Wszystkie wpisy, których autorem jest Redakcëjô

„Serba sy, se wjaselim/ Co ga pÓn šak nimski spiwaŠ?”- Co dalej z językiem dolnołużyckim?

Język jest uważany za nośnik kultury danego narodu, za coś nieodłącznie związanego z pojęciem tożsamości i przynależności narodowej czy etnicznej. Hipoteza relatywizmu językowego Sapira-Whorfa posuwa się jeszcze dalej, mówiąc, że: „Wobec różnic między językami, ludzie myślący w różnych językach, rozmaicie postrzegają świat”. Kwestia ważności języka, którego uczymy się instynktownie, w rodzinie, ma odzwierciedlenie w określaniu go w poszczególnych językach.

W j. polskim nie bez powodu mówi się o „języku ojczystym”, w j. niemieckim nazywa się go „językiem matczynym” ( niem. Muttersprache). To coś wrodzonego, pierwotnego, towarzyszącego nam od kolebki. Podobny, sentymentalny związek z językiem ojczystym wykazuje dolnoserbski, nazywając mowę ojczystą maśeŕšćina lub mamina rěc, czyli język matki/język matczyny.

W Brandenburgii język i kulturę dolnołużycką na papierze chroni tzw. Ustawa o Serbach/Wendach (niem. Sorben/Wenden-Gesetz). W wymienionej ustawie zagwarantowano Serbołużyczanom nie tylko prawo do tożsamości narodowej (§ 1), ale i przede wszystkim prawo do własnej, odrębnej kultury (§ 7) oraz języka (§8). Już w preambule tego dokumentu czytamy, że prawo to zostało ustanowione w uznaniu woli Serbów/Wendów, dla których Łużyce od stuleci są ziemią ojczystą, aby chronić ich język i kulturę, które zachowali do dziś, mimo różnorodnych prób asymilacji (podkreślenie J.M), podejmowanych poprzez wieki i aby zachować i wzmocnić ich narodową tożsamość także w przyszłości1.

Niełatwo przeoczyć fragment z nieco eufemistycznym wyrażeniem mówiącym o próbach asymilacji (niem. Assimilierungsversuche), które śmiało możemy nazwać celowymi zabiegami germanizacji Serbołużyczan. Zwłaszcza po 1871 r., czyli po zjednoczeniu Niemiec pod rządami Żelaznego Kanclerza Ottona von Bismarck, zarówno w Prusach, jak i w Saksonii rozpoczęła się realizacja kursu antyserbskiego. Istnienie mniejszości narodowych było wtedy postrzegane jako zagrożenie dla zjednoczonych Niemiec. Bismarck osobiście interesował się tzw. sprawą serbską. W czasie jego rządów wprowadzano wiele niekorzystnych dla Łużyczan przepisów. Nacjonaliści głosili, że dzięki używaniu języka niemieckiego Łużyczanie wejdą w krąg wyższej, niemieckiej i zarazem europejskiej kultury. Měrćin Nowak-Njechorński, pisarz, malarz i działacz narodowy, wspomina w swoim autobiograficznym dziele o tzw. Wendenzulage, swoistym dodatku jaki nauczyciele otrzymywali od władz szkolnych pod koniec XIX i na początku XX w., aby „oduczali dzieci od obrzydłego łużyckiego gadania”2.

Na Łużycach Dolnych język dolnołużycki służył aż do 1933 r. jedynie do nauki religii oraz jako język pomocniczy przy nauce j. niemieckiego. Codziennością były sytuacje, gdzie serbskie dzieci idące do szkoły nie znały ani słówka po niemiecku, ale musiały się go prędko nauczyć, inaczej groziły im kary cielesne oraz ośmieszenie przed koleżankami i kolegami. Bliska mi osoba, będąca obecnie po 80-tce, również wspominała, że niemiecki nauczyciel bił ją kijem po rękach, kiedy usłyszał jak prowadziła rozmowę z rówieśnikami w swoim języku ojczystym. Tego typu wspomnienia powtarzają się w opowieściach wielu przedstawicieli starszego pokolenia.

Po dojściu do władzy Narodowych Socjalistów język łużycki objęty został zakazem i kompletnie zniknął z życia publicznego oraz nierzadko i prywatnego. Politykę nietolerancji dla dolnołużyckiego oraz jego zakaz uznaje się dzisiaj jako jeden z głównych powodów szybkiego zaniku znajomości tego języka.

Po II wojnie światowej wydawało się, że polityka językowa nowych władz jest przychylna Serbom. W Brandenburgii ogłoszono bowiem hasło propagandowe mówiące, że ” Łużyce będą dwujęzyczne” (niem. „Die Lausitz wird zweisprachig”). Następnie utworzono dwa typu szkół: tzw. szkoły typu A (j. dolnołużycki jako język wykładowy, czyli język w którym prowadzono wszystkie zajęcia szkolne) i szkoły B (j. dolnołużycki jako język obcy). Pod koniec lat 50. wraz ze zmianami personalnymi w Politbiurze, zmieniło się jednak również hasło przewodnie dla Brandenburgii. Gloryfikowaną wcześniej dwujęzyczność szybko zastąpiono bowiem sloganem „Łużyce będą socjalistyczne” (niem. „Die Lausitz wird sozialistisch”). Wtedy to j. dolnołużycki z przedmiotu obowiązkowego, stał się przedmiotem fakultatywnym. Tutaj również chciałabym przywołać wspomnienie znajomej osoby, urodzonej w latach 70. w serbskiej wsi Janšojce (niem. Jänschwalde), która sama prosiła mamę, jako uczennica szkoły podstawowej, aby wypisała ją z zajęć dolnołużyckiego, ponieważ miała, w swoim odczuciu, za dużo nauki i była „przeciążona dodatkowymi zajęciami”. Jej mama, która do dziś dużo rozumie po dolnołużycku, dawno jednak zarzuciła porozumiewanie się w tym języku, natychmiast spełniła jej prośbę, robiąc to oczywiście, jak mniemała „dla dobra swojego dziecka”. Dziś cała rodzina wspomnianej osoby, również jej własne dzieci, pielęgnują dolnołużyckie tradycje, dotyczące zwyczajów w ciągu roku, czy też stroju narodowego, żadne z nich nie zna jednak języka ojczystego ich przodków.

Do zanikania języka dolnołużyckiego przyczyniło się oczywiście również wydobycie węgla brunatnego, a tym samym zrównanie z ziemią ponad 130 łużyckich wiosek na Dolnych i Górnych Łużycach. Przesiedleni do miast Serbowie Łużyccy znaleźli się nagle w środowisku, gdzie dominował język i kultura niemiecka, którą przejęli, nie przekazując kolejnym pokoleniom dawnych tradycji i języka. Niestety nawet dziś, w czasach wydawałoby się sprzyjających wszelkim mniejszościom i małym narodom, żądza zysków i przywileje dla koncernów węglowych, zniszczą kolejne serbskie wioski. Najlepszym przykładem jest Miłoraz (niem. Mühlrose), którego ostateczna zagłada, część wioski została już bowiem wcześniej wchłonięta przez węgiel, zbliża się wielkimi krokami3.

Warto zaznaczyć, że poprzez zlikwidowanie szkół z dolnoserbskim językiem nauczania prestiż tego języka i tak już nadszarpnięty przez lata germanizacji oraz prześladowań, obniżył się jeszcze bardziej. Ze wspomnień wielu osób wyłania się obraz rodzin, które same, dobrowolnie rezygnują z mówienia po dolnołużycku z dziećmi i zapisywania ich na naukę tego języka w szkole, aby jak sami twierdzili „zapewnić im lepszą przyszłość”. Całe pokolenia zostają więc pozbawione tej wielkiej wartości, jaką jest dwu-czy też wielojęzyczność. Znane są mi oczywiście jednostkowe przypadki rodzin na Dolnych Łużycach, w których rozmawiało się od zawsze tylko w językach łużyckich, to jednak jedynie niewielkie wysepki na ogromnym morzu (auto-)zgermanizowanej większości. Znam również przypadki, gdzie w wyniku małżeństw mieszanych niemiecko-serbskich, po urodzeniu dzieci toczyła się swoista walka o prym jednego z języków. Najczęściej oczywiście wybierano niemiecki, czego skutki są dziś doskonale widoczne. Ponownie jednak nie możemy tutaj generalizować, istniały bowiem rodziny, gdzie dzieci wyrosły serbskojęzycznie.

Nawet utworzenie w 2001 r. tzw. „Rěcny centrum Witaj” w Chociebużu nie pomogło zwiększyć liczby osób, mogących porozumiewać się płynnie w j. dolnoserbskim. „WITAJ” opiera się na koncepcji nauki metodą imersji bądź immersyjności – pojęcia znanego w Polsce głównie w odniesieniu do rzeczywistości wirtualnej. Immersyjność to zanurzanie się zmysłów, pochłanianie przez zmysły pewnych bodźców. W projekcie „Witaj” chodzi więc w uproszczeniu o naukę dolnołużyckiego, w przedszkolach oraz szkołach podstawowych i średnich na tzw. serbskim obszarze zasiedlenia, z nauczycielem, który będzie rozmawiał z dziećmi i młodzieżą jedynie w tym języku, bez względu na ich przynależność narodową. Chodziło także o to, aby różne przedmioty, zarówno humanistyczne, jak i ścisłe zostały poprowadzone również po dolnoserbsku4.

Podane pod koniec zeszłego roku do wiadomości publicznej wyniki ewaluacji „Witaj”, podsumowującej prowadzoną od lat rewitalizację j. dolnołużyckiego, są jednak przerażające5. Nie trzeba wcale czytać tego niewątpliwie świetnego opracowania, aby dowiedzieć się jak wyszedł ów językowy eksperyment. Wystarczy mieszkać na Łużycach Dolnych, aby zauważyć jak wygląda dwujęzyczność, a raczej jej brak. O ile najmłodsi z grup przedszkolnych „Witaj” radzą sobie nieźle, o tyle np. uczniowie Dolnoserbskiego Gimnazjum (DSG), komunikują się głównie po niemiecku. W tym kontekście przerażającym doświadczeniem była dla mnie zeszłoroczna Schadowanka, czyli coroczny bal absolwentów DSG. O ile program kulturalny był na bardzo wysokim poziomie, o tyle w sali dało się słyszeć jedynie rozmowy po niemiecku, zaś na parkiet młodzież wyszła dopiero, kiedy orkiestra zagrała niemieckie lub angielskie szlagiery (przy serbskich, które zagrano na początek parkiet był pusty, najwidoczniej dolnoserbskie utwory współczesne nie były uczniom w ogóle znane).

W związku z katastrofalną sytuacją dolnołużyckiego odbyła się także publiczna dyskusja pt. „Język dolnołużycki umiera”6, nagrywana także przez brandenburską telewizję, program lokalny emitowany raz w miesiącu w j. dolnołużyckim. Moderatorem dyskusji był Christian Matthée, znany na Łużycach dwujęzyczny prezenter. Na podium siedziało kilku ekspertów z serbskich instytucji oraz zaangażowanych w rozwój kultury i języka dolnoserbskiego ludzi, dopuszczalne były również głosy z widowni. Niestety nie doszło do obiecanej „wielkiej debaty” nt. przyszłości j. dolnołużyckiego. Wielu mądrych ekspertów powiedziało wiele interesujących, ale niekonkretnych rzeczy. Nie padła za to żadna jednoznaczna propozycja JAK lepiej rewitalizować dolnołużycki. Przyszłość nie rysuje się jednak w różowych barwach. Wystarczy wspomnieć, że zaproszeni uczniowie Dolnoserbskiego Gimnazjum w większości (był też jeden wyjątek!) skorzystali z niemieckiego tłumaczenia symultanicznego, zapewnionego w czasie rozmów (słuchawki). Zapytani przez prezenterkę dlaczego ich zdaniem język dolnołużycki umiera odpowiadali także… po niemiecku. Fragmenty tej dyskusji można było zobaczyć 15.06.2019 w serbskiej telewizji, powinny być dostępne również online7.

Język dolnołużycki umiera, znika z życia codziennego, cichutko i oczywiście zgodnie z prawem, jest spychany na drugi plan, jako coś dodatkowego, czego być może w zasadzie nikt już nie potrzebuje. Nie posiadam gotowych rozwiązań i nie potrafię zatrzymać wymierania j. dolnołużyckiego. Mogę jedynie podzielić się pomysłami, które podałam w ankiecie „JO! Za Tebje!8. Ta ankieta, przeprowadzana już po raz kolejny, ma pomóc w wypracowaniu tak niezbędnego nam dzisiaj na Łużycach Dolnych rozwiązania, które byłoby w stanie uratować, znajdujący się na czerwonej liście UNESCO, jako język zdecydowanie zagrożony (definitely endangered9), dolnołużycki. Wymieniłam następujące działania: podwyższenie prestiżu j. dolnołużyckiego poprzez działania osób z życia politycznego w tej sprawie, takich jak np. burmistrz miasta Chociebuża itd., utworzenie perspektywy zawodowej dla młodych ludzi, związanej ze znajomością j. dolnołużyckiego, zmiana statusu j. serbskiego z przedmiotu fakultatywnego, na przedmiot obowiązkowy dla wszystkich uczniów (bez względu na pochodzenie) od przedszkola do matury (aby to osiągnąć potrzeba nauczycieli), zwerbowanie nauczycieli, gotowych nauczyć się dolnołużyckiego w krajach słowiańskich jak np. Polska, Ukraina itd. oraz pielęgnowanie j. dolnołużyckiego w rodzinie, która z definicji jest przecież podstawową i pierwotną, grupą życia społecznego, kształtującą kolejne pokolenia.

1Gesetz über die Ausgestaltung der Rechte der Sorben/Wenden im Land Brandenburg (Sorben/Wenden-Gesetz – SWG) vom 7. Juli 1994, (GVBl.I/94, [Nr. 21], S.294), Ustawa o wytycznych dotyczących praw Serbów/Wendów w landzie Brandenburgia, dokument dostępny online.

2 Nowak-Njechorński M., Życie pisane i malowane, tł.. Marciniak St., Warszawa 1989, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, s.246.

3MDR Sachsen, Lausitzdorf Mühlrose muss Braunkohle weichen, https://www.mdr.de/sachsen/bautzen/goerlitz-weisswasser-zittau/muehlrose-wird-abgebaggert-100.html, artykuł z dnia 14.02.2019, dostęp z dnia 12.06.2019.

4 Kaulfürstowa J., Bemühungen des WITAJ-Sprachzentrums um den Erhalt und die Verbreitung der sorbischen Sprache, https://www.witaj-sprachzentrum.de/wp-content/uploads/sites/3/2016/06/Dzelawosc_RCW_ne-Dzelawosc_RCW_ne.pdf, dostęp z dnia 09.06.2019.

5 Universität Leipzig, Institut für Sorabistik, Abschlussbericht zur WITAJ-Evaluation, https://sorb.philol.uni-leipzig.de/start/aktuelles/details/news-id/6695/, data publikacji 06.12.2018, dostęp z dnia 12.06.2019.

6 Lausitzer Rundschau, Gespräch über wendische Sprache, https://www.lr-online.de/lausitz/cottbus/rbb-laedt-zu-gespraech-ueber-wendische-sprache-im-stadthaus-in-cottbus-ein_aid-39208975, dostęp z dnia 12.06.2019.

7 RBB online, Magazyn Łużyca, https://www.rbb-online.de/luzyca/, dostęp z dnia 12.06.2019.

8Chodzi o ankietę pn. „Jo!Za Tebje 2.0”, http://jozatebje.de/, dostęp z dnia 10.06.2019.

9 UNESCO, Interactive Atlas of the World’s Languages in Danger, http://www.unesco.org/languages-atlas/index.php, dostęp z dnia 11.06.2019.

Justyna Michniuk jest absolwentką stosunków międzynarodowych (specjalizacja niemcoznawstwo) oraz filologii słowiańskiej (j. serbski i bułgarski) na UMK w Toruniu, a także kursów doskonalenia zawodowego o tematyce logistyka i handel zagraniczny przy Izbie Przemysłowo-Handlowej w Hamburgu.  Zawodowo umacnia dobre stosunki polsko-niemieckie oraz pisze teksty do różnych czasopism i dla portali internetowych o tematyce etnologicznej, etnograficznej, ludoznawczej, antropologicznej itp.

Nie bójmy się być Kaszubą, Serbem Łużyckim czy góralem, gdziekolwiek jesteśmy

Kilka lat temu na międzynarodowej konferencji naukowej poświęconej tematyce Europy Środkowo-Wschodniej, poruszyłam temat Łużyc, zadając zgromadzonym retoryczne pytanie, stanowiące jednocześnie tytuł mojego referatu*. Czy Łużyce to skansen, czyli przestrzeń muzealna, gdzie pokazuje się jakiś egzotyczny lud o interesujących obrzędach, czy może region, gdzie stare tradycje wciąż są żywe? Podróżując od ponad dziesięciu lat na Łużyce Górne i Dolne, zdążyłam poznać nie tylko ich dzieje z perspektywy historycznej, lecz przede wszystkim z punktu widzenia zwykłego człowieka. To spojrzenie oddolne i prywatny kontakt z Serbami Łużyckimi nauczyły mnie więcej niż godziny spędzone w czytelni biblioteki uniwersyteckiej na badaniach źródeł wtórych.

„Przyszłość potrzebuje korzeni”, Budyšin, 2014, fot. Macéj Bańdur

Podobne pytanie można by było sformułować, odnosząc się do Kaszub, które jako region poznałam podczas studiów na UMK w Toruniu. W moim roczniku było dużo osób, które pochodziły z Brus i zdawały maturę w Kaszubskim LO. W rozmowach z tymi ludźmi miałam dziwne wrażenie, że nie chcą bądź nie potrafią manifestować swojej kaszubskości na zewnątrz. Wiem, że we własnym, zamkniętym środowisku rozmawiali po kaszubsku i czuli się swobodnie, przy nas jednak posługiwali się jedynie językiem polskim. Pochodzę z Beskidu Żywieckiego, miejsca gdzie również kultywujemy własne, stare zwyczaje i mówimy gwarą górali żywieckich, różniącą się od wsi do wsi wymową i słownictwem. Gwary używałam jednak od zawsze jedynie w domu rodzinnym, ewentualnie do rozmów z sąsiadami. Z moimi rówieśnikami zawsze wybierałam polski język potoczny, bez śladu naszych, góralskich, naleciałości. Dlatego wtedy wydawało mi się, że doskonale rozumiem, dlaczego znajomi Kaszubi chcą pozostać w ukryciu i nie afiszują się ze swoją, odrębną przecież, kulturą i językiem. Dzisiaj wiem, że taki czarno-biały obraz świata wynieśliśmy ze szkoły, gdzie uczono nas mówić piękną polszczyzną, a gwary, dialekty czy też języki inne niż „ojczyzna-polszczyzna” spychane były na drugi plan. W życiu publicznym używało się ich jedynie w określonych kontekstach, np. w Żywcu podczas jakiegoś wydarzenia kulturalnego, kiedy nierzadko ludzie nieznający gwary z domu próbowali się nią posługiwać na scenie, z bardzo komicznym zresztą efektem. Poza tym w oficjalnej komunikacji królował słownikowy j. polski. Gwara była również postrzegana jako coś gorszego, kojarzącego się głównie z wsią, kapliczką Chrystusa Frasobliwego na rozstaju dróg, jakimiś wycinankami, kolorowymi strojami i kobietami w chustkach na głowach.

Podobną postawę przybierali Serbowie Łużyccy, którym przez wieki łatwiej było osiągnąć awans społeczny, mówiąc po niemiecku, niż w swoim słowiańskim języku. Wielu Serbów Łużyckich wyparło się swojej tożsamości na zewnątrz, zamykając ją w wąskim kręgu rodzinnym lub całkowicie ją porzucając. Doprowadziło to z czasem do postępującej germanizacji oraz zaniku języków łużyckich w codziennych rozmowach; w szkole, w pracy czy w urzędzie. Doskonale pamiętam słowa znajomego, ojca dwójki nastolatków, który podsłuchiwał rozmowy swoich pociech i z przerażeniem odkrył, że gdy tylko zostają sami, przechodzą z górnołużyckiego na niemiecki. Próbując dowiedzieć się, na ile Serbowie mogą używać swojego prawa do używania języka łużyckiego w urzędach na konkretnym, ściśle określonym przez prawo obszarze, kilka lat temu ruszyłam nawet w teren. Wielu urzędników, ale i samych Serbów Łużyckich, powiedziało mi wtedy, że łatwiej im załatwić formalności po niemiecku. Odrębna kwestia to znalezienie urzędnika władającego płynnie górno- lub dolnołużyckim**.

Od tamtego czasu kilka rzeczy się zmieniło. Narodziły się nowe, lokalne inicjatywy zarówno dla gwar polskich, jak i dla języka kaszubskiego i języków łużyckich. Wiele osób nosi jednak wciąż w sobie zakodowany od pokoleń kompleks niższości dla mowy odrębnej od oficjalnego języka państwowego. Uważam, że należy odrzucić to stare myślenie i wyjść na barykady, walcząc o równouprawnienie dla wielojęzyczności. Świadomość tych zmian powinna mieć odzwierciedlenie w programie szkolnym, aby żadne dziecko, a potem nastolatek i dorosły, nie czuło się gorsze, lecz z dumą odnosiło się do swojej tożsamości regionalnej czy podwójnej tożsamości narodowej. Nie bójmy się być Kaszubem, góralem czy Serbem Łużyckim, gdziekolwiek jesteśmy!

*Michniuk J., Modern Lusatia. Skansen or living traditions of the region? National consciousness of citizens and minority rights in times of increasing globalization and unification of culture [w:] Central Europe on the Threshold of the 21st Century: Interdisciplinary Perspectives on Challenges in Politics and Society, Cambridge Scholar Pubishing, red. Czechowska L., Olszewski K., Newcastle upon Tyne 2012.

**Michniuk J., Rěčiće wy serbsce? Język serbołużycki w niemieckich urzędach. Teoria i praktyka [w:] Myśl.pl, Nr 23 (2/2012).

Justyna Michniuk jest absolwentką stosunków międzynarodowych (specjalizacja niemcoznawstwo) oraz filologii słowiańskiej (j. serbski i bułgarski) na UMK w Toruniu, a także kursów doskonalenia zawodowego o tematyce logistyka i handel zagraniczny przy Izbie Przemysłowo-Handlowej w Hamburgu.  Zawodowo umacnia dobre stosunki polsko-niemieckie oraz pisze teksty do różnych czasopism i dla portali internetowych o tematyce etnologicznej, etnograficznej, ludoznawczej, antropologicznej itp.

Szëmón Jancen: Dvje vjersze

Dvje vjersze, jakjé va bãdzeta zarô czëtalë, sõ jinspjirovóné wutvórstvã Vjiktora Tsoj. Je to naszô nôrodnô mòva, ale zapjisónô v matarskjim dialekce, jakjim gôdalë mjeszkańcovje mòji rodzinni vsë, jakõ je Banjino, na zôczõtkù XX stalatô. Przez nen czas won sã vëmjészôł z jinszima dialektama i wostało jú mało słóv z ti pjervòtni kaszëbskji gôdkji. Jak to sã stało, że vjersze sõ tak, a njé lëterackõ kaszëbjiznõ, tak z vësoka?

Pjerszõ rzeczõ bëło to, że jô sã nji móg z ópama dogôdac. Jak jô rzek cos lëterackõ kaszëbjiznõ, téj zdrzelë na mje jak na jakjégò Alfa abò jinszégò Reptiliana. Wonji nje vjedzelë, wo co mje jidze, a jô nje vjedzôł, wo co jim jidze. Jô zapamjãtôł pôrã słóv i jô je nalôz w Tekstach pomorskich Lorentza, v dialekce matarskjim.

Wod te czasú përznã jú mjinãło i jakjégòs dnja jô so pòmëslôł, że mòżna bë v tim dialekce zaczõc tekstë tvòrzëc, żebë chòc përzinkã lëdzóm pòkôzac, że sõ jiszcze jinszé gôdkji, że mògõ bëc reaktivòvóné.

Rozemni czovjek

Jô jidã sztrasama przed sebje całi czas so rozglõdajõc,
Mijóm smãtné tvarze lëdzi błõdzõcëch,
Kòżdi z njich nji mô pòjãcô, jakji mô v żëcim cél,
Kòżdi z njich je v svòji głovje zaklôtkóni.

Në jiżle je dzes zvëczajni rozëmni czovjek,
To znaczi, że nen dzénj nje je wumarłi,
Móm biliet na fliger, żebë stõd rézovac,
Vszëtkò wostavjic, pò njebje lecõc.

Kòżdi kòchô wudavac, że njick so nje dzeje
Kòżdi kòchô wudavac, że mõdrziszim je.
A bez zvëczajnoscë na svjece sã nje dô żëc,
A bez zvëczajnoscë jô nje chcã żëc.

Banjino 26 februara 2019 rokù

///////////////////////////////////////////////////////////

***

Mjast wognja wostôł blós dim,
Rozpôloné słúńce skòvało sã za vjidnik,
Skùńcził sã z njim nen dzénj,
Njechtërnë głovë cénja mô przëkrëté.

Zmjón! lëdzkjé mëslë brëkùjõ
Zmjón! lëdzkji serca brëkùjõ
Zmjanë! vszëtcë jich chcemë

Prosto je vjid vłõczëc,
Przë blace sadnõc,
Kùrzëc cigaretã i vëpùscëc dim,
Nje robjõc przë tim njick.

Jak mómë sã dogôdac,
Kjéj nje mòżemë sã zrozmjôc,
Kùrzëc cigaretã i vëpùscëc dim,
I tak vszëtkò krõci sã vkół.

Prof. L. Jocz: Obiekcje co do „Gramaticzi” są jak najbardziej uzasadnione

Żywiołowa debata wokół Gramaticzi kaszëbsczégò jãzëka dr Hanny Makurat zaczęła się co najmniej od ukazania się w maju 2017 r. recenzji tej książki autorstwa Macieja Bandura i trwa do chwili obecnej. Nie jest to bynajmniej dyskusja jedynie dla wąskiego grona specjalistów czy aktywistów językowych, lecz sprawa istotnej wagi dla całego środowiska kaszubskiego, a zwłaszcza środowisk związanych z nauczaniem języka kaszubskiego, albowiem niniejsza publikacja ma być de facto używana w edukacji na różnym szczeblu i ma służyć za swego rodzaju odnośnik, wyznacznik i kompleksowe źródło wiedzy o strukturze języka kaszubskiego dla nauczycieli, studentów, uczniów, pisarzy, dziennikarzy etc.

Na wyżej wspomnianą krytykę Gramaticzi… dr Makurat zareagowała, zamieszczając odpowiedź pod artykułem na portalu SKRË jak też na własnym profilu na portalu Facebook. Niedawno, bo w grudniu 2018, przeredagowaną wersję tejże odpowiedzi pt. Gramatika kaszëbsczégò jãzëka – rozpoznanie i opracowanie struktury współczesnego literackiego języka kaszubskiego. Odpowiedź na głosy krytyki autorka opublikowała w czasopiśmie Studia z Filologii Polskiej i Słowiańskiej, pomijając jednak zupełnie fakt, że już ponad rok temu SKRA opublikowała obszerną odpowiedź na jej replikę, a prof. Lechosław Jocz, obecnie czołowy badacz fonetyki i fonologii kaszubskiej, niezależnie opublikował własną recenzję jej książki w sierpniu 2017. O istnieniu obu tekstów, jak wykazuje prof. Jocz, autorka niechybnie musiała wiedzieć.

Jego drugi głos w dyskusji, który publikuje w dniu dzisiejszym, jest reakcją na wyżej wspomniane próby obrony swojej pracy przez dr Makurat. W najnowszej publikacji czytamy m.in.:

Rzeczony numer SFPS ukazał się 24 grudnia 2018 i – jak poinformowała mnie redakcja – do tego dnia możliwe było dokonanie ostatnich poprawek w artykule lub jego wycofanie. Autorka miała więc co najmniej ponad 15 miesięcy, aby uzupełnić swój artykuł o odniesienia do drugiego tekstu Bandura lub choćby wspomnieć o jego istnieniu. Komentarz Bandura zbija (jak zobaczymy) większość argumentów Makurat, jego przemilczenie nie wydaje się więc niestety przypadkowe. Autorka nie zdecydowała się zresztą wspomnieć również o mojej recenzji (Jocz 2017), udostępnionej publiczności 26 sierpnia 2017 i dostrzeżonej w środowisku.

Recenzent zwraca uwagę na wiele pozamerytorycznych strategii argumentacji dr Makurat, które mają niestety na celu wyłącznie manipulację czytelnikiem. Trzon tej pracy jest jednak poświęcony kwestiom merytorycznym, w tym sprawom, które były przedmiotem wymiany zdań między Bandurem a dr Makurat.

Powyżej omówiłem łącznie 13 zjawisk, co do których Makurat nie przyjęła krytyki Bandura, w znacznej części przypadków w bardzo zdecydowanej formie, okraszonej uwagami ad personam, negującymi kompetencje czy niemal zdrowy rozsądek recenzenta. Okazuje się jednak, że co do 12 z 13 zjawisk uwagi i obiekcje Bandura są jak najbardziej uzasadnione.

Na koniec prof. Jocz przechodzi do kwestii ogólnych i metodologicznych niedostrzeżonych przez wcześniejszego recenzenta, m.in.:

Od nowoczesnej gramatyki jakiegokolwiek języka, a zwłaszcza od gramatyki nadal powstającego i dopiero krystalizującego się języka literackiego (a za taki powszechnie uważana jest kaszubszczyzna), oczekiwałbym przede wszystkim eksplicytnego określenia podstawy materiałowej (np. zdefiniowanego korpusu tekstów pisanych), jasnej charakterystyki pod względem deskryptywności i preskryptywności oraz precyzyjnego zdefiniowania strategii kodyfikacyjnych (np. zasad wyboru preferowanych form w przypadku stwierdzenia wariantów). W samym opracowaniu gramatycznym wyznaczone zakresy materiałowe i ogólne postawy normalizatorskie, jak również szczegółowe zasady i reguły wyboru form powinny być przez autora konsekwentnie przestrzegane. Oczywiście najlepiej jest, jeśli wszystkie tego rodzaju założenia metodologiczne oparte są na jakichś spójnych i rozsądnych podstawach i koncepcjach. Korpus można np. zdefiniować jako dzieła literackie powstałe po roku X, dzieła autorów urodzonych po roku Y, utwory jakiejś konkretnej grupy czy szkoły literackiej, ostatnie dwadzieścia roczników czasopisma Z itd. W przypadkach wymagających rozstrzygnięć wybór może padać na formy częstsze, rodzime, bardziej archaiczne, typowe dla jakiegoś obszaru itp. lub decydować może o nim jakiś zhierarchizowany układ tych czy podobnych cech. Tego typu informacji w gramatyce Makurat właściwie nie odnajdujemy.

(…)

Zresztą sama Makurat chyba tak do końca nie wie, czy jej Gramatika jest deskryptywna, czy preskryptywna. Z jednej strony twierdzi ona, iż nic nie tworzy, a opisuje i prezentuje uzus i język, który realnie istnieje, naukowo przez siebie zbadany (patrz wyżej). Z drugiej w samym tekście gramatyki trafiamy niejednokrotnie na sformułowania w rodzaju „forma X nie jest zalecana do użycia (w języku literackim)”.

(…)

Makurat stosuje kryterium wieku publikacji bardzo wybiórczo i instrumentalnie, w zależności od potrzeby chwili. Lorentz, jak już wiemy, ma być na tyle przestarzały, że wszelkie porównania z nim są błędem metodologicznym. Jeżeli zaś trzeba odeprzeć obiekcje recenzenta wobec przyimka (341; patrz wyżej), to przestarzałe nie są teksty Floriana Ceynowy (1817-1881), Hieronima Derdowskiego (1852-1902), Aleksandra Majowskiego (1876-1938) czy Alojzego Budzisza (1874-1934), a więc nawet dziewiętnastowieczne. Jeżeli Bandur stwierdza niezgodności z materiałem Sychty (który materiały do swego słownika zbierał w latach 50 wieku 20), to okazuje się, że „język kaszubski – zwłaszcza w ciągu ostatnich 30 lat – ewoluował i dynamicznie się rozwinął” (339). Nie przeszkadza to uwzględniać w Gramatice wyników m.in. badań nad twórczością grupy młodokaszubów (335-336), czyli Jana Karnowskiego (1886-1939), Aleksandra Majkowskiego (1876-1938) czy Leona Heyke (1885-1939), którzy swoją kompetencję językową nabyli pod koniec 19 wieku.

Na koniec prof. Jocz apeluje o bardziej profesjonalne podejście do debaty:

Krytyka jest nieodzownym elementem nauki, bez którego nie byłby możliwy żaden rozwój. Merytoryczna debata naukowa wymaga uwzględniania między innymi dwóch zasad. Po pierwsze krytyki nie można ani formułować, ani odbierać osobiście, jako ataku na osobę. Obiektem krytyki tekstu naukowego są założenia, idee, koncepcje, twierdzenia, poprawność wnioskowania, spójność logiczna itp. itd., a nie autor jako człowiek. Po drugie do własnych tekstów należy przykładać równie krytyczne miary, co do cudzych. Unikać tu należy jak ognia emocjonalnego zżywania się ze swoimi tekstami i traktowania ich jak własnego dziecka. Niestety Hanna Makurat nie zastosowała się do żadnej z tych zasad ani jako nadawca, ani jako odbiorca, na co jednoznacznie wskazują liczne fragmenty jej artykułu zacytowane powyżej oraz następujący urywek: „Tymczasem budowanie całościowej krytyki mojej pracy niepoparte zasadnymi argumentami i niepodbudowane poprawną metodologią uważam za godzenie w moje dobre imię oraz próbę burzenia i niszczenia czegoś, co wiele lat ciężką pracą budowałam” (343). Pozostaje mi tylko wyrazić nadzieję, że po opadnięciu zbędnych emocji dyskusja wróci na właściwe tory.

Cały tekst polemiki jest dostępny TUTAJ. Tekst ukaże się niebawem również w jednym z polskich czasopism językoznawczych.

Wszystkie dotychczas opublikowane teksty dot. Gramaticzi… w porządku chronologicznym są dostępne tutaj:

14/05/2017
Bandur, M.: Czy „Gramatika kaszëbsczégò jãzëka” jest gramatyką kaszubskiego języka?

29/06/2017
Makurat, H.: Odpowiedź na głosy krytyki dotyczące mojej książki pt. „Gramatika kaszëbsczégò jãzëka” (w sekcji komentarzy)

04/07/2017
Bandur, M.: Siła tytułu naukowego większa niż siła naukowego argumentu?  „Gramatika…” z perspektywy laika raz jeszcze

26/08/2017
Jocz, L.: Gramatika kaszëbsczégò jãzëka H. Makurat oczami fonetyka

24/12/2018
Makurat, H.: Gramatika kaszëbsczégò jãzëka – rozpoznanie i opracowanie struktury współczesnego literackiego języka kaszubskiego. Odpowiedź na głosy krytyki

14/02/2019
Jocz, L.: Gramatika kaszëbsczégò jãzëka Hanny Makurat – głos w dyskusji

O badaniu żywotności językowej na Kaszubach: odpowiedź na artykuł „Magazynu Kaszubskiego”

22 sierpnia na łamach internetowego pisma Magazyn Kaszuby ukazał się artykuł redaktora naczelnego tego pisma, pana Tomasza Słomczyńskiego, dotyczący ankiety przeprowadzanej w ramach projektu badawczego na temat żywotności językowej realizowanego przez nasz zespół.

Jesteśmy otwarci na krytyczne uwagi dotyczące prowadzonych przez nas badań, niemniej chcielibyśmy sprostować kilka nieścisłości i odnieść się do nieuzasadnionych zarzutów pojawiających się w artykule pana Słomczyńskiego.

Główna teza artykułu pana Słomczyńskiego sprowadza się do stwierdzenia, że przeprowadzone przez nas badanie ma na celu wykazanie dyskryminacji Kaszubów. Sposobem na to ma być rzekomo wadliwy blok pytań dotyczący postrzeganego statusu społeczno-ekonomicznego Kaszubów (pytania o wpływ na ekonomię, o pozycję, szacunek, znane osoby, etc.). Pytanie, do którego odnosi się pan Słomczyński, jest elementem skali żywotności etnojęzykowej, które jest polską adaptacją narzędzia stosowanego w badaniach grup imigranckich i mniejszościowych na świecie od lat 70. ubiegłego stulecia. Nasz kwestionariusz jest wynikiem wielu miesięcy pracy interdyscyplinarnego zespołu nad stworzeniem narzędzia wykorzystującego najbardziej diagnostyczne i rzetelnie zweryfikowane skale żywotności etnojęzykowej wypracowane przez badaczy z całego świata oraz wyniki badań z ostatnich lat nad rozmaitymi mniejszościami językowymi. Wersje naszego autorskiego narzędzia zostały dostosowane do sytuacji różnych grup zamieszkujących terytorium naszego kraju i bazują na wieloletnich badaniach prowadzonych przez członków naszego zespołu oraz naszych współpracowników w Polsce i za granicą.

Celem zadawania tego typu pytań nie jest „wykazanie dyskryminacji” ani wyimaginowanego scenariusza “kaszubskiej junty wojskowej”, co zarzuca nam pan Słomczyński w artykule – lecz zrozumienie związków postrzeganego statusu własnej grupy z chęcią używania rodzimego języka i z siłą identyfikacji z grupą mniejszościową. Ankieta ta jest częścią dużego porównawczego badania kilku zamieszkujących Polskę mniejszości (poza Kaszubami badamy również Łemków, Ukraińców i Wilamowian; badanie prowadzone jest też w Meksyku i Salwadorze na grupach rdzennych). Dzięki zadaniu pytań o postrzegany status własnej grupy mniejszościowej na tle grupy dominującej (Polaków) będziemy w stanie wyjaśnić ewentualne różnice w żywotności językowej badanych grup mniejszościowych. Zdajemy sobie sprawę, że społeczność Kaszubów obejmuje zarówno osoby łączące tożsamość kaszubską z silną identyfikacją z narodem polskim, jak i osoby, które określają swoją narodowość jako kaszubską, jednak to pytanie dotyczy czego innego. Jego przedmiotem są subiektywne odczucia relatywnej pozycji własnej grupy (osoby pochodzenia kaszubskiego) względem pozycji i wpływu na życie w Polsce osób niebędących Kaszubami lub niewywodzących się z tej grupy. Jako że to klasyczne już w metodologii badań nad tożsamością i żywotnością etnojęzykową pytanie dotyczy grup mniejszościowych, stąd siłą rzeczy ich liczebność jest zawsze mniejsza niż liczebność członków grupy dominującej w danym państwie. Nie o liczebność tu bowiem chodzi, lecz o subiektywną ocenę statusu i siły reprezentacji własnej grupy w kontekście państwa, na terytorium którego ona żyje. Chcemy również jasno podkreślić, że kwestionariusz umożliwia (poprzez opcję wielokrotnego wyboru) określenie złożonych i wzajemnie niewykluczających się identyfikacji, w tym zarówno przynależności do społeczności kaszubskiej, jak i szerzej – polskiej. Choć badanie jest przede wszystkim skierowane do użytkowników języka kaszubskiego, pozwala na pominięcie pytań, które nie odnoszą się do osoby nieznającej języka, która zdecydowała się je wypełnić.

Podsumowując: pytanie omawiane przez pana Słomczyńskiego nie jest w żadnym stopniu wskaźnikiem dyskryminacji. Owszem, w naszym badaniu pojawiają się konkretne pytania dotyczące doświadczeń dyskryminacji – pytamy jednak o te doświadczenia bezpośrednio  chcąc poznać skalę zjawiska. Skoro wiemy o tego typu doświadczeniach wśród Kaszubów, to dzięki przeprowadzeniu badania będziemy mogli zweryfikować, jak częste są te doświadczenia i czy prowadzą one do chęci ukrywania tożsamości, do rzadszego posługiwania się własnym językiem czy też w końcu do gorszego funkcjonowania psychicznego. Sam fakt istnienia różnych form dyskryminacji na tle językowym i etnicznym na Kaszubach w przeszłości i obecnie nie podlega bowiem w naszej ocenie żadnej dyskusji – odsyłamy do wypowiedzi samych Kaszubów (te pojawiły się również w dyskusji na FB z udziałem autora artykułu), do rozmaitych głosów (https://pismiono.com/za-kilka-lat-rak-zwany-kaszubem-bedzie-tylko-wspomnieniem-i-inne-skandaliczne-slowa-polki-z-rozewia/; http://magazynkaszuby.pl/2016/11/odswiezyc-kaszubszczyzne-wywiad-eugeniuszem-pryczkowskim/) i opracowań naukowych (np. http://naszekaszuby.pl/modules/artykuly/article.php?articleid=149) oraz do ekspertyzy nt. wypełniania przez Polskę podpisanej przez nią Karty Języków Regionalnych lub Mniejszościowych autorstwa dr hab. Tomasza Wicherkiewicza, jednego z czołowych ekspertów z zakresu polityki językowej, która wskazuje na poważne uchybienia i braki w zakresie realizacji zobowiązań, w tym względem języka kaszubskiego (wyciąg z raportu w załączeniu). Jednym z działań w okresie powojennym wymierzonych w użytkowników języka kaszubskiego było na przykład umieszczanie dzieci kaszubskich nieznających polskiego w szkołach specjalnych. Wiele z tych osób żyje do dziś, a doświadczenia dzieciństwa i młodości naznaczyły ich na całe życie. Część Kaszubów porzuciła język będący źródłem bólu i upokorzenia i zdecydowała się nie przekazać go własnym dzieciom, aby oszczędzić im podobnych doświadczeń. Przez doświadczenia dyskryminacji językowej przeszli w przeszłości lub przechodzą Łemkowie, Wilamowianie, Ukraińcy, Mazurzy i niezliczone grupy rdzenne na całym świecie. Częstość tych doświadczeń i ich następstwa nie są jednak znane i ta niewielka część naszego badania pomoże zrozumieć nie tylko skalę tego zjawiska, lecz również jego konsekwencje.

Wracając do samego badania, pragniemy zatem sprostować tezy Pana Redaktora i wskazać, że słowo „dyskryminacja” pojawia się w naszym rozległym badaniu jedynie dwa razy: w odniesieniu do subiektywnych odczuć użytkowników języka i ich osobistych doświadczeń oraz w odniesieniu do ich wyobrażeń i odczuć na temat sytuacji, z jakimi mogłyby spotkać się ich dzieci. W całym badaniu pytamy bowiem głównie o subiektywne odczucia i opinie dotyczące używania i postrzegania języka oraz grupy, w tym, jak już wspomnieliśmy, jej pozycji w państwie polskim.

Pan Słomczyński pisze, że nie ma pewności, czy “oczywiste błędy metodologiczne były niezamierzone (…) czy też specjalnie je popełniono. Wówczas w zasadzie przestałoby to mnie uprawniać do nazywania ich błędami. Wówczas mielibyśmy do czynienia z manipulacją.” Przypisywanie nam intencji manipulacyjnych uważamy za głęboko nieuzasadnione. Ilościowe badania społeczne, które prowadzimy, koncentrują się na związkach między zmiennymi, a nie na ich bezwzględnym poziomie. Wynikiem badań nie ma być opisanie poziomu poczucia wpływu Kaszubów na życie społeczne, jak twierdzi Pan Słomczyński, ale powiązanie postrzeganego statusu różnych grup mniejszościowych z ich dobrostanem i funkcjonowaniem społecznym. Stanowczo odradzamy zgadywanie hipotez badawczych na podstawie samego narzędzia badawczego, bez znajomości metodologii i metody analiz, tak jak to zrobił pan Słomczyński.

Mamy głęboką nadzieję, że badania oraz merytoryczna dyskusja nad postawionymi problemami przyczynią się do lepszego uświadomienia, tak na Kaszubach, jak i w skali naszego kraju, problemów, z jakimi borykają się użytkownicy języków mniejszościowych i regionalnych. Uważamy, że należy postawić pytania o negatywny wpływ rozmaitych form dyskryminacji na funkcjonowanie społeczne i ekonomiczne oraz dobrostan i zdrowie członków mniejszości, a zarazem na szansę przetrwania ich języków. Lepsze zrozumienie i zdiagnozowanie tych kwestii to zarazem szansa na rozwój wielokulturowego i otwartego społeczeństwa obywatelskiego.

Z poważaniem,

dr hab. Justyna Olko (Wydział “Artes Liberales”, Uniwersytet Warszawski)
dr hab. Michał Bilewicz (Wydział Psychologii, Uniwersytet Warszawski)
dr Karolina Hansen (Wydział Psychologii, Uniwersytet Warszawski)
lic. Olga Kuzawińska (Wydział Psychologii, Uniwersytet Warszawski)
mgr Joanna Maryniak  (Wydział “Artes Liberales”, Uniwersytet Warszawski)
mgr Marta Witkowska (Wydział Psychologii, Uniwersytet Warszawski)
lic. Michał Wypych (Wydział Psychologii, Uniwersytet Warszawski)

Załacznik 1

Wyciąg z Opinii dr hab. Tomasza Wicherkiewicza nt. Raportu Komitetu Ekspertów Rady Europy ds. Europejskiej karty języków regionalnych lub mniejszościowych z początkowego cyklu monitorowania realizacji postanowień Karty w Polsce oraz zaleceń Komitetu Ekspertów w sprawie stosowania Karty przez Polskę z 7 grudnia 2011 r.

Dnia 7 grudnia 2011 Komitet Ekspertów (zwany dalej Komitetem) Rady Europy ds. Europejskiej karty języków regionalnych lub mniejszościowych(zwanej dalej Kartą) opublikował w 3 wersjach językowych (angielskiej, francuskiej i polskiej) na portalu http://www.coe.int/t/dg4/education/minlang/Report/default_en.asp#Poland Raport Komitetu z realizacji postanowień Karty w Polsceoraz Zalecenie Komitetu Ministrów w sprawie realizacji postanowień Karty przez Polskę, do których załącznik stanowią również Uwagi władz polskich do Raportu Komitetu (z dn. 5 maja 2011 r). Raportu dla Sekretarza Generalnego Rady Europy z realizacji przez Rzeczpospolitą Polską postanowień Karty i z pozycji obserwatora, eksperta i konsultanta procesu przygotowywania, upowszechniania i wdrażania oraz monitorowania Karty przez Radę Europy w trakcie procesów przygotowawczych i ratyfikacyjnych w kilkunastu państwach członkowskich. […]

Raport Komitetu [dla Sekretarza Generalnego Rady Europy] potwierdził literalnie wszystkie zastrzeżenia i uwagi krytyczne wymienione w mojej opinii, a niestety nawet krytyczniej jeszcze odniósł się do zakresu spełnienia przez Polskę znakomitej części zobowiązań wynikających z ratyfikacji Karty. […] Zestawienie procentowe zobowiązań spełnionych w opinii Komitetu w odniesieniu do poszczególnych JRM pokazuje, iż za spełnione (całkowicie lub częściowo) Komitet uznał mniej niż jedną czwartą punktów […]Karta nie przyczyniła się jak na razie do pogłębienia procesów wspierania pozycji JRM zapoczątkowanych Ustawą, choć w zamierzeniu jej autorów i Rady Europy stać się winna była katalizatorem nowatorskich, dynamicznych przemian, czyniących z Państw-stron patronów wielojęzyczności i aktywnych protektorów zagrożonych języków mniejszościowych i regionalnych. […] W mojej opinii, najważniejszym z punktu widzenia zarówno możliwości kształtowania, jak i celowości i sensowności strategii polskiej polityki językowej i mniejszościowej jest wezwanie Komitetu do władz polskich o „wspieranie w społeczeństwie polskim wiedzy i tolerancji wobec JRM, a także kultur (sic!), które języki te reprezentują”.

Postulat ten – o charakterze zdecydowanie imperatywnym – kategorycznie wskazuje na brak (a zatem na konieczność powstania i wprowadzenia w życie) jakiegokolwiek programu na szerszą skalę propagującego w społeczeństwie polskim idee wielokulturowości, zalety wielojęzyczności oraz znajomość kultur i języków autochtonicznych mniejszości. Wskazuje na to i później wtrącone zalecenie: konieczna jest większa wiedza na temat zalet nauki języków RM, a także korzyści płynących z wielojęzyczności.

Biorąc zatem pod uwagę owe 38 zobowiązań Karty – wymienionych w złożonym przez Polskę Dokumencie ratyfikacyjnym, które wbrew duchowi, metodzie i tradycji Karty przyjęte zostały bezrefleksyjnie i bez należytych ekspertyz w równym zestawie i wymiarze dla wszystkich języków mniejszościowych lub regionalnych w Polsce, oraz zestawiając orzeczenia Komitetu Ekspertów można je podsumować następująco:


język

zobowiązania spełnione

zobowiązania częściowo spełnione

spełnione zobowiązania

procentowo

litewski

9

3

28 %

ukraiński

8

3

25 %

białoruski

8

2

24 %

niemiecki

6

3

21 %

kaszubski

5

3

17 %

rosyjski

6

1

17 %

łemkowski

4

2

13,5 %

czeski

4

1

12 %

słowacki

4

1

12 %

ormiański

4

10,5 %

romski

3

1

9 %

karaimski

2

1

7 %

jidysz

1

1

5 %

tatarski

1

1

5 %

średnio

15, 5 %

[…] Zmiany w polskim systemie prawnym i faktycznej polityce mniejszościowej/językowej sugerowane przez Komitet Ekspertów w omawianym raporcie dotyczą w zasadzie następujących kwestii:

* uzgodnienia i wprowadzenia w życie strategii upowszechniania i promowania wieloetniczności i multikulturowości w społeczeństwie polskim, zwłaszcza poprzez media i system oświaty;
* obniżenia 20-procentowego progu umożliwiającego ustanowienie oraz rozszerzenie uprawnień wynikających z obecności i stosowania języków RM jako języków pomocniczych na obszarach zamieszkałych przez terytorialne społeczności JRM;
* ustalenia możliwości, ram legislacyjnych i strategii (ogólnej i szczegółowych) wprowadzania przez władze administracyjne i oświatowe rozwiniętych, nowoczesnych i rzeczywiście umożliwiających ich rozwój form i metod nauczania nie tylko JRM ale i w JRM na wszystkich stopniach edukacyjnych, przynajmniej w stosunku do języków białoruskiego, kaszubskiego, litewskiego, łemkowskiego, niemieckiego i ukraińskiego;
* ustalenia możliwości, ram legislacyjnych i strategii (ogólnej i szczegółowych) wprowadzania przez władze administracyjne i oświatowe rozwiniętych, nowoczesnych i rzeczywiście umożliwiających ich rozwój form i metod nauczania na wszystkich stopniach edukacyjnych, w stosunku do wszystkich pozostałych JRM w Polsce;
* uruchomienia mechanizmów regularnego dostarczania podręczników do nauczania JRM i w JRM, oraz regularnej bazy szkoleniowej dla nauczycieli tych języków oraz przedmiotów nauczanych w tych językach;
* przygotowania i uruchomienia kampanii promującej nauczanie JRM i w JRM;
* przygotowania i uruchomienia kompleksowego programu działań na rzecz poprawy oferty programowej JRM w mass-mediach, zwłaszcza w (publicznych) radiu i telewizji;
* kompleksowego podejścia do zagadnień utrzymania, promocji, wspierania i rozwoju wszystkich kultur reprezentowanych przez JRM w Polsce.

Duchowa martwota Kaszubów

Mało kto potrafił pisać tak gorzko o Kaszubach jak ci, którzy sami w kaszubszczyźnie widzieli wartość najwyższą i idei odrodzenia Kaszub poświęcili swoje życie. A jednak ta kwestia „martwoty duchowej” Kaszubów, tej niewzruszonej obojętności na wymieranie rodzimej kultury i własnego języka, jest bodaj jednym z najważniejszych motywów kaszubskiej literatury. Są wszakże trzë wukôzcji: Strach, Trúd i Njevôrto, które nie pozwalają Remùsovi przenjesc królevjónkã bez wodã w epopeji Aleksandra Majkowskiego; są wreszcie szaré paje Smãtka, które smùczõ pò glovach bohaterów Jana Drzeżdżona („Twarz Smętka”). Autorzy „Zrzeszë Kaszëbskji” w swojej dosadności nie oszczędzili Kaszubów w artykule z 1934 r., który tu przypominamy, lecz jak sami deklarowali: Piorunami i ogniem należy przemawiać do śpiących i sennych duchów. A przypominając, sami zastanawiamy się, na ile ów osąd sprzed 84 lat pozostał aktualny i czy był nim wtedy?

O dwóch pierwszych tablicach fałszywych wartości

Niema narodu pod słońcem, któryby odznaczał się taką martwotą ducha, jak Kaszubi w ostatnich stuleciach. Stanęli już od dawna na prostej drodze, wiodącej ku zapomnieniu, ku zagładzie, odkąd zamarła na ustach ludu pieśń dziejowa. Bez znajomości swej historji i bez pieśni ojczystej, wlewającej w serca ludu coraz to nowe żary miłości swojszczyzny, żywiącej w nich dumę narodową i zapalającej w nich ustawicznie nowe nadzieje ginie wszelki naród bezpowrotnie. Kaszubi ostali się jednak do dziś dnia mimo nieznajomości swoich dziejów ojczystych i bez pieśni takiej, ale to sprawiła jedynie martwota ich ducha, lenistwo duchowe. Byli o wiele za leniwi, aby ich było można całkiem wynarodowić mimo tego, iż przedstawiali pod tym względem pierwszorzędny materjał.

Lenistwo duchowe ratowało Kaszubów od ostatecznej zagłady, a nie ich siła życiowa, albowiem takiej już od XIV wieku do dziś dnia wcale nie wykazują.

Kaszubi nie mają najmniejszego prawa pysznić się tem, że przetrwali nad Bałtykiem, gdyż nie oni, lecz to w nich, czem należy gardzić, było przyczyną, że się ostali jako Kaszubi. Zachowali oni mowę swoją jedynie z tego powodu, że byli za leniwi nauczyć się płynnie po polsku albo po niemiecku; ci bowiem, którzy nauczyli się po niemiecku płynnie, zgermanizowali się prawie wszyscy, a ci, którzy nauczyli się płynnie po polsku, wzgardzili mową swych ojców i spolonizowali się prawie wszyscy. Ci najleniwsi, ci najciemniejsi tylko zachowali kaszubskość bo nie mogli inaczej, a tem chcieliby się chwalić i pysznić?!
Bracia Kaszubi! Tablica waszej wartości leży oto u nóg waszych połamana. Schlebiając wam, kłamią ci, którzy w was wmawiają, jakoby ta martwota waszego ducha była czemś pochwały godnem. Aczkolwiek była ona przyczyną zachowania przez pewien czas mowy kaszubskiej, to jest ona jednak z gruntu rzeczy wartością fałszywą, jest tylko pewnym hamulcem toczącego się koliska w przepaść. Hamulec ten czują wszyscy ci, którzy pragną to kolisko pchnąć na nowe tory, na tory odrodzenia. Wasz zacofany konserwatyzm, wasz fanatyzm, wasza niecierpliwa „cierpliwość” i wszystkie wasze nędze duchowe, a za niemi idące nędze moralne i materjalne wyrosły przecież tylko na podstawie tej waszej martwoty duchowej.

Ta wasza imaginowana wartość, ta martwota duchowa — to powolne konanie kaszubskości, a nie jej zachowanie.

Ta fałszywa wartość wasza każe wam jako Kaszubom konać powoli, ale pewnie. Zapatrzeni w tablicę fałszywej wartości giniecie bez jakiegokolwiek honoru, giniecie z hańbą, giniecie jako naród nikczemny. Jeden z wielkich myślicieli polskich (z pochodzenia Pomorzanin) Stanisław Staszic mówi: „Upaść może naród wielki i szlachetny — zginąć tylko nikczemny.” —

Kaszubi! Jesteście ludem silnie rozmnażającym się, ale mimo to zmniejszającym się z rokiem każdym. Jesteście więc bez celu i nie macie siły, aby z innemi narodami zasiadać u stołu dziejów ludzkości. Leżycie wciąż jeszcze na brudnym barłogu waszego jestestwa jako starzec, który się zestarzał, nie zaznawszy wcale młodości, którego lenistwo duchowe stało się przyzwyczajeniem i wreszcie ciężką chorobą, która nie pozwala mu ani się podnieść, ani nawet skonać.

Niema w was żadnego wyższego pragnienia, lecz tylko i tylko ta niemoc bezdenna połączona z małodusznem tchórzostwem — a to nazywacie waszą kaszubską „cierpliwością” i z tego pragniecie być dumni?! Rzucamy wam pod nogi tę waszą „cierpliwość” kaszubską, która w samej rzeczy nie jest niczem innem, jak tylko tchórzostwem i lenistwem. Oto leży połamana u stóp waszych ta druga tablica fałszywej wartości waszej.

Zrzesz Kaszëbskô (5/1934), Kartuzy
red. nacz. Aleksander Labuda

„Ortograf” na banerze Zjazdu Kaszubów to wcale nie najgorsze, co tam zobaczycie

Gdzie są nasze kaszubskie symbole, gdzie flaga, gdzie gryf? – pyta David Szulëst (Shulist), kanadyjski Kaszuba i prezes Wilno Heritage Society. – Smutno patrzyć na politykę zamieszaną w wydarzenie kulturalne.

Mowa o banerze informującym o XX Swiatowim Zjezdze Kaszëb(ó/ô)w, który odbędzie się już w sobotę w Luzinie. Uwagę przykuł błąd ortograficzny, który zauważył dziennikarz Radia Kaszëbë Adóm Hébel, o wpadce napisało też Radio Gdańsk, a językowy feler komentował Tomôsz Fópka, członek Rady Języka Kaszubskiego. Jednak David Shulist i paru innych Kaszubów zwracają uwagę na dużo ważniejszą sprawę:

fot. Adóm Hébel

Zasłużony działacz z Kanady zwraca uwagę na całkowity brak symboliki kaszubskiej na materiałach promujących Zjazd, nie ma tam ani kaszubskiej flagi, ani gryfa, jest za to polska flaga i godło II RP.

Polityka i kultura nigdy nie powinny się mieszać. Moi przodkowie z politycznego punktu widzenia byli pruskimi Niemcami i nie mieli z Polską nic wspólnego, więc to dla mnie nic nie znaczy. Ani niemieckie, ani polskie symbole nie powinny być obecne na naszym kaszubskim wydarzeniu. Cieszę się, że nie będzie mnie w tym roku na zjeździe – napisał gorzko David Szulëst, potomek kaszubskich emigrantów z Prus Zachodnich do Kanady, którzy wyemigrowali w 1858 r., a ich potomkowie do dziś zachowali tam swoją tożsamość i język. Szulëst i kanadyjscy Kaszubi od lat przylatują do Europy na Zjazdy Kaszubów.

To smutny dzień w kaszubskiej historii. (…) Skończcie z politykowaniem, to nas zabija – dodaje.

Zjazd Kaszubów od 1999 roku był organizowany na cześć zjednoczenia ziem etnicznie kaszubskich w jednym województwie jako uczczenie wysiłków działaczy i samorządowców w ruchu kaszubskim. W tym roku wydarzenie odbywa się jednak pod hasłem XX Światowy Zjazd Kaszubów w stulecie odzyskania niepodległości, a pytanie, które się nasuwa, brzmi: czy Kaszubi nawet te parę razy do roku nie potrafią skupić się na uczczeniu własnej kultury i własnych symboli? Wszak 100-lecie niepodległości RP jest świętem ogólnopaństwowym, celebrowanym cały rok, a Narodowe Święto Niepodległości ma swoją stałą datę 11. listopada.

Wygląda na to, że w tym roku Światowy Zjazd Kaszubów będzie mniej światowy niż w poprzednich latach.

10 Przykazań Dobrego Kaszuby

I. Dobry Kaszuba stara się jak najczyściej mówić po polsku i myśleć po polsku. Odrzuca balast, którym jest jego rodzima kultura, nie mówi po kaszubsku i nie wychowuje swoich dzieci po kaszubsku.

II. Dobry Kaszuba się nie buntuje i nie angażuje. Wie, że najważniejszy jest święty spokój. Milczy, gdy obraża się kulturę i mowę jego ojców. Dobry Kaszuba sam rozumie, że nie są to sprawy o istotnej wartości i trzeba o nich zapomnieć.

III. Dobry Kaszuba w trosce o skarb Państwa i samorządu kontestuje każdy wydatek na rozwój kaszubskiej kultury i tożsamości, choćby chodziło o parę metalowych tablic. Dobry Kaszuba wie, że to tylko fanaberie hobbystów i/lub polityków, którzy chcą coś na tym ugrać.

IV. Wszelkie rozterki na temat tożsamości etnicznej i narodowej za Dobrego Kaszubę rozwiązuje Państwo i Kościół. Urzędnik i ksiądz wiedzą lepiej, takie kwestie należy zostawić specjalistom.

V. Dobry Kaszuba wie, że prawdziwi Kaszubi żyją tylko w jego miejscowości, a wszyscy inni są farbowani i nie potrafią dobrze mówić po kaszubsku. Albo wprost przeciwnie, Dobry Kaszuba wie, że jego okolica to wcale nie są Kaszuby, bo te prawdziwe są gdzieś tam koło Kościerzyny/Kartuz/Pucka (do wyboru).

VI. Dobry Kaszuba nie jest zainteresowany i z pogardą patrzy na historię Kaszub i Pomorza. W zupełności wystarczy mu powzdychać do Kresów, Wilna i husarii.

VII. Dobry Kaszuba nie potrafi wymienić z tytułu ani jednej kaszubskiej książki, a z imienia ani jednego pomorskiego księcia.

VIII. Dobry Kaszuba, jeśli już musi mówić swoją regionalną mową, to pozostaje dumnym pół-analfabetą w tym narzeczu i nie odczuwa potrzeby, by umieć w nim czytać i pisać.

IX. Dobry Kaszuba jest niechętny kaszubskiej symbolice, no chyba że zarobkowo w wymiarze folklorystyczno-turystycznym i pod warunkiem, że pojawia się razem z symboliką polską w stosunku 1 do 3, żeby nikt nic złego nie powiedział.

X. Dobry Kaszuba patrzy ze spokojem i wzruszeniem ramion na wymieranie kultury i języka przodków. Tak będzie lepiej i prościej. Poza tym czym jest ta kultura wobec wielkiej kultury polskiej, jeśli nie jedynie dziejowym nieporozumieniem i fazą przejściową?

 

 

 

Photo: by Freepik.com

„Naja szkòła”: dwujęzyczne szkoły to przyszłość dla naszego języka i tożsamości

Z założycielem pierwszej dwujęzycznej kaszubsko-polskiej szkoły podstawowej Arturem Jablonscjim rozmawiała Sara Mičkec, redaktorka miesięcznika Rozhlad. Wywiad był opublikowany po serbołużycku w numerze 05/2018.

SM: Od roku szkolnego 2017/2018 w Wejherowie na Kaszubach istnieje prywatna szkoła „Naja Szkòła“. Jest to pierwsza dwujęzyczna polsko-kaszubska szkoła. Co była motywacja jej założenia?

AJ: Na decyzję o założeniu dwujęzycznej polsko-kaszubskiej szkoły podstawowej miały wpływ dwie rzeczy. Po pierwsze, wraz z moją żoną Anną jesteśmy rodzicami 11-letniego chłopca, którego od urodzenia wychowujemy w dwujęzyczności. Érik nie odnajdywał się w szkole, do której chodził wcześniej, gdyż jego rówieśnicy nie rozumieli kontekstów kulturowych, w jakich wychowujemy naszego syna. Czuliśmy więc potrzebę stworzenia szkoły, w jakiej nasze dziecko odnajdzie klucz do własnego, kaszubskiego domu. Jednocześnie obserwowaliśmy już od dłuższego czasu, że model nauczania języka kaszubskiego w szkołach publicznych (samorządowych / państwowych) w niewystarczającym stopniu przyczynia się do rozwoju języka i tożsamości Kaszubów. Moim zdaniem szkoła publiczna kształci Polaków z bierną znajomością języka kaszubskiego, gdy tymczasem naszej społeczności potrzeba szkół, które będą kształciły świadomych Kaszubów w sensie etnicznym i równocześnie Polaków w sensie obywatelskim (państwowym). Ostatecznym bodźcem do podjęcia działań w kierunku uruchomienia własnej, dwujęzycznej placówki edukacyjnej była współpraca Stowarzyszenia Osób Narodowości Kaszubskiej „Kaszëbskô Jednota”, do którego oboje z żoną należymy, z baskijską szkołą o nazwie Baztan Ikastola w prowincji Navarra w Hiszpanii, która nawiązana została w 2015 roku.

Fot: Naja Szkòła

SM:
Istnieją inne kaszubskie szkoły?

AJ: W formule dwujęzycznej jest to pierwsza taka szkoła na Kaszubach. Jednak samo nauczanie w szkołach języka kaszubskiego rozpoczęło się w roku 1991 od wiejskiej szkoły podstawowej w Głodnicë (pol. Głodnicy) oraz w Liceum Ogólnokształcącego w miasteczku o nazwie Brusë (pol. Brusy). Potem dołączyły kolejne szkoły. Nie było na nie pieniędzy z budżetu państwa, ale utrzymywały je lokalne samorządy. Dopiero w 2005 r., gdy przyjęto w Polsce „Ustawę o mniejszościach narodowych i etnicznych oraz o języku regionalnym”, w której za jedyny język regionalny w Polsce uznano język kaszubski, nauczanie kaszubskiego zaczęło być dotowane przez państwo. Od tego czasu zaczęto nauczać języka kaszubskiego w bardzo wielu szkołach na Kaszubach, wprowadzono możliwość wyboru naszego języka na egzaminie maturalnym, a od 2015 r. istnieje kierunek Etnofilologia Kaszubska na Uniwersytecie Gdańskim.

SM: Jak jest język kaszubski włączony do edukacji szkolnej na Kaszubach?

AJ: Prawo w Polsce pozwala Kaszubom, a także innym mniejszościom, które wymienione są we wspomnianej już Ustawie o mniejszościach, na prowadzenie trzech typów szkół. Pierwszy typ zakłada, że język kaszubski jest nauczany dobrowolnie, jako przedmiot dodatkowy w wymiarze 3 godzin tygodniowo, który dyrektor szkoły musi wprowadzić, gdy minimum 7 rodziców złoży na piśmie taki wniosek. Drugi typ to szkoła dwujęzyczna, w której język kaszubski jest obowiązkowo nauczany na 5 godzinach tygodniowo, symetrycznie do języka polskiego, a ponadto w języku kaszubskim prowadzone są jeszcze 4 inne przedmioty w szkole. Trzeci typ to szkoły, w których nauczanie odbywa się tylko po kaszubsku (w języku mniejszości), a jedynie język polski i historia polski nauczane są w języku polskim. Własnej historii Kaszubi mogą uczyć przez 30 godzin na przestrzeni całej edukacji w szkole podstawowej i kolejnych 30 godzin w całej szkole średniej. W praktyce funkcjonował do tej pory tylko pierwszy typ szkoły.

SM: Jak wygląda „dwujęzyczność” szkoły? Kiedy jest używany język polski, kiedy kaszubski? Czy dzieci, którzy uczęszczają do szkoły, nauczyły się języka kaszubskiego jako języka ojczystego w domu czy mogą nauczyć się go w szkole?

AJ: Odpowiadając na te wszystkie pytania, należy zacząć od tego, że kondycja języka kaszubskiego jest bardzo zła. Władze Polski Ludowej zrobiły wiele, by zniszczyć język i kulturę Kaszubów. Dzieci kaszubskie były w polskich szkołach bite i szykanowane za używanie swojego ojczystego języka. Z tego powodu w latach 70. XX wieku został przerwany językowy przekaz pokoleniowy w rodzinach kaszubskich. Mając na uwadze dobro i zdrowie psychiczne własnych dzieci, rodzice przestali mówić do nich po kaszubsku. Zdążyły wyrosnąć już dwa pokolenia Kaszubów, które z językiem kaszubskim zetknęły się w domu w znikomym stopniu. Nie mieli go także w szkole. Również dzieci, które do nas przychodzą, w większości nie znają kaszubskiego. W większości pochodzą z rodzin kaszubskich, choć kilkoro uczniów nie ma nawet kaszubskich korzeni. Nauczanie dwujęzyczne realizowane jest w zakresie obowiązkowych zajęć edukacyjnych, ale z powodów opisanych wcześniej, to nauczyciele określają zakres treści edukacji wczesnoszkolnej przekazywanych w języku kaszubskim. Stosują także zasadę posługiwania się językiem kaszubskim w codziennych sytuacjach, podczas przerw, rozmów swobodnych z dziećmi, zabaw, itp. W klasach IV-VIII Naja Szkòła zapewnia prowadzenie 4 zajęć metodą dwujęzyczności spośród takich przedmiotów jak: przyroda, biologia, geografia, chemia, fizyka, matematyka, historia, informatyka, plastyka, technika, wychowanie fizyczne.

SM: Czy wszyscy pracownicy szkoły mówią po kaszubsku? Jest jakieś szkolne polecenie, który ma być język potoczny/powszechnie używany w szkole?

AJ: Wszyscy pracownicy szkoły znają język kaszubski, ale nie wszyscy mówią po kaszubsku. Posługuje się nim na co dzień około 1/3 z nich. Nie byłoby więc prawdziwe twierdzenie, że kaszubski jest w chwili obecnej powszechnie używany w szkole. W około 70% sytuacji przeważa język polski, a kaszubski używany jest w 30%. Naszym celem jest osiągnięcie symetryczności, ale na to potrzeba jeszcze kilku lat wytężonej pracy zarówno z dziećmi, jak też nauczycielami.

SM: Czy historia i kultura Kaszub na zajęciach są traktowane inaczej niż w szkołach państwowych?

AJ: Tak. Staramy się na każdych zajęciach dawać uczniom kontekst kaszubski. Nawiązujemy do naszej kultury, tradycji, historii i zalecamy nauczycielom, by był to punkt wyjścia do niemal każdych zajęć. Oprócz tego, że „Naja szkoła” zajęcia prowadzi po kaszubsku, rzucają się w oczy różne inne szczegóły, tak jak: edukacja cyfrowo-medialna, nacisk na indywidualne ocenianie kształtujące, brak prac domowych. Począwszy od klasy pierwszej, uczniowie objęci są poszerzonym zakresem nauki języka kaszubskiego oraz języka angielskiego. Szkoła oferuje także dla klasy czwartej obowiązkowe koło z języka niemieckiego, a w przyszłości zamierza wprowadzić także język niemiecki jako przedmiot obowiązkowy. Podczas wszystkich zajęć uczniowie wykorzystują komputery Chromebook. Do dyspozycji mają szkolną sieć komputerową do wyszukiwania potrzebnych informacji i zasobów edukacyjnych. Pracują w środowisku wirtualnym – platformie edukacyjnej Google Classroom oraz chmurze GSuite. Kładziemy też nacisk na naukę praktycznych kompetencji przydatnych w codziennych kontaktach z mediami, gdyż taki jest współczesny świat. Staramy się realizować to we wszystkich klasach między innymi w ramach edukacji polonistycznej, społecznej, historycznej, plastycznej i zajęć komputerowych. Chcemy, by wychowankowie Naji Szkòłë posiedli kompetencje XXI wieku, takie jak kreatywność, myślenie krytyczne, współpraca w grupie, przywództwo, zarządzanie informacją, rozumienie mediów, mądre korzystanie z technologii.

SM: Czy uczniowie są podzieleni na klasy? Ile uczniów jest w jednej klasie? Jak wygląda ocenianie? Czy są oceny od 1 do 6?

AJ: Dzieci uczą się w maksymalnie 15-osobowych klasach, ale staramy się dla każdego z uczniów realizować indywidualny program nauczania. Łączymy dwa systemy oceniania, ten tradycyjny z ocenami od 1 do 6, ale przede wszystkim ważna jest dla nas informacja zwrotna, która skuteczniej niż stopnie motywuje ucznia do nauki, nauczycielowi zaś pomaga ustalić, na czym należy się skupić podczas kolejnych lekcji. Nauczyciel traktuje uczniów indywidualnie, obserwując, jak zdobywają wiedzę i dając konkretne wskazówki do dalszej pracy. Zawsze wyjaśnia, jakie są cele uczenia się i kryteria sukcesu. Stara się angażować uczniów w ich proces edukacyjny. Uczniowie wymieniają się wiedzą, ucząc się od siebie nawzajem.

Fot: Naja Szkòła

SM: Jak Państwo znaleźli nauczycieli? Czy mają oni specjalne kształcenie?

AJ: Kilkoro nauczycieli, którzy zaczęli z nami ten projekt, było członkami stowarzyszenia Kaszëbskô Jednota. Pozostali przeszli procedurę naboru. Jednym z kryteriów była znajomość języka kaszubskiego poświadczona studiami bądź specjalistycznym egzaminem. Uprawnienia do nauczania kaszubskiego można w Polsce zdobyć na dwa sposoby: albo ukończy się podyplomowe studia trwające 1,5 roku, albo zda się egzamin przed specjalną komisją.

SM: Jak wielka jest szkoła obecnie? Ile ma klas, ilu uczniów i nauczycieli?

AJ: W szkole uczy się obecnie 32 uczniów w klasach 0, 1, 3 i 4. Docelowo szkoła będzie kształcić w oddziałach od 0 do 8. W tej chwili zatrudniamy 3 nauczycieli na etacie i 10 na umowie o zlecenie, czyli na konkretne godziny wynikające z liczby przedmiotów wymaganych w podstawie programowej Ministerstwa Edukacji.

SM: Ile ma szkoła roczników/klas i gdzie się uczniowie po szkole podstawowej dalej uczą?

AJ: Na to pytanie mogę odpowiedzieć za trzy lata. Jednak niewykluczone, że stworzymy naszym uczniom możliwość kształcenia się w kaszubskim liceum. Myślimy o tym.

SM: Pan jest właścicielem szkoły i angażował się Pan w jej powstanie. Czym się pan zajmuje zawodowo i skąd Pan czerpał inspiracje?

AJ: Jestem Kaszubą. Mój ojciec był Polakiem, który osiadł na Pomorzu w latach 60. XX wieku i przyjął w dużej mierze kulturę mojej kaszubskiej matki. Od niej poznałem język kaszubski. Jako nastolatek zacząłem interesować się historią i literaturą kaszubską. Na studiach historii w Gdańsku, które rozpocząłem w 1989, który był rokiem demokratycznych przemian w Polsce, poznałem ludzi podobnie jak ja szukających swoich korzeni. Razem założyliśmy w 1990 r. studenckie pismo „Tatczëzna” (pol. Ojczyzna). To był też czas, gdy otworzyła się możliwość realizacji kaszubskiego programu w gdańskim oddziale telewizji polskiej i w Polskim Radiu Gdańsk. Włączyłem się w te projekty. Zostałem dziennikarzem. Potem, w 1999 r. postanowiłem spróbować swoich sił w lokalnej polityce. Przez 10 lat byłem Starostą w Pucku. W chwilach wolnych nadal pasjonowały mnie media. W 2002 roku zostałem na krótko społecznym redaktorem naczelnym miesięcznika „Pomerania”, a w 2004 roku założyłem Radio Kaszëbë, którym kieruję do dziś. Od 2010 do 2012 roku kierowałem także telewizją satelitarną CSBTV (CassubiaTV), którą współtworzyłem wraz z 2 wspólnikami. Przez 6 lat byłem prezesem Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego, a w 2011 roku współzałożycielem Stowarzyszenia Osób Narodowości Kaszubskiej „Kaszëbskô Jednota”, w którym jestem wiceprezesem. Skąd miałem inspirację do założenia szkoły? Tak jak o tym wspominałem: doświadczenia rodzica, znajomość sytuacji innych mniejszości narodowych w Europie, troska o własny język i kulturę.

Artur Jablonscji

SM: Kto oprócz pana angażował się w założenie szkoły?

AJ: W założenie szkoły angażowała się przede wszystkim moja żona Anna oraz koledzy z Kaszëbsczi Jednotë, a przede wszystkim prezes tego stowarzyszenia Karól Róda. Wspierał nas Andrzej Gredecki, doświadczony pedagog, długoletni dyrektor szkół publicznych w Wejherowie. Olbrzymią rolę odegrała także w tym projekcie Baskijka Maialen Sobrino Lopez, którą poznałem w 2014 r. i która zaangażowała mnie i stowarzyszenie Kaszëbskô Jednota w projekt Txikian Handi (Małe jest wielkie), dzięki czemu dowiedziałem się jak funkcjonują baskijskie Ikastole. Po kilkugodzinnym pobycie wśród baskijskich dzieci, mój syn Érik zapytał: – Dlaczego my nie mamy takiej szkoły? To wystarczyło, by zacząć działać. W marcu 2017 r. wynająłem obiekt w Wejherowie, to był dawniej sklep meblowy, zaadaptowałem go na szkołę, która została otwarta 2 września 2017 r. Ważne było dla mnie wsparcie kilku znajomych rodziców, kaszubskich aktywistów, takich jak Dariusz Majkowski, ówczesny redaktor naczelny miesięcznika „Pomerania”.

SM: Jak inicjatorzy werbowali uczniów?

AJ: Z tym związany jest wybór miejsca na pierwszą dwujęzyczną szkołę. Wejherowo jest 50 tysięcznym miastem, o dużych tradycjach kaszubskich, które otaczają inne duże miejscowości. W sumie to taka kaszubska „aglomeracja” licząca około 100 tysięcy mieszkańców. Wyszliśmy do nich z plakatami, ulotkami, reklamą w Radiu Kaszëbë. W niedziele organizowaliśmy akcje informacyjne pod kościołami. Trwało to na przestrzeni dwóch miesięcy – lipca i sierpnia 2017 r. Efekt był taki, że we wrześniu rozpoczęło u nas naukę 22 uczniów, a w ciągu miesiąca dołączyło jeszcze 10.

SM: Jak szkoła jest finansowana?

AJ: W okresie od początku września do końca grudnia 2017 r. finansowałem szkołę z własnych pieniędzy pochodzących głównie z działalności prowadzonej w ramach Radia Kaszëbë. Od stycznia 2018 r. szkoła otrzymuje dotacje z budżetu państwa polskiego poprzez Urząd Miasta Wejherowa. Jest to równowartość 300 euro na ucznia miesięcznie.

SM: Czy czesne mają wpływ na to, kto swoje dzieci posyła do szkoły?

AJ: W roku szkolnym 2017/2018 w Naji Szkòli nie płaci się czesnego. Chciałem w ten sposób zachęcić rodziców do tego nowego projektu. Od następnego roku szkolnego będzie wprowadzone czesne w wysokości 400 zł od dziecka. To jest konkurencyjna cena w stosunku do innych szkół prywatnych w okolicy.

SM: Jak brzmi krytyka, którą inicjatorzy szkoły mogą słyszeć i jak ją traktują?

AJ: Na ten moment nie ma poważnej krytyki naszego projektu. Wyczuwamy natomiast postawę wyczekiwania u wielu osób, które nas obserwują. Żeby nie popełniać błędów współpracujemy z doświadczoną pedagog Adelą Kożyczkowską z Instytutu Pedagogiki Uniwersytetu Gdańskiego oraz Renatą Mistarz, ekspertką z Centrum Edukacji Nauczycieli w Gdańsku. Każdą poważną krytykę, jeśli się pojawi, potraktujemy bardzo serio i postaramy się natychmiast na nią reagować pozytywnymi zmianami w naszym projekcie, ale przede wszystkim będziemy się trzymać założenia dwujęzyczności, czyli również symetryczności między kulturą kaszubską i polską.

SM: Patrząc na doświadczenia podczas przygotowań i założenia szkoły: czy zrobiłby Pan coś inaczej z dzisiejszego punktu widzenia?

AJ: Nie żałuję niczego, co zainwestowałem w ten projekt, bowiem wierzę, że jest to doświadczenie, które może wiele dobrego przynieść naszej kaszubskiej kulturze.

SM: Czego Pan by sobie życzył względem przyszłości szkoły i edukacji na Kaszubach?

AJ: Chciałbym, żeby z mojego doświadczenia czerpali inni: osoby prywatne, stowarzyszenia, kaszubskie samorządy. Zależy mi na stworzeniu możliwości wyboru pomiędzy szkołami pierwszego typu z językiem kaszubskim jako przedmiotem dodatkowym, a szkołami dwujęzycznymi polsko-kaszubskimi. Marzę o tym, by nauczanie języka kaszubskiego oraz własnej historii i kultury we wszystkich szkołach na Kaszubach było obowiązkowe. Uważam także, że odpowiedzialnym za podstawę programową w szkołach na Kaszubach należy uczynić regionalny samorząd województwa, a nie państwowe Ministerstwo Edukacji jak jest to w tej chwili. Przy takim rozwiązaniu na przykład każda placówka oświatowa w województwie pomorskim nauczałaby treści związanych z danym regionem w 40%, a w 60% program taki musiałby spełniać wymogi państwowe. Ponadto samorządy wszystkich szczebli oraz organizacje pozarządowe powinny już teraz zacząć wspierać otwieranie szkół imersyjnych, w których edukacja kaszubska byłaby prowadzona poprzez „zanurzenie” w języku i kulturze, czyli takie, w których od pierwszego do ostatniego dzwonka język kaszubski nie umilknie na żadnej lekcji, ani na przerwie.

Pomorski język migowy

Dominika Florczak, Dariusz Kosztowny

Choć nie mówi się o tym głośno, na Pomorzu nie tylko Kaszubi mają własny język. Każdy z nas chce mówić pięknym, czystym językiem znanym z serwisów informacyjnych; każdy angielskim próbuje władać, jakby został wydany na świat przez samą Elżbietę II. Robimy tak – ale tylko oficjalnie. W domowym zaciszu, wśród przyjaciół, na terenie bezpiecznym pozwalamy naszym regionalizmom, slangom, gwarom i kolokwializmom szaleć do woli. Używanie naturalnego języka stało się nienaturalne całkiem niedawno.

Jedną z pierwszych rzeczy, jaką możesz usłyszeć w Szczecinie, jest zdanie „mówimy najczystszą polszczyzną w Polsce”. Zdanie to, powtarzane jak mantra, wypowiadane setki razy dziennie przez biznesmenów, motorniczych, radnych, fryzjerów, nauczycieli… zawiera w sobie najczystszy w Polsce smutek. Brak „nieczystości” oznacza brak przeszłości. Kaszubi od lat walczą o pewną niezależność, o uznanie walorów ich kultury płynących właśnie z odrębności kultury języka. Nie są oni jedyni na Pomorzu. Z podobnymi problemami muszą zmierzyć się głusi. To właśnie lokalny język migowy rozwija się na wspak tendencjom globalnej wioski.

Istnieje przekonanie, że język migowy to jednolity byt w rodzaju średniowiecznej łaciny opierający się na grze gestów. Nic bardziej mylnego. Język migowy posiada swoje odmiany narodowe, regionalne, miejskie, osiedlowe. Logicznym jest więc też to, że istnieje odmiana pomorska!

Podjęto próby stworzenia jednego, pełnego norm i zasad języka (system językowo-migowy). W uproszczeniu: miał on na celu ujednolicić i ułatwić kontakt między głuchymi a słyszącymi oraz pomiędzy regionami. Większość słyszących rozpoczynających przygodę z językiem migowym zaczyna właśnie od systemu. Głusi jednak szybko sprowadzają na radosną i swobodną ścieżkę języka naturalnego. Jaka jest ta droga? Mniej oczywista. Dzień dobry, do widzenia czy dziękuję wygląda w całym kraju tak samo. Problemy zaczynają się jednak dość szybko… Każdy region ma własne określenia. Język mówiony zna inne określenia niż migany i odwrotnie. Inaczej migają głusi wychowani w rodzinach słyszących, inaczej – w rodzinach niesłyszących. Inaczej starsi, inaczej młodsi. Jakby tego było mało, znaki (nazywane potocznie migami czy gestami) rodzą się same w trakcie rozmowy, a ich żywot może trwać kilka minut lub wejść do szerszego obiegu. Jeśli poruszymy problem lokalnych różnic z głuchymi, dość szybko usłyszymy narzekania na ten czy inny region. Dowiemy się też co nieco o… akcencie.

Te i inne problemy spotkaliśmy w trakcie pracy przy spektaklu o pomorskiej piękności, Sydonii von Borck pt. „Wilcze Piętno”. Sam pomysł dwujęzycznego spektaklu brzmi dość karkołomnie. Lecz jak pogodzić musical ze światem ciszy? Jak przetłumaczyć nieprzetłumaczalne? Jak stworzyć nowe słowo tak, by przez publiczność było od razu zrozumiane? Nie mamy instrukcji. Wiemy za to, że najważniejsze jest szukanie podobieństw i zakochanie się w różnicach. Dzięki tej obserwacji, czy raczej zderzeniu i starciu się tych dwóch różnych kultur, na nowo zrozumieliśmy i przemigaliśmy słowo renesans. Nie musimy też więcej literować imienia Sydonia – wystarczy, że pokażemy „wilk” i wszyscy rozumiemy, o kim mówimy. Na scenie oczywiście królowały pomorskie znaki. Inaczej nie mogliśmy.

Świat zna tysiące języków. O wielu z nich nie usłyszymy – znikną na rzecz bardziej oczywistych, popularnych, czystych. Nie ojczystych, nie naturalnych, w żaden sposób nam nie bliskich. Proponujemy iść za przykładem głuchych i… pozostać głuchym na wszelkie podłe próby wyrównywania języków.

Felieton pierwotnie ukazał się w numerze 3/2014 (3) SKRË – pismienia ò kùlturze