Archiwum kategorii: Artikle tematiczno

Państwo narodowo polskie wobec mniejszości narodowych i etnicznych

Niemal w ostatnim dniu 2020 r. dotarła do zainteresowanych książka TOŻSAMOŚĆ KULTURA RÓWNOŚĆ. Refleksje z okazji piętnastolecia Ustawy o mniejszościach narodowych i etnicznych oraz o języku regionalnym, pod redakcją Cezarego Obracht-Prondzyńskiego i Małgorzaty Milewskiej, wydana przez Instytut Kaszubski w Gdańsku. Gdy w tytule, bądź podtytule, pojawia się słowo “refleksje”, raczej sceptycznie podchodzę do tego typu publikacji. W tym jednak przypadku, po lekturze 30 artykułów składających się na to wydawnictwo, przyznaję, że jest to książka niezwykle ważna. 

W gronie autorów, których teksty znalazły się w książce TOŻSAMOŚĆ KULTURA RÓWNOŚĆ, znaleźli się zarówno przedstawiciele mniejszości reprezentujący (obecnie lub w przeszłości) swoje społeczności w Komisji Wspólnej Rządu i Mniejszości Narodowych i Etnicznych, jak też osoby, które “zawodowo” zajmują się tym zagadnieniem: eksperci Komisji Wspólnej, będący jednocześnie uniwersyteckimi badaczami, przedstawiciel w Komisji Ekspertów  przy Europejskiej karcie języków regionalnych lub mniejszościowych oraz urzędnicy, pracujący w instytucjach państwa odpowiedzialnych za politykę mniejszościową lub prawa obywateli. Refleksje tych osób okazały się być, w zdecydowanej większości, solidnymi opracowaniami, nierzadko podpartymi ważnymi cytatami oraz odesłaniem do źródłowych dokumentów, dzięki którym zainteresowani będą mogli poszerzyć lub skonfrontować już posiadane informacje.     

Redaktorzy publikacji zdecydowali się zamieścić przekazane im teksty kierując się kluczem alfabetycznym nazwisk autorów, co można zrozumieć znając specyfikę środowisk mniejszościowych i delikatną materię personalnych relacji w instytucjach państwowych. Nie trzeba jednak – a może nawet nie należy – czytać tej książki od przysłowiowej deski do deski.  

Proponuję zacząć od dwóch artykułów autorstwa Dobiesława Rzemieniewskiego, twórcy i długoletniego naczelnika Wydziału Mniejszości Narodowych i Etnicznych w MSWiA oraz Beaty Machul-Telus, równie zasłużonej sekretarz Sejmowej Komisji ds. Mniejszości Narodowych i Etnicznych. Niemal z pierwszej ręki uzyskamy wiedzę na temat tworzenia się od lat 90. XX wieku prawa mniejszości – stosunku do tego procesu partii politycznych i ich liderów (często wręcz wrogiego) – ale również odnoszenia się do sprawy niektórych liderów środowisk będących potencjalnie adresatami wypracowywanych rozwiązań.            

Po 15 latach funkcjonowania Ustawy o mniejszościach narodowych i etnicznych oraz o języku regionalnym, przestaliśmy już chyba sobie zdawać sprawę, że do jej uchwalenia w ogóle mogło nie dojść. Beata Machul-Telus trafnie przedstawiła sytuację:

Do projektu Ustawy o mniejszościach narodowych i etnicznych oraz o języku regionalnym w latach poprzedzających jej uchwalenie zgłaszano wiele zastrzeżeń, obaw i wątpliwości. Prezentowane argumenty można podzielić na trzy obszary: 1. przekonanie o wyjątkowej, historycznie uwarunkowanej, tolerancji Polaków oraz przeświadczenie, że Polska stanowi wzorzec dla innych państw w kwestii uregulowania ochrony społeczności mniejszościowych, 2. obawy, że wprowadzenie ustawy (szczególnie posługiwanie się językiem mniejszości jako pomocniczym w stosunkach urzędowych oraz dwujęzyczne nazwy geograficzne) doprowadzi do konfliktów etnicznych, co może zagrozić polskiej racji stanu, 3. pogląd, że ewentualne przyjęcie ustawy musi (a nie jest) być powiązane z tzw. zasadą wzajemności i związana z tym obawa o brak wpływu na losy Polonii za granicą. (s. 184)  

Na kanwie tamtych dyskusji, poprzedzających najważniejszą polityczną decyzję dotyczącą mniejszości narodowych i etnicznych w Polsce, kaszubskiego czytelnika mogą szczególnie zainteresować odniesienia do casusu Kaszubów. Łukasz Grzędzicki, który reprezentuje Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie w Komisji Wspólnej Rządu i Mniejszości Narodowych i Etnicznych, w swoim tekście zatytułowanym “Kaszuby nie należą do Polski, one Polskę stanowią” (jest to cytat z ks. Bernarda Sychty) wyjaśnia, że: 

Przez 30 lat od początku procesu transformacji ustrojowej w Polsce mieliśmy do czynienia z silnym dążeniem do znacznego podwyższenia statusu społecznego i językowego kaszubszczyzny. Takie dążenia, konsekwentnie realizowane, nie występowały w żadnej innej części Rzeczpospolitej (s. 110-111). 

Z kolei Dobiesław Rzemieniewski, wspomniany już Naczelnik WMNiE, w tej samej sprawie napisał:    

Dopiero kiedy ustawa zaczęła przybierać realne kształty i jasne stało się, że w końcu zostanie uchwalona, a objęte nią grupy odniosą dzięki jej przyjęciu konkretne korzyści, zaczęli się nią żywo interesować Kaszubi. Jak to? – dziwili się posłowie. – Przecież dziesięć lat temu, kiedy pytaliśmy, czy chcecie, aby ustawa was obejmowała, nie byliście tym zainteresowani, mówiąc, że czujecie się Polakami. Kaszubi potwierdzili, że nadal nie czują się ani mniejszością narodową, ani etniczną, ale równocześnie chcą korzystać z zapisanych w ustawie praw. O dziwo z tej kwadratury koła udało się znaleźć rozwiązanie. Kaszubi byli bowiem zainteresowani przede wszystkim prawami językowymi i ochroną swojego języka (s. 258-259)

Helena Duć-Fajfer, w artykule Centrowy dyskurs w mniejszościowych sprawach, niejako w uzupełnieniu informacji Dobiesława Rzemieniewskiego, cytuje opracowanie Grzegorza Janusza i dzieli się następującą konkluzją:

Z kolei określenie „społeczność posługująca się językiem regionalnym” jest przede wszystkim efektem uwzględnienia wypowiedzi posła uznającego się i uznanego za reprezentanta Kaszubów: “(…) poseł Jan Wyrowiński z UD (reprezentujący Zrzeszenie Kaszubsko -Pomorskie) stwierdził, że ustawa jest adresowana do tych mniejszości, które nie identyfikują się z narodem polskim, a Kaszubi jako należący do narodu polskiego nie powinni być objęci przepisami tej ustawy.”   

Ludomir Molitoris, autor tekstu 15 lat istnienia Komisji Wspólnej Rządu i Mniejszości Narodowych i Etnicznych z punktu widzenia słowackiej mniejszości narodowej, zamyka ten interesujący wątek podsumowując: 

Warto w tym momencie przypomnieć, iż Ustawa 6 stycznia 2005 r. o mniejszościach narodowych i etnicznych oraz o języku regionalnym uchwalona została głosami ówczesnej koalicji lewicowej: SLD, SdPl i Unii Pracy. Głosowali za nią też posłowie koła Partii Ludowo-Demokratycznej i część posłów niezrzeszonych, a Platforma Obywatelska, będąc za przyjęciem tego dokumentu, przeforsowała jednocześnie poprawki, które w dużej mierze ograniczały zakres jego stosowania i możliwości dopuszczenia używania w urzędach języka mniejszości jako pomocniczego8 . Platforma Obywatelska doprowadziła również do poszerzenia zakresu ustawy o sformułowanie „oraz o języku regionalnym”, które odnosiło się do społeczności kaszubskiej posługującej się językiem regionalnym. Dodanie tego zapisu zaproponował Dobiesław Rzemieniewski, naczelnik Wydziału do Spraw Mniejszości Narodowych w MSWiA, co ostatecznie, pomimo sporów, zostało zaakceptowane przez Kaszubów i znalazło się w tekście dokumentu9 . Przeciwko ustawie opowiedziały się partie i kluby prawicy, m.in. Prawo i Sprawiedliwość, Liga Polskich Rodzin, Ruch Katolicko-Narodowy, Dom Ojczysty, a także posłowie PSL i prawie wszyscy posłowie Samoobrony (s. 223-224). 

Niejako “drugi rozdział” w moim czytaniu książki TOŻSAMOŚĆ KULTURA RÓWNOŚĆ…, stanowiły artykuły ekspertów i “osób urzędowych”, w tym Rzecznika Praw Obywatelskich, demografów z Głównego Urzędu Statystycznego, przedstawicielki państwa polskiego w Komisji Ekspertów EKJRM, doradców strony Mniejszościowej Komisji Wspólnej Rządu i Mniejszości Narodowych i Etnicznych. Warto zwrócić uwagę, że są to teksty krytyczne, a ich autorzy widzą zarówno mocne jak i słabe strony funkcjonowania Ustawy o mniejszościach narodowych i etnicznych. Wśród tych ostatnich Ewa Michna, autorka tekstu System dotacji jako narzędzie polityki państwa wobec mniejszości zwraca uwagę na finansowanie zadań, które państwo polskie zobligowało się realizować:

Na to, że kwota z części 43 [budżetu państwa – AJ] jest coraz bardziej niewystarczająca składa się kilka czynników. Wymienię je nie rozstrzygając, które z nich są najistotniejsze. Po pierwsze, środki nie są corocznie zwiększane o wskaźnik inflacji; po drugie, zmieniają się potrzeby społeczności mniejszościowych; po trzecie, zwiększa się aktywność mniejszości, pojawiają się nowe podmioty, które pragną realizować przewidziane w ustawie zadania, zatem choć finanse są na podobnym poziomie, w odczuciu mniejszości (i nie tylko ich) jest ich mniej, bo zwiększa się liczba chętnych na nie; droższe jest także funkcjonowanie organizacji mniejszościowych otrzymujących dotacje podmiotowe (wzrastają koszty pracy, energii, wynajmu pomieszczeń, usługi). Stała kwota dotacji skutkuje tym, że organizacje mniejszościowe odpowiadające za realizację celów ustawy wymienionych w art. 18 z coraz większym trudem realizują swoje zadania. Moje doświadczenia pracy w komisji oceniającej wnioski wskazują, że nie ma praktycznie możliwości rozwoju, nie można finansować prawie żadnych nowych projektów, bo sfinansowanie nowego wniosku oznacza „zabranie” lub obniżenie dotacji komuś innemu. Podobnie rzecz ma się z nowymi podmiotami, które mają niewielkie szanse na otrzymanie grantu. W sytuacji tak napiętego stałego budżetu, w tej „grze o sumie zerowej”, każdy nowy podmiot i inicjatywa mogą być postrzegane przez przedstawicieli mniejszości obecnie korzystających z finansowania jako kłopotliwa konkurencja, mogą powodować pytania: kto zabrał „moje”/„nasze” pieniądze (s. 199). 

Wnikliwa analiza Ewy Michny, poparta warsztatem socjolożki i 10-letnim doświadczeniem pracy w KWRiMNE, stanowi – poza wszystkimi innymi walorami tego tekstu – wyczerpujące wprowadzenie do trzeciej części książki – przeze mnie tak odczytanej – którą stanowią artykuły osób reprezentujących organizacje mniejszości, a więc adresatów prawnych uregulowań Ustawy z 6 stycznia 2005 r. Refleksje tych osób to nie są utyskiwania na niedoskonały system (nota bene to jest prawda), lecz feria – tak barwna jak barwne są mniejszości – konkretnych przykładów na funkcjonowanie (nie-funkcjonowanie?) prawa. Różni się nieco od tych artykułów tylko jeden tekst autorstwa Heleny Duć-Fajfer, Łemkini i uniwersyteckiej badaczki, którego lekturą proponuję zakończyć czytanie książki TOŻSAMOŚĆ KULTURA RÓWNOŚĆ… Helena Duć-Fajfer wychodzi poza prostą refleksję i pisze:

Warto podkreślić to, co bezpośrednio wyraził przed pięciu laty Andrzej Sadowski w swej wyrazistej opinii: “Moim zdaniem ustawa została przygotowana z punktu widzenia interesów państwa narodowego zakładającego najogólniej, że Rzeczpospolita Polska stanowi państwo zorganizowane przez Polaków jako dominującą grupę narodową, państwo narodowo polskie, które w warunkach demokratycznych wyraża przyzwolenie na legalne funkcjonowanie w obrębie <swojego> państwa mniejszości narodowych i etnicznych oraz zbiorowości wyróżnionych na podstawie języka regionalnego. Państwo wyraziło przyzwolenie poprzez przyjęcie ustawy, która najogólniej zakreśla ramy funkcjonowania mniejszości oraz generalnie wytycza zadania państwa i innych organów władzy publicznej względem wyróżnionych w ustawie mniejszości narodowych i etnicznych oraz społeczności wyróżnionych posługiwaniem się językiem regionalnym. Ustawa implicite zakłada, że każdy obywatel naszego kraju może być zaliczany jedynie do narodu polskiego lub do wyróżnionych poszczególnych mniejszości narodowych i etnicznych.” 

Zdiagnozowana została tu generalna baza dysfunkcyjna ustawy generująca liczne niekonsekwencje i ambiwalencje w jej zapisach i implementacji, którym nie byli i nie są w stanie przeciwdziałać jej promotorzy. Dołączam się do zacytowanej opinii, przenosząc ją jednocześnie na grunt i zastosowanie instrumentarium pojęciowego, które wykorzystuję w swych badaniach dyskursów mniejszościowych. Państwo narodowe w tej perspektywie to oczywiste parole centrum, ugruntowanego na wiedzy-władzy i instytucjonalnym „czystym”, uprawnionym statusie, podczas gdy mniejszości są bytami peryferyjnymi, hybrydycznymi, niedojrzałymi, niedostatecznie ustrukturyzowanymi. Klasyczny układ centrum-peryferie rozgrywa się, jak wiadomo, według dwóch podstawowych schematów: strukturyzowania (obejmowania centrowymi zasadami/ prawami peryferii) i wykluczania (wyłączania z własnego obszaru bądź niedostrzegania/ uznawania za nieistniejące). Te oczywistości tkwiące u podstaw myślenia strukturalistycznego modyfikuje konkretna rzeczywistość historyczno-kulturowa.           

Pomimo tych istotnych zastrzeżeń, Helena Duć-Fajfer jak i wszyscy pozostali reprezentanci mniejszości, którzy opublikowali swoje stanowiska w omawianej książce, uznają ustawę z dnia 6 stycznia 2005 r. za ważne osiągnięcie w polityce państwa polskiego i wskazują, iż jest to dzieło wielu zaangażowanych osób. Wobec tego jedyne, czego można żałować podczas lektury wydawnictwa Instytutu Kaszubskiego w Gdańsku, to fakt, że wypowiedzi tych polityków zabrakło w publikacji.   

Książka TOŻSAMOŚĆ KULTURA RÓWNOŚĆ. Refleksje z okazji piętnastolecia Ustawy o mniejszościach narodowych i etnicznych oraz o języku regionalnym, pod redakcją Cezarego Obracht-Prondzyńskiego i Małgorzaty Milewskiej, wydana przez Instytut Kaszubski w Gdańsku, dostępna jest w formie elektronicznej: https://www.instytutkaszubski.pl/single-post/publikacja-z-okazji-15-lecia-ustawy-o-mniejszo%C5%9Bciach-narodowych-i-etnicznych 

Nie! – dla fałszywego świadectwa, Jo! – dla rewitalizacji języka

Język kaszubski jest językiem używanym na co dzień. W kontaktach domowych posługuje się nim 108 tysięcy osób. W szkołach uczy się tego języka około 20 000 dzieci i młodzieży. Taka jest oficjalna wiedza, przekazywana w mediach, na zebraniach kaszubskich organizacji, w internecie.

W rzeczywistości to taka bańka, która pozwala nam wszystkim, aktywistom kaszubskim, mieć stabilne ciśnienie i spokojne tętno. Może zacznijmy mówić prawdę o kondycji naszego języka i kultury? No bo w jakich domach i między którymi domownikami używa się języka kaszubskiego? Według mojej wiedzy dzieje się tak w kilkudziesięciu domach kaszubskich działaczy oraz w kilkuset (daj Boże, kilku tysiącach?) innych domów, głównie w kaszubskim interiorze i na dalekich pustkach.

Gdy opublikowałem tę opinię w mediach społecznościowych, inny ich użytkownik zaprotestował, powołując się na dane z ostatniego spisu z 2011 r., w którym 108 tysięcy Kaszubów zadeklarowało przecież, że mówi! Lecz to tylko (lub aż?) deklaracje, które nie muszą mieć oparcia w rzeczywistości. Wydaje się, że warto w tym miejscu przytoczyć krótką, ale trafną analizę Mateùsza Titësa Meyera, który również wziął udział we wspomnianej dyskusji:

Slédny NPS pòkôzôł, że 56,4% Kaszëbów nie gôdô pò kaszëbskù (z ~230 tës. Kaszëbów). Czej wezmiemë tuwò lëczbã 500 tës. Kaszëbów, tej mómë ju leno 20% Kaszëbów, co gôdô pò kaszëbskù. Czej wezmiemë tuwò jesz to, że całô akcjô spisënkòwô, jaką cygnãło KPZ w 2011 rokù, to bëło òpiarcé na parolë: “Gôdóm JO! – gôdóm pò kaszëbskù”, tej mòże bëc tak, że wicy jak 50% z tëch deklaracjów, to béł efekt mësleniô: “no tak, my mówimy w domu >>jo<<, to zaznaczę, że mówimy po kaszubsku, bo tam ci w Radio Kaszëbë coś mówili, żeby zaznaczać tutaj” (sóm móm cos taczégò czëté wiele razë, czej jem 10 lat nazôd pòmôgôł lëdzóma sã spisywac w Jinternece). To wiele kùńc kùńców gôdô pò kaszëbskù? 50 tës? Max. To je 10% Kaszëbów.

Odkąd polski parlament uchwalił Ustawę o mniejszościach narodowych i etnicznych oraz o języku regionalnym (kaszubskim), a Kaszubi mają status “społeczności posługującej się językiem regionalnym”, to jest od 2005 r., piszemy projekty, w ramach których chcemy chronić i rozwijać swój ojczysty język. Rzeczywistość projektowa jest oczywiście ograniczona. Funkcjonowanie języka kaszubskiego w życiu publicznym – bo to jest główny cel wnioskodawców – podlega kwestii spełnienia odpowiednich warunków formalnych konkursów grantowych. Te zaś obwarowane są stosownymi procedurami, których spełnienie uruchamia “środki”. Na marginesie wspomnę jedynie, że owe “środki” nie zmieniły się od 6 lat – oscylują wokół kwoty 15 milionów złotych dzielonej między 14 mniejszości w Polsce – i są jedynie kroplą w morzu potrzeb, co jest podstawą do wielu krytycznych ocen tego systemu.

Ponieważ już najwyższy czas zacząć intensywnie rewitalizować język i kulturę, proponuję – utrzymując wspomniane działania projektowe – mocno uchwycić się najlepszego dostępnego narzędzia jakim może być edukacja kaszubska w szkole. “Może być”, ponieważ obecnie nie jest, ani też nie była przez ostatnie 15 lat, to jest od momentu, gdy budżet Państwa Polskiego przekazuje na tę edukację realne pieniądze. Pokazał to pierwszy raport Watchdog na Kaszubach z 2010 r. autorstwa Łukasza Grzędzickiego i Magdaleny Lemańczyk, wykonany na zlecenie Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego. Niestety, wówczas poza wskazaniem problemu i niedobrych praktyk – choć zgodnych z prawem – Zrzeszenie nie zrobiło nic, w obawie przed zepsuciem sobie stosunków z samorządowymi partnerami. Dobitnie potwierdził istniejący problem i jednocześnie poszerzył wiedzę na ten temat drugi raport Watchdog na Kaszubach z 2020 r., sporządzony przez Mateùsza Titësa Meyera z Kaszëbskji Jednotë.

Jak wynika z raportu Meyera, 133 859 875,00 zł to kwota przekazana przez MEN do Jednostek Samorządu Terytorialnego w ramach dodatkowej subwencji na kaszubski w roku szkolnym 2018/19! Ponieważ część szkół i samorządów nie odpowiedziała na ankiety twórcy raportu, do analiz przyjął on potwierdzoną przez 57 JST uczestniczące w badaniu kwotę 111 650 014,98 zł. subwencji oświatowej. Dalej dowiadujemy się, że owe 57 samorządów przyznało, iż do szkół przekazało na naukę kaszubskiego 81 957 382,56 zł. Tymczasem dyrektorzy szkół wykazują, że otrzymali 29 190 116,53 zł.

To skandal! Tak… Ale jednocześnie to taka gra w ciuciubabkę, w którą bawią się wszyscy – od ministra po dyrektorów szkół. Obserwują ją od lat nauczyciele, rodzice i uczniowie, którzy są najbardziej poszkodowani jako beneficjenci i potencjalni użytkownicy mniejszościowego języka. Czy ta gra jest zgodna z prawem? Owszem, jest. Proszę się nie dziwić! Środki na edukację kaszubską są przekazywane do samorządów jako część oświatowa subwencji ogólnej. W świetle obowiązujących regulacji prawnych “nie ma bezpośredniego związku pomiędzy częścią oświatową subwencji ogólnej a wydatkami samorządowymi na oświatę” – jak wyjaśnia Monika Korolewska w opracowaniu Rola państwa w finansowaniu oświaty (Studia BAS nr 2(22)2010). Samorządy od lat tłumaczą, że otrzymywane z budżetu państwa środki na nałożone na nie zadania są niewystarczające i dlatego subwencja oświatowa nie koniecznie jest w całości przekazywana do szkół, “należałoby bowiem jej wysokość odnieść tak do całości dochodów uzyskiwanych przez samorządy, jak i do wszelkich realizowanych przez nie zadań.” – komentuje Monika Korolewska.

Powiem wprost – tego typu praktyka, polegająca na niedofinansowaniu edukacji kaszubskiej kosztem kolejnego ronda lub termomodernizacji budynku urzędu gminy, nie jest do zaakceptowania, gdy mamy do czynienia z chorym i dogorywającym organizmem języka kaszubskiego! Biję się we własne piersi, że moje działania w tej sprawie były dotąd niedość energiczne i skuteczne. Mam nadzieję, że liderzy organizacji kaszubskich uczynią to samo i będziemy mówili jednym głosem w sprawie finansowania edukacji kaszubskiej. Wagę problemu pokazał Mateùsz Titës Meyer w raporcie Watchdog na Kaszubach 2020, zaś na możliwe rozwiązanie tego gordyjskiego węzła wskazała swego czasu w naszej rozmowie dr hab. Adela Kożyczkowska, profesor Uniwersytetu Gdańskiego z Instytutu Pedagogiki, która uważa, że środki na edukację kaszubską powinny być przekazywane z budżetu państwa jako dotacja celowa, czyli pieniądze znaczone, tzn. takie, których nie można wydać na żaden inny cel. – Precedens już jest – mówiła w rozmowie ze mną Adela Kożyczkowska. – Od kilku lat finansowani są w ten sposób uczniowie o specjalnych potrzebach edukacyjnych.

Byłem samorządowcem przez 12 lat swojego życia i może dlatego ten pomysł wydał mi się z gruntu ograniczający autonomię gmin i powiatów. Niemniej jednak, po dłuższym zastanowieniu, wydaje się on dobrym rozwiązaniem. Dlatego przedstawiłem tę koncepcję wiceministrowi edukacji Maciejowi Kopciowi na jubileuszowym posiedzeniu Komisji Wspólnej Rządu i Mniejszości Narodowych i Etnicznych w październiku br., na którym byłem gościem, zaproszonym przez współprzewodniczącego Grzegorza Kuprianowicza – wybranego przez Stronę Mniejszościową Komisji – jako były współprzewodniczący w latach 2008-2012. Podkreśliłem, że jako były samorządowiec stawiam swój wniosek o zmianę subwencji na dotację z mieszanymi uczuciami. W swojej odpowiedzi minister Kopeć dał do zrozumienia, że rządzącym w Polsce na jest na rękę podejmowanie trudnych tematów z samorządowcami, gdyż wprowadzenie dotacji na edukację mniejszości w miejsce obowiązującej subwencji nie byłoby przyjęte z entuzjazmem przez wójtów, burmistrzów i starostów. Wydawało mi się, że rozumiem stanowisko ministra Macieja Kopcia. Jednakże po zapoznaniu się w dniu 25 listopada 2020 r. z raportem Meyera, Watchdog na Kaszubach 2020 uważam, że dotacja na edukację kaszubską byłaby najlepszym rozwiązaniem. To warunek niezbędny do realizacji we właściwy sposób nauczania języka kaszubskiego.

Kiedy czytam w raporcie Meyera, że takie “kaszubskie gminy” jak Żukowo, Bytów, albo Władysławowo, z dwumilionowych subwencji na edukację kaszubską do szkół przekazują zaledwie kilkanaście procent środków, to moja cała wiara w samorząd na Kaszubach leży w zgliszczach. Owszem tak, są gminy, które z większą atencją podchodzą do problemu, np. Gmina Miasta Wejherowa, która przekazuje ponad 70% lub Gmina Brusy, która ¾ otrzymanych pieniędzy przekazuje do swoich szkół, ale należą one do wyjątków.

Język kaszubski – jego przyszłość – to zbyt wielka wartość, by fałszować prawdę o jego kondycji i fakty o finansowaniu działań podejmowanych w celu jego rewitalizacji. Skoro nasi przedstawiciele w samorządach nie potrafią dobrowolnie dostrzec wartości płynących z naszej tożsamości będącej częścią europejskiego dziedzictwa, której fundamentem jest język kaszubski, wielowiekowe trwanie na południowym brzegu Bałtyku, które wyznacza naszą wspólną przeszłość, a także nie widzą konieczności wyznaczenia naszych wspólnych celów na przyszłość, to powinien to zrobić sektor pozarządowy – organizacje, które mają w swoich statutach działalność na rzecz kultury kaszubskiej i kształtowanie postaw obywatelskich. Tu nie chodzi tylko o Zrzesznie Kaszubsko-Pomorskie czy Kaszëbską Jednotę. Jest przecież tak wiele prężnie działających stowarzyszeń i fundacji na Kaszubach. Edukacja kaszubska i rewitalizacja języka kaszubskiego to nasza wspólna sprawa.

Puck: Wybór, nie zakaz!

Pùck, fot. Artúr Jablonskji

Szedłem na rynek w Pucku z duszą na ramieniu. Był 30 października 2020 r. Nie tylko blady księżyc oświetlał mi drogę. Wszystko bledło przy zimnych, ostromodrych kogutach policyjnych radiowozów, które ustawiły się chyba w każdej z ośmiu ulic prowadzących na centralny plac starego miasta. Do 19.00 pozostało jeszcze dwadzieścia minut. O tej godzinie, niemal w każdym z miast i w większych miejscowościach w Polsce, zbierali się ludzie niepogodzeni z decyzją Trybunału Konstytucyjnego, który orzekł, że obowiązująca w prawie od lat 90. możliwość przerwania ciąży ze względu na “duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu”, nie jest zgodna z Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej. Skończył się obowiązujący 23 lat kompromis. – To piekło kobiet – zakrzyknęły aktywistki ruchów kobiecych. – To sadyzm – powiedziały panie i wyszły na ulice. Wieczorne spacery, na których kobiety i wspierający ich mężczyźni wyrażają swój protest wobec niszczenia państwa prawa odbywają się regularnie także w Kościerzynie, Tczewie, Wejherowie, Lęborku, czy Kartuzach.

Będąc już na puckim rynku, podążałem za coraz wyraźniejszymi dźwiękami muzy. “Moim krajem może rządzić byle miernota. W moim kraju ta oświata to jest ciemnota. Z jednej strony jarmark, a z drugiej Europa. Tańczę polskie tango. Nogi w błocie mam, bo Wisła to grząskie bagno. Narodowe barwy mamy jak Santa Claus i to ma sens, bo przestałem wierzyć w Polskę dawno”. Wychowany na Manamie i Republice, tę nutę słyszałem zaledwie kilka razy z dżejbiela mojego nastoletniego syna, oddalającego się w tempie roweru mknącego gdzieś tam, do ziomków. Po powrocie do domu sprawdziłem, że to Taco Hamingway.

Wyglądali na liderów protestu. Zgromadzili się w osiem osób przy ławce, na której stała szczekaczka i leżał ten przenośny głośnik. Dziewczyny, faceci i towarzyszące im psy z ras przewodników, ratowników i pasterzy. Usłyszałem, jak rozmawiają o Monice, która napisała na grupie na facebooku, że tego wieczoru jej nie będzie. – Kto poprowadzi ten protest bez Moniki? – pytali jeden drugiego. – Przecież to ona nadawała kierunek codziennych, odbywających się od tygodnia, spacerów kilkuset osobowej grupy protestujących młodych i bardzo młodych ludzi. Znam Monikę. Napisałem do niej na messengerze: – Brakuje cię! – Odpowiedziała od razu: – Wiedzą, co robić. Powinni się zaraz ogarnąć. Trzymam kciuki za ich ogarnięcie obywatelskie. Dzięki tym słowom i ja poczułem się odważniejszy.

Przypomniała mi się niedawna “odezwa do narodu” Jarosława Kaczyńskiego, że protestom przewodzą ludzie “szkoleni”. Roześmiałem się. Monika jest socjolożką, która ostatnio – w dobie covida-19 – prowadzi on-line treningi dla seniorów oraz uczestniczy w opracowywaniu powiatowego programu wsparcia dla osób starszych i wykluczonych. A ci, których wsparła w czasie protestów? Rozejrzałem się wokół. Na puckim rynku stały grupki licealistek, studentek, młodych pracownic miejscowych firm, kilka matek z dziećmi w wózkach w towarzystwie swoich partnerów, nieśmiali młodzieńcy z ledwo widocznym zarostem oraz kilkanaście dosłownie osób takich jak ja – 50+. Potem kilkanaścioro z nich odnalazłem w mediach społecznościowych, na grupie Pucki Strajk Kobiet. Ich kaszubskie nazwiska sprawiły, że jeszcze bardziej rósł mój szacunek do tych pań. – To sõ szatanovje, tamò na tëch sztrejkach! – słyszałem od starszych osób w mojej rodzinie. Pewnie też to usłyszały od swoich babć, może nawet od własnych matek. Mimo to znalazły w sobie odwagę wytyczania własnego horyzontu.

Literaturoznawczyni i badaczka pamięci Miłosława Borzyszkowska-Szewczyk skomentowała te zjawiska – zachodzącą w doświadczaniu i wyznaczaniu oczekiwań pokolenia, w kontekście kaszubskiej kultury, języka, tradycyjnych wartości, stereotypów i autostereotypów: “Można kaszubszczyznę widzieć jako część/element układanki świata. A można na niej poprzestać nawet w momencie, gdy ten większy od kaszubszczyzny świat (a wraz z nim i sama kaszubszczyzna, bo przecież to nie odizolowana wyspa) przechodzi kulturową zmianę”. Ta zmiana, od tamtego jesiennego wieczoru w Pucku, zawsze będzie miała dla mnie twarz dwóch młodych dziewczyn – nieważne czy były od Mużów, od Okrojów albo od Jaszków – które odważnie pozowały do robionego przeze mnie zdjęcia z banerem, na którym same wykonały hasło, z którym przyszły na protest: “Módlcie się, żeby nam się okresy nie zsynchronizowały”. I tej długowłosej nastolatki, która zapytana, czy mogę zrobić fotografię trzymanego przez nią hasła, uniosła w górę swój karton z napisem: “Ja już lepiej gotuję, niż wy rządzicie!”.

Przez megafon zapowiedziano, że do zebranych na puckim rynku przemówi matka trójki dzieci, która przeżyła koszmar, którego dotyczy ten i setki, a może tysiące innych odbywających się w Polsce protestów firmowanych przez Strajk Kobiet. Ludzie zbliżyli się do rozwiniętego w tej samej chwili baneru z hasłem “Wybór ↯ Nie zakaz”. Trzeba mieć odwagę i determinację, żeby przed zupełnie obcymi osobami opowiedzieć o swojej traumie związanej z ciążą, w której zdiagnozowano wady genetyczne płodu! Magda na taką odwagę się zdobyła. Nie mówiła długo, bo musiała tłumić emocje. Kończyła swoją opowieść głosem łamiącym się, ale nieustępliwym w kwestii prawa kobiet do ich własnego wyboru: “Wybór nie zakaz! O to trzeba walczyć! O WOLNOŚĆ, RÓWNOŚĆ, DEMOKRACJĘ! O to by kobieta, rodzina, mogli sami zdecydować, wybrać, nie cierpieć!” Zdecydowałem się rozwinąć czarno-złotą flagę, którą przyniosłem ze sobą.

Gdy ucichły oklaski po przemówieniu Magdy, żeński głos płynący z megafonu zaproponował, by ruszyć w kierunku szpitala powiatowego w Pucku i przechodząc obok, podziękować personelowi służby zdrowia za ich poświęcenie i pracę podczas pandemii. Czwórka z banerem ruszyła pierwsza. Za nią pozostali. Spontanicznie. Z hasłami wypisanymi na kartonach, płótnie lub po prostu na T-shirtach. Dopiero w uliczce wychodzącej z rynku można było się przekonać jak wielu jest tych protestujących. Około 500 osób skandowało hasło “Myślę, czuję, decyduję”! Pod szpitalem były oklaski, potem protestujący krzyczeli “Tak dla wyboru. Nie dla terroru” i szli dalej wieszcząc, iż “Rewolucja jest kobietą”.

Policja konwojowała pochód oznakowanym samochodem w profesjonalny i bezkonfliktowy sposób. Przed każdym kolejnym skrzyżowaniem pytali liderów marszu, którędy chcą iść i skręcali we wskazanym kierunku. Na jednym z rond doszło nagle do nieporozumienia, co trwało jednak krótką chwilę. Pochód odczekał, aż policyjny samochód ustawił się we właściwym kierunku i dopiero wtedy protestujący ruszyli dalej. Euforycznie wręcz przyjęto pozdrawiające protestujących sygnały dźwiękowe ze strażackiego wozu, który wracał do jednostki z jakiegoś służbowego wyjazdu. Puck spowity nocą rozbrzmiewał dziesiątkami, jeśli nie setkami klaksonów samochodowej kawalkady, która podążała za spacerującymi mieszkańcami miasta i okolicznych miejscowości powiatu puckiego.

Przez miasto, na hulajnogach, deskorolkach i rowerach, przemykały też grupy “młodszej młodzieży”, uczniów podstawówek, którzy pod wpływem ogólnej atmosfery głośno wyrażali swoje niepochlebne zdanie o rządzącej partii. Pomimo później pory – dochodziła dwudziesta – wiele osób mijających pochód, spieszyło na miejskie cmentarze, by zdążyć ustawić kwiaty i zapalić znicze na grobach swoich bliskich. Chcieli zdążyć przed zamknięciem cmentarzy ogłoszonym na konferencji prasowej premiera rządu Prawa i Sprawiedliwości.

Dôjta so pòkù z Kòscołã

Wkół dzysdniowégò protestu niewiele je tich niezdecydowónëch. Są przede wszëtczim dwa karna lëdzy. Ti, co nazéwają sã “òbarńcama żëcégò” ë dlô nich nôczãszczi ti, co wëszlë na sztrasë ë protestëją, to mòrdarze, co blós chcą zabijac dzecë.

Drëdżé karno to ti, co protestëją ë dlô nich “òbrońcowie żëcégò” to zabójcowie białczënëch prawów. Drãgò je w tim wszëtczim òbaczëc (bò ta biôtka chùtkò przelazła w skrajnoscë), że tuwò jidze ò prawò wëbioru, a nié chãc do zabijaniô czë herojizmù. Białczi, a w tim jô, chcą miec mòżlëwòtã wëbiéraniô, czë chcą ùrodzëc chòré dzeckò ë je òchrzcëc a zachòwac czë nié. Prosté? Dlô mie jo.

Ale żebë jesz barżi to wszëtkò skòmplikòwac, to w protestë wmieszóny òstôł Kòscół. Ë zaczãło sã wchôdanié na mszã z plakatama, protestowanié kòl kòscołów, malowanié na mùrach. Pòdług mie to je przedżibka, a gôdóm to jakò atejistka. Prosto, dzeje sã to, na czim zanôlégô klatôkòwi z Nowògrodzczi.

Chcemë dac so pòkù z tima kòscołama. To je biôtka pòliticznô, swieckô. To, że wëszëznë Pòlsczi nie òdróżniwają państwa òd Kòscoła, nie òznacziwô, że ti, co są procëm jim, mùszą téż parłãczëc Kòscół z wëszëznama. Wëdôwô to sã nôtërné – PiS to je Kòscół, Kòscół to je PiS. Ale lëdzë, doch swiat nie dzeli sã na niewierzącëch ë pisowców. Jednémù człowieczkòwi z Warszawë baro zanôlégò na tim, żebë lëdzë swój górz przenieslë na Kòscół. Òn dôł ò tim wiedzec w swòjim slédnym wëstãpienim do nôrodu, gdze gôdôł czësto jak Jeruzelsczi. Felało mie tam blós cemnëch brëlów. – Më mùszimë barnic pòlsczich kòscołów – grzmiôł. – Wzéwóm wszëtczich nôleżników Prawa i Sprawiedlëwòtë ë wszëtczich, chtërny wspiérają naju, do tegò, cobë wzãlë ùdzél w òbarnie Kòscoła, w òbarnie tegò, co je atakòwóné – pòwtôrzôł miéwca kòta z Warszawë.

Ò co mù jidze? Òn chce przeczerowac górz jegò procëmników na Kòscół. Dzãka temù òstónie òdcygniãté òkò kamerë òd partie ë òd rządu ë òni bãdą mòglë dali bawic sã w rządzenié. A przede wszëtczim taczé dzejanié zmòbilizëjë ë zmòcni kòscółkòwi elektorat PiS. Pòdług mie dobrim dzejanim bãdze kùńc z protestama kòl kòscołów. Òd zarôz. Chcemë protestowac tak, jak to bëło na zôczątkù, kòl sedzb pòsłów PiS, kòl jinstitucjów rządowëch. Jeżlë jesmë za tim, żebë Pòlskô pò prôwdze bëła swiecczim państwã, zacznijmë òd se ë naùczmë sã (chòclë wiém, ze w dzysdniowi Pòlsce to je drãdżé) òddzeliwac pòlitikã òd Kòscoła.

Natalia Kłopòtk-Główczewskô

Gvôlt prava – to je Kaszëbóv sprava! #KarújtaSã

Pòlskjé slovò “wypierdalać” zajãno – v wokamërgnjenjim – pjerszi môl v codnjovim jãzëkù wobëvateli Pòlskjéwo Kraju. Njé vszëtcë jistno je majõ achtnjoné. Jednim je prosto sromòta gò wużëc, drëdzë pò nje rôd sigajõ, a jesz jini “nje chcõ, ale mùszõ”, cëtëjõcë klasika.

Czlovjek v strzédnëch latach, cerzplëvi wobëvatel, dozdrzelali pjisôrz ë szkólni – a jô pravje sã za takjéwo móm – nji mjôl bë glosno rikac vë vszëdnim rëmje negò “wypierdalać”. A jednak mje sã dalo przińc nó to slovò. Pòmëslil jô, że dosc môlczenjô… Dosc mëszlënjô… Dosc dôvanjéwo na wolã… Wypierdalać! Karújta sã! Rút! Siżnjami! Bjôjta lós!

Zó to mòje krzikanjé, to dalo vnet pò banji! Z facebooka vjele jô sã wo sobje vëdovjedzôl, na glovã mje jeden z drëgjim nasmrodzil, wod levakóv ë dzecnëch mòrdarzóv nazvôl. Jô tewo navetka nje merkôl, bò przez calé żëcé – jeżlë cos dlô jinëch robjisz – mùszisz bëc nôlożen takjéwo szkalovanjéwo ë téj-séj woszvanjenjéwo. Blós jedno mje do mëszlënjô dalo… Jak mje chtos spitôl: “Czewo të dzecë wuczisz?”…

Véjle, jô dzecë wuczã tewo, co jô bél nawuczoni. Wumjilovanjô frijnosce, wolnosce slova, wolnosce vëbjérë ë wodpòvjedzalnosce za slova a wuczinkji. Nota bene jô sã tewo nawuczil v echt katolëckjim dôdom, v kòscole parafjalnim ë v halb katolëckjich a halb PRL-ovskjich szkòlach. Zó tã mòjã deklaraciã jeden kòlega ze SKRË mje wobsmjôl. “Ach panje jo… co të z takjima zrobjisz” – jô so pòmëslil. Móżesz abò pôcórk zmòvjic za takjich, abò prosto riknõc “vëpjiżdżéjta”!

Pôcórkóv móm v żëcim jú dosc namóvjoné, téj tëma vszëtkjima, co gvôlcõ mòje prava ë smjejõ sã z mòjëch vórtnotóv, z mòjéwo vzéranjéwo na rzeczë kardinalné – v żëcim nôvażnjészé, jô bez żalë gôdajã: Rúten!

Hola! Levak z mje je takji, że zôkònnô sostra mòje mëszlënjé jinaczi… Margréta Chmjelevskô rzekla doch: “Nie dajcie się złu. Proszę, nie zadawajcie bólu, nawet jeśli czujecie się skrzywdzeni. Nie depczcie tego, co dla innych jest święte lub po prostu ważne. Nienawiść rodzi nienawiść, agresja rodzi agresję.” Svjãtô prôvda. Blós, że pravò je gvôlconé! Jô jem z tewo partë Europë, dze dura lex, sed lex! A v państvje prava za wuczinkji ë slova pònôszô sã wodpòvjedzalnosc!

Téj przestanjita gvôlcëc pravò, sõdë ë szarëch lëdzi, takjich jak jô! Mô bëc normalno, njech je “na pravje”. Nji ma prava, téj nji ma frijnosce. Je krzikanjé ë rikanjé. Je ôpen bjôtka z tëma, co z prava robjõ njiżvã, co medzëlëdzkjé relacëje każõ, co dekretama chcõ vladzã czënjic. Tédë nje dzëvújta sã, że lëdze sõ nervés. Pravò je do te, cobë nje bëlo lepszëch ë gòrszëch! Wono mùszi bëc pò stronje kòżdéwo jednéwo wobëvatela!

Wó to pravò Kaszëbji przed vszëtkjim mùszõ sã mjec. Wó to na szaséjach najich mjast sã bjic. Njé jeden procëm drëgjémù vëstãpòvac na rénkach abò facebookòvëch wallach, blós razã v wobronje prava stanõc. Razã wuprocëmnjic sã do kòżdéwo jednéwo, co pravò chce skazëc.

#Wypierdalać! #Karújta sã! #Siżnjami!

Do antilarwòwców ë covidosceptików

Jô ni móm chãcë Waju kritikòwac ë sztridowac sã ò ùczałé dokazë na jistnienié wirusa. Jô próbùjã Waju zrozmiec i niezanôléżno òd hejtu z òbùdwùch strón spòkójno pògadac. To mùszi bëc czãżczé biôtkòwac ò wòlnosc lëdzy, a równoczasno przez nëch lëdzy bëc nazywónym fòliarzã. Niewdzãcznosc zaprogramòwónëch przez propagańdã lëdzy mierzy.

Jô sã nie dzywiã temù, że wiele lëdzy nie wierzi ùczałim w kòrónawirusa, abò nie wierzi w jegò zabójczą mòc. Czemù nibë ti ùczałi mają bëc aùtorama dogmatów, w jaczé më bezkriticzno wierzimë? Nôùka nigdë nie je pòmilonô? Tedë jak wëklarowac to, że na zôczątkù XX stalata w USA béł wëkłôdóny “Sto proceńtowi amerikanizm”, a ùczałi na tim gónie dokazowelë, że czôrny nigdë nie mdze tak jinteligeńtny jak biôłi? To bëła nôùka. Jistno to ùczałi lëdze projechtowelë kòncentracyjné lagrë. To ùczałi lëdze gôdelë, że dzecë, co rozmieją lepi pò kaszëbskù jak pò pòlskù, nigdë nie mdą mądré. Ùczałi czilenôsce lat nazôd gôdelë, cobë margarinã jesc, a dzysô pòdczôrchiwają, że jak sëté, to leno zwierzãcé. Jô tedë rzekã wicy – wa môta nié prawò, ale òbrzészk bëc scepticzny! Kò jinaczi ti ùczałi mògą nama na zemi piekło zrobic.

Jô bë nie chcôł żëc w swiece, dze më dôwómë jaczémù karnu – ùczałëch, kapłanów, pòlitików, równo kòmù – absolutną władzã. Wszëtczim mùszimë na rãce zdrzec. I wiedno szëkac za prôwdą.

Wa nie bierzeta bezkriticzno tegò, co chtos w telewizji rzecze, czë w gazéce napisze. Z tegò wëchôdô mòje pëtanié. Jeżlë Wa nie wierzita ùczałim, bò ti mògą nie znac prôwdë, tej co Waju przekònywô we wpisu na Facebookù kògòs, kògò Wa nie znajeta? W czim je lepszô metodologiô aùtora mema ò piardach przechôdającëch przez bùksë, tak jak wirus przez larwã òd metodologie analizów ùczałëch? W jaczi spòsób Wa werifikùjeta kómpetencje aùtora wpisu na Facebookù, jeżlë òn je kòpiowóny przez wszëtczich bez pòdpisu? Kùli gòdzënów Wa spãdzelë przë pòznôwanim encyklopedicznëch znaczeniów terminów ùżëtëch w òbezdrzonym filmikù na Youtube? Czej w banie gôdôta z kòlegą, że wirusa ni ma, bò Wa nie znajeta chòrëch, tej wëcygôta kalkùlatór i rechùjeta prôwdopòdobiéństwò wëstąpieniô chòrëch we Wajim karnie drëchów? Robita Wa ankétë westrzód kamratów? A jak Wa ùczëjeta, że wicy lëdzy na gripã ùmiérô, tedë do kògò Wa sã zwrôcôta z prosbą ò meritoriczną kòméńterã? Môta Wa drëcha, co szesc lat sztudérowôł ten wąsczi òbjim wiédzë i to òn pòcwierdzywô te ùczëté w jaczims placu wiadła?

Jô sã pitóm, bò jô jem baro czekawi Waszégò pòdchôdaniô do pòznôwaniô prôwdë i chcã sã czegòs wôrtnégò òd Waju naùczëc. Kò zéwiszcze “Włącz mëszlenié” Waju do czegòs zòbòwiązywô.

Njenajadlosc pò lekturze “Cëskù” Stanjisłava Jankji 

Gùst Kaszëbòvskji… anjelskji Samuel Pepys? Pòlskji Mjikòlôj Dosvjôdczińskji? Wurodzoni v Wustarbòvje, vëchòvóni ë vëwuczoni v Mjesce/Vejrovje. Jednõ razõ jidze v svjat, cobë przecignõc na zúdã (tã kaszëbskõ), vest (kaszëbskji ë navetka francëskji, wo jakjim pòvjôdô jewo përznã starszi kùzénj), téj zôs dalek na óst (Kòlc na Siberëji), żebë vrócëc na nordã, do czësto jú jinéwò, chòc dërch ne saméwo Vejrova. Blós że nen Gùst sóm so tewo nje zrobjil. Na pińclatnô réza to nje bél jewo vëbjér, a to co won z nji przëvjóz, njijak do mjenjanjô svjata sã nje nadôvalo… 

Nej! Gùst nje szlachùje za żódnim z herojóv fjilozoficznëch pòvjôstkóv. Nje je won takjim, co bë svój vãder v jakjim dzénnjikù wopjisôl ë nafùlovóni svòjima mrzónkama mjôl bë tvòrzëc wutopjijni svjat szczestlëvëch lëdzi. “Cësk” Stanjisłava Jankji (pòl. Stanisław Janke), chtërnéwo herojõ pravje je Gùst Kaszëbòvskji, v calosci je pòvjescõ wo njeszczescim czlovjeka krõcõcéwo sã razã ze svjatã I pòlovë XX stalecô.

Nen czlovjek pòznôl tak vjele bjédë ë pònjevjérkji, tak vjele razi wocar sã wo smjerc, że v kùńcú v njim “jakbë cos wumjarło”. A mje sã zdôvô, że przez nen “cësk”, nen njewubëtk ë wurzas, jakjé tovarzëlë mù wob calé żëcé – wod dnja, kjéj gò czôrni pjes Aza wużar v kro ë nen szczirz  za stodolõ prosto wutlëkli zó to wostôl, przez nen dzénj, kjéj do njewo v Pjôsznjici  strzélalë Njemce ë won jak no szczërzëszcze cali v krëvji kraczil sã z rovù fùl trúpóv, jaż pò bòlestnõ stratã brzadë svòji mjilosce przëszléwo do wuszkòdë v krëvavi plëce. 

Nã svòjã wopòvjednjã Gùst Kaszëbòvskji przedstôvjô bez vjikszéwo vzbùrzenjéwo abò jakjéwos rozmjitczenjô. Kò móże czasã, dzes v tim, co przekazëje, zadërżi jakôs nóta gòrzë, strachù czë redosce, ale wona le ledvò zvãczi. Pòvjôdanjé Gùsta je skòncentrovóné na prostim “jô bél”, “jô zrobjil”, “mje vzãnë”, “mje rozkôzalë”, “do mje strzélalë”, “jô sã wuretôl”. Nji ma tam placë na wopjisënk nôtërë czë rozmiszlanjé nad jakjima dejama, wudbama, pòzdrzôtkama. Przez to svjat Gùsta je dosc prosti, chòc tak pòmachconi. Czëtajõcë “Cësk” më sã v kùńcú doznômë, czemù to tak je. Kò przëczënõ tewo dosc czôrno-bjôléwo vzéranjéwo na svjat sõ smùcënë. Chòrosc dopadô Gùsta kòl 40 rokù żëcéwo. A móże vjedno wona v njim bëla?  

Hewo, pravje przez në smùcënë heroje, v “Cëskù” czëtôrz nje naléze żódnëch tôklóv bënovëch Gùsta, nomen omen, Kaszëbòvskjéwo. Jak wo tlëkõ za kaszëbjiznã, to barżi gò bòli jak robji to pòlskji szkólni, njigle ten mjemjeckji. Won je Kaszëba ë Pòlôch. Won vjé, że “ni ma Kaszëb bez Polonii” ë że to sõ slova kaszëbskjéwo pòétë, co sã zvôl Derda. Won vjidzi vjelgji znaczënk zaslëbjenjéwo Pòlskji z mòrzã przez Jenrôlã Hallera ë woli damjic, kjéj żôlnérze cëzi armje robjõ krzivdã kaszëbskjim sõsadóm. Chòc ve vjele pòstacëjach wuzdrzimë calõ plejadã kaszëbskjich pjisarzi: v tim falú Aleksãdra Majkòvskjéwo, Jana Karnovskjéwo, ksãdza Frãca Grëczã ë drëgjich dzejarzi jak Wojcech Kjedrovskji ë Tédór Bòlduan, to Hieronjim Jarosz Derdovskji je v romanje Jankji tim, chtëren pòkazëje Kaszëbóm jich drogã.

Trochã szkòdã, że Stanisłôv Janka tak plaszczi svjat svòji pòvjescë, chtërna mjala doch dofùlovac, bënômji jô tak mëszlã, wopòvjednjã newo pjisarza wo XX stalecim. Ta pjerszô kaszëbskô (pò kaszëbskù napjisônô) pòvjesc Jankji to bëla “Łiskawica”, v jakji czëtôrz pòznôvô farvné, chòc cvjardé realia Kaszëbskji lat 50., 60. ë 70. zeszléwo vjekù. Pjiszõcë lata temù wo ti ksõżce v pjismjenjú Pomerania, mje sã dalo pòróvnac jã do znóni pòlskji pòvjescë “Konopielka” Edvarda Redlinskjéwo, abò do ksõżk Andrzeja Stasiuka, jakjima zaczëtëjõ sã dzisô njé le v Pòlsce. Dobri je téż “Żôłti kam”, tlomaczoni przez autora na kaszëbskji z pòlskjéwo jãzëka. V tim romanje njivõ wopòvjesce Stanjisłava Jankji sõ lata 70., 80. ë 90. XX vjekù na Kaszëbach. V wobùdvúch tëch ksõżkach vjele sã dzeje v glovach ë dëszach jich herojóv, chtërni nôleżõ do lëdzi szúkajõcëch gvôsnéwo placë ë svòjéwo môla v spòlú – gòdzõ sã z njõ abò jã wodrzúcajõ.

Jô żalëjã, że Stanjisłôv Janka nje wopjisëje róvnak téż v “Cëskù” kaszëbskjich tôklóv ze svòjõ tożsamòscõ, jakjé tak letkò bë bëlo pòkazac v lõczbje z Vejrovã, mjastã tak vôżnim v cali ksõżce. Jo, to je prôvda, że autór nadkjidnõn wo vjele rzeczach, chòcle wo pòwòjnovi Zrzeszë Kaszëbskji, wo I Kòngresú Kaszëbskjim. Ale zrobjil to jakbë blós z chrónjikarskjéwo mùszu. Jistno zresztõ je z drëgjima spravama, ledvò dotklima v jednim abò dvúch akapjitach. Pò przeczëtanjim ti nônovszi pòvjesce Stanjisłava Jankji wostôl v mje glód… njenajadlosc vseczëcóv.           

“Cësk”, autor: Stanisłôv Janka (Stanisław Janke), malënkji na wobklôdce ë bënë: Macéj Tamkùn, vëdalo: Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie, Gdúńsk 2020.  

Kaszubski syndrom umniejszania swojej historii

Kiedy mowa jest o księciu polskim Mieszku, Chrzcie Polski, Polsce wczesnopiastowskiej czy początkach polskiej państwowości, nikomu powieka nawet nie drgnie, choć wszystkie te pojęcia są, mówiąc eufemistycznie, wielkimi i nieco naciąganymi uproszczeniami.

Zacznij mówić jednak o książętach kaszubskich i państwowości pomorskiej (czy, jak określał prof. G. Labuda, kaszubsko-lucickiej i kaszubsko-kociewskiej), o! Co to to nie, nie wiadomo, nic nie wiadomo, a czy ówcześni Pomorzanie mieli coś wspólnego z dzisiejszymi Kaszubami? A może wcale nie?

Mieszko nie był księciem Polaków, lecz Polan, a Chrzest Polski był w rzeczywistości chrztem jego ówczesnej dziedziny, czyli Wielkopolski i ziemi lubuskiej, a właściwie był chrztem Gniezna, a jeszcze precyzyjniej samego władcy i części jego świty. A jednak używa się tu terminu Polska jako skrótu myślowego i uproszczenia nie tylko dla celów propagandowych, ale także ze względu na to, że te postaci i wydarzenia są uważane za historię dzisiejszych Polaków, za dzieje ich protoplastów.

 

 

 

 

 

 

 

 

Wikimedia Commons

Nazwa Polak/Polacy weszła do obiegu dopiero w XV wieku, nie była używana przez żadne plemię polskie, a jednak nie mamy wątpliwości, że Wiślanie, Lędzianie czy Polanie byli przodkami Polaków i ich historia jest historią dzisiejszego narodu polskiego. Nikt nie toczy bojów o to, że skoro Mieszko nie nazywał się Polakiem, lecz Polaninem, to Polacy nie mają prawa go traktować jako część historii swojej wspólnoty.

Nazwa Kaszubi jest starsza. W 1238 r. książę zachodniopomorski Boguslav jest tytułowany dux Slauorum et Cassubie – książę Słowian i Kaszub, a żyjący w kolejnym stuleciu Barnim III był dux Cassuborum – księciem Kaszubów.

To prawda, że wschodniopomorscy Sobiesławice nie tytułowali się w ten sposób, zwali się książętami Pomorza. Nazwa Kaszubi jeszcze w XIII wieku dotyczyła głównie Pomorza Środkowego, w okolicach Kołobrzegu, Białogardu i Koszalina, choć widzimy, że już wtedy wybijała się na nazwę ponadplemienną i sukcesywnie rozprzestrzeniała na południe i wschód, tak że w XV wieku dotarła również na Pomorze Wschodnie.

Rozciągnięcie się nazwy jednego wpływowego plemienia na całą grupę to proces oczywiście doskonale znany, Anglia wzięła swą nazwę od plemienia Anglów, choć protoplastami Anglików byli również Jutowie oraz Sasi (stąd Wessex, Sussex itd.), co jednak nie przeszkadza do dzisiaj narodom celtyckim zwać Anglików Sasami właśnie (irl. Sasanaigh, szk. Sasanaich, wal. Saeson), tak jak Węgrzy do dziś Polaków zwą Lędzianami (Lengyelek).

Atlas dziejów Pomorza i jego mieszkańców – Kaszubów

Dzisiejsi Kaszubi nie pojawili się znikąd, nie napłynęli z zachodu w późnym średniowieczu. Wschodniopomorscy Kaszubi od wczesnego średniowiecza zamieszkują tereny zamieszkane przez siebie i dziś, choć nie od początku zwali się tym mianem. Plemiona pomorskie, będące wspólnotą językową i kulturową, posługiwały się różnymi nazwami lokalnymi od Szczecina po Gdańsk, jak Wolinianie, Pyrzyczanie, Drawianie, jednak dwie nazwy wybiły się na nazwy ponadplemienne: Kaszubi i Pomorzanie. Sobiesławice, dynastia wschodniopomorska, która utworzyła niepodległe księstwo ze stolicą w Gdańsku i nadała mu prawa miejskie, była dynastią kaszubską. Dobitnie świadczą o tym imiona noszone przez tych władców: Suantopolc i Wartislaw, które wykazują wybitnie kaszubskie cechy językowe w postaci grup TolT i TarT. Te same cechy od wczesnego średniowiecza są powszechne w nazwach miejscowych na terenach obecnie zamieszkałych przez Kaszubów*. Pomorzanie z tych terenów nie byli tajemniczym ludem, który istniał, ale nie wiadomo, co się z nim stało i czy miał coś wspólnego z dzisiejszymi Kaszubami. Nosili imiona wykazujące wybitnie kaszubskie cechy językowe, a ich ziemię cechuje ciągłość osadnicza i etniczna. Nie odnotowano na tych terenach pustki osadniczej czy wielkich migracji ludności, które miałyby w jakikolwiek sposób podważyć to, co rysuje się jako oczywiste.

Wszelkie próby podważania praw Kaszubów do traktowania średniowiecznych Pomorzan za swoich protoplastów to ekwilibrystyka słowna i pojęciowa.

*oczywiście należy pamiętać, że księstwo wschodniopomorskie w niektórych okresach sięgało aż po Nakło nad Notecią, więc obejmowało na południu i wschodzie również ziemie, które nie były rdzennie kaszubskie, stąd ukuty przez Labudę termin państwa kaszubsko-kociewskiego; podobnie księstwa zachodniopomorskie od czasu podbicia połabskich Wieletów i Ranów na Pomorzu Przednim określa się jako kaszubsko-lucickie

Czas na Kaszubskie ugrupowanie progresywne?

Mit konserwatywnych Kaszubów rozbija się o praktykę. Kaszubi, jak każde społeczeństwo, reprezentują cały wachlarz postaw i poglądów. Żadna jednak duża organizacja kaszubska nie zadbała o progresywną część młodego pokolenia, która dorastała w otwartej Europie, zwiedziła świat, żyła lub dojeżdżała do Trójmiasta i zachowała świadomość kaszubskiej tożsamości. Odbiła się jednak od konserwatywnej, świetlicowo-tabacznej wizji kaszubskości, bo nie znalazła w niej miejsca dla siebie.

Jak duża to może być grupa i jak duży może być jej potencjał? Prawdopodobnie większy, niż się wydaje. Jedno jest pewne, jest to siła, na której zaprzepaszczenie nie możemy sobie pozwolić. Przy dzisiejszym bierno-asymilacyjnym kursie ruchu kaszubskiego przyszłe pokolenie, wykorzenione ze swojej kultury, nie znające jej już jako kultury żywej nawet w pokoleniu swoich dziadków, będzie w stanie wydać co najwyżej garstkę hobbystów i miłośników kaszubszczyzny, co de facto będzie się równało ze śmiercią języka i kultury Kaszubów.

Do obecnej kondycji Kaszubów i ruchu kaszubskiego przyczyniła się również polityka zewnętrzna, ale przede wszystkim niechęć do uprawiania jakiejkolwiek polityki wewnętrznej, która wydaje się charakteryzować społeczność kaszubsko-pomorską. Odejście od politycznych aspiracji Ceynowy, Zrzeszyńców czy Bądkowskiego, ostatecznie przyczyniły się do kompletnego marazmu na niwie sprawy kaszubskiej, a więc i do niemożności rzeczywistego wyemancypowania się, wykrystalizowania swojej tożsamości, nadania społeczeństwu określonego kierunku, postawienia sobie określonych celów wspólnotowych.

Odpowiedzią i szansą dla obecnych i przyszłych pokoleń tworzących pomorską wspólnotę jest kaszubsko-pomorski ruch progresywny. Właśnie taki ruch: obywatelsko zaangażowany, stawiający sobie jasno określone cele społeczno-polityczne, jest jedyną nadzieją na przezwyciężenie marazmu, pasywnych postaw i zniechęcenia.

Kaszuby mogą być progresywne – nowoczesne i postępowe. Kaszuby mogą być otwarte. Kaszuby mogą być solidarne, prośrodowiskowe, równościowe i dla wszystkich. I jednocześnie Kaszuby mogą zadbać o swoje korzenie, język i kulturę, i wznieść czarno-złotą flagę wyżej niż kiedykolwiek przedtem.

Kaszëbskji jãzëk za woceanã pòd cëskã anjelszczëznë

Pòcztõ z Bjura Zarzõdë Kaszëbskò-Pòmòrskjéwo Zrzeszenjéwo ve Gdúńskù zaleca do Czôrnéwo Mlina, mje njic tobje njic, ksõżka Stanjisłava Frimarka wo gôdce Kaszëbóv v Kanadze, Sztécach (USA) ë Novim Zélance. Sóm autór, jú na pòczõtkù, v pòdzëkòvanjach,  dôvô do vjédze, że spòdlã ni pùblikacëji bëlë jewo dvje licenciackjé prôce. Jedna wosta napjisônô na kúńc sztudióv kaszëbskji filologie na Gdúńskjim Wuniversitece, a drëgô na kúńc sztudióv filologie anjelskji v Pòvszechni Vëższi Szkòli Humanisticzni “Pomerania” v Chònjicach. Ksõżka nji mògla bëc téj jinaczi vëdônô jak blós dëbelt: pò kaszëbskù ë pò anjelskù. 

Na jãzëkòvô dëbeltnosc to je pjerszé z kjiles dobroctvóv ti pùblikacëji. Jinim – nôvjikszim – dobroctvã je przedstavjenjé gvôsnëch badérovanjóv Stanjisłava Frimarka zrobjonëch na kontinence Nordovi Amerikji ë na Novòzélanckjich Wostrovach. Autór doprzëszed v wostatnëch kjiles latach do kjiledzesõt sztëk Kaszëbóv – mjigrantóv ve czvjôrtim abò navetka pjõtim pòkòlenjim – ë pitôl wo jich etnjiczné pòczëcé, historicznõ pamjãc ë jich jãzëk kaszëbskji. Brzôd nëch badérovanjóv wostôl v drobnotach przedstavjoni v 2 dzélach prôce. Vszëtkji në trzë njivë przënôszajõ czekavé wodkrëca, a navetka wosoblëvé smaczkji. 

Wo jednim takjim wodkrëcim jô tú nadkjidnã, a jinëch szëkôjta sami. Mje wujãna historëjô Gail Olsheski (Gail Henley), chtërna je jakbë dokúńczenjim spravë napjisôni przez njã v 1978 r. ksõżkji pòd titlã Where the Cherries End Up, jakô bëla tlomaczonô na vjele jãzëkóv, v tim na pòlskji (Co się stanie z wisienkami, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1986). V pjismjenjú “Pomerania” (nr 11, 1979) wo tim romanje, jakno wo wobrazú Pòlôchóv v Kanadze, pjisôl Lech Bõdkòvskji. Gail Olsheski (Henley) pòvjôdô Stanjisłavòvi Frymarkòvi jak wona z “Pòlôszkji” stala sã Kaszëbkõ. 

Autór ksõżkji nje wucek róvnak przed felama, jakjé – móże rzec – vzãnë sã z njesprôvdzenjô zdrojóv abò prosto z vjarë v prôvdzëvòsc lëdzkji pamjãce. V tim falú vezmë spravã “Pjerszéwo szkólnéwo kaszëbskjéwo jãzëka v Kanadze”, chterën “na rôczbã spòlëznë kanadzkjich Kaszëbóv vëjachôl za wocean, cobë wuczëc jich dzecë v katolëckjich szkòłach…”. Jakbë autór to bél spravdzil, to bë vjedzôl, że nen projecht realizovôni bél vespól przez trzë stovôrë: Wilno Heritage Society (jakjé dalo szkólnémù dak nad glovõ ë pôlnja v kaszëbskjich famjiliach), Wspólnota Polska (jakô dzãka ji przédnjikòvi Macejovi Płażińskjémù – honorovémù nôleżnjikòvi KPZ – dala szkólnémù pólroczné sztipendium v talôrach [dolarach] ë pjenjõdze na fliger) ë Kaszëbskò-Pòmòrskjé Zrzeszenjé (jakjéwo Woglovi Zarzõd newo szkólnéwo nalôz, vszëtkò zegrôl, rozliczil ë zrëchtovôl). 

Felëje mje téż v ksõżce Stanjisłava Frimarka vjikszéwo wopjisanjô donëchczasovëch badérovanjóv kùlturë ë jãzëka Kaszëbóv v Americe. To bë sã przëdalo, wosoblëvje mlodim czëtarzóm, chtërni mògõ nje vjedzec (a z ti prôce sã nje dovjedzõ) wo rézi Jana Drzéżdżona do Kanadë ë Sztécóv ë jewo “Rozważaniach nad kulturą Kaszubów kanadyjskich”. Nje dovjémë sã téż wo badérovanjach Józefa Bòrzëszkòvskjéwo wopjisônëch v ksõżce “O Kaszubach w Kanadzie” (2005) anji wo rozmiszlanjach Edvarda Bréze wo nôzvëskach Kaszëbóv v Kanadze (Nazwiska Kaszubów kanadyjskich, “Rocznik Gdański”, t. XLV, 1985), anji navetka wo tim, co wo Kaszëbach v Kanadze napjisôl Kadzëmjérz Ickevjicz (ZKP, Gdúńsk 2008). Szkòda téż, że v svòji ksõżce Frimark nje vëzvëskôl jãzëkòvëch zdrojóv jakjima sõ filmë zrealizovóné v Kanadze przez Henrika Bartula ë Eugenjusza Prëczkòvskjéwo.  

Ksõżka je dosc tëli wubòkadnjonô wodjimkama. Nódto je v nji slovôrz kanadzkji gôdkji ë jindeks nôzvëskóv. Bjibliografjô – jak jô jú pjisôl – je dosc wubògô, chòc sõ v nji ksõżkji novi, anjelskòjãzëkòvi, jakjich kaszëbskji czëtôrz móże nje znac. Woglovò móże rzec, że mjimò tëch vskôzônëch felënkóv, prôca S. Frimarka je pjerszõ ë wudónõ próbõ wopjisanjô tak drobnotovò gôdkji kaszëbskjich mjigrantóv ë cëskù na njã anjelskjéwo jãzëka.