Archiwum kategorii: Céch

Etnolekt mazurski – czy kodyfikacja jest wykonalna? Burza (póki co jednego) mózgu.

Czy kodyfikacja mowy mazurskiej jest mission impossible? Czy jest swego rodzaju węzłem gordyjskim, ale z tą różnicą, że jego radykalne przecięcie rozminie się z celem? Często zadaję sobie to pytanie i nie mogę znaleźć jednoznacznej odpowiedzi. Mimo to nieustannie próbuję analizować zastane źródła, by cokolwiek z mowy Mazurów mogło przetrwać dla potomnych.

Kodyfikacją etnolektów mniejszościowych, lokalnych języków, często zagrożonych wymarciem, zajmowano się już praktycznie na wszystkich kontynentach świata. Od czasu do czasu słyszymy o spektakularnych próbach rewitalizacji rdzennych amerykańskich czy australijskich języków. Znany w Polsce jest też przykład niewielkiego języka wilamowskiego (proces rewitalizacji rozpoczęty przez Tymka Króla) – który decyzją parlamentu mógłby (choć pewnie nie będzie) zostać wpisany, obok języka kaszubskiego, do krótkiej listy języków regionalnych. Świetnie i skutecznie kodyfikację przeszedł ”dialekt literacki” – kurpiowski (nota bene ogromny szacunek za tak dyplomatyczne sformułowanie).

Sytuacja mazurskiego jest jednak na tyle rzadka, że zasługuje w mojej opinii na oddzielną analizę, której zaczynem może być niniejszy artykuł. Dodajmy do siebie wszystkie składowe, a zobaczymy, co można z tym zrobić, o ile cokolwiek można. Przed rozpoczęciem analizy pragnę także dodać, że temat został mi niejako podrzucony poprzez artykuł dr hab. Henryka Jaroszewicza o możliwości i konieczności kodyfikacji etnolektu śląskiego.

Szczerze mówiąc, nieco zazdroszczę innym grupom językowym, które często spełniają o wiele więcej warunków udanej kodyfikacji. Te czynniki, idąc tropem dr Jaroszewicza, ale też dorzucając swoje 3 grosze, można wymienić następująco:

  1. Aktualna liczba użytkowników danej mowy – nie ukrywajmy, czasami ilość bywa ważniejsza niż jakość. Rewitalizacja języka za sprawą jej kodyfikacji ma o wiele większe szanse na sukces, jeśli zwyczajnie jest do kogo z takim projektem się udać. Można nie tylko zbadać stan danej mowy w momencie kodyfikacji, ale też do tejże kodyfikacji użytkowników przekonywać. Ilu ludzi mówi po mazursku? Kilkadziesiąt osób na Syberii, kolejne kilkadziesiąt w Polsce, potencjalnie kilkadziesiąt-kilkaset w Niemczech. Stan tej mazurszczyzny nie zawsze jednak odzwierciedla dobry stan mazurskiego sprzed 50-100 lat.
  2. Potencjalna liczba użytkowników (baza ludnościowa) – liczba osób, które co prawda danej mowy nie znają, ale byliby w stanie identyfikować się z ludem, który taką mową niegdyś się posługiwał. W przypadku Mazur, w zależności od ostrości podejścia – od 2 do 15 tysięcy osób w Polsce, natomiast nie bardzo wierzę w możliwość masowego przywrócenia mazurskiego poza obszarem regionu – głównie w związku z naturalnymi procesami asymilacyjnymi i wielopokoleniowym oderwaniem od ojczystej ziemi. Potomków Mazurów w Niemczech jest szacunkowo około pół miliona, dlatego też mimo wszystko nie wolno zignorować tej bazy, nawet gdyby rewitalizacja miała przekonać tam znikomy promil, w sytuacji mazurskiego byłby to niemały progres. Trudnością wiodącą są niestety różnice językowe – rodzimy użytkownik polszczyzny pochodzenia mazurskiego o wiele prędzej nauczy się mowy przodków niż rodzimy użytkownik niemieckiego – głównie dlatego, że mazurski w swej strukturze jest słowiański, mimo rozlicznych wpływów germańskich, nie tylko leksykalnych, ale też i gramatycznych.
  3. Wzajemna spójność geograficzna i językowa gwar kodyfikowanego obszaru. W mojej opinii jeden z najważniejszych czynników, nawet ważniejszy od dwóch powyższych. Im bardziej wewnętrznie zróżnicowana jest mowa, tym więcej rodzi się wątpliwości związanych z faworyzowaniem danej gwary jako podstawy literackiej czy też na temat stopnia włączania gwar ościennych, ich słownictwa czy cech gramatycznych. Jednocześnie rodzi się pytanie o to, jak bardzo liberalne powinno być podejście – ile synonimów, ile opcjonalnych, ale akceptowanych zachowań użytkowników. W przypadku Mazur sytuacja zmusza do liberalnego podejścia. Po pierwsze użytkowników czy chętnych jest niewielu. Po drugie, ich mowy są często niezbyt spójne – dość powiedzieć, że ostródzki mazurski de facto jest mową wywodzącą się z wielkopolskiego obszaru dialektalnego gwary chełmińskiej i nie ma mazurzenia (wymowy sz, cz, dż, ż jak s, c, dz, z), zachodniomazurski wywodzi się od kolonistów mazowieckich z okolic Ciechanowa, Mławy czy Przasnysza, środkowomazurski to przeniesiona mowa kurpiowska, a we wschodniomazurskim da się wyczuć wpływy gwar suwalszczyzny. Innym realizacjom podlegają podstawowe głoski – przykładowo ”á” w ostródzkim wymawiano jako ”o”, środkowe Mazury jako ”å”, zachodnie i wschodnie zaś jako ”a”. Labializacje (wymowa o i u jako ło, łu) najczęściej pojawiały się w paśmie od Mrągowa i Giżycka po Pisz i Białą Piską, prejotacje (ji, jé zamiast i na początku wyrazów) głównie zaś w okolicy Mrągowa i Giżycka. Moje decyzje w propozycji kodyfikacji bywają więc dla niektórych niejasne – włączyłem tu labializacje i prejotacje, mimo, że znaczna część terenu mówiła inaczej.  Trzeba jednak zwrócić uwagę, że to właśnie tu obecnie żyje potencjalnie najwięcej potomków Mazurów – co widać po odsetku ludności ewangelickiej, tylko w tamtych okolicach i dodatkowo w pow. kętrzyńskim wahającej się około zawrotnego odsetka 1-2% całości populacji (wszędzie indziej jest jeszcze gorzej). Nie chcę jednak, by Mazurzy z innych stron czuli się wykluczeni z tego procesu, dlatego też bardzo liberalnie przyjmuję słownictwo ze wszystkich obszarów mazurskich (nawet słownictwo ostródzkie), tylko dostosowując je do środkowomazurskiej ortografii (przeznaczonej dla całego regionu). Akceptuję też liczne opcjonalności chociażby we fleksji – równie przyjaźnie patrzę na zachodniomazurskie -óm, jak na środkowo-wschodnie -ám (kónióm vs kóniám), czy na środkowe -rziá, -dzio oraz typowe dla reszty Mazur -rijá, -dijo (artilerziá vs. artilerijá, radzio vs radijo). Ten ogromny liberalizm na granicy językowej anarchii zdaje się tu jedyną możliwością uszanowania mowy wszystkich Mazurów, którym wszak tak bardzo historia poskąpiła szacunku.
    Jednocześnie zawsze podkreślam, że pierwszeństwo ma mowa domowa – jeśli ktoś pamięta inaczej z domu, ma prawo mówić po swojemu. Kodyfikacja tutaj staje się bardziej narzędziem dla tych, którzy chcieliby poznać mazurski, a nie mają takiej możliwości w swoim środowisku. Zatem skodyfikowany mazurski będzie siłą rzeczy nieco ”usztuczniony”, “zmiksowany”, co jest chyba nie do uniknięcia niezależnie od przyjętej strategii. Staram się jednakowoż unikać tworzenia neologizmów, a jeśli już jest to konieczne z braku zastanych słów w źródłach, próbuję naśladować te same tendencje, jakie miały miejsce w analogicznych przypadkach, nierzadko konsultując to z samymi Mazurami.

    Źródło: dialektologia.uw.edu.pl – wpływy zewnętrzne na dialekty Warmii i Mazur
  4. Rozproszenie ludności. Nie zawsze mały obszar ”naturalnego”, ”historycznego” występowania danego etnolektu to coś złego. Czasami miewa to duże znaczenie organizacyjne. W niewielkich Wilamowicach sprawy idą o wiele lepiej niż chociażby na Mazurach między innymi właśnie dlatego, że cała uwaga skondensowana jest na obszarze kilkadziesiąt razy mniejszym niż na Mazurach. U nas popularyzacja mazurskości powinna się odbywać na obszarze 12 mazurskich powiatów, a nawet 13, jeśli doliczać gminę Olsztynek, z niewiadomych powodów dołączoną do powiatu warmińskiego, olsztyńskiego.
  5. Stosunek do wpływów zewnętrznych i podobieństw do mowy dominującej. Na ile wpływały na daną mowę literackie odmiany ”dużych” języków czy też gwary ościenne? Jaki stosunek do tych wpływów mają użytkownicy? Czy należy ulec tej czy innej współczesnej preferencji użytkowników, niejako wbrew frekwencji występowania danych słów w źródłach? O tym pisywał też nieraz Grzegorz Kulik, tworzący korpus mowy śląskiej. Z tego korpusu często wyłania się używanie słownictwa łudząco podobnego do literackiej polszczyzny. Słowa te jednak z czasem zostały zastępowane przez rzadkie synonimy bądź germanizmy, co miało charakter manifestacji odrębności. Niniejszym ujawnia się między innymi tendencja do frekwencyjnie częstszego używania germanizmów w mazurskim czy śląskim. Mają one być dowodem na odrębność danej mowy od dominującej, literackiej polszczyzny (choć nie uważam, że trzeba cokolwiek udowadniać przez siłę). Nie zawsze jest to proces świadomy, to należy podkreślić. Po prostu germanizmy czy rzadkie lokalizmy są czymś wyraźnie innym, a ruchy regionalne podświadomie nastawione są na podkreślanie ”swojskości”. Nie musi mieć to nawet wiele wspólnego z sympatiami politycznymi – słówka te stały się tak naturalną częścią mowy, że ich pochodzenie bywa czasami trudno identyfikowalne dla niektórych użytkowników. Tak samo, jak wielu Polaków nie zdaje sobie sprawy, że używają germanizmów, mówiąc ”ratusz”, ”blacha”, ”farba” etc. W przypadku mazurskiego różne obszary cechowały różne natężenia wpływów niemieckich – największe właśnie w okolicach Mrągowa i Giżycka, najmniejsze zaś, zdaje się, w okolicy Działdowa i Nidzicy. Sam zresztą, na początku swej mazurskiej drogi, używając działdowskich słówek i działdowskiej, najbliższej polszczyźnie literackiej odmiany mazurskiego bywałem oskarżany o celowe, ideologiczne pomijanie germanizmów! Niektórzy zarzucali mi mówienie po ”mazowiecku”, “polonizowanie Mazurów”, podczas gdy źródła mazurskie z okolic Działdowa odzwierciedlają zbliżony stopień germanizmów, jaki w sposób naturalny używałem. Dopiero sztuczne dodanie liczniejszych germanizmów poskutkowało głosami akceptacji, bo taka mowa była bliższa temu, co pamiętają od dziadków czy rodziców. Dziś sam wręcz zauważam, że zdarza mi się przegiąć w drugą stronę…
    Źródło: dialektologia.uw.edu.pl – zauważ wyjęcie Działdowszczyzny z obszaru badań – powojenne badania nie obejmowały obszaru Działdowa i okolic, gdyż te zostały włączone do Polski już po I WŚ
  6. Emancypacja językowa potencjalnych użytkowników, wykształcenie i stopień urbanizacji. Niestety – wiejskie ośrodki będą sobie radziły o wiele słabiej. Ze względu na ważniejsze problemy lokalnych społeczności – takich jak bieda, wykluczenie, uzależnienia. Mniejszy udział miast to także mniejszy potencjał edukacyjny – brak ośrodków badawczych, brak warstwy inteligenckiej nastawionej na swoją kulturę i mniej lub bardziej chciane przypisanie danej kultury do ”tego, co było, do skansenu” czy do negatywnie rozumianej “wiejskości”. To widać jak na dłoni na Śląsku – miejskość kultury skutkuje takimi pomysłami jak zespół Oberschlesien, jak wydanie tłumaczeń literatury światowej czy Biblii. Wciąż niewykorzystany zostaje natomiast potencjał katowickiej czy opolskiej uczelni – ale tu chociaż jest z czego wybierać. Mazurzy, jeśli chcą się kształcić, muszą jechać co najmniej do Olsztyna, a większość i tak wybiera dalsze ośrodki jak Gdańsk, Toruń, Warszawa. Fakt, że olsztyński UWM nie spełnia praktycznie niemal żadnej roli w badaniu Mazurów i mowy mazurskiej, a ciężar ten spoczywa na dzielnie walczącej o przetrwanie pracowni dr Sobolewskiej w Warszawie, pozostaje godzien pożałowania. Trudno też powiedzieć, na ile ujednolicona ortografia przyjmie się wśród Mazurów – trudności rodzi użycie niestandardowych liter (zredukowanej i tak, choć w mojej ocenie koniecznych do wyrażania zjawisk fonetycznych), konieczność zainstalowania oddzielnej klawiatury polsko-mazurskiej, ale też zwyczajny lęk przed popełnianiem błędów (choć staram się ich nie wytykać) czy trudności w zmianie przyzwyczajeń (skoro można coś zapisać mniej-więcej polskim alfabetem, to po co to zmieniać). Do problemów natury emancypacyjnej wciąż zalicza się stawianie Mazurów wobec wyboru – Niemiec czy Polak, nie dając im jednocześnie tzw. trzeciej drogi, a więc pozostanie po prostu przy mazurskości. Na problem ten zwracał uwagę już działacz mazurski sprzed niemal 100 lat – dr Kurt Obitz, który za swoją promazurską postawę wylądował w obozie koncetracyjnym, oskarżony o szerzenie ”Polengefahr”. Podobny los spotykał innych działaczy mazurskich – za rządów niemieckich oskarżani o szerzenie polskości, musieli się ukrywać przed wywózką do obozów, za rządów polskich uznawani za Niemców i poddawani szykanom. Brak masowego wsparcia ze strony nieinteligenckich Mazurów, zajętych raczej radzeniem sobie z biedą i wykluczeniem, nie poprawiał sytuacji działaczy i często pozostawiał ich w osamotnieniu. Sami Mazurzy muszą się też nauczyć myśleć wysoko o swojej mowie. Zrozumieć, że jest tak samo dobra i ważna, jak każda inna, ale miała mniej szczęścia w historii.
  7. Wsparcie organów samorządowych i państwowych – tutaj niestety wciąż jest to kropla w morzu potrzeb. Temat mazurski został skutecznie zepchnięty na margines świadomości. Cóż począć, gdy nawet osoby tworzące książki o Mazurach zagadnięci o ”kwestię mazurską” odpowiadają: ”ale jaką kwestię mazurską? Żadnej kwestii nie ma”. Nie wiem, na ile te osoby spotykają tych samych Mazurów, co ja, bo w mojej opinii w duchu dziesiątki, jeśli nie setki Mazurów czekają na jakąś symboliczną formę rozliczenia z przeszłością i zmiany teraźniejszości, zawalczenia o to dziedzictwo. W takiej atmosferze, gdy resztki Mazurów cicho szepczą o swoich prawach, a reszta uznaje ich za lud wymarły, trudno jednak oczekiwać wsparcia od laików – samorządowców, którzy w większości są osobami zajmującymi się zarządzaniem i gospodarowaniem, a nie tworzeniem świadomości kulturowej na swoim terenie.

Te wszystkie czynniki pokazują, przed jak karkołomnym, niemal niemożliwym zadaniem stoi społeczność mazurska. Jeśli chce przetrwać – musi przez to przebrnąć. Bez kodyfikacji (albo przynajmniej tej dotychczasowej, bardzo anarchistycznej semikodyfikacji) nie będzie słowników, podręczników, a żaden polityk (lokalny czy nie – nieważne, to on rozporządza środkami) nie spojrzy przychylnym okiem, uzna taką propozycję za niepoważną. To też ogromna kwestia prestiżu – mowa bez własnego zapisu i normy, choćby liberalnej, pozostaje potoczna, ”prosta”, a więc w mniemaniu wielu – niepoważna. Przecież to stąd właśnie bierze się głupia tendencja do używania mów lokalnych wyłącznie do śmiesznych piosenek czy niewybrednych żartów. Czy kodyfikacja w takich warunkach jest możliwa? Nawet jeśli nie, trzeba spróbować. Chciałbym zaprosić wszystkich do dyskusji nad tą sprawą wielkiej wagi i rangi.

Efekty tych prób można zobaczyć na stronie fb Mazurskie Słówko na dziś, grupie ”Mazurská Gádkä” oraz stronie mazurska.eu.

Małi Princ, czyli Mały Książę po mazursku – Drugá Dżiél

Zułém sam, próc nichtórnégo cłoziekä do richtownégo pogádaniá az do casu musowégo landowaniá na Saharże. Coszi szie zlotrowało w motórże. A z ti rżecÿ, co ni niáłém pospołu ze mnó ani mejstra, ani drugiéch rejzujóncéch, tom szie richtowáł cale sam do tégo cziénzkiégo narżóndzéniá. Lá nie to biła sprawa zÿcziá abo szniérczi. Wodim niáł na ledzie ôsziém dniów.

W psiérsó nockie já zasnół na psiasku, tisziónc nil ôt zanieskänÿ żiéni. Ém buł barżi sam nizeli rozbzitek na fliszie naszród ôcéanu. Wistawta sobzie tedi, w jekie zadżiziénie bułém prżesadzónÿ, kiéj ôdecknół me małi, ûcziesnÿ głoszik.
– Prose, nacéchuj me jegniáckä.
– Co?
– Nacéchuj me jegniáckä.

Skoknółém na równe nogi anÿ trasiónÿ ôt grżnioti. Potér ém fest ôcÿ. Jo, richticnie dozidżiáłém – zidżiáłém mocno cudnégo sziurkä bácnie me ôbziérajóncégo. Ajwo nálepsÿ zizerunek, jeki me szie popóżni poziodło nasÿkowacz. Lec mój céchunek na zichiér nie je tak carżóncÿ jek tén módela. Já nie jes tému krżiw. Poniécháłém mojó malarskó jéwerbe wedle dorosłéch, kiéjém buł seszcz lát stari jim nicégój ziéncÿ szie nie wiûcuł céchowacz ôkróm zamkniónéch ji ôtekmniéntéch wónzów boa.

Dulcáłém na to zjazisko z zadżiziónéni szlépsióma. Nie zabácájta, co bułém tisziónc nil ôt zaniéskänÿ żiéni, a tén mój małi kämrat nie widáł szie me ani za zagubziónégo, ani poniérajóncégo ôt sturbowaniá abo głodu, pragniéniá cÿ wirasziéniá. Nie wiglóndáł anibi błónkajóncÿ szie bach poszrodek pustini, tisziónc nil ôt jeki zaniéskänÿ prowéncÿ. Kiéj nareste mókém znowuj gádacz, ém zapitáł:
– Ale co ti ajw robzis?
A ón powtórżił fest wolno, anÿ barzo wáznó rżec:
– Prose, nacéchuj ni jegniáckä

Kiéj krijámá sprawa wirkuje za fest, nie je szie w sztandżie ji trocowacz. Choc to zdawá szie manijácne tisziónc nil ôt wsziéch zaniéskänéch niejsców, kiéj szie je pod gróżbó szniérczi, já wijnół z taszi papsiér ji blejsztift. Lecém prżibácuł sobzie, com ûcuł szie geôgrasiji, rachowaniá ji gramatiki i poziedżiáłém sziurkoju, letko zasméncónÿ, co já ni rozuniéje céchowacz. A ón ni ôtpoziedżiáł:
– To nie je wázne. Nacéchuj me jegniáckä.

Wedle tégo, com esce nigdi nie céchowáł zádnégo jegniákä, znowuj-ém nacéchowáł jénén ôt dwóch céchunków, chtórne rozuniáłém céchowacz, cÿli zamkniónégo wénza boa. Ji ku mojému zdżiziéniu ûsłisáłém małégo kämrata ôtpoziédacz:
– Nie! Nie! Nie chce eléfanta w wénzu boa. Wónz boa je mocno zdrednÿ, a eléfant je za téngi. Kole me to dá barzo mało niejsca. Brákuje jegniáckä. Nacéchuj me jegniáckä.

Tedim nacéchowáł.
Prżipatrowáł szie mu bácnie, po cém rżék:
– Nie! Tén ajw mocno zachorżáł. Nacéchuj co jénse.
Já nacéchowáł.
Mój kämrat zaszniáł szie letko ji łaskazie:

La Eta Princo
– Dáj bácénie… to nie je jégniácek, jéno barán. Má rogi.
Tedi wżióném popraziacz tén céchunek, lec täk jek wcesznijsÿ ji tén ôstáł ôtrżucónÿ:

La Eta Princo
– Totén je barzo stari. Chce jegniáckä, co bi dłudzko zuł.
Tedi, z bráku cziérżpliwoszczi (chcziáłém ûz pocóncz rozbziórkie motóra), ém machnół taki céchunek ji czisnół:La Eta Princo
– Na, to je kästkä. Jegniák, chtórnégo chces, je w szrodku.

Ziele podżiwowáłém, zidzónc rozzidnióne lico ôt tégo małégo sóndowégo.
– Ón je akuratnie taki, jekiégo já chcziáł! Dumas, co brukuje sziła tráwi?
– Cémuz to?
– Bo kole me dóma je tak mało niejsca.
– Na zÿchier stanie. Jám czi dáł dicht małégo jegniáckä.
Zaziesził głowe nad tém céchunkiém.
Nie takiégo małégo… Wéno-wej! Prazie zasnół…

Ji takém ôbznajóniuł szie z Małém Princem.

Mały Książę po mazursku – Małi Princ – Psiérsá Dżiél

 

 

Léónoju Werthoju

Prose bachi ô wibácénie, com poszwéncziuł tó ksziéngie jénému dorosłému. Mám równak wázne wimóziénie – ówtén dorosłi to je mój frojnd, nálepsÿ jekiégo mám na szweczie. Mám téz esce drugó prżicÿne: awti dorosłi moze begrejfowacz wszio, rázu ksziónzki prżed bachi. Mám ji trżeczi grunt – tén dorosłi nieská w Francÿji, kiéni cziérżpsi ôt głodu ji żimna. Z ti rżecÿ brák go pocziesÿcz. Eszli wsÿtkie wizÿ nazwane wimóziénia nie stajó, redo poszwénce tó ksziéngie dżieczioju, chtórném ón prżódi buł. Tocz wsÿtkie dorosłe psiérwu bili dżiecziukäni (choc nie wsÿtkie ô tém bácó). Tedi popraziam mojó dedikacÿjó

Léónoju Werthoju,
kiéj buł małém sziurkiém.

Kiéjém buł seszcz lát stari, bez prżitrafunek ém ôbácuł psiénknÿ céchunek w ksziéndze ô nietchniénti puscÿ, co szie nazÿwała “Echtowne Geszichti”. Céchunek pokázowáł znije boa połikajóncó dżikiégo zzierża. Ajnó kopsijá ôt tégo céchunku:

W ksziónzce stojało: Znije boa połikajó ôsiare w cáłkozitoszczi nie grizónc ji, wténcas ni mogó szie ruchäcz ji spsió bez seszcz nieszióndze ji jó ferdałujó.

Ém dumáł duchno ô abéntojrach w dzungli. Na to prżisło, co poziodło szie ni nacéchowacz z farbowém blejsztiftém mój psiérsÿ céchunek. Mój céchunek numer jénén. Wiglóndáł tak:

boa

Pokázáł ém moje mejstrowskie dżieło dorosłém ludżiám jim jéch pitáł, jezeli ni nieli strachu. A ónÿ ôdpoziedowali:  “A lácégo to hut bi niáł náju wiraszicz”?

Na mojém céchunku to ale nie dało huta. To dało wénza, chtórén ferdałowáł eléfanta. Potém nacéchowáł ém szrodek ôt ti zniji boa, cobi dorosłe mogli begrejfowacz. Jém zawdi wszio brák klarowacz. Tak wiglóndáł mój céchunek z numrém dwa:

Dorosłe me doredżili, cobim lepsij poprżestáł z céchunkäni rozémkniéntéch ji zamkniónéch znijów boa ji pojénteresowáł szie mocni geôgrasijó, jistorijó, rachowaniém ji gramatikó. W tém sposobzie ôtstómpsiłém ôt zielgi malárski kärziéri, w swojém sóstém roku. Já potéráł chéntliwoszcz z ti rżecÿ, co ni szie nie poziodło z céchunkiem numer jénén ji tégoz samégo z céchunkiem numer dwa. Dorosłe nigdi nicégój nie rozuniejó sani, a dżiecziám nakucÿ szie, co zawdi musó jém klarowacz.

Tedim já cwéngowáł szie powelowacz jénsÿ béruf ji wiûcÿłém szie furacz fligrém. Krżinkie  pofuráłém bez całki szwat, a ûcba geôgrasiji ûcÿniuła ni dobró słuzbe. Mókém w jéném ôkämgniéniu rozróznicz Chinÿ ôt Arizónÿ. To mocno prakticne, kiéj szie krusÿn pobłóndżi w nocÿ.

W bziégu swojégo zÿcziá potkáłém grómad ludżiów, co nieli jénterese w wáznéch sprawach. Sziła casu szwatowałém kole dorosłéch ji niáłém moznoszcz bácnie szie jém prżipatrowacz. To ale nie polepsÿło tégo, jekiém ô niéch dumáł.

Zawdi kiéj trasiułém jekiégo, co me szie zdawáł za trochie méndrségo, podsukäłém go z céchunkiém numer jénén, com go cziéngiém wożiuł ze sobó. Chciáłém ziedżiécz, cÿm richticnie trasiuł na kogój z pojéntkiém. Lec zawdi ôtpoziediwali:
– To je hut.
Tedi nie praziułém z niéni ani ô znijach boa, ani ô puscach, ani ô gziázdach. Podawáłém szie na niéch. Rozmazialim szie tedi ô bridzu, golsie, politice ji bindach. A dorosłe zawsedi bili redżi, co potkäli tak statecnégo cłoziekä.