Wszystkie wpisy, których autorem jest Pioter Szatkòwsczi

Etnolekt mazurski – czy kodyfikacja jest wykonalna? Burza (póki co jednego) mózgu.

Czy kodyfikacja mowy mazurskiej jest mission impossible? Czy jest swego rodzaju węzłem gordyjskim, ale z tą różnicą, że jego radykalne przecięcie rozminie się z celem? Często zadaję sobie to pytanie i nie mogę znaleźć jednoznacznej odpowiedzi. Mimo to nieustannie próbuję analizować zastane źródła, by cokolwiek z mowy Mazurów mogło przetrwać dla potomnych.

Kodyfikacją etnolektów mniejszościowych, lokalnych języków, często zagrożonych wymarciem, zajmowano się już praktycznie na wszystkich kontynentach świata. Od czasu do czasu słyszymy o spektakularnych próbach rewitalizacji rdzennych amerykańskich czy australijskich języków. Znany w Polsce jest też przykład niewielkiego języka wilamowskiego (proces rewitalizacji rozpoczęty przez Tymka Króla) – który decyzją parlamentu mógłby (choć pewnie nie będzie) zostać wpisany, obok języka kaszubskiego, do krótkiej listy języków regionalnych. Świetnie i skutecznie kodyfikację przeszedł ”dialekt literacki” – kurpiowski (nota bene ogromny szacunek za tak dyplomatyczne sformułowanie).

Sytuacja mazurskiego jest jednak na tyle rzadka, że zasługuje w mojej opinii na oddzielną analizę, której zaczynem może być niniejszy artykuł. Dodajmy do siebie wszystkie składowe, a zobaczymy, co można z tym zrobić, o ile cokolwiek można. Przed rozpoczęciem analizy pragnę także dodać, że temat został mi niejako podrzucony poprzez artykuł dr hab. Henryka Jaroszewicza o możliwości i konieczności kodyfikacji etnolektu śląskiego.

Szczerze mówiąc, nieco zazdroszczę innym grupom językowym, które często spełniają o wiele więcej warunków udanej kodyfikacji. Te czynniki, idąc tropem dr Jaroszewicza, ale też dorzucając swoje 3 grosze, można wymienić następująco:

  1. Aktualna liczba użytkowników danej mowy – nie ukrywajmy, czasami ilość bywa ważniejsza niż jakość. Rewitalizacja języka za sprawą jej kodyfikacji ma o wiele większe szanse na sukces, jeśli zwyczajnie jest do kogo z takim projektem się udać. Można nie tylko zbadać stan danej mowy w momencie kodyfikacji, ale też do tejże kodyfikacji użytkowników przekonywać. Ilu ludzi mówi po mazursku? Kilkadziesiąt osób na Syberii, kolejne kilkadziesiąt w Polsce, potencjalnie kilkadziesiąt-kilkaset w Niemczech. Stan tej mazurszczyzny nie zawsze jednak odzwierciedla dobry stan mazurskiego sprzed 50-100 lat.
  2. Potencjalna liczba użytkowników (baza ludnościowa) – liczba osób, które co prawda danej mowy nie znają, ale byliby w stanie identyfikować się z ludem, który taką mową niegdyś się posługiwał. W przypadku Mazur, w zależności od ostrości podejścia – od 2 do 15 tysięcy osób w Polsce, natomiast nie bardzo wierzę w możliwość masowego przywrócenia mazurskiego poza obszarem regionu – głównie w związku z naturalnymi procesami asymilacyjnymi i wielopokoleniowym oderwaniem od ojczystej ziemi. Potomków Mazurów w Niemczech jest szacunkowo około pół miliona, dlatego też mimo wszystko nie wolno zignorować tej bazy, nawet gdyby rewitalizacja miała przekonać tam znikomy promil, w sytuacji mazurskiego byłby to niemały progres. Trudnością wiodącą są niestety różnice językowe – rodzimy użytkownik polszczyzny pochodzenia mazurskiego o wiele prędzej nauczy się mowy przodków niż rodzimy użytkownik niemieckiego – głównie dlatego, że mazurski w swej strukturze jest słowiański, mimo rozlicznych wpływów germańskich, nie tylko leksykalnych, ale też i gramatycznych.
  3. Wzajemna spójność geograficzna i językowa gwar kodyfikowanego obszaru. W mojej opinii jeden z najważniejszych czynników, nawet ważniejszy od dwóch powyższych. Im bardziej wewnętrznie zróżnicowana jest mowa, tym więcej rodzi się wątpliwości związanych z faworyzowaniem danej gwary jako podstawy literackiej czy też na temat stopnia włączania gwar ościennych, ich słownictwa czy cech gramatycznych. Jednocześnie rodzi się pytanie o to, jak bardzo liberalne powinno być podejście – ile synonimów, ile opcjonalnych, ale akceptowanych zachowań użytkowników. W przypadku Mazur sytuacja zmusza do liberalnego podejścia. Po pierwsze użytkowników czy chętnych jest niewielu. Po drugie, ich mowy są często niezbyt spójne – dość powiedzieć, że ostródzki mazurski de facto jest mową wywodzącą się z wielkopolskiego obszaru dialektalnego gwary chełmińskiej i nie ma mazurzenia (wymowy sz, cz, dż, ż jak s, c, dz, z), zachodniomazurski wywodzi się od kolonistów mazowieckich z okolic Ciechanowa, Mławy czy Przasnysza, środkowomazurski to przeniesiona mowa kurpiowska, a we wschodniomazurskim da się wyczuć wpływy gwar suwalszczyzny. Innym realizacjom podlegają podstawowe głoski – przykładowo ”á” w ostródzkim wymawiano jako ”o”, środkowe Mazury jako ”å”, zachodnie i wschodnie zaś jako ”a”. Labializacje (wymowa o i u jako ło, łu) najczęściej pojawiały się w paśmie od Mrągowa i Giżycka po Pisz i Białą Piską, prejotacje (ji, jé zamiast i na początku wyrazów) głównie zaś w okolicy Mrągowa i Giżycka. Moje decyzje w propozycji kodyfikacji bywają więc dla niektórych niejasne – włączyłem tu labializacje i prejotacje, mimo, że znaczna część terenu mówiła inaczej.  Trzeba jednak zwrócić uwagę, że to właśnie tu obecnie żyje potencjalnie najwięcej potomków Mazurów – co widać po odsetku ludności ewangelickiej, tylko w tamtych okolicach i dodatkowo w pow. kętrzyńskim wahającej się około zawrotnego odsetka 1-2% całości populacji (wszędzie indziej jest jeszcze gorzej). Nie chcę jednak, by Mazurzy z innych stron czuli się wykluczeni z tego procesu, dlatego też bardzo liberalnie przyjmuję słownictwo ze wszystkich obszarów mazurskich (nawet słownictwo ostródzkie), tylko dostosowując je do środkowomazurskiej ortografii (przeznaczonej dla całego regionu). Akceptuję też liczne opcjonalności chociażby we fleksji – równie przyjaźnie patrzę na zachodniomazurskie -óm, jak na środkowo-wschodnie -ám (kónióm vs kóniám), czy na środkowe -rziá, -dzio oraz typowe dla reszty Mazur -rijá, -dijo (artilerziá vs. artilerijá, radzio vs radijo). Ten ogromny liberalizm na granicy językowej anarchii zdaje się tu jedyną możliwością uszanowania mowy wszystkich Mazurów, którym wszak tak bardzo historia poskąpiła szacunku.
    Jednocześnie zawsze podkreślam, że pierwszeństwo ma mowa domowa – jeśli ktoś pamięta inaczej z domu, ma prawo mówić po swojemu. Kodyfikacja tutaj staje się bardziej narzędziem dla tych, którzy chcieliby poznać mazurski, a nie mają takiej możliwości w swoim środowisku. Zatem skodyfikowany mazurski będzie siłą rzeczy nieco ”usztuczniony”, “zmiksowany”, co jest chyba nie do uniknięcia niezależnie od przyjętej strategii. Staram się jednakowoż unikać tworzenia neologizmów, a jeśli już jest to konieczne z braku zastanych słów w źródłach, próbuję naśladować te same tendencje, jakie miały miejsce w analogicznych przypadkach, nierzadko konsultując to z samymi Mazurami.

    Źródło: dialektologia.uw.edu.pl – wpływy zewnętrzne na dialekty Warmii i Mazur
  4. Rozproszenie ludności. Nie zawsze mały obszar ”naturalnego”, ”historycznego” występowania danego etnolektu to coś złego. Czasami miewa to duże znaczenie organizacyjne. W niewielkich Wilamowicach sprawy idą o wiele lepiej niż chociażby na Mazurach między innymi właśnie dlatego, że cała uwaga skondensowana jest na obszarze kilkadziesiąt razy mniejszym niż na Mazurach. U nas popularyzacja mazurskości powinna się odbywać na obszarze 12 mazurskich powiatów, a nawet 13, jeśli doliczać gminę Olsztynek, z niewiadomych powodów dołączoną do powiatu warmińskiego, olsztyńskiego.
  5. Stosunek do wpływów zewnętrznych i podobieństw do mowy dominującej. Na ile wpływały na daną mowę literackie odmiany ”dużych” języków czy też gwary ościenne? Jaki stosunek do tych wpływów mają użytkownicy? Czy należy ulec tej czy innej współczesnej preferencji użytkowników, niejako wbrew frekwencji występowania danych słów w źródłach? O tym pisywał też nieraz Grzegorz Kulik, tworzący korpus mowy śląskiej. Z tego korpusu często wyłania się używanie słownictwa łudząco podobnego do literackiej polszczyzny. Słowa te jednak z czasem zostały zastępowane przez rzadkie synonimy bądź germanizmy, co miało charakter manifestacji odrębności. Niniejszym ujawnia się między innymi tendencja do frekwencyjnie częstszego używania germanizmów w mazurskim czy śląskim. Mają one być dowodem na odrębność danej mowy od dominującej, literackiej polszczyzny (choć nie uważam, że trzeba cokolwiek udowadniać przez siłę). Nie zawsze jest to proces świadomy, to należy podkreślić. Po prostu germanizmy czy rzadkie lokalizmy są czymś wyraźnie innym, a ruchy regionalne podświadomie nastawione są na podkreślanie ”swojskości”. Nie musi mieć to nawet wiele wspólnego z sympatiami politycznymi – słówka te stały się tak naturalną częścią mowy, że ich pochodzenie bywa czasami trudno identyfikowalne dla niektórych użytkowników. Tak samo, jak wielu Polaków nie zdaje sobie sprawy, że używają germanizmów, mówiąc ”ratusz”, ”blacha”, ”farba” etc. W przypadku mazurskiego różne obszary cechowały różne natężenia wpływów niemieckich – największe właśnie w okolicach Mrągowa i Giżycka, najmniejsze zaś, zdaje się, w okolicy Działdowa i Nidzicy. Sam zresztą, na początku swej mazurskiej drogi, używając działdowskich słówek i działdowskiej, najbliższej polszczyźnie literackiej odmiany mazurskiego bywałem oskarżany o celowe, ideologiczne pomijanie germanizmów! Niektórzy zarzucali mi mówienie po ”mazowiecku”, “polonizowanie Mazurów”, podczas gdy źródła mazurskie z okolic Działdowa odzwierciedlają zbliżony stopień germanizmów, jaki w sposób naturalny używałem. Dopiero sztuczne dodanie liczniejszych germanizmów poskutkowało głosami akceptacji, bo taka mowa była bliższa temu, co pamiętają od dziadków czy rodziców. Dziś sam wręcz zauważam, że zdarza mi się przegiąć w drugą stronę…
    Źródło: dialektologia.uw.edu.pl – zauważ wyjęcie Działdowszczyzny z obszaru badań – powojenne badania nie obejmowały obszaru Działdowa i okolic, gdyż te zostały włączone do Polski już po I WŚ
  6. Emancypacja językowa potencjalnych użytkowników, wykształcenie i stopień urbanizacji. Niestety – wiejskie ośrodki będą sobie radziły o wiele słabiej. Ze względu na ważniejsze problemy lokalnych społeczności – takich jak bieda, wykluczenie, uzależnienia. Mniejszy udział miast to także mniejszy potencjał edukacyjny – brak ośrodków badawczych, brak warstwy inteligenckiej nastawionej na swoją kulturę i mniej lub bardziej chciane przypisanie danej kultury do ”tego, co było, do skansenu” czy do negatywnie rozumianej “wiejskości”. To widać jak na dłoni na Śląsku – miejskość kultury skutkuje takimi pomysłami jak zespół Oberschlesien, jak wydanie tłumaczeń literatury światowej czy Biblii. Wciąż niewykorzystany zostaje natomiast potencjał katowickiej czy opolskiej uczelni – ale tu chociaż jest z czego wybierać. Mazurzy, jeśli chcą się kształcić, muszą jechać co najmniej do Olsztyna, a większość i tak wybiera dalsze ośrodki jak Gdańsk, Toruń, Warszawa. Fakt, że olsztyński UWM nie spełnia praktycznie niemal żadnej roli w badaniu Mazurów i mowy mazurskiej, a ciężar ten spoczywa na dzielnie walczącej o przetrwanie pracowni dr Sobolewskiej w Warszawie, pozostaje godzien pożałowania. Trudno też powiedzieć, na ile ujednolicona ortografia przyjmie się wśród Mazurów – trudności rodzi użycie niestandardowych liter (zredukowanej i tak, choć w mojej ocenie koniecznych do wyrażania zjawisk fonetycznych), konieczność zainstalowania oddzielnej klawiatury polsko-mazurskiej, ale też zwyczajny lęk przed popełnianiem błędów (choć staram się ich nie wytykać) czy trudności w zmianie przyzwyczajeń (skoro można coś zapisać mniej-więcej polskim alfabetem, to po co to zmieniać). Do problemów natury emancypacyjnej wciąż zalicza się stawianie Mazurów wobec wyboru – Niemiec czy Polak, nie dając im jednocześnie tzw. trzeciej drogi, a więc pozostanie po prostu przy mazurskości. Na problem ten zwracał uwagę już działacz mazurski sprzed niemal 100 lat – dr Kurt Obitz, który za swoją promazurską postawę wylądował w obozie koncetracyjnym, oskarżony o szerzenie ”Polengefahr”. Podobny los spotykał innych działaczy mazurskich – za rządów niemieckich oskarżani o szerzenie polskości, musieli się ukrywać przed wywózką do obozów, za rządów polskich uznawani za Niemców i poddawani szykanom. Brak masowego wsparcia ze strony nieinteligenckich Mazurów, zajętych raczej radzeniem sobie z biedą i wykluczeniem, nie poprawiał sytuacji działaczy i często pozostawiał ich w osamotnieniu. Sami Mazurzy muszą się też nauczyć myśleć wysoko o swojej mowie. Zrozumieć, że jest tak samo dobra i ważna, jak każda inna, ale miała mniej szczęścia w historii.
  7. Wsparcie organów samorządowych i państwowych – tutaj niestety wciąż jest to kropla w morzu potrzeb. Temat mazurski został skutecznie zepchnięty na margines świadomości. Cóż począć, gdy nawet osoby tworzące książki o Mazurach zagadnięci o ”kwestię mazurską” odpowiadają: ”ale jaką kwestię mazurską? Żadnej kwestii nie ma”. Nie wiem, na ile te osoby spotykają tych samych Mazurów, co ja, bo w mojej opinii w duchu dziesiątki, jeśli nie setki Mazurów czekają na jakąś symboliczną formę rozliczenia z przeszłością i zmiany teraźniejszości, zawalczenia o to dziedzictwo. W takiej atmosferze, gdy resztki Mazurów cicho szepczą o swoich prawach, a reszta uznaje ich za lud wymarły, trudno jednak oczekiwać wsparcia od laików – samorządowców, którzy w większości są osobami zajmującymi się zarządzaniem i gospodarowaniem, a nie tworzeniem świadomości kulturowej na swoim terenie.

Te wszystkie czynniki pokazują, przed jak karkołomnym, niemal niemożliwym zadaniem stoi społeczność mazurska. Jeśli chce przetrwać – musi przez to przebrnąć. Bez kodyfikacji (albo przynajmniej tej dotychczasowej, bardzo anarchistycznej semikodyfikacji) nie będzie słowników, podręczników, a żaden polityk (lokalny czy nie – nieważne, to on rozporządza środkami) nie spojrzy przychylnym okiem, uzna taką propozycję za niepoważną. To też ogromna kwestia prestiżu – mowa bez własnego zapisu i normy, choćby liberalnej, pozostaje potoczna, ”prosta”, a więc w mniemaniu wielu – niepoważna. Przecież to stąd właśnie bierze się głupia tendencja do używania mów lokalnych wyłącznie do śmiesznych piosenek czy niewybrednych żartów. Czy kodyfikacja w takich warunkach jest możliwa? Nawet jeśli nie, trzeba spróbować. Chciałbym zaprosić wszystkich do dyskusji nad tą sprawą wielkiej wagi i rangi.

Efekty tych prób można zobaczyć na stronie fb Mazurskie Słówko na dziś, grupie ”Mazurská Gádkä” oraz stronie mazurska.eu.

Małi Princ, czyli Mały Książę po mazursku – Drugá Dżiél

Zułém sam, próc nichtórnégo cłoziekä do richtownégo pogádaniá az do casu musowégo landowaniá na Saharże. Coszi szie zlotrowało w motórże. A z ti rżecÿ, co ni niáłém pospołu ze mnó ani mejstra, ani drugiéch rejzujóncéch, tom szie richtowáł cale sam do tégo cziénzkiégo narżóndzéniá. Lá nie to biła sprawa zÿcziá abo szniérczi. Wodim niáł na ledzie ôsziém dniów.

W psiérsó nockie já zasnół na psiasku, tisziónc nil ôt zanieskänÿ żiéni. Ém buł barżi sam nizeli rozbzitek na fliszie naszród ôcéanu. Wistawta sobzie tedi, w jekie zadżiziénie bułém prżesadzónÿ, kiéj ôdecknół me małi, ûcziesnÿ głoszik.
– Prose, nacéchuj me jegniáckä.
– Co?
– Nacéchuj me jegniáckä.

Skoknółém na równe nogi anÿ trasiónÿ ôt grżnioti. Potér ém fest ôcÿ. Jo, richticnie dozidżiáłém – zidżiáłém mocno cudnégo sziurkä bácnie me ôbziérajóncégo. Ajwo nálepsÿ zizerunek, jeki me szie popóżni poziodło nasÿkowacz. Lec mój céchunek na zichiér nie je tak carżóncÿ jek tén módela. Já nie jes tému krżiw. Poniécháłém mojó malarskó jéwerbe wedle dorosłéch, kiéjém buł seszcz lát stari jim nicégój ziéncÿ szie nie wiûcuł céchowacz ôkróm zamkniónéch ji ôtekmniéntéch wónzów boa.

Dulcáłém na to zjazisko z zadżiziónéni szlépsióma. Nie zabácájta, co bułém tisziónc nil ôt zaniéskänÿ żiéni, a tén mój małi kämrat nie widáł szie me ani za zagubziónégo, ani poniérajóncégo ôt sturbowaniá abo głodu, pragniéniá cÿ wirasziéniá. Nie wiglóndáł anibi błónkajóncÿ szie bach poszrodek pustini, tisziónc nil ôt jeki zaniéskänÿ prowéncÿ. Kiéj nareste mókém znowuj gádacz, ém zapitáł:
– Ale co ti ajw robzis?
A ón powtórżił fest wolno, anÿ barzo wáznó rżec:
– Prose, nacéchuj ni jegniáckä

Kiéj krijámá sprawa wirkuje za fest, nie je szie w sztandżie ji trocowacz. Choc to zdawá szie manijácne tisziónc nil ôt wsziéch zaniéskänéch niejsców, kiéj szie je pod gróżbó szniérczi, já wijnół z taszi papsiér ji blejsztift. Lecém prżibácuł sobzie, com ûcuł szie geôgrasiji, rachowaniá ji gramatiki i poziedżiáłém sziurkoju, letko zasméncónÿ, co já ni rozuniéje céchowacz. A ón ni ôtpoziedżiáł:
– To nie je wázne. Nacéchuj me jegniáckä.

Wedle tégo, com esce nigdi nie céchowáł zádnégo jegniákä, znowuj-ém nacéchowáł jénén ôt dwóch céchunków, chtórne rozuniáłém céchowacz, cÿli zamkniónégo wénza boa. Ji ku mojému zdżiziéniu ûsłisáłém małégo kämrata ôtpoziédacz:
– Nie! Nie! Nie chce eléfanta w wénzu boa. Wónz boa je mocno zdrednÿ, a eléfant je za téngi. Kole me to dá barzo mało niejsca. Brákuje jegniáckä. Nacéchuj me jegniáckä.

Tedim nacéchowáł.
Prżipatrowáł szie mu bácnie, po cém rżék:
– Nie! Tén ajw mocno zachorżáł. Nacéchuj co jénse.
Já nacéchowáł.
Mój kämrat zaszniáł szie letko ji łaskazie:

La Eta Princo
– Dáj bácénie… to nie je jégniácek, jéno barán. Má rogi.
Tedi wżióném popraziacz tén céchunek, lec täk jek wcesznijsÿ ji tén ôstáł ôtrżucónÿ:

La Eta Princo
– Totén je barzo stari. Chce jegniáckä, co bi dłudzko zuł.
Tedi, z bráku cziérżpliwoszczi (chcziáłém ûz pocóncz rozbziórkie motóra), ém machnół taki céchunek ji czisnół:La Eta Princo
– Na, to je kästkä. Jegniák, chtórnégo chces, je w szrodku.

Ziele podżiwowáłém, zidzónc rozzidnióne lico ôt tégo małégo sóndowégo.
– Ón je akuratnie taki, jekiégo já chcziáł! Dumas, co brukuje sziła tráwi?
– Cémuz to?
– Bo kole me dóma je tak mało niejsca.
– Na zÿchier stanie. Jám czi dáł dicht małégo jegniáckä.
Zaziesził głowe nad tém céchunkiém.
Nie takiégo małégo… Wéno-wej! Prazie zasnół…

Ji takém ôbznajóniuł szie z Małém Princem.

Mały Książę po mazursku – Małi Princ – Psiérsá Dżiél

 

 

Léónoju Werthoju

Prose bachi ô wibácénie, com poszwéncziuł tó ksziéngie jénému dorosłému. Mám równak wázne wimóziénie – ówtén dorosłi to je mój frojnd, nálepsÿ jekiégo mám na szweczie. Mám téz esce drugó prżicÿne: awti dorosłi moze begrejfowacz wszio, rázu ksziónzki prżed bachi. Mám ji trżeczi grunt – tén dorosłi nieská w Francÿji, kiéni cziérżpsi ôt głodu ji żimna. Z ti rżecÿ brák go pocziesÿcz. Eszli wsÿtkie wizÿ nazwane wimóziénia nie stajó, redo poszwénce tó ksziéngie dżieczioju, chtórném ón prżódi buł. Tocz wsÿtkie dorosłe psiérwu bili dżiecziukäni (choc nie wsÿtkie ô tém bácó). Tedi popraziam mojó dedikacÿjó

Léónoju Werthoju,
kiéj buł małém sziurkiém.

Kiéjém buł seszcz lát stari, bez prżitrafunek ém ôbácuł psiénknÿ céchunek w ksziéndze ô nietchniénti puscÿ, co szie nazÿwała “Echtowne Geszichti”. Céchunek pokázowáł znije boa połikajóncó dżikiégo zzierża. Ajnó kopsijá ôt tégo céchunku:

W ksziónzce stojało: Znije boa połikajó ôsiare w cáłkozitoszczi nie grizónc ji, wténcas ni mogó szie ruchäcz ji spsió bez seszcz nieszióndze ji jó ferdałujó.

Ém dumáł duchno ô abéntojrach w dzungli. Na to prżisło, co poziodło szie ni nacéchowacz z farbowém blejsztiftém mój psiérsÿ céchunek. Mój céchunek numer jénén. Wiglóndáł tak:

boa

Pokázáł ém moje mejstrowskie dżieło dorosłém ludżiám jim jéch pitáł, jezeli ni nieli strachu. A ónÿ ôdpoziedowali:  “A lácégo to hut bi niáł náju wiraszicz”?

Na mojém céchunku to ale nie dało huta. To dało wénza, chtórén ferdałowáł eléfanta. Potém nacéchowáł ém szrodek ôt ti zniji boa, cobi dorosłe mogli begrejfowacz. Jém zawdi wszio brák klarowacz. Tak wiglóndáł mój céchunek z numrém dwa:

Dorosłe me doredżili, cobim lepsij poprżestáł z céchunkäni rozémkniéntéch ji zamkniónéch znijów boa ji pojénteresowáł szie mocni geôgrasijó, jistorijó, rachowaniém ji gramatikó. W tém sposobzie ôtstómpsiłém ôt zielgi malárski kärziéri, w swojém sóstém roku. Já potéráł chéntliwoszcz z ti rżecÿ, co ni szie nie poziodło z céchunkiem numer jénén ji tégoz samégo z céchunkiem numer dwa. Dorosłe nigdi nicégój nie rozuniejó sani, a dżiecziám nakucÿ szie, co zawdi musó jém klarowacz.

Tedim já cwéngowáł szie powelowacz jénsÿ béruf ji wiûcÿłém szie furacz fligrém. Krżinkie  pofuráłém bez całki szwat, a ûcba geôgrasiji ûcÿniuła ni dobró słuzbe. Mókém w jéném ôkämgniéniu rozróznicz Chinÿ ôt Arizónÿ. To mocno prakticne, kiéj szie krusÿn pobłóndżi w nocÿ.

W bziégu swojégo zÿcziá potkáłém grómad ludżiów, co nieli jénterese w wáznéch sprawach. Sziła casu szwatowałém kole dorosłéch ji niáłém moznoszcz bácnie szie jém prżipatrowacz. To ale nie polepsÿło tégo, jekiém ô niéch dumáł.

Zawdi kiéj trasiułém jekiégo, co me szie zdawáł za trochie méndrségo, podsukäłém go z céchunkiém numer jénén, com go cziéngiém wożiuł ze sobó. Chciáłém ziedżiécz, cÿm richticnie trasiuł na kogój z pojéntkiém. Lec zawdi ôtpoziediwali:
– To je hut.
Tedi nie praziułém z niéni ani ô znijach boa, ani ô puscach, ani ô gziázdach. Podawáłém szie na niéch. Rozmazialim szie tedi ô bridzu, golsie, politice ji bindach. A dorosłe zawsedi bili redżi, co potkäli tak statecnégo cłoziekä.

Depesze ze świata małych narodów – luty 2018

Luksemburg. Nowa fala zainteresowania językiem luksemburskim. Rząd Luksemburga chce, by język tego kraju stał się jednym z oficjalnych języków UE. Oprócz tego rozpoczęła się seria konsultacji z obywatelami. Celem jest wypracowanie metod na rozpowszechnienie luksemburskiego w urzędach, szkołach, mediach. Rząd chce podnieść prestiż mowy, która dziś używana jest przede wszystkim ustnie, w sytuacjach codziennych. Luksemburczycy stanowią w tej chwili mniej niż połowę ludności Wielkiego Księstwa Luksemburg. Resztę stanowią przybysze z innych krajów całej Europy i świata. Język luksemburski, do niedawna uznawany raczej za dialekt niemieckiego, jest używany przez 3/4 mieszkańców w codziennych sytuacjach, a dla 55% rezydentów księstwa, czyli ok. 310 tys., jest głównym językiem domowym.

Kanada. Członek parlamentu tegoż kraju, Marc Miller, jako pierwszy w historii wygłosił w tej izbie całą przemowę w języku Mohawk. Tym samym rozpoczął Miesiąc Historii Ludów Rdzennych. Miller powiedział, że przemowa jest efektem jego osobistej podróży w nauce języka, a celem jest zwiększenie świadomości na temat języków ludów rdzennych Kanady. Naród Mohawków liczy dziś sobie ok. 30 000 osób, z czego tylko co dziesiąta włada językiem.

Walia. Język walijski powoli wraca pod strzechy. A przynajmniej na wyspie Anglesey na północno-zachodnim skrawku kraju, będącej jednocześnie oddzielnym hrabstwem. Wszystko za sprawą najmłodszego pokolenia. Dzieci, między innymi dzięki nauczaniu języka w szkołach coraz chętniej używają walijskiego także w domu. W 2013 w poszczególnych częściach wyspy po walijsku w domu mówiło od 41 do 69% dzieci. Dane za rok 2017 pokazują wzrost. Obecnie najsłabsze wyniki pokazywały prawie 64% dzieci używających walijskiego (miejscowość Llanfechell), na szpicy znajduje się zaś miejscowość Llanbedrgoch z doskonałym wynikiem 82,8%.

Hawaje. Luty miesiącem języka hawajskiego. Język ten został uznany jako drugi oficjalny, obok angielskiego, w roku 1978. Po 40 latach liczebność społeczności posługującej się językiem hawajskim wzrosła z kilku tysięcy do 25-30 tysięcy. Obecnie jest to jeden z najbardziej udanych projektów rewitalizacji językowej.

Tasmania. Język tasmańskich Aborygenów – palawa kani – został użyty w lokalnej kampanii wyborczej. Krótki film w tym języku i angielskimi napisami ma ruszyć sumienie władz. Aktywiści użyli tej mowy, by przypomnieć deklarację premierowi Australii, Willowi Hodgmanowi, który w 2014 roku obiecywał reset w relacjach z ludami aborygeńskimi. Palawa kani jest przypadkiem wyjątkowym w skali świata – jest bowiem nie tylko ożywionym, ale i zrekonstrukowanym językiem. W zasadzie można nazwać go kolażem tego, co udało się zapisać z ok. 20 języków Tasmanii do roku 1905, kiedy to zmarła ostatnia Tasmanka znająca lokalną mowę, Fanny Cochrane Smith. Jej mowa jest zresztą jedyną zapisaną głosowo, lecz zapis jej mowy i śpiewu jest bardzo niskiej jakości z powodu ówczesnych ograniczeń technicznych. Pozostałe ślady języków tasmańskich, wchodzących w skład dzisiejszego palawa kani to głównie pojedyncze notatki sporządzone przez kolonizatorów czy zdeszyfrowane nazwy miejscowe. Społeczność Aborygenów z Tasmanii podchodzi bardzo poważnie do ochrony tego, co zostało z ich dziedzictwa. Niechętnie dzielą się wiedzą o palawa kani ze światem zewnętrznym, niejako chroniąc ją przed ciekawskimi i osobami nastawionymi na sławę, a nie na dobro języka. Tym bardziej należy docenić otwarcie na świat.
Źródło: The Guardian

Mashpee, Massachusetts. Członkowie indiańskiego narodu Mashpee Wampanoag wystartowali z pierwszym w historii kursem języka wôpanâak w Mashpee High School. Języka co prawda nauczano wcześniej, lecz po raz pierwszy został wcielony do programu nauczania jakiejkolwiek ze szkół. Zaliczenie jednego z języków jest konieczne, by zdać do następnej klasy. Dla szóstki uczniów paszportem do następnej klasy będzie nauka języka wôpanâak. To część projektu ożywienia tej mowy, która wymarła w XIX wieku. W latach ’90 XX wieku wysiłkiem Jessie Little Doe Baird zaczął się proces analizy pozostawionych zabytków języka i wprowadzania go do współczesnego użycia. Dziś języka uczą się wszystkie grupy wiekowe plemienia, od w pełni imersyjnej klasy w przedszkolu po zajęcia dla starszyzny. Od 1993 roku języka nauczyło się ok. 500 osób, a dla kilkoro z najmłodszych stał się pierwszym poznanym językiem w życiu.

Północne Niemcy. Powstała propozycja zunifikowanej ortografii dla języka dolnoniemieckiego pod nazwą Nysassiske Skryvwyse. Język ten, znacznie różniący się od standardowego niemieckiego (Hochdeutsch) składa się z licznych lokalnych dialektów. Jest to także jeden z bardzo nielicznych przypadków, gdy język będący niegdyś urzędowym (a nawet międzynarodowym, hanzeatyckim) utracił status języka pisanego i zdegradował się do zespołu dialektów używanych głównie w mowie. Propozycja grupki młodych aktywistów, choć na razie niszowa, może w przyszłości odegrać swą rolę w procesie przywracania statusu języka dolnoniemieckiego. Skalę problemu pokazuje fakt, że plattdeutsch dziś używany jest głównie przez potomków imigrantów z Niemiec w obu Amerykach, a nie w swoim oryginalnym miejscu. Tym językiem jeszcze przed wojną posługiwała się większość niesłowiańskojęzycznych mieszkańców Pomorza i Prus, w tym np. Gdańska czy Helu. Często był też drugim bądź trzecim językiem Kaszubów.  Więcej o nowej proponowanej ortografii będzie można dowiedzieć się na tworzonej obecnie stronie www.skryvwyse.eu

Szatkowski: Komuna wygrała. Przynajmniej językowo.

Komuna wygrała. Tak w skrócie można opisać stosunek wielu z nas do różnorodności językowej. Kilka pokoleń wmawiania dzieciom i dorosłym, że jest jedna jedyna słuszna mowa, polska, literacka, a wszystko inne to relikt czasów, które słusznie minęły. Dziś oczywiście jawnie się z reguły nie piętnuje języków regionalnych i gwar. Bo to passé, nie pasuje do poprawnej politycznie kreacji, jaką jest przypisywanie sobie nowoczesności i inteligentnego stanu. Jednak jakiś kozioł ofiarny jest potrzebny naszej podświadomości, jakoś trzeba pewne nieprzepracowane kompleksy często związane ze wsią czy małomiejskim pochodzeniem podleczyć. Bo w sercu wiemy, że dziadkowie byli ze wsi. A ktoś wmówił, że miasto to same perfumy i wspaniałości, a wieś to smród, bród i ubóstwo. W Trójmieście spotkałem się z tym wiele razy, dziadkowe z Kaszub, ale ja z miasta. Kaszubi do skansenu. I takim kozłem stają się właśnie regionalizmy, resztki naszych lokalnych języków, dialektów, gwar, pozostałości po mowie przodków wplatane mniej lub bardziej świadomie do języka literackiego. Ten problem chciałem właśnie dziś podnieść. Bo ani ja, ani prawdopodobnie Ty, czytelniku, nie jesteśmy od niego zupełnie wolni. Czytaj dalej Szatkowski: Komuna wygrała. Przynajmniej językowo.

“Zaginiona” mazurska powieść sprzed 120 lat rzuca nowe światło na język Mazurów

Nieczęsto zdarzają się chwile tak podniosłe dla lokalnego języka jak ta. Przed paroma dniami skontaktował się ze mną znany dialektolog, dr Artur Czesak. Wieść, którą ze sobą niósł, zwaliła mnie z nóg. Oto okazuje się, że w małym westfalskim miasteczku w 1900 roku wydano przekład angielskiej powieści. Nie po niemiecku, nie po polsku – a po mazursku. To ponowne odkrycie zapomnianej całkowicie pozycji może raz na zawsze odmienić nasze postrzeganie Mazurów i stosunek ludzi do tej mowy. Czytaj dalej “Zaginiona” mazurska powieść sprzed 120 lat rzuca nowe światło na język Mazurów

Odrestaurować siebie

Nie wiem, ilu z młodego pokolenia doświadcza podobnych rozterek. Może kilkoro, może setki tysięcy. Młodzi Kaszubi, Ślązacy, wreszcie moi krajanie Mazurzy – też czujecie się cholernie niegodni? Też budzicie się nieraz oświetleni żywymi, mocnymi promieniami słońca i chcąc naszej gwieździe dorównać, zaczynacie dzień z równie mocnym i żywym postanowieniem “chcę być…”, “będę mówił po…”? I wreszcie… czy też na tym chciejstwie i będziectwie z reguły kończycie?

Matko jedyna, ile to razy rzucało mnie mentalnie od ściany do ściany, nim umysł wydał mi pozwolenie na bycie sobą. Ileż godzin odgrzebywałem ślady po starej mowie moich ziem, ile lokalnych słów używanych w mojej rodzinie musiałem spisać, ostatecznie – dokąd w genealogii musiałem się dogrzebać, by uciszyć wewnętrzny niepokój. Wszystko po to, bym w końcu stwierdził – “a jednak mogę być Mazurem”! Tak jakby był jakiś urząd, jakaś wyższa instancja wydająca w tej sprawie prawomocne wyroki.

To, czego się boję, to uzurpacja. Jako genetyczny kundel nie mam przypisanego miejsca na ziemi. Przynajmniej nie domyślnie, jak ktoś, kogo wszyscy pradziadowie wywodzą się z jednych stron. A u mnie wszystko – od Mazur po Małopolskę się w rodzinnej historii znalazło. Przez lata desperacko poszukiwałem punktu zaczepienia, przecież do diabła muszę być skądś! Ale odpowiedź była na długich wakacjach.

A przecież przez całe dzieciństwo nie znałem innej Polski niż ta mazurska. Nie jadłem innego chleba, niż tego z poddziałdowskiej mąki. Nie piłem innej wody, niż tej z głębin pod mazurską moreną. To tu nauczyłem się żyć, kochać, nienawidzić, płakać i śmiać. Jestem poturbowany na wskroś, tak jak poturbowane są Mazury i poturbowani są ludzie tu żyjący. Czy to nie jest wystarczający dowód, że jestem stąd?

I ta głupkowata obawa – co powiedzą ci “rychtycni”, ci “prawdziwi”? Przecież wiadomo – nie będę mówić tak dobrze, jak poprzednie pokolenia. Składnia nie ta, wymowa jakaś koślawa. Na pewno skrytykują, zniszczą, obśmieją, powiedzą “to nie tak się u nas gadało, idź załóż swoje walonki i wracaj tam, skąd cię przywieźli”. I mówili to, mniej lub bardziej dobitnie. A ja nie miałem pociągu, do którego mógłbym wsiąść.

Coś mnie pcha i pchało od zawsze w stronę mowy mazurskiej, mazurskiej obyczajności i mentalności. Może to te stare, poniemieckie cegły, może to ten zarośnięty cmentarz za wsią, a może ta moja kropla tutejszej krwi i pamięć genów. Przez lata czułem się jak kot Schroedingera. Nie chciałem otworzyć tego cholernego pudła i określić – żyw czy martwy. Mazur czy Niemazur. Pewnego dnia zrozumiałem, że nikt za mnie go nie otworzy. A już na pewno nikt nie ma prawa uśmiercać tego, kim się czuję.

Tak oto zacząłem restaurować. Ale nie Mazury, nie mazurskość. Te wszystkie połknięte książki, przewertowane słowniki, pieśni, opowiadania, legendy, kroniki. Wreszcie moja własna twórczość po mazursku. To nie jest restaurowanie regionu, a przynajmniej nie bezpośrednio. To przywracanie własnego ducha tam, gdzie tak naprawdę zawsze należał. To restaurowanie samego siebie.

Idźcie się restaurować. Już, dziś, teraz.

(Autor prowadzi profil Mazurskie słówko na dziś)

Pokojowe powstanie w Standing Rock – odrodzenie indiańskiej godności

Rdzenni mieszkańcy z całych Stanów Zjednoczonych od kilku miesięcy walczą z rządem i korporacjami. Wszystko w obronie własnych ziem i godności. Spór toczy się wokół wybudowania rurociągu, który z jednej strony zagraża zlewisku rzeki Missouri, a z drugiej może nieodwracalnie zniszczyć kilkaset cennych stanowisk archeologicznych. Na terenie rezerwatu Dakotów o nazwie Standing Rock dzieje się coś symbolicznego. Tu chodzi nie tylko o czystą wodę i miejsca pochówku przodków. Po raz pierwszy od wielu pokoleń Indianie z całego kraju upomnieli się o szacunek i podmiotowe traktowanie. Razem, wszyscy, wsparci przez rdzennych mieszkańców Kanady i innych państw. To renesans ich godności.

Historia zatacza koło

Standing Rock, pogranicze stanów Dakota Północna i Dakota Południowa. Rezerwat o powierzchni połowy przeciętnego polskiego województwa. I tylko 8 000 mieszkańców. Nie są to jednak zwykli mieszkańcy Czytaj dalej Pokojowe powstanie w Standing Rock – odrodzenie indiańskiej godności

Wieśniacy potrzebni od zaraz? Zlikwidujmy gimnazja!

Ja Wam w końcu powiem, jak to jest z tymi gimnazjami. Nie będę przytaczał uczonych, statystyk, danych, które i tak w ostatecznym rozrachunku zlewają się w niezrozumiały bełkot. W końcu to ma być wyrób felietonopodobny, a nie artykuł naukowy. Przeczytajcie, proszę, historię mojego życia. Może to Wam da do myślenia na temat likwidacji gimnazjów.

Wychowałem się w niewielkiej wsi na Mazurach. Czas tu płynął wolniej, a rytm życia wyznaczała pobudka oznajmiana przez koguty i tutejszych pijaczków, dobijających się do sklepu po nową butelkę denaturatu. O komputerach przez pierwsze lata milenium mówiło się tak, jak nasi przodkowie rozmawiali o kłobukach. Ktoś widział, ktoś słyszał – nikt nie dotykał. Kłobuki widywano na bezdrożach, komputery widziano ponoć w mieście. Ba! Ci, którzy do miasta czasami jeździli, nieśmiało potwierdzali istnienie tych magicznych stworów. Można było bodaj dotknąć i nawet nie gryzły (kłobuk mógł capnąć). Mieszkały w norach zwanych kafejkami. Czytaj dalej Wieśniacy potrzebni od zaraz? Zlikwidujmy gimnazja!

Multi-kulti? Tak! Lokalne języki i kultury? Ciemnota i buractwo!

Mało co mnie drażni tak bardzo, jak wielkomiejscy niby-to-inteligenci o niespójnym poglądzie na języki i kultury. Z jednej strony otwarci na obcość, multi-kulti to ich konik – chrońmy dziedzictwo przybyszy! A z drugiej lokalne języki i kultury – ciemnota i buractwo. No, w najlepszym razie coś do pokazania podchmielonemu turyście; tak powiedzieli przecież na zajęciach z marketingu w Wyższej Szkole Wszystkiego Dobrego. Jestem inteligentny, nie będę przecież jakiejś “wsiowej polszczyzny” traktował poważnie! Czytaj dalej Multi-kulti? Tak! Lokalne języki i kultury? Ciemnota i buractwo!