tego tłumaczenia Alicja Kościelna zgłosiła jako propozycję do Szczecińskiego Budżetu Obywatelskiego. Ze względów proceduralnych wniosek został odrzucony, ale ziarno na szczęście zostało zasiane. 18 czerwca br. w siedzibie Archiwum Państwowego w Szczecinie odbyło się spotkanie, które miało na celu przybliżyć zainteresowanym ideę przetłumaczenia i wydania. Wydarzenie cieszyło się sporym zainteresowaniem, dodatkowo uświetnili je swoją obecnością profesorowie Tadeusz Białecki oraz Edward Rymar, odpowiedzialni za pierwsze wydanie Pomeranii Thomasa Kantzowa. Wprowadzenie oraz omówienie idei, dzieła, a także postaci autora pokrótce przedstawił kierownik oddziału materiałów archiwalnych wytworzonych do 1945 r. – dr hab. Paweł Gut. Samo spotkanie nie tyle miało na celu przekonać kogokolwiek do sensowności takiej pracy, na sali bowiem przekonywać nikogo nie było potrzeby, a raczej przedstawić bardzo szerokie plany związane z publikacją oraz znaleźć sposób na sfinansowanie ambitnych zamierzeń. Rzecz bowiem wymaga pracy kilku zespołów, nie tylko translatorskich, ale i historycznych. Do pełnego obrazu dzieła Friedeborna potrzebne są poszerzone badania dotyczące jego biografii, co za tym idzie skrupulatnej kwerendy archiwów nie tylko w Szczecinie, ale także m.in. w Berlinie i Greifswaldzie, a także w Szwecji (był bowiem Friedeborn w trudnych chwilach końca istnienia niepodległego Pomorza zwolennikiem stronnictwa szwedzkiego, mając wybór między Szwecją a Brandenburgią). Paul Friedeborn był mistrzem słowa, jak określiła to Alicja Kościelna, na języku niemieckim grał jak wirtuoz na instrumencie, stąd również potrzeba zapewnienia Historycznemu opisowi… odpowiedniej wirtuozerii również w polszczyźnie, a co za tym idzie potrzebne będzie w projekcie wsparcie literackie. Takie kompleksowe podejście do przekładu wymaga nakładów. Rzeczą względną jest ocena, czy kwota podana we wstępnej wycenie (ok. 185 tys. zł) jest rzeczywiście aż tak duża. W obliczu korzyści jakie wydanie dzieła Friedeborna może przynieść dla tożsamości Pomorzan w ogóle i dla samych szczecinian, kwota ta nie powinna się wydawać niemożliwa do pozyskania. Zresztą z ust przedstawicieli miasta oraz Euroregionu Pomerania obecnych na spotkaniu padły pewne konkretne pomysły, które z nadzieją pozwalają myśleć o dalszych losach przedsięwzięcia.

Kim był Paul Friedeborn? Urodził się w roku 1572 w Szczecinie i również w Szczecinie zmarł, zmarł w wielce dramatycznym i symbolicznym roku 1637, czyli w roku śmierci ostatniego Gryfity, Bogusława XIV. Friedeborn pełnił szereg ważnych funkcji publicznych w mieście, był sekretarzem rady miejskiej, był członkiem rady książęcej oraz królewsko-szwedzkiej. Od roku 1630 do 1637 był burmistrzem Szczecina. W roku 1613 opublikował Historische Beschreibung der Stadt Alten Stettin in Pommern (…), a w 1624 w języku łacińskim Topograficzno-historyczny opis miasta Szczecina, zaopatrzony w rycinę (Descriptio urbis Stetinensis, topographica, historica, cum icone).

Jeśli wydanie dzieła Paula Friedeborna dojdzie do skutku, a widząc z jaką determinacją i pasją podchodzą do sprawy pomysłodawcy pełen jestem wiary w sukces, w kolejce czeka wiele jeszcze dzieł pomorskich dziejopisarzy, m.in. Pomerania Jana Bugenhagena czy choćby Daniela Cramera historia kościoła na Pomorzu, pt. Das Grosse Pomrische Kirchen Chronicon.

„Naja szkòła”: dwujęzyczne szkoły to przyszłość dla naszego języka i tożsamości

Z założycielem pierwszej dwujęzycznej kaszubsko-polskiej szkoły podstawowej Arturem Jablonscjim rozmawiała Sara Mičkec, redaktorka miesięcznika Rozhlad. Wywiad był opublikowany po serbołużycku w numerze 05/2018.

SM: Od roku szkolnego 2017/2018 w Wejherowie na Kaszubach istnieje prywatna szkoła „Naja Szkòła“. Jest to pierwsza dwujęzyczna polsko-kaszubska szkoła. Co była motywacja jej założenia?

AJ: Na decyzję o założeniu dwujęzycznej polsko-kaszubskiej szkoły podstawowej miały wpływ dwie rzeczy. Po pierwsze, wraz z moją żoną Anną jesteśmy rodzicami 11-letniego chłopca, którego od urodzenia wychowujemy w dwujęzyczności. Érik nie odnajdywał się w szkole, do której chodził wcześniej, gdyż jego rówieśnicy nie rozumieli kontekstów kulturowych, w jakich wychowujemy naszego syna. Czuliśmy więc potrzebę stworzenia szkoły, w jakiej nasze dziecko odnajdzie klucz do własnego, kaszubskiego domu. Jednocześnie obserwowaliśmy już od dłuższego czasu, że model nauczania języka kaszubskiego w szkołach publicznych (samorządowych / państwowych) w niewystarczającym stopniu przyczynia się do rozwoju języka i tożsamości Kaszubów. Moim zdaniem szkoła publiczna kształci Polaków z bierną znajomością języka kaszubskiego, gdy tymczasem naszej społeczności potrzeba szkół, które będą kształciły świadomych Kaszubów w sensie etnicznym i równocześnie Polaków w sensie obywatelskim (państwowym). Ostatecznym bodźcem do podjęcia działań w kierunku uruchomienia własnej, dwujęzycznej placówki edukacyjnej była współpraca Stowarzyszenia Osób Narodowości Kaszubskiej „Kaszëbskô Jednota”, do którego oboje z żoną należymy, z baskijską szkołą o nazwie Baztan Ikastola w prowincji Navarra w Hiszpanii, która nawiązana została w 2015 roku.

Fot: Naja Szkòła

SM:
Istnieją inne kaszubskie szkoły?

AJ: W formule dwujęzycznej jest to pierwsza taka szkoła na Kaszubach. Jednak samo nauczanie w szkołach języka kaszubskiego rozpoczęło się w roku 1991 od wiejskiej szkoły podstawowej w Głodnicë (pol. Głodnicy) oraz w Liceum Ogólnokształcącego w miasteczku o nazwie Brusë (pol. Brusy). Potem dołączyły kolejne szkoły. Nie było na nie pieniędzy z budżetu państwa, ale utrzymywały je lokalne samorządy. Dopiero w 2005 r., gdy przyjęto w Polsce „Ustawę o mniejszościach narodowych i etnicznych oraz o języku regionalnym”, w której za jedyny język regionalny w Polsce uznano język kaszubski, nauczanie kaszubskiego zaczęło być dotowane przez państwo. Od tego czasu zaczęto nauczać języka kaszubskiego w bardzo wielu szkołach na Kaszubach, wprowadzono możliwość wyboru naszego języka na egzaminie maturalnym, a od 2015 r. istnieje kierunek Etnofilologia Kaszubska na Uniwersytecie Gdańskim.

SM: Jak jest język kaszubski włączony do edukacji szkolnej na Kaszubach?

AJ: Prawo w Polsce pozwala Kaszubom, a także innym mniejszościom, które wymienione są we wspomnianej już Ustawie o mniejszościach, na prowadzenie trzech typów szkół. Pierwszy typ zakłada, że język kaszubski jest nauczany dobrowolnie, jako przedmiot dodatkowy w wymiarze 3 godzin tygodniowo, który dyrektor szkoły musi wprowadzić, gdy minimum 7 rodziców złoży na piśmie taki wniosek. Drugi typ to szkoła dwujęzyczna, w której język kaszubski jest obowiązkowo nauczany na 5 godzinach tygodniowo, symetrycznie do języka polskiego, a ponadto w języku kaszubskim prowadzone są jeszcze 4 inne przedmioty w szkole. Trzeci typ to szkoły, w których nauczanie odbywa się tylko po kaszubsku (w języku mniejszości), a jedynie język polski i historia polski nauczane są w języku polskim. Własnej historii Kaszubi mogą uczyć przez 30 godzin na przestrzeni całej edukacji w szkole podstawowej i kolejnych 30 godzin w całej szkole średniej. W praktyce funkcjonował do tej pory tylko pierwszy typ szkoły.

SM: Jak wygląda „dwujęzyczność” szkoły? Kiedy jest używany język polski, kiedy kaszubski? Czy dzieci, którzy uczęszczają do szkoły, nauczyły się języka kaszubskiego jako języka ojczystego w domu czy mogą nauczyć się go w szkole?

AJ: Odpowiadając na te wszystkie pytania, należy zacząć od tego, że kondycja języka kaszubskiego jest bardzo zła. Władze Polski Ludowej zrobiły wiele, by zniszczyć język i kulturę Kaszubów. Dzieci kaszubskie były w polskich szkołach bite i szykanowane za używanie swojego ojczystego języka. Z tego powodu w latach 70. XX wieku został przerwany językowy przekaz pokoleniowy w rodzinach kaszubskich. Mając na uwadze dobro i zdrowie psychiczne własnych dzieci, rodzice przestali mówić do nich po kaszubsku. Zdążyły wyrosnąć już dwa pokolenia Kaszubów, które z językiem kaszubskim zetknęły się w domu w znikomym stopniu. Nie mieli go także w szkole. Również dzieci, które do nas przychodzą, w większości nie znają kaszubskiego. W większości pochodzą z rodzin kaszubskich, choć kilkoro uczniów nie ma nawet kaszubskich korzeni. Nauczanie dwujęzyczne realizowane jest w zakresie obowiązkowych zajęć edukacyjnych, ale z powodów opisanych wcześniej, to nauczyciele określają zakres treści edukacji wczesnoszkolnej przekazywanych w języku kaszubskim. Stosują także zasadę posługiwania się językiem kaszubskim w codziennych sytuacjach, podczas przerw, rozmów swobodnych z dziećmi, zabaw, itp. W klasach IV-VIII Naja Szkòła zapewnia prowadzenie 4 zajęć metodą dwujęzyczności spośród takich przedmiotów jak: przyroda, biologia, geografia, chemia, fizyka, matematyka, historia, informatyka, plastyka, technika, wychowanie fizyczne.

SM: Czy wszyscy pracownicy szkoły mówią po kaszubsku? Jest jakieś szkolne polecenie, który ma być język potoczny/powszechnie używany w szkole?

AJ: Wszyscy pracownicy szkoły znają język kaszubski, ale nie wszyscy mówią po kaszubsku. Posługuje się nim na co dzień około 1/3 z nich. Nie byłoby więc prawdziwe twierdzenie, że kaszubski jest w chwili obecnej powszechnie używany w szkole. W około 70% sytuacji przeważa język polski, a kaszubski używany jest w 30%. Naszym celem jest osiągnięcie symetryczności, ale na to potrzeba jeszcze kilku lat wytężonej pracy zarówno z dziećmi, jak też nauczycielami.

SM: Czy historia i kultura Kaszub na zajęciach są traktowane inaczej niż w szkołach państwowych?

AJ: Tak. Staramy się na każdych zajęciach dawać uczniom kontekst kaszubski. Nawiązujemy do naszej kultury, tradycji, historii i zalecamy nauczycielom, by był to punkt wyjścia do niemal każdych zajęć. Oprócz tego, że „Naja szkoła” zajęcia prowadzi po kaszubsku, rzucają się w oczy różne inne szczegóły, tak jak: edukacja cyfrowo-medialna, nacisk na indywidualne ocenianie kształtujące, brak prac domowych. Począwszy od klasy pierwszej, uczniowie objęci są poszerzonym zakresem nauki języka kaszubskiego oraz języka angielskiego. Szkoła oferuje także dla klasy czwartej obowiązkowe koło z języka niemieckiego, a w przyszłości zamierza wprowadzić także język niemiecki jako przedmiot obowiązkowy. Podczas wszystkich zajęć uczniowie wykorzystują komputery Chromebook. Do dyspozycji mają szkolną sieć komputerową do wyszukiwania potrzebnych informacji i zasobów edukacyjnych. Pracują w środowisku wirtualnym – platformie edukacyjnej Google Classroom oraz chmurze GSuite. Kładziemy też nacisk na naukę praktycznych kompetencji przydatnych w codziennych kontaktach z mediami, gdyż taki jest współczesny świat. Staramy się realizować to we wszystkich klasach między innymi w ramach edukacji polonistycznej, społecznej, historycznej, plastycznej i zajęć komputerowych. Chcemy, by wychowankowie Naji Szkòłë posiedli kompetencje XXI wieku, takie jak kreatywność, myślenie krytyczne, współpraca w grupie, przywództwo, zarządzanie informacją, rozumienie mediów, mądre korzystanie z technologii.

SM: Czy uczniowie są podzieleni na klasy? Ile uczniów jest w jednej klasie? Jak wygląda ocenianie? Czy są oceny od 1 do 6?

AJ: Dzieci uczą się w maksymalnie 15-osobowych klasach, ale staramy się dla każdego z uczniów realizować indywidualny program nauczania. Łączymy dwa systemy oceniania, ten tradycyjny z ocenami od 1 do 6, ale przede wszystkim ważna jest dla nas informacja zwrotna, która skuteczniej niż stopnie motywuje ucznia do nauki, nauczycielowi zaś pomaga ustalić, na czym należy się skupić podczas kolejnych lekcji. Nauczyciel traktuje uczniów indywidualnie, obserwując, jak zdobywają wiedzę i dając konkretne wskazówki do dalszej pracy. Zawsze wyjaśnia, jakie są cele uczenia się i kryteria sukcesu. Stara się angażować uczniów w ich proces edukacyjny. Uczniowie wymieniają się wiedzą, ucząc się od siebie nawzajem.

Fot: Naja Szkòła

SM: Jak Państwo znaleźli nauczycieli? Czy mają oni specjalne kształcenie?

AJ: Kilkoro nauczycieli, którzy zaczęli z nami ten projekt, było członkami stowarzyszenia Kaszëbskô Jednota. Pozostali przeszli procedurę naboru. Jednym z kryteriów była znajomość języka kaszubskiego poświadczona studiami bądź specjalistycznym egzaminem. Uprawnienia do nauczania kaszubskiego można w Polsce zdobyć na dwa sposoby: albo ukończy się podyplomowe studia trwające 1,5 roku, albo zda się egzamin przed specjalną komisją.

SM: Jak wielka jest szkoła obecnie? Ile ma klas, ilu uczniów i nauczycieli?

AJ: W szkole uczy się obecnie 32 uczniów w klasach 0, 1, 3 i 4. Docelowo szkoła będzie kształcić w oddziałach od 0 do 8. W tej chwili zatrudniamy 3 nauczycieli na etacie i 10 na umowie o zlecenie, czyli na konkretne godziny wynikające z liczby przedmiotów wymaganych w podstawie programowej Ministerstwa Edukacji.

SM: Ile ma szkoła roczników/klas i gdzie się uczniowie po szkole podstawowej dalej uczą?

AJ: Na to pytanie mogę odpowiedzieć za trzy lata. Jednak niewykluczone, że stworzymy naszym uczniom możliwość kształcenia się w kaszubskim liceum. Myślimy o tym.

SM: Pan jest właścicielem szkoły i angażował się Pan w jej powstanie. Czym się pan zajmuje zawodowo i skąd Pan czerpał inspiracje?

AJ: Jestem Kaszubą. Mój ojciec był Polakiem, który osiadł na Pomorzu w latach 60. XX wieku i przyjął w dużej mierze kulturę mojej kaszubskiej matki. Od niej poznałem język kaszubski. Jako nastolatek zacząłem interesować się historią i literaturą kaszubską. Na studiach historii w Gdańsku, które rozpocząłem w 1989, który był rokiem demokratycznych przemian w Polsce, poznałem ludzi podobnie jak ja szukających swoich korzeni. Razem założyliśmy w 1990 r. studenckie pismo „Tatczëzna” (pol. Ojczyzna). To był też czas, gdy otworzyła się możliwość realizacji kaszubskiego programu w gdańskim oddziale telewizji polskiej i w Polskim Radiu Gdańsk. Włączyłem się w te projekty. Zostałem dziennikarzem. Potem, w 1999 r. postanowiłem spróbować swoich sił w lokalnej polityce. Przez 10 lat byłem Starostą w Pucku. W chwilach wolnych nadal pasjonowały mnie media. W 2002 roku zostałem na krótko społecznym redaktorem naczelnym miesięcznika „Pomerania”, a w 2004 roku założyłem Radio Kaszëbë, którym kieruję do dziś. Od 2010 do 2012 roku kierowałem także telewizją satelitarną CSBTV (CassubiaTV), którą współtworzyłem wraz z 2 wspólnikami. Przez 6 lat byłem prezesem Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego, a w 2011 roku współzałożycielem Stowarzyszenia Osób Narodowości Kaszubskiej „Kaszëbskô Jednota”, w którym jestem wiceprezesem. Skąd miałem inspirację do założenia szkoły? Tak jak o tym wspominałem: doświadczenia rodzica, znajomość sytuacji innych mniejszości narodowych w Europie, troska o własny język i kulturę.

Artur Jablonscji

SM: Kto oprócz pana angażował się w założenie szkoły?

AJ: W założenie szkoły angażowała się przede wszystkim moja żona Anna oraz koledzy z Kaszëbsczi Jednotë, a przede wszystkim prezes tego stowarzyszenia Karól Róda. Wspierał nas Andrzej Gredecki, doświadczony pedagog, długoletni dyrektor szkół publicznych w Wejherowie. Olbrzymią rolę odegrała także w tym projekcie Baskijka Maialen Sobrino Lopez, którą poznałem w 2014 r. i która zaangażowała mnie i stowarzyszenie Kaszëbskô Jednota w projekt Txikian Handi (Małe jest wielkie), dzięki czemu dowiedziałem się jak funkcjonują baskijskie Ikastole. Po kilkugodzinnym pobycie wśród baskijskich dzieci, mój syn Érik zapytał: – Dlaczego my nie mamy takiej szkoły? To wystarczyło, by zacząć działać. W marcu 2017 r. wynająłem obiekt w Wejherowie, to był dawniej sklep meblowy, zaadaptowałem go na szkołę, która została otwarta 2 września 2017 r. Ważne było dla mnie wsparcie kilku znajomych rodziców, kaszubskich aktywistów, takich jak Dariusz Majkowski, ówczesny redaktor naczelny miesięcznika „Pomerania”.

SM: Jak inicjatorzy werbowali uczniów?

AJ: Z tym związany jest wybór miejsca na pierwszą dwujęzyczną szkołę. Wejherowo jest 50 tysięcznym miastem, o dużych tradycjach kaszubskich, które otaczają inne duże miejscowości. W sumie to taka kaszubska „aglomeracja” licząca około 100 tysięcy mieszkańców. Wyszliśmy do nich z plakatami, ulotkami, reklamą w Radiu Kaszëbë. W niedziele organizowaliśmy akcje informacyjne pod kościołami. Trwało to na przestrzeni dwóch miesięcy – lipca i sierpnia 2017 r. Efekt był taki, że we wrześniu rozpoczęło u nas naukę 22 uczniów, a w ciągu miesiąca dołączyło jeszcze 10.

SM: Jak szkoła jest finansowana?

AJ: W okresie od początku września do końca grudnia 2017 r. finansowałem szkołę z własnych pieniędzy pochodzących głównie z działalności prowadzonej w ramach Radia Kaszëbë. Od stycznia 2018 r. szkoła otrzymuje dotacje z budżetu państwa polskiego poprzez Urząd Miasta Wejherowa. Jest to równowartość 300 euro na ucznia miesięcznie.

SM: Czy czesne mają wpływ na to, kto swoje dzieci posyła do szkoły?

AJ: W roku szkolnym 2017/2018 w Naji Szkòli nie płaci się czesnego. Chciałem w ten sposób zachęcić rodziców do tego nowego projektu. Od następnego roku szkolnego będzie wprowadzone czesne w wysokości 400 zł od dziecka. To jest konkurencyjna cena w stosunku do innych szkół prywatnych w okolicy.

SM: Jak brzmi krytyka, którą inicjatorzy szkoły mogą słyszeć i jak ją traktują?

AJ: Na ten moment nie ma poważnej krytyki naszego projektu. Wyczuwamy natomiast postawę wyczekiwania u wielu osób, które nas obserwują. Żeby nie popełniać błędów współpracujemy z doświadczoną pedagog Adelą Kożyczkowską z Instytutu Pedagogiki Uniwersytetu Gdańskiego oraz Renatą Mistarz, ekspertką z Centrum Edukacji Nauczycieli w Gdańsku. Każdą poważną krytykę, jeśli się pojawi, potraktujemy bardzo serio i postaramy się natychmiast na nią reagować pozytywnymi zmianami w naszym projekcie, ale przede wszystkim będziemy się trzymać założenia dwujęzyczności, czyli również symetryczności między kulturą kaszubską i polską.

SM: Patrząc na doświadczenia podczas przygotowań i założenia szkoły: czy zrobiłby Pan coś inaczej z dzisiejszego punktu widzenia?

AJ: Nie żałuję niczego, co zainwestowałem w ten projekt, bowiem wierzę, że jest to doświadczenie, które może wiele dobrego przynieść naszej kaszubskiej kulturze.

SM: Czego Pan by sobie życzył względem przyszłości szkoły i edukacji na Kaszubach?

AJ: Chciałbym, żeby z mojego doświadczenia czerpali inni: osoby prywatne, stowarzyszenia, kaszubskie samorządy. Zależy mi na stworzeniu możliwości wyboru pomiędzy szkołami pierwszego typu z językiem kaszubskim jako przedmiotem dodatkowym, a szkołami dwujęzycznymi polsko-kaszubskimi. Marzę o tym, by nauczanie języka kaszubskiego oraz własnej historii i kultury we wszystkich szkołach na Kaszubach było obowiązkowe. Uważam także, że odpowiedzialnym za podstawę programową w szkołach na Kaszubach należy uczynić regionalny samorząd województwa, a nie państwowe Ministerstwo Edukacji jak jest to w tej chwili. Przy takim rozwiązaniu na przykład każda placówka oświatowa w województwie pomorskim nauczałaby treści związanych z danym regionem w 40%, a w 60% program taki musiałby spełniać wymogi państwowe. Ponadto samorządy wszystkich szczebli oraz organizacje pozarządowe powinny już teraz zacząć wspierać otwieranie szkół imersyjnych, w których edukacja kaszubska byłaby prowadzona poprzez „zanurzenie” w języku i kulturze, czyli takie, w których od pierwszego do ostatniego dzwonka język kaszubski nie umilknie na żadnej lekcji, ani na przerwie.

Etnolekt mazurski – czy kodyfikacja jest wykonalna? Burza (póki co jednego) mózgu.

Czy kodyfikacja mowy mazurskiej jest mission impossible? Czy jest swego rodzaju węzłem gordyjskim, ale z tą różnicą, że jego radykalne przecięcie rozminie się z celem? Często zadaję sobie to pytanie i nie mogę znaleźć jednoznacznej odpowiedzi. Mimo to nieustannie próbuję analizować zastane źródła, by cokolwiek z mowy Mazurów mogło przetrwać dla potomnych.

Kodyfikacją etnolektów mniejszościowych, lokalnych języków, często zagrożonych wymarciem, zajmowano się już praktycznie na wszystkich kontynentach świata. Od czasu do czasu słyszymy o spektakularnych próbach rewitalizacji rdzennych amerykańskich czy australijskich języków. Znany w Polsce jest też przykład niewielkiego języka wilamowskiego (proces rewitalizacji rozpoczęty przez Tymka Króla) – który decyzją parlamentu mógłby (choć pewnie nie będzie) zostać wpisany, obok języka kaszubskiego, do krótkiej listy języków regionalnych. Świetnie i skutecznie kodyfikację przeszedł ”dialekt literacki” – kurpiowski (nota bene ogromny szacunek za tak dyplomatyczne sformułowanie).

Sytuacja mazurskiego jest jednak na tyle rzadka, że zasługuje w mojej opinii na oddzielną analizę, której zaczynem może być niniejszy artykuł. Dodajmy do siebie wszystkie składowe, a zobaczymy, co można z tym zrobić, o ile cokolwiek można. Przed rozpoczęciem analizy pragnę także dodać, że temat został mi niejako podrzucony poprzez artykuł dr hab. Henryka Jaroszewicza o możliwości i konieczności kodyfikacji etnolektu śląskiego.

Szczerze mówiąc, nieco zazdroszczę innym grupom językowym, które często spełniają o wiele więcej warunków udanej kodyfikacji. Te czynniki, idąc tropem dr Jaroszewicza, ale też dorzucając swoje 3 grosze, można wymienić następująco:

  1. Aktualna liczba użytkowników danej mowy – nie ukrywajmy, czasami ilość bywa ważniejsza niż jakość. Rewitalizacja języka za sprawą jej kodyfikacji ma o wiele większe szanse na sukces, jeśli zwyczajnie jest do kogo z takim projektem się udać. Można nie tylko zbadać stan danej mowy w momencie kodyfikacji, ale też do tejże kodyfikacji użytkowników przekonywać. Ilu ludzi mówi po mazursku? Kilkadziesiąt osób na Syberii, kolejne kilkadziesiąt w Polsce, potencjalnie kilkadziesiąt-kilkaset w Niemczech. Stan tej mazurszczyzny nie zawsze jednak odzwierciedla dobry stan mazurskiego sprzed 50-100 lat.
  2. Potencjalna liczba użytkowników (baza ludnościowa) – liczba osób, które co prawda danej mowy nie znają, ale byliby w stanie identyfikować się z ludem, który taką mową niegdyś się posługiwał. W przypadku Mazur, w zależności od ostrości podejścia – od 2 do 15 tysięcy osób w Polsce, natomiast nie bardzo wierzę w możliwość masowego przywrócenia mazurskiego poza obszarem regionu – głównie w związku z naturalnymi procesami asymilacyjnymi i wielopokoleniowym oderwaniem od ojczystej ziemi. Potomków Mazurów w Niemczech jest szacunkowo około pół miliona, dlatego też mimo wszystko nie wolno zignorować tej bazy, nawet gdyby rewitalizacja miała przekonać tam znikomy promil, w sytuacji mazurskiego byłby to niemały progres. Trudnością wiodącą są niestety różnice językowe – rodzimy użytkownik polszczyzny pochodzenia mazurskiego o wiele prędzej nauczy się mowy przodków niż rodzimy użytkownik niemieckiego – głównie dlatego, że mazurski w swej strukturze jest słowiański, mimo rozlicznych wpływów germańskich, nie tylko leksykalnych, ale też i gramatycznych.
  3. Wzajemna spójność geograficzna i językowa gwar kodyfikowanego obszaru. W mojej opinii jeden z najważniejszych czynników, nawet ważniejszy od dwóch powyższych. Im bardziej wewnętrznie zróżnicowana jest mowa, tym więcej rodzi się wątpliwości związanych z faworyzowaniem danej gwary jako podstawy literackiej czy też na temat stopnia włączania gwar ościennych, ich słownictwa czy cech gramatycznych. Jednocześnie rodzi się pytanie o to, jak bardzo liberalne powinno być podejście – ile synonimów, ile opcjonalnych, ale akceptowanych zachowań użytkowników. W przypadku Mazur sytuacja zmusza do liberalnego podejścia. Po pierwsze użytkowników czy chętnych jest niewielu. Po drugie, ich mowy są często niezbyt spójne – dość powiedzieć, że ostródzki mazurski de facto jest mową wywodzącą się z wielkopolskiego obszaru dialektalnego gwary chełmińskiej i nie ma mazurzenia (wymowy sz, cz, dż, ż jak s, c, dz, z), zachodniomazurski wywodzi się od kolonistów mazowieckich z okolic Ciechanowa, Mławy czy Przasnysza, środkowomazurski to przeniesiona mowa kurpiowska, a we wschodniomazurskim da się wyczuć wpływy gwar suwalszczyzny. Innym realizacjom podlegają podstawowe głoski – przykładowo ”á” w ostródzkim wymawiano jako ”o”, środkowe Mazury jako ”å”, zachodnie i wschodnie zaś jako ”a”. Labializacje (wymowa o i u jako ło, łu) najczęściej pojawiały się w paśmie od Mrągowa i Giżycka po Pisz i Białą Piską, prejotacje (ji, jé zamiast i na początku wyrazów) głównie zaś w okolicy Mrągowa i Giżycka. Moje decyzje w propozycji kodyfikacji bywają więc dla niektórych niejasne – włączyłem tu labializacje i prejotacje, mimo, że znaczna część terenu mówiła inaczej.  Trzeba jednak zwrócić uwagę, że to właśnie tu obecnie żyje potencjalnie najwięcej potomków Mazurów – co widać po odsetku ludności ewangelickiej, tylko w tamtych okolicach i dodatkowo w pow. kętrzyńskim wahającej się około zawrotnego odsetka 1-2% całości populacji (wszędzie indziej jest jeszcze gorzej). Nie chcę jednak, by Mazurzy z innych stron czuli się wykluczeni z tego procesu, dlatego też bardzo liberalnie przyjmuję słownictwo ze wszystkich obszarów mazurskich (nawet słownictwo ostródzkie), tylko dostosowując je do środkowomazurskiej ortografii (przeznaczonej dla całego regionu). Akceptuję też liczne opcjonalności chociażby we fleksji – równie przyjaźnie patrzę na zachodniomazurskie -óm, jak na środkowo-wschodnie -ám (kónióm vs kóniám), czy na środkowe -rziá, -dzio oraz typowe dla reszty Mazur -rijá, -dijo (artilerziá vs. artilerijá, radzio vs radijo). Ten ogromny liberalizm na granicy językowej anarchii zdaje się tu jedyną możliwością uszanowania mowy wszystkich Mazurów, którym wszak tak bardzo historia poskąpiła szacunku.
    Jednocześnie zawsze podkreślam, że pierwszeństwo ma mowa domowa – jeśli ktoś pamięta inaczej z domu, ma prawo mówić po swojemu. Kodyfikacja tutaj staje się bardziej narzędziem dla tych, którzy chcieliby poznać mazurski, a nie mają takiej możliwości w swoim środowisku. Zatem skodyfikowany mazurski będzie siłą rzeczy nieco ”usztuczniony”, “zmiksowany”, co jest chyba nie do uniknięcia niezależnie od przyjętej strategii. Staram się jednakowoż unikać tworzenia neologizmów, a jeśli już jest to konieczne z braku zastanych słów w źródłach, próbuję naśladować te same tendencje, jakie miały miejsce w analogicznych przypadkach, nierzadko konsultując to z samymi Mazurami.

    Źródło: dialektologia.uw.edu.pl – wpływy zewnętrzne na dialekty Warmii i Mazur
  4. Rozproszenie ludności. Nie zawsze mały obszar ”naturalnego”, ”historycznego” występowania danego etnolektu to coś złego. Czasami miewa to duże znaczenie organizacyjne. W niewielkich Wilamowicach sprawy idą o wiele lepiej niż chociażby na Mazurach między innymi właśnie dlatego, że cała uwaga skondensowana jest na obszarze kilkadziesiąt razy mniejszym niż na Mazurach. U nas popularyzacja mazurskości powinna się odbywać na obszarze 12 mazurskich powiatów, a nawet 13, jeśli doliczać gminę Olsztynek, z niewiadomych powodów dołączoną do powiatu warmińskiego, olsztyńskiego.
  5. Stosunek do wpływów zewnętrznych i podobieństw do mowy dominującej. Na ile wpływały na daną mowę literackie odmiany ”dużych” języków czy też gwary ościenne? Jaki stosunek do tych wpływów mają użytkownicy? Czy należy ulec tej czy innej współczesnej preferencji użytkowników, niejako wbrew frekwencji występowania danych słów w źródłach? O tym pisywał też nieraz Grzegorz Kulik, tworzący korpus mowy śląskiej. Z tego korpusu często wyłania się używanie słownictwa łudząco podobnego do literackiej polszczyzny. Słowa te jednak z czasem zostały zastępowane przez rzadkie synonimy bądź germanizmy, co miało charakter manifestacji odrębności. Niniejszym ujawnia się między innymi tendencja do frekwencyjnie częstszego używania germanizmów w mazurskim czy śląskim. Mają one być dowodem na odrębność danej mowy od dominującej, literackiej polszczyzny (choć nie uważam, że trzeba cokolwiek udowadniać przez siłę). Nie zawsze jest to proces świadomy, to należy podkreślić. Po prostu germanizmy czy rzadkie lokalizmy są czymś wyraźnie innym, a ruchy regionalne podświadomie nastawione są na podkreślanie ”swojskości”. Nie musi mieć to nawet wiele wspólnego z sympatiami politycznymi – słówka te stały się tak naturalną częścią mowy, że ich pochodzenie bywa czasami trudno identyfikowalne dla niektórych użytkowników. Tak samo, jak wielu Polaków nie zdaje sobie sprawy, że używają germanizmów, mówiąc ”ratusz”, ”blacha”, ”farba” etc. W przypadku mazurskiego różne obszary cechowały różne natężenia wpływów niemieckich – największe właśnie w okolicach Mrągowa i Giżycka, najmniejsze zaś, zdaje się, w okolicy Działdowa i Nidzicy. Sam zresztą, na początku swej mazurskiej drogi, używając działdowskich słówek i działdowskiej, najbliższej polszczyźnie literackiej odmiany mazurskiego bywałem oskarżany o celowe, ideologiczne pomijanie germanizmów! Niektórzy zarzucali mi mówienie po ”mazowiecku”, “polonizowanie Mazurów”, podczas gdy źródła mazurskie z okolic Działdowa odzwierciedlają zbliżony stopień germanizmów, jaki w sposób naturalny używałem. Dopiero sztuczne dodanie liczniejszych germanizmów poskutkowało głosami akceptacji, bo taka mowa była bliższa temu, co pamiętają od dziadków czy rodziców. Dziś sam wręcz zauważam, że zdarza mi się przegiąć w drugą stronę…
    Źródło: dialektologia.uw.edu.pl – zauważ wyjęcie Działdowszczyzny z obszaru badań – powojenne badania nie obejmowały obszaru Działdowa i okolic, gdyż te zostały włączone do Polski już po I WŚ
  6. Emancypacja językowa potencjalnych użytkowników, wykształcenie i stopień urbanizacji. Niestety – wiejskie ośrodki będą sobie radziły o wiele słabiej. Ze względu na ważniejsze problemy lokalnych społeczności – takich jak bieda, wykluczenie, uzależnienia. Mniejszy udział miast to także mniejszy potencjał edukacyjny – brak ośrodków badawczych, brak warstwy inteligenckiej nastawionej na swoją kulturę i mniej lub bardziej chciane przypisanie danej kultury do ”tego, co było, do skansenu” czy do negatywnie rozumianej “wiejskości”. To widać jak na dłoni na Śląsku – miejskość kultury skutkuje takimi pomysłami jak zespół Oberschlesien, jak wydanie tłumaczeń literatury światowej czy Biblii. Wciąż niewykorzystany zostaje natomiast potencjał katowickiej czy opolskiej uczelni – ale tu chociaż jest z czego wybierać. Mazurzy, jeśli chcą się kształcić, muszą jechać co najmniej do Olsztyna, a większość i tak wybiera dalsze ośrodki jak Gdańsk, Toruń, Warszawa. Fakt, że olsztyński UWM nie spełnia praktycznie niemal żadnej roli w badaniu Mazurów i mowy mazurskiej, a ciężar ten spoczywa na dzielnie walczącej o przetrwanie pracowni dr Sobolewskiej w Warszawie, pozostaje godzien pożałowania. Trudno też powiedzieć, na ile ujednolicona ortografia przyjmie się wśród Mazurów – trudności rodzi użycie niestandardowych liter (zredukowanej i tak, choć w mojej ocenie koniecznych do wyrażania zjawisk fonetycznych), konieczność zainstalowania oddzielnej klawiatury polsko-mazurskiej, ale też zwyczajny lęk przed popełnianiem błędów (choć staram się ich nie wytykać) czy trudności w zmianie przyzwyczajeń (skoro można coś zapisać mniej-więcej polskim alfabetem, to po co to zmieniać). Do problemów natury emancypacyjnej wciąż zalicza się stawianie Mazurów wobec wyboru – Niemiec czy Polak, nie dając im jednocześnie tzw. trzeciej drogi, a więc pozostanie po prostu przy mazurskości. Na problem ten zwracał uwagę już działacz mazurski sprzed niemal 100 lat – dr Kurt Obitz, który za swoją promazurską postawę wylądował w obozie koncetracyjnym, oskarżony o szerzenie ”Polengefahr”. Podobny los spotykał innych działaczy mazurskich – za rządów niemieckich oskarżani o szerzenie polskości, musieli się ukrywać przed wywózką do obozów, za rządów polskich uznawani za Niemców i poddawani szykanom. Brak masowego wsparcia ze strony nieinteligenckich Mazurów, zajętych raczej radzeniem sobie z biedą i wykluczeniem, nie poprawiał sytuacji działaczy i często pozostawiał ich w osamotnieniu. Sami Mazurzy muszą się też nauczyć myśleć wysoko o swojej mowie. Zrozumieć, że jest tak samo dobra i ważna, jak każda inna, ale miała mniej szczęścia w historii.
  7. Wsparcie organów samorządowych i państwowych – tutaj niestety wciąż jest to kropla w morzu potrzeb. Temat mazurski został skutecznie zepchnięty na margines świadomości. Cóż począć, gdy nawet osoby tworzące książki o Mazurach zagadnięci o ”kwestię mazurską” odpowiadają: ”ale jaką kwestię mazurską? Żadnej kwestii nie ma”. Nie wiem, na ile te osoby spotykają tych samych Mazurów, co ja, bo w mojej opinii w duchu dziesiątki, jeśli nie setki Mazurów czekają na jakąś symboliczną formę rozliczenia z przeszłością i zmiany teraźniejszości, zawalczenia o to dziedzictwo. W takiej atmosferze, gdy resztki Mazurów cicho szepczą o swoich prawach, a reszta uznaje ich za lud wymarły, trudno jednak oczekiwać wsparcia od laików – samorządowców, którzy w większości są osobami zajmującymi się zarządzaniem i gospodarowaniem, a nie tworzeniem świadomości kulturowej na swoim terenie.

Te wszystkie czynniki pokazują, przed jak karkołomnym, niemal niemożliwym zadaniem stoi społeczność mazurska. Jeśli chce przetrwać – musi przez to przebrnąć. Bez kodyfikacji (albo przynajmniej tej dotychczasowej, bardzo anarchistycznej semikodyfikacji) nie będzie słowników, podręczników, a żaden polityk (lokalny czy nie – nieważne, to on rozporządza środkami) nie spojrzy przychylnym okiem, uzna taką propozycję za niepoważną. To też ogromna kwestia prestiżu – mowa bez własnego zapisu i normy, choćby liberalnej, pozostaje potoczna, ”prosta”, a więc w mniemaniu wielu – niepoważna. Przecież to stąd właśnie bierze się głupia tendencja do używania mów lokalnych wyłącznie do śmiesznych piosenek czy niewybrednych żartów. Czy kodyfikacja w takich warunkach jest możliwa? Nawet jeśli nie, trzeba spróbować. Chciałbym zaprosić wszystkich do dyskusji nad tą sprawą wielkiej wagi i rangi.

Efekty tych prób można zobaczyć na stronie fb Mazurskie Słówko na dziś, grupie ”Mazurská Gádkä” oraz stronie mazurska.eu.

„Môłi princ” (Le Petit Prince) rozdzéle/rozdziały 1-8

Wesprzyj wydanie książkowe „Môłéwo princa” i zdobądź swój własny egzemplarz TUTAJ.

Support the publication of „Môłi princ” and get your own printed copy HERE.


Leonë Werthovi


Jô móm nôdzejã, co dzecë mje to przepùszczõ, że dedikùjã tã knigã jedni wustni wosobje. Móm ale vôżnõ przëczinã: nen człovjek je mje tim nôvjikszim drëchã na svjece. Jô móm ë jesz jednã przëczinã: ten chtos móże rozmjôc vszëtkò, navetka knidzji dlô dzeci. To dô téż tã trzecõ przëczinã: nen wustni mjeszkô ve Francëji ë żëje tam v głodze ë zëmje. Jemù barzo je trzeba tróstë. Cjéj të vszëtcji przëczinë nje signõ, téj jô chcã rôd dedikòvac mòjã knigã dzeckù, co tim won pjervjé béł. Vszëternôstcë dozdrzelałi rôz cjedë bëlë dzecë (le njé vszëtcë to merkajõ). Tak jô pòlepszã mòjã dedikacëjõ:

Leonë Werthovi,

cjéj béł môłim knôpã.

I

Cjéj jô béł szesc lat stôri, jednim razã jô vjidzôł jeden bëlni wobrôzk, ten béł v ti knidze wo bòrovjiznje, co sã nazéva «Prôvdzëvé Pòvjesce». Nó njim bëła znjija bóa, jakô żarła svòjã wopjôrã. Hewo tú je kòpjô wod newu céchùnkù.

V ni knidze stojało: «Znjije bóa pòłikajõ své wopjôrë v całosci, bez dzegvjenjô. Pòtemù nji mògõ sã rëchac a spjõ szesc ksãżëci ë travjõ.»
Barzo jem mëslił wo przëgòdach v dżungli a na wostatk jô céchòvôł svój pjerszi céchùnk. Ten béł tacji:

Jô pòkôzôł tim wustnim na mój méstersztëk a pitôł sã jim, ażlë wonji strach dostalë. Ti wodrzeklë: «czemùż më bë mjelë tewo kłobùka strach mjec?»

Na mòjim céchùnkú nje béł żóden kłobùk. Tam bëła jedna znjija bóa, co dzegvjiła élefanjta. Tak jô céchòvôł vnãtrznosce né znjije, że ti wustni bë to zrozmjôc mòglë. Jim vjedno mùszi vszëtkò vëtłomaczëc. Mój drëdzji céchùnk vëzdrzôł tak:

Ti wustni mje doradzëlë woprzestac céchòvanjô wotemkłëch ë zamkłëch znjij bóa a vjicé sã zajinteresovac geografjijõ, historëjõ, rechòvanjim a gramatikõ. Téj pravje, cjéj jô béł szesc lat stôri, jô njechôł svój sprasni szos malarscji. To njepòvòdzenjé céchùnkù numer 1 a céchùnkù numer 2 mjã znjechãcëło. Ti wustni njigdë sami njick nje rozmjejõ, a dzecë to mãczi jim dërchejncú vszëternôstkò tłomaczëc.

Tak jem so mùsził jinszi vark vëbrac ë jô sã nawucził z fligrã jezdzëc. Jô woblejcôł vnetka ten całi svjat, a geografjijô – to je prôvda – zacht mje pòmògła. V wokamërgnjenjim jô vjedzôł rozvjidzec Chjinë wod Arizonë. To wokrop przëgódné, cjéj chto v noci zabłõdzi.

Jô pòznôł v svòjim żëcim téż fùl vôżnëch lëdzi. Vjele jem żił mjedzë wustnëmi a z blëza nó njich vzérôł. Ale mòjã wudbã wo njich jô nje mjenjił. Cjéj jô trafjił jednewo, chtëren mje sã vjidzôł dosc pòchvatni, vjedno jô zrobjił ten eksperimanjt z céchùnkã numer 1, jacji jô vjedno wotrzimôł przë se. Chcôł jem sã doznac, czë pò prôvdze tak rozëmni béł. Ale kòżden mje rzek: «To je ten kłobùk». Tak jô nje pòvjadôł z njimi wo znjijach bóa anjé wo bòrovjiznach, anjé wo gvjôzdach. Jô gôdôł wo brëdżú, gòlfje, pòlitice a szlipsach. A ti wustni bëlë rôd, że pòznalë tak rozsõdnéwo człovjeka.

II

Tak jô żił sóm, bez njikòwu, co bë móg ze mnõ tak echt pògadac, jaż do té avarëjé na Saharze przed szesc latami. Njico sã skazëło v mòjim mòtorze, a że jô nji mjôł sobõ anjé mechanjika, anjé pasażeri, jô mùsził spróbòvac dëcht sóm zrobjic tã żimkõ reparacëjõ. To bëła do mje sprava smjerce abò żëvòta. Jô mjôł wodã do pjicô ledvje na wosmë dnji.
Téj ten pjerszi vjeczór jô wusnõł na pjôskú, tësõc mjil precz wod zém wod człovjeka zamjeszkónëch. Jô béł samòtnjészi jak rozbjitk na tratvje vestrzódkú wocéanë. Téj przedstavjitaż so mój zôdziv, cjéj pòrénë wocúcił mjã ten smjészni głosk. Won rzek:
– Nóce le… nacéchúj mje baranka!
– Hë?!
– Nacéchúj mje baranka.

Jem skòk na prosté nodzji cjéjbë jô béł wod pjorëna trafjoni. Jô mòcno przecar woczë, dobrze sã rozezdrzôł vkół ë wobôcził môłéwo bóvkã, dosc wosoblëvéwo, pòvôżno sã mje przëzérajõcë. Tútak je ten nôlepszi jewo vëmalanc, chtëren (pòzdnjé) mje sã nacéchòvac dało.
Le mój céchùnk, to je klôr, je vjele mjé szëkòvni jak sóm módel. Njic zó to nji mògã. Jô béł znjechãconi przez wustnëch do malarscjéwo varkù cjéj jô béł szesc lat ë jô nji mjôł sã nawuczoné njic jinéwo céchòvac jak zamkłé znjije bóa a wotemkłé znjije bóa.

Jô zdrzôł nó ten wukôzk woczama vjeldzjima wod zadzëvòvanjô. Nje zabaczëta, co jô béł tësõc mjil wod zamjeszkónëch rejonóv. A jednak mój môłi bóvka sã nje zdôvôł bëc zabłõdzoni ënjé mrzõci wod zmãczenjô, ënjé głodã padłi, ënjé pragłi, ënjé na smjerc wurzasłi. Czësto nje vëzdrzôł za dzeckã zgùbjonim vestrzódkã pùscëznë, tësõc mjil precz wod cëvjilizacëjé. Cjéj v nédze mje sã wudało co vësłovaczëc, jô do nje rzek:
– Le… ceż të tú chcesz?
A won pòvtórził grzecznje, le barzo pòvôżno:
– Nóce le… nacéchúj mje baranka…
Cjéj tajemnosc chvjile nas wosamãtô, anjé sã nje dzirzimë nje pòsłëchac. Chòc zda sã mje to tak absurdné tësõc mjil wod zamjeszkónëch placóv ë v njebezpjekú smjerce, jem vëcig z tasze sztëk papjórë a pjóro. Le téj jô sã womëslił, że jem mjôł sztúdérovóné przevażnje geografjijõ, historëjõ, rechùncji a gramatikã ë jô rzek mòjemù bóvce (përznã gòrzkò), że jô doch nje wumjejã céchòvac. Won mje wodrzek:

– To nje je njic. Nacéchúj mje baranka.
Że jô njigdë nji mjôł baranka céchòvóné, jem zrobjił mù jeden wod nëch jedúrnëch dvúch céchùnkóv, chtërnë jô pòtrafjił. Ë jô béł czësto wod se, cjéj jem wuczúł wo gôdajõcë:
– Njé! Njé! Jô njechc élefanjta ve znjiji bóa. Bóa je wokrop njebezpjecznô, a élefanjtë sõ barzo njewoklëczné. Kòle mje vszëtkò je môłé. Mje je trzébno baranka. Nacéchúj mje baranka.
Tak téj jô nacéchòvôł.

Won baczlëvje vzérôł, a téj:
– Njé! Túten je jú barzo krãczni. Zrobji jinszéwo.
Tak jô zrobjił:

Mój drëch sã zasmjôł cëchò ë dobrotlëvje:
– Kò zdrzë, to nje je barank, to je ten baran. Won mô rodzji…
Tak jô zrobjił mój céchùnk na novò:


Le tewo won nje chcôł tak jak tëch zeszłëch:
– Túten je za stôri. Jô chcã baranka, co bdze dłúgò żił.
Téj mòja cerzplëvòsc bëła do kònca, jô mùsził sã pòspjôc a zaczic rokrãcac mój mòtór, tak jô naszmagrovôł hewo ten céchùnk:
Ë wodrzek jem:
– To je ta skrzinka. Ten barank, co të wo chcesz, je bënë.
Jak jô béł zadzëvòvóni, ga jô wuzdrzôł jak woczë méwo môłéwo sãdzéwo jaż tak zablãkrovałë:
– Je dëcht tacji jak jô chcôł! Mëslisz të, co tacji barank brëkùje vjele trôvë?
– A co?
– Bò kòle mje vszëtkò je malincjé…
– To gvës signje. Jô móm nacéchòvóné czësto môłéwo baranka.
Won przëkłónjił svòjã głovã do céchùnkù:
– Tacji môłi to won nje je… véjle! Won wusnõł…
Pravje tak jô pòznôł môłéwo princa.

III

Jô brëkòvôł dosc tëlé czasë njiż jô zrozmjôł skõdka won je. Môłi princ, jacji stôvjôł mje vjele pitanjóv, zdôvôł sã njigdë nje czëc mòjich. To dało le słova vërzekłé przipôdkã, co të, szrëtk na szrëtk, sã jemù przë mje vësmëkałë. Tak cjéj won womerkôł do pjerszéwo raza mój fliger (jewo jô nje nacéchùjã, mój fliger bë mje béł za żimcji do céchòvanjô), won mjã spitôł:
– Acz to je ta rzecz túwo?
–To nje je rzecz, to lôtô. To je fliger. Mój fliger.
Jô béł sztoltni, co jem móg mù wobznajemnjic, że jô z fligrã jeżdżã. Tak won vëkrzik:
– Jena! Jes të z njeba spadłi?
– Jo – jô rzek beszédno.
– Ó! To je smjészno…
A môłi princ sã redostnje rozesmjôł, co mjã mòcno rozjadovjiło. Jô chcôł, co bë pòvôżno mòje njeszczesca trzimôł. Téj won dodôł:
– Tak të téż pòchôdôsz z njeba! A z chtërné planétë të jes?
Vnim jô pòstrzég ten parmiszk, co przesvjécił przóz tã tajemnosc jewo przitomnosce a doraza spitôł:
– Tak të pòchôdôsz z jiné planétë?
Le won nje wodpòvjedzôł. Cjivôł le letëchno głovõ a vzérôł na mój fliger.
– Në jo, kò z tim të bë nji móg przinc z barzo daleka…
Ë stojôł dłúgò v jednëch mëslach. Pònemù vëcig méwo baranka z tasze a jõł kontemplovac svój skôrb.
Va so przedstôvjôta jak mje zajintrigòva ta njibë nadcjidka wo «jinëch planétach». Tak jô próbòvôł sã wó to wodovjedzec vjicé:
– Skõdkaż të jes, mój człovjeczkù? Kãdëż je tvòje dodóm? Dokõdkaż chcesz svòjewo baranka zabrac?
Won rozmiszlôł v cëszi a téj mje wodrzek:
– To je ale dobrze z tõ skrzinkõ, co të mje môsz nacéchòvóné. Wobnoc na jemù bdze słúżëła za chałëpkã.
– Pevno. Cjéj mdzesz mjiłi, téj zrobjã cë téż pòvôrz do wurzeszenjô jewo wobdzenj. Ë kólc.
Ten bédënk sã zdôwôł zaszokòvac môłéwo princa.
– Wurzeszenjô? To cë je dzivnô wudba!
– Ale cjéj të wo nje wukólcëjesz, won púdze gdzelekòlvjek ë sã zgúbji…
A mój drëch zôs sã rozesmjôł:
– Le gdzeż won bë mjôł jic, vedle ce?
– Gdzelebõdz. Prosto nosa przed sebje…
Téj môłi princ pòvôżno wodkôzôł:
– To nje je njic, kòl mje vszëternôstkò je malincjé!
Ë, móże përznã smãtnje, dodôł:
– Prosto przed sebje nje dóndze za dalek…

IV

Tak jô sã mjôł vëdovjedzoné wo drëdzji barzo vôżni rzeczi: ëż jewo rodnô planéta bëła ledvje vjikszô jak jeden bùdink. Tim jô sã nje zadzëvòvôł. Dobrze jem vjedzôł, co wokróm vjeldzjich planét jak Zemja, Jupjiter, Mars abò Vjitrznjô – co tim sõ vëdóné mjona – to dô téż sta drëdzjich, jacjé téj-séj sõ tak môłé, że mùszi sã dichtich namarachòvac, cobë jich z fernrórã dozdrzôł. Cjéj jacji gvjôzdôrz jednã vëkrëje, dô ji numer jakò mjono. Nazvje sã na przikłôd «asterojida 3251».

Jô móm pòvôżné przëczinë vjerzëc, co planéta, z jacjé pôchôdôł môłi princ, to ba asterojida B 612. Na asterojida bëła vjidzec przez fernrór le jeden rôz, v 1909 roce, cjéj dozdrzôł jã jeden tëreccji gvjôzdôrz.

Won przedstavjił z paradõ svój nôlôzk na Mjedzënôrodnim Kongresú Gvjôzdarstva, le przez jewo rúchna njicht jemù nje wuvjerził. Ti wustni jú tacji sõ.

Szczescim dlô repùtacëjé asterojidë B 612, jeden tëreccji diktatór nakôzôł svémù lëdovi sã pò europskú woblakac. Gvjôzdôrz pòvtórził svòjã demonstracëjõ v barzo pësznëch rúchnach. Ë tim razã vszëtcë trzimalë jewo słova pòvôżno.

Jeżlë vama rozpòvjôdajã të drobnotë wo asterojidze B 612 ë vëjôvjajã vama jejé numer, to z przëczinë tëch wustnëch. Ti doroczni majõ rôd cëfrë. Cjéj va jim gôdôta wo svim novim drësze, ti njigdë sã nje pitajõ zó tim nôvażnjészim. Njigdë vama nje rzekõ: «Jakùż brzëmji jewo głos? V ceż nômjilé graje? Zbjérô won mjotélcji?» Wonji sã vajú pitajõ «Jak stôri won je? Kùleż mô bratóv? Vjeleż won vôżi? Kùleż zarôbjô jewo tatk?» Ë vjerzõ, że blós tak mògõ wo pòznac. Ga bë va rzeklë tim wustnim: «Móm vjidzoné pjãkné chëcze, wod czerzvjoné cegłë wubùdovóné, z mëszkôtã v woknach ë gòłõbkami na dakú…», ti bë nje rozmjelë so në chëcze wudbac. Cjéjbë le rzec: «Móm vjidzałé chëcze za sto tësõci frankóv», téj wonji krzikajõ «Jacjéż të mùszõ bëc pjãkné!»

Tak samò cjéj jim rzeknjeta: «Ten dokôz, że to pò prôvdze dało môłéwo princa nó tim svjece, je tacji, że béł snôżi, że sã smjôł ë że chcôł baranka. Cjéj njichto chce baranka, to je dokôz, że won egzëstëje», téj wonji le rëszajõ remjonama ë trzimajõ vajú za dzecë! Le jak va jim rzeknjeta «Ta planéta, co z té won pòchôdôł, je asterojida B 612», téj ti bdõ dokònóni ë vama dadzõ pòkú ze svòjimi pitanjami. Wonji tacji sõ. Za vjele wod njich nji móże vëmagac. Dzecë mùszõ jim bëc barzo vërozmjałé.

Ale pevno, że më, chtorzi rozmjejemë żëcé, sã smjejemë nad lëczbami! Jô bë rôd mjôł tã pòvjesc naczãté tak jak sã zapòczinô pòvjôstcji. Jô bë chcôł mjec rzekłé: «To béł jednim razã môłi princ, ten żił na planétce blós përzinkã vjikszi jak won sóm ë pòtrzébòvôł drëcha…» Tim, chtërni rozmjejõ żëcé, to bë sã zdôva prôvdzëvszé.

Jednak jô njechc, co mòja kniga bë sã czëta letkò a njedbale. Nó mjã przëszła vjelgô żałota, cjéj jô jõł rozpòvjadac wo tëch spòmjinkach. To jú sõ szesc lat jak mój drëch wodszed ze svòjim barankã. Jeżlë próbùjã jewo tú wopjisac, to temù, co bë jô jewo nje zabéł. To je smãtné zabëc drëcha. Nje vszëtcë majõ drëchóv. A jô bë móg sã stac jak ti wustni, jacji njizaczim sã nje cjerëjõ, le za cëframi. To temù jô so zôs kúpjił pùdełkò akvarelk a blifcji. To je żimkò do zapòczicô, v mòjich latach na novò céchòvac, jeżlë sã njigdë nji mja próbòvóné njic jinszéwo jak zamkłô bóa ë wotemkłô bóa – cjéj sã bëło szesc lat stôrim! Jô mdã próbòvôł, to je gvës, robjic nôvjernjészé vëmalance jak sã dô. Le jô nje jem czësto gvësni, że mje sã to wuzdarzi. Jeden céchùnk sã wudô, jini ale jú njizaczim nje vëzdrzi. Jô sã téż milã ve vjelgòscach. Tú môłi princ je za vjeldzji. Tamò je za môłi. Jô sã téż stanovjã, jakõ farvã mja jewo wobleczenjé. Téj jô próbùjã jakòs-takòs na slepéwo, nó ten, na jini ôrt. Jô sã zmilã na wostatk przë tëch nôvażnjészich drobnotach. Ale to mdze trzébno mje przepùszczëc. Mój drëch njigdë njic nje tłomacził. Pevno won vjerził, że jô jem tacji jak won. To je szkòda, le jô nje rozmjejã vjidzec barankóv przez skrzincji. Jô jem mést dróbkã jak ti wustni. Jô jem zestarzałi.

V

Kòżdi dzénj jô sã cos vëdovjedzôł wo jewo planéce, wo wodendzenjim, wo rézi. To przëchôdało znôjma, mjedzë słovami przipôdkòvëch mësel. Pravje tak nó tim trzecim dnjú jô sã doznôł wo jivrze z baobabami. Tim razã dzãka barankòvi, bò môłi princ nôgle sã mje spitôł, cjéjbë pòvôżno sã béł wo czim stanovjił:
– To je prôvda, co barancji grëzõ krze, doch jo?
– Jo, to je prôvda.
– Ach! Z tim jô jem spòkójni.
Jô nje rozmjôł dlôcz to tak vôżné bëło, co barancji krze grëzõ. Le môłi princ dodôł:
– Téj rżõ wonë téż baobabë?
Jô wodkôzôł môłémù princë, co baobabë nje sõ njiżódnë krze, a bómë vjeldzjé jakò kòscołë ë że chòcô cavné karno élefanjtóv bë przënëkôł sobõ, no karno bë so nje vjedzało żódné radë navet z jednim baobabã.

Ta wudba wó tim karnje tëch élefanjtóv rozbavja môłéwo princa:
– Ti bë mùszëlë sã pòstavjic jeden na drëdzjim…
Le pòtemù scvjerdził mõdrze:
– Baobabë, njiglë vërostõ, téż sõ môłé.
– Vjiléba! Blós czemùż të chcesz, że tvòje barancji bë jadłë môłé baobabë?
Won mje rzek: «Në kò doch…! Véjle!» cjéjbë to szło wo czësto klôr zachã. Jô brëkòvôł svój dzél mõklac, co bë samemù zrozmjôł ten trobel. Ótole na planéce môłéwo princa, takò jakò na vszëtcjich planétach, to dało të dobré roslënë a të lëché roslënë. A tak samò të dobré semjona tëch dobrëch roslin ë të lëché semjona tëch lëchich roslin. Ale nëch semjón nji ma vjidzec. Të krëjamkò spjõ v zemji jaż to abò no so wudbô wodecknõc. A téj nôprzód nacznje sã klëc ë vstëdlëvje vëszczitac do słúnca malincjim, snôżim, njeszkòdlëvim kłã. Jeżlë to je kło radiscji abò róże, wono móże tam do wolé wostac rostõcë. Jednak cjéj to je jacji chvast, mùszi jen natëchstopach vëpłoc, cjéj le jen chtos rozpòznaje. A to dało grozné semjona na planéce môłéwo princa… to bëłë semjona baobabóv. Ta zemja té planétë bëła z njimi zachvaszczonô. A baobaba, cjéj wo dostónjesz za pòzdze, njigdë jú nje mdzesz lós. Ten zasztopje tã całõ planétã. Won jã rozdzúravji svòjimi kòrzenjami. A jeżlë planéta je za malinkô a baobabóv je za vjele, të jã rozdervjõ.

– To jidze wo dëscëplënã – rzek mje pòzdnjé môłi princ. – Jak reno sã wobchãdożisz, brëkùjesz téż baczlëvje wobchãdożëc svòjã planétã. Je trzébno sã zdëscëplënovac a regùlarno płoc baobabë, cjéj le jich sã rozeznaje wod róż – a za tëmi wonë mòcno szlachùjõ, cjéj sõ barzëchno môłé. To je wokrop przikrzõcô sã robòta, ale barzo letkô.

Jednewo dnja won mje doradził spróbòvac vëkònac dobri céchùnk, że dzecóm z mòjich strón to bë dobrze vlazło do głovë. «Cjéj rôz sã dadzõ v dargã», rzek mje, «móże to jim bëc przëgódné. To njijak nje vadzi so czasã wostavjic robòtã na pòzdnjé. Le z baobabami to je vjedno wobrota. Jô znôł jednã planétã, co bëła zamjeszkónô przez jednewo zgnjélcocha. Zanjedbôł trzë drzévjõtka…»

Tak, vedle pòlétë môłéwo princa, jô móm tútã planétã nacéchòvóné. Jô njechc njijak brzëmjôc jak móralësta. Ale njebezpjek baobabóv je tak mało znóni, a ten, chto sã v tim wobrzészkú nje wopase, réskùje tak pòvôżno, że ten jedúrni rôz jô zrobjã vëjimk. Gôdajã: «Dzecë! Va wupasújta na baobabë!»

Jô móm sã tëlé przë tim céchùnkú narobjałé pravje mòjim drëchóm dlô przestrzedzji przed njebezpjekã, co sã wo nas wocérô wod dôłdzjéwo czasë, chòcô më, v tim jô sóm, anjé to nje merkómë. Cjéj to bëła dobrô pòwuka, téj mje to signje za mój trúd. Va sã móże pitôta: jakùż to przindze, że v ti knidze nji ma drëdzjich tak pësznëch céchùnkóv jak nen z baobabami? Wodpòvjesc je dëcht prostô: jô próbòvôł, le mje sã to nje wuzdarzëło. Cjéj jem céchòvôł baobabë, jô béł pòdskaconi pòczëcim alarmùjõcé pòtrzebë.

VI

Ach! Môłi princë, tak jô pòczõł znôjma rozmjôc tvój môłi, mãkòlijni żëvòt. Dłúgò të nji mjôł jinszé womjodë jak łagòda zôpadóv słúnca. Tã prôvdã wo tvim żëcim jô pòznôł nó tim czvjôrtim dnjú, ga të mje rzek:
– Vjidzõ mje sã zôpadë słúnca, pòjma wobezdrzec zôpôd słúnca…
– Ale je trzeba dożdac…
– Dożdac zó czim?
– Dożdac jaż słúniszkò pòcznje do zachôdanjô.

Nôpjervjé të vëzdrzôł czësto baf, a téj të sã smjôł sóm nad sobõ. Ë të mje pòvjedzôł:
– Mje sã dërch zdaje, co jô jem doma!
Genau. Vszëtcë vjedzõ, ëż cjéj ve Sztécach to je pôłnje, ve Francëji to jú sã marczi. To bë signãło dónjc do Francëjé v jedni minúce ë bë móg bëc przë słúnjca zônjdzenjim. Njeszczescim Francëskô je za dalek. Ale na tak malincji planétce jak tvòja, tobje spravjiło sënõc svój stółk wo cjile krokóv. Ë të wobzérôł smjerzk tëlkò razi, co të chcôł.
– Rôz jô vjidzôł słúnce zachadac sztërë-sztërdzesce razi!
Ë përznã pòzdnjé të dodôł:
– Vjész të… cjéj człovjekòvi je tak smãtnje, téj mô rôd zôpadë słúnca…
– V tim dnjú, cjéj të vjidzôł sztërë-sztërdzesce zôpadóv, të béł jaż tak smãtni?
Ale môłi princ mje nje wodpòvjedzôł.

VII

Nó tim pjõtim dnjú, dërch dzãka barankòvi, ta tajemnosc żëcô môłéwo princa wosta mje wobjavjonô. Mje njic, tobje njic, won mje spitôł dërno, cjéjbë béł dłúgò wó tim rozmiszlôł v cëszi:
– Cjéj barank rôd rże krze, zgrëze won téż kvjatë?
– Barank zgrëze vszëtkò, co le trafji.
– Navetka kvjatë, co majõ kòlce?
– Jo. Navet kvjatë, co majõ kòlce.
– Téj docz słúżõ të kòlce?
To jô nje vjedzôł. Jô sã tenczas barzo zagútorził przë vëkrõcanjim jedné wokrop zarznjãté szrúvë z méwo mòtora. Jô béł dichtich njewubëtni przóz tã avarëjõ, jakô zaczã vëzdrzec barzo pòvôżno, a woda do pjicô, chtërna sã vëczerpòva, kôza mje mjec strach przéd tim nôgòrszim.
– Docz słúżõ të kòlce?
Môłi princ njigdë nje zrezignovôł z pitanjô, cjéj jú rôz mjôł je pòstavjoné. Jô béł rozgòrzoni przóz nã szrúvã ë jem wodrzek bële co:
– Kòlce njidoczewo nje sõ, kvjatë jich majõ le blós przez svòje czësté njebëlnjictvò.
– Ach!
Le pò sztóce cëszé won vëbùch ze żôlbõ do mje:
– V to jô nje vjerzã! Kvjatë sõ krëché. Wonë sõ letkòvjérné. Wonë sã barnjõ jak mògõ. Në mëslõ, że sõ grozné ze svòjimi kòlci…
Jô njic nje wodkôzôł. Vnenczas jô so rzek: «Cjéj ta szrúva dërch mdze trzima, trzasknã jã młotkã». Môłi princ zôs przecjid mòje mësle.
– Ë të mëslisz, że kvjatë…
– Ale njé! Njé! Jô njic nje mëszlã! Jô wodrzek bële co! Jô jem zajãti pòvôżnëmi zachami!
Won sã nó mjã przëzdrzôł czësto baf.
– Pòvôżnëmi zachami!
Won vëzdrzôł nó mjã z mim hômrã v rãce a pôlcami czôrnëmi wod smarë, wudzjibłéwo nad czims, co sã mù vëdôva wokrop brzëdcjé.
– Të gôdôsz jakò ti wustni!
To mjã përznã zasromało. Ale won njemjiłosernje dodôł:
– Të vszëtkò pòmachcesz… të vszëtkò pòmjészôsz!
Won béł pò prôvdze barzo rozjadovjoni. Pòtrzõsôł na vjetrze svòjimi złocanëmi vłosi:
– Jô vjém jednã planétã, gdze je jeden karmjinovi pón. Ten njigdë jesz kvjata nji mô wuwonjałé. Ten njigdë nji mô gvjôzdë vjidzoné. Ten njigdë nji mô żódnewo człovjeka kòchóné. Won njigdë nje stvòrził njic jinszéwo jak anekse. Ë ten całi dzénj won pòvtôrzô dëcht jak të: «jô jem pòvôżni człovjek! jô jem pòvôżni człovjek!» a chòdzi bùszni cjéjbë knëpel mjôł zjadłé. Le to nje je żóden człovjek, to je grzib!
– Co?
– Grzib!
Môłi princ béł terô jaż bladi wod gòrzë.
– To sõ mëlionë lat jak kvjatë vëtvôrzajõ kòlce. Ë to sõ mëlionë lat jak mjimò tewo barancji grëzõ kvjatë. Ë to nje je vôżné próbòvac pòchvacëc dlôcz wonë sã tak ansztrengùjõ, żebë vëprodukòvałë kòlce, co njidocz jim nje słúżõ? Nje je vôżnô ta wojna tëch barankóv ë tëch kvjatóv? Nje je to vażnjészé a pòvażnjészé jak në anekse newu sëtéwo czerzvjonéwo pana? A cjéj jô sóm znajã ten jedúrni kvjat na svjece, co nje egzëstëje gdzejinga jak blós na mòji planéce, a jeden môłi barank móże jen jednim rúksã zgładzëc z tewo svjata, tak prosto, na jednim pòrénkú, nje merkajõcë, co won robji – to nje je vôżné?!

Won sã sczerzvjenjił, a téj cignõn dalé:
– Cjéj chto kòchô ten kvjat, jedúrni mjedzë mëlionami, mëlionami gvjôzd, temù signje, że bë béł szczestlëvi, cjéj na njewo zdrzi. Won so rzecze: «Mój kvjat je gdzes tamò…». Le cjéj ten barank zgrëze mù ten kvjat, to bõdze tak, cjéjbë jemù vszëtcji gvjôzdë zgasłë! Ë to nje jesta vôżné!
Won nji móg rzec njic vjicé. Nôgle sã rozpłakôł. To sã znocëło. Jô wodszmërgnõn mòje pòrzõdcji. Jem sã smjôł nad mòjim młotkã, szrúvõ, pragnjõczkõ ë smjercõ. Na jedni gvjezdze, jedni planéce, na mòji, na Zemji, béł môłi princ a brëkòvôł pòcechji! Jô wo vzõn v remjona a kòlibôł. Jem mù rzek: «ten kvjat, chtëren të kòchôsz, nje je v njebezpjekú… jô nacéchùjã napëszcznjik tvòjémù barankòvi… jô cë nacéchùjã zôstavã dlô tvòjewo kvjata… jô…». Jem nje vjedzôł, co jesz rzec. Jô sã czúł wokrop njezgrabno. Jô nje vjedzôł jak wo dosignõc, jak sã z njim zjednac… To je barzo tajemni plac, na krôjna łzi!

VIII

Chùtkò jô sã doznôł vjicé wó nim kvjece. Na planéce môłéwo princa to vjedno dało dëcht zvëczajné kvjatë z pôrã płacikami przëstrojoné, chtërnë nje zabjérałë vjele placë ë njikòmù nje vadzëłë. Na pòrénkú vëszczitałë z trôvë, a téj wob vjeczór zvjãdłë. Ale túten kvjat sã naklił jednim razã z semjenja, co bëło przëlejcałé nji ma vjedzec skõd ë môłi princ sã przëzérôł z blëza ti rosce, chtërna nje szlachòvała za żódnëmi drëdzjimi roskami. To letkò móg jacji novi ôrt baobaba bëc. Jednak ten cjerzk chùtkò woprzestôł rosc, a pòczõł kvjisc. Môłi princ, chtëren béł przë tim jak vërós z njewo wotvarni pãczk, mjôł pòczëcé, co z tewo sã wobjavji cos cëdnéwo, le nasz kvjat nji mjôł jesz skónczoné sã snażëc v zaciszi svojé zeloné dornjice. Baczlëvje dobjérôł svòje farvë. Woblekôł sã pòmale, pasovôł své płacicji jednewo pò drëdzjim. Nje chcôł sã pòkazac rëchlé jak jaż v całi svòji nôdobje. Ó, to jo. Ten béł barzo chãdodzji! Jewo tajemné szëkòvanjé sã bavjiło całëmi dnjami. A téj ótole, na jednim pòrénkú, pravje cjéj vëszczitało słóniszkò, won sã wobjavjił.

Ë nen, co mjôł sã z takõ akùrôtnoscõ narobjałé, zévnõn a rzek:
– Ach! Dopjérkù jem wodeckła… vëbaczëce mje… jô jem takô njevëszëkòvónô…
Môłi princ nji móg svój zôdziv skrëc:
– Vë jesce ale pjãknô!
– Prôvda? – wodpòvjedzôł łagòdno kvjat. – A pòrodzonô jem v jednim czasú ze słúniszkã…
Môłi princ jú vëzgód, co wona za beszédnô nje bëła, ale jakùż doch za serce chvôta!
– Mje sã zdaje, że to je czas na frisztëk – rzekła a zarôz dodała – vë bë bëlë tak dobri ë pòmëslëlë wó mje…
Ë môłi princ, całi wod se, vëszúkôł ten giskón té svjéżé wodë ë wusłúżił temù kvjatovi.

Tim spòsobã wona jú wod zaczõtkù sã jemù naparłãża ze svòjõ trochã wobraznõ bùsznoscõ. Jednim razã na przikłôd, cjéj wona gôdała wo svòjich sztërzech kòlcach, rzekła môłémù princë:
– Mògõ smjało przinc, ti tëgrësovje, z tëmi svëmi drapjami!
– To nje dô tëgrësi na mòji planéce – przékòvôł môłi princ. – Nódto tëgrësovje nje rżõ trôvë.
– Jô nje jem żódna trôva – kvjacik wodrzek mjodno.
– Vëbaczëce mje…
– Jô sã nje bòjã przed tëgrësi, ale wokrop móm strach cjéj ten vjater sã pòrivô. Môce vë móże jacji paravan?
«Bòjec sã przed vjatrã… to je ale njeszczescé do roslënë», zmerkôł môłi princ. «Z tim kvjatã to nje púdze ejnfach…»
– Wob vjeczór schòvce le mje pòd glokõ. To je straszni zib hewo kòl vas. Ë je lëchò wurzõdzoné. Tamò, skõdka jô jem…
Ale téj wona przecjidła svõ gôdkã. Wona bëła tú doch jakò semjã przëszłô. Wona nji mògła njic wo jinszich svjatach vjedzec. Zasromjonô tim, że sã da rozszrúvòvac przë tak letkòvjérni próbje łganjô, wona zakaszla dva abò trzë raze, co bë zepchła vjinã na môłéwo princa:
– Acz z nim paravanã?
– Jô bë béł jidzoni zó tim szëkac, ale vë jesce do mje gôdalë!
Téj wona zakaszla mòcnjé, że bë téż jewo zaczãło sëmjenjé grëzc.
Tak môłi princ, mjimò dobré wolé kòchanjô, chùtkò jõł v njã trëchlôc. Won brôł za gvës jé słova bez znaczenjô a chùtkò sã stôł mòcno njeszczestlëvi.
«Jô nji mjôł nó njã słëchac» rôz mje sã zvjerził. «Njigdë bë nji mjôł na kvjatë słëchac. Nó të je trzeba vzerac ë jich wonjac. Ten mój wonjôł na całi mòji planéce, le jô nje pòtrafjił sã temù ceszëc. Na historijka wo drapjach, co mjã tak rozjadovjiła, mjała blós zbùdzëc mõ vrazlëvòsc.»
Won jesz sã mje zvjerził:
«Vnenczas jô nje rozmjôł njic! Jô mjôł wobsãdzac vedle czënóv, a njé vedle słóv. Wona dôva mje wonjõ a blask. Jô bë nji mjôł njigdë mjec zvjornjoné! Jô mjôł dozdrzec jejé vrazlëvòsc, zataconõ za tëmi słabëmi fortelami. Kvjatë sõ przecivnosci pôłnë! Ale jô béł za młodi, co bë rozmjôł kòchac.»

***

Wesprzyj wydanie książkowe „Môłéwo princa” i zdobądź swój własny egzemplarz TUTAJ.

Support the publication of „Môłi princ” and get your own printed copy HERE.