Wszystkie wpisy, których autorem jest Artur Jablonscjí

Bogu świeczka, diabłu ogarek, a Kaszubom woda z mózgu

Do postawienia tezy zawartej w tytule tego artykułu skłoniła mnie obserwacja zachowań znacznej części liderów życia społeczno-politycznego na Kaszubach, aktywistów stowarzyszeń mieniących się organizacjami reprezentującymi Kaszubów, samorządowców, księży, polityków. Wszyscy, których mam na myśli, wybrani do szczególnej roli w naszej wspólnocie kaszubskiej, zdają się zupełnie nie rozumieć potrzeby stawiania na pierwszym miejscu interesu społeczności, z której sami się wywodzą. Więcej niż ten interes, zajmuje ich służba partiom politycznym, ideologiom czy też mamonie. Ciężko pracują, żeby nie zrobić nic takiego, co nie spodobałoby się w Warszawie – nawet wtedy, gdy wypowiadają się krytycznie wobec poczynań jednej warszawskiej partii, puszczają jednocześnie przyjaźnie oko do polityków innej stołecznej koterii. Nie budują pomorskiej opcji, żadnej regionalnej siły politycznej czy nawet strategii, a Kaszubom – na nasze święta, zjazdy i ważne wydarzenia – przywożą w teczkach z Warszawy prominentnych polityków, by wtórować im w skandowaniu hasła „Nie ma Kaszub bez Polonii, a bez Kaszub Polski”, jak to miało miejsce na tegorocznym Zjeździe Kaszubów, gdzie obok Prezydenta RP związanego z jednym ugrupowaniem pojawił się także były premier i europoseł reprezentujący inną partię. Wilk syty, owca cała, dla Kaszubów korzyść cała… czy rzeczywiście?

Ideologizacja życia kaszubskiego w duchu przywołanych w poprzednim akapicie słów Hieronima Jarosza Derdowskiego, przybrała na sile szczególnie w 2018 r., gdy dość nierozważnie środowiska kaszubsko-pomorskie przyłączyły się do warszawskiej formuły opowieści o 100-leciu niepodległości Polski. Nawet jeśli wcześniej próbowały przygotować przekaz historyczny oparty o doświadczenia rodzimej inteligencji młodokaszubskiej, aktywnie i na różne sposoby włączającej się w latach 1918-1920 w urządzanie nowego porządku w Europie po I wojnie światowej, to nie mogąc przebić się z nim przez narrację ogólnopolską, a także dla uspokojenia wewnętrznych konfliktów w mocno niejednolitych strukturach organizacyjnych podlegających wpływom kościelno-polsko-narodowym, wywiesiły białą flagę i zupełnie nieodpowiedzialnie zaczęły dodawać logo warszawskich obchodów niepodległości do tak ważnych dla kaszubskiej tożsamości wydarzeń, jak Zjazd Kaszubów, Łodziowa Pielgrzymka Rybaków czy wiele innych.

fot. Redakcëjô, Zjazd Kaszubów 2018

Przez takie działania zakłamuje się historię, niszczy własną tożsamość i kulturę, a w efekcie doprowadzić można także do unicestwienia języka kaszubskiego, który jest podobno największą świętością dla wszystkich aktywistów kaszubskich. Podobno… Z mojego punktu widzenia, jeśli za duchowego przewodnika bierze się autora poematu „Ò Panu Czorlińsczim co do Pùcka pò sécë jachôł”, który przez całe życie pozostawał pod wpływem środowisk zwalczających jakiekolwiek przejawy odrodzenia narodowego Kaszubów i nie dostrzegał różnic w byciu Kaszubą i Polakiem oraz przekonany był o gwarowym statusie kaszubszczyzny wobec polszczyzny, jest się na dobrej drodze do przyłożenia ręki do pogrzebania naszej wielowiekowej autonomii strażników dziedzictwa pomorskiego, nadbałtyckiego, europejskiego.

Gdy w połowie XIX w. rozpoczynał się proces emancypacji Kaszubów i doszło do wystąpienia Floriana Ceynowy jako rzecznika kaszubskiej świadomości narodowej, początkowy protest przeciwko konsolidacji politycznej i asymilacji kulturowej wymuszonej przez państwo pruskie, z czasem stał się postawą skierowaną także przeciwko próbom asymilacji Kaszubów do kultury polskiej. Celem był ochrona i rozwój własnej tożsamości kulturowej. Dopiero czas pokazał, jak ważna była inicjatywa doktora ze Sławoszyna, który dał początek procesowi przekazywania wiedzy kulturowej i mobilizowania Kaszubów do aktywności etnicznej – od tej poznawczej, po stricte polityczną. Niestety, ani poprzednie pokolenia, ani nasze nie potrafiły i nie potrafią dostatecznie korzystać z myśli ojca „sprawy kaszubskiej”. Wcześniej niemoc ta miała związek z trwającą przez dziesięciolecia konfrontacją niemiecko-polską na Pomorzu, gdzie obie nacje uważały emancypacyjne dążenia Kaszubów za zagrożenie dla własnych interesów narodowych. W XXI wieku taka sytuacja nie ma miejsca. Państwo Polskie, Europa i świat uznają odrębność Kaszubów. Niezadowalający jest oczywiście nasz status prawny w Polsce i traktowanie nas jako grupy językowej, a nie narodu, co jednak nie przeczy słowom o uznawaniu naszej odrębności.

Największy kłopot z tą kaszubską autonomią zdajemy się mieć sami my, Kaszubi. Wolimy stawiać Bogu świeczkę, diabłu ogarek i mieć mętlik we własnej głowie, który powoduje, że nawet nie rozumiemy słów H.J. Derdowskiego o kaszubskości i polskości, bo wydaje nam się, że one świadczą o naszej podmiotowości w Polsce. Tymczasem ich sens jest taki, jak ten zawarty w słowach wypowiedzianych przez wykreowanego przez pisarza pana Czorlińsczégò: „A jô z dëszą i ze serca Pòlôch jem jak òni” oraz „czej le wiedno bãdzem dzałac rączo i wëtrwale,/ w kùńcu tak, jak we Warszawie, bãdzemë gôdalë”. Jednym z przykładów jak dalece daliśmy sobie zniewolić nasze umysły, niech będzie wybór tekstów do tegorocznego, czerwcowego egzaminu ze znajomości języka kaszubskiego na potrzeby nauczania w szkołach. Zdający nauczyciel (przyszły nauczyciel) miał szansę wybrać „jedynie słuszną opcję” i nie mógł określić Kaszubów inaczej, niż grupa kulturowo-etniczna w ramach narodu polskiego, ponieważ inna odpowiedź nie była nawet przewidziana.

Niewiele osób próbuje interpretować hasło „Nie ma Kaszub bez Polonii…” z uwzględnieniem warunków nam współczesnych. Być może to skłaniałoby do rozważań zmierzających w kierunku, jak bardzo Polacy (Polska) potrzebują dziś Kaszubów, a Kaszubi Polaków (Polski). Doszlibyśmy może nawet do wniosków o potrzebie innej organizacji państwa polegającej na zwiększeniu roli jego regionów i społeczności lokalnych. Byłyby to ważna dyskusja, ale nie uważam, byśmy mieli nadal patrzeć na nasz kaszubsko-narodowy interes tylko z tej jednej kaszubsko-polskiej perspektywy. Jesteśmy oczywiście obywatelami polskimi i żyjemy w większości w granicach Rzeczpospolitej Polskiej, ale jednocześnie jesteśmy narodem słowiańskim i regionem europejskim. Przyjęcie takiego punktu widzenia, daje szersze spojrzenie na naszą przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Gdy powiemy sobie: „Wiedno Kaszëbë – wiedno Kaszëbskô”, zupełnie innego znaczenia nabiorą dla nas wszelkie 100-lecia (niepodległości), 1050-lecia (chrztu Polski), 550-lecia (polskiego parlamentaryzmu). Ręczę, że wówczas uda nam się uspokoić umysł i zająć myśli sprawami pierwszorzędnymi dla rozwoju Pomorza i naszej własnej tożsamości kaszubskiej. Nagle okaże się też, że mamy dość własnych okazji do świętowania ich z dumą, jak na przykład: 997 (chrzest Gdańska), 1046 (pojawienie się Pomorza na kartach historycznych kronik), 1238 (pierwsza pisana wzmianka o Kaszubach), 1817 (urodziny Floriana Ceynowy), 1912 (powstanie Towarzystwa Młodokaszubów).

Wurvanô spjéva – najnowsza powieść w języku kaszubskim!

Oniryczne wizje końca świata, szaleńcza miłość, femme fatale, cudowne dziecko – nadzieja nowego początku narodowego odrodzenia Kaszubów!” Etatowy Recenzent Skrë nie kryje zachwytu po lekturze nowej kaszubskojęzycznej powieści. Czytelnicy nie mogą się już jej doczekać i zastanawiają się, który ze współczesnych autorów zaskoczył nas wszystkich tą nową prozą. Roman Drzeżdżon, Grzegorz Schramke czy może Krystyna Lewna? Na pierwszy plan Wurvani spjévë wybija się temat tożsamościowy, ale jednocześnie autor tego utworu zdaje się rozprawiać z jakimś idealnym obrazem kaszubskiej rzeczywistości, któremu towarzyszyła wiara w nadzwyczajną siłę kaszubskiego ludu, jego poczucie jedności, religijność, pracowitość, gospodarność, a także w świętość kaszubskiej ziemi. Powieść nie pomija w zasadzie żadnego z tematów, które przez długie dekady stanowiły tabu w kaszubskiej literaturze.

Tymczasem… Co takiego? Owszem, tak. Chodzi o prozę Jana Rompskiego datowaną na 1943 rok! Muzeum Piśmiennictwa i Muzyki Kaszubko-Pomorskiej zleciło odczytanie jej z rękopisu, przepisanie w wersji elektronicznej, opracowanie redakcyjne i przygotowanie do druku w 2018 r. Aż do naszych czasów Wurvanô spjéva pozostaje w rękopisie.1 Jedynie dwa fragmenty tej prozy ukazały się w kaszubskiej prasie. Pierwszy zaraz po II wojnie światowej, w roku 1945 w „Zrzeszë Kaszëbskji”, a drugi już po śmierci autora, co nastąpiło za sprawą Jana Trepczyka, przyjaciela Zrzeszińca, w 1972 r. w „Pomeranii”. O utworze tym niewiele było dotąd wiadomo. Autor datował tę powieść na 1943 rok, a miejscem jej napisania było Sianowo – taka notatka znajduje się na stronie tytułowej utworu. W Historii literatury kaszubskiej F. Neureitera znajduje się informacja, iż sam J. Rompski podawał, że powieść zaczął pisać w 1943 r. Po analizie, wspólnej z pracownikami MPiMKP w Wejherowie, charakteru pisma na 126 kartach rękopisu, odautorskiej numeracji stron, rodzaje atramentu i papieru, na jakim tekst powstawał, bardzo prawdopodobne wydaje się twierdzenie, że w pisaniu powieści miała miejsce jakaś dłuższa przerwa. Prawdopodobnie rozdziały od I do XVIII (z wyjątkiem rozdziału V) pisane były nieprzerwanie, zaś ostatnie trzy, od XIX do XXI, pochodzą z innego okresu, być może już powojennego, jednak nie ma pewności co do tego, jaki konkretnie czas może tu wchodzić w grę. Tezę o dwóch różnych okresach, w których autor tworzył swoje dzieło, może poświadczać także i to, że koniec rozdziału XVIII został skonstruowany tak, iż w miejscu tym mogłaby zakończyć się cała powieść. Z kolei rozdziały następujące później zdają się nieco zmieniać, jakby łagodzić katastroficzną wymowę utworu.

Nieliczne osoby, które czytały 252-stronnicowy rękopis powieści Wurvanô spjéva, bez wykazania szczególnej analizy losów jej bohatera, sygnalizowały, że to kontynuacja Żëcô ë przigód Remùsa A. Majkowskiego lub też widziały w tym utworze epopeję będącą obrazem Kaszubów w przełomowym okresie międzywojnia i podczas II wojny światowej. Podawano, że fabuła powieści rozpoczyna się w dwudziestoleciu międzywojennym i doprowadzona jest do okresu powojennego.2 Po pogłębionej lekturze dzieła, udało się ustalić, że choć na początku utworu pojawia się data 1929 r. – w kontekście budowy Gdyni, sytuacji Kaszubów w tym mieście i światowego kryzysu końca lat dwudziestych XX wieku – to w gruncie rzeczy akcja Wurvani spjévë toczy się w bardzo krótkim przedziale czasu: latem i jesienią 1939 r. Główną postacią powieści jest Vartisłav Mirchov, którego wiek można określić na około 25-26 lat. Rzecz dzieje się głównie w Wejherowie, w którym Mirchov mieszka, pracuje zawodowo i jako artysta ma określoną pozycję w tamtejszym mieszczańsko-inteligenckim towarzystwie. Ważną rolę w powieści odgrywają także Kartuzy, z okolic których pochodzi postać wykreowana przez J. Rompskiego. Wizycie Mirchova w mieście jego młodości towarzyszyć będą wyjątkowe zdarzenia, które nie pozostaną bez wpływu na jego losy. Trzecim najważniejszym miejscem jest Toruń, ówczesna stolica tej części Kaszub i Pomorza, która była w granicach II Rzeczpospolitej od 1920 r. Tam przeniósł się Chmiel, współtowarzysz Mirchova w odrodzeniowej pracy i tam zrzeszają się aktywni Kaszubi.

(Artur Jabłoński oraz manuskrypt Wurvani spjévë)

Dzieło J. Rompskiego może być zinterpretowane jako elementu dialogu pokoleniowego odbywającego się pomiędzy Młodokaszubami, których liderami byli literaci tacy, jak Aleksander Majkowski, Jan Karnowski czy Leon Heyke i Zrzeszińcami, z Janem Trepczykiem, Aleksandrem Labudą i Janem Rompskim na czele. Jan Rompski poprzez swoją twórczość artystyczną i w tej twórczości realizował założenia ideologiczne Zrzeszińców, podobnie jak czynili to pozostali literaci stanowiący tę grupę. Ich kanon ideowy można sprowadzić do następujących pryncypiów: 1. kaszubski to autonomiczny słowiański język; 2. Kaszubi są odrębnym etnicznie narodem, a jednocześnie czują się częścią narodu polskiego w znaczeniu politycznym, państwowym; 3. siłą przewodnią Kaszubów jest rodzima inteligencja. Wszystkie te wątki J. Rompski wplótł w swoją powieść. Odnajdziemy zatem w Wurvani spjévje mit Wielkiego Pomorza, którego Kaszubi, jako niedobitki sławnego na lądzie i morzu narodu Pomorzan3, są strażnikami i które stanowi ich ojczyznę ideologiczną. Oczami Mirchova ujrzymy postać księcia Świętopełka Wielkiego, średniowiecznego władcy Pomorza Gdańskiego, twórcy jego potęgi i obrońcy niezawisłości. Stanie przed nami król Przemysł z wielkopolskiej linii Piastów, który w 1282 r. zawarł układu w Kępnie z Mściwojem, następcą Świętopełka, na mocy którego objął ziemię kaszubską we władanie po śmierci Mściwoja. Przemkną nam przed oczami zastępy wojsk krzyżackich, które wkraczając w listopadową noc 1308 r. do Gdańska, odebrały Kaszubom niezawisłość. W naszą duszę zajrzy Smętk, którego Rompski, podobnie jak Majkowski, utożsamia przede wszystkim z zewnętrznymi zagrożeniami losu Kaszubów oraz jego towarzyszki sovë, które w powieści A. Majkowskiego swymi skrzydłami gaszą iskry mające rozpalać do czynu Kaszubów. Wreszcie stanie przed nami i sam Remùs, rycerz kaszubski bez vjarë, chtërna zgrużdżoni, wumarłô koło jego nóg sedzi (s. 191).

Na kolejnych kartach powieści J. Rompski będzie rozwijał opisane powyżej motywy łącząc je z myślą o języku, narodzie i roli kaszubskiej inteligencji. Będzie się starał ponadto umiejscowić Kaszuby w międzynarodowej polityce, rozważając kroki wykonywane przez nazistowskie Niemcy czy geopolityczne położenie Polski, której przecież zagraża także Rosja od wschodu. Zainteresuje się Gdańskiem, w którym rozkwitł niemiecki narodowy socjalizm. Pomyśli o miejscu Kaszub w świecie po nieuchronnej wojnie, do której zmierza ludzkość. Rozbuduje oniryczne wizje lepszego świata, a także wprowadzi nowe, katastroficzne scenariusze wynikające z przeświadczenia Mirchova o nieuniknionej zagładzie obecnej formy cywilizacji. Nie uniknie katastrofy również wszystko to, co składa się na pojęcie kultury Kaszubów, a wizję unicestwienia własnej, kaszubskiej przestrzeni, Mirchov namaluje na płótnie, które zatytułuje Potępienie.

Obraz powstawał w dusznej atmosferze, którą tworzyło nie tyle gorące letnie powietrze, co niepokój ludzi o własny los. Nie ma nawet pewności, czy uchroni ich żarliwa wiara i oddawanie czci Bogu w wypełnionym po brzegi kościele podczas mszy świętej, na której wierni śpiewają błagalne suplikacje. Przeprowadzana jest mobilizacja cywili. Już słychać dalekie odgłosy bombardowań, niepokojące są doniesienia w radiu i prasie, czy polityczne przemówienia sączące się z głośników na ulicach Wejherowa. Połowę płótna wypełnia do kresu wzburzone morze, którego bałwany sięgają nieba. Od strony zachodzącego słońca, którego nie widać, idzie długa, kręta i jak krew czerwona błyskawica. Z chmury wyłania się postać kształtem podobna do młodego smoka, z którego rozdziawionego pyska wydobywa się wielki płomień. Resztę nieba przysłania sobą Morlawa, zła bogini chorób i śmierci, namalowana z skrzydłami nietoperza, co ma podkreślić upiorny charakter jej posłannictwa. Spod skrzydeł Morlawy wylatuje stado kruków lecące w stronę pól mieniących się złotymi kłosami żyta. Kosy żeńców, którzy tam pracują, ustawione na sztorc, mienią się czerwonym blaskiem błyskawicy, a oni sami znieruchomieli i patrzą na pysk potwora. Ogień potępienia ze smoczych trzewi spływa na zielone łąki, gdzie stoi zamek, a w nim wojsko spod znaku słońca. Jest też kobieta i dziecko. Ona nie przeżyje strawiona smoczym ogniem, zaś dziecko uratuje ogromny ptak z ogonem lwa odlatując z nim na pustynię. Pod skrzydłami Morlawy ginie zamek i żeńcy na swych szańcach.

Zanim jednak Mirchov z Wurvani Spjévë popadnie w katastrofizm, wywołany z jednej strony przeświadczeniem o nieuchronności wojny, a z drugiej osobistymi udrękami niespełnionych miłości, realizował się będzie jako urzędnik w środowisku miejskim Wejherowa oraz malarz i literat wśród przyjaciół, z którymi spotyka się w Toruniu. On sam i jego towarzysze odnoszą sukcesy w pracy, która służyć ma temu, bë ti zemi dac nazôd ji człovjeka. Widzą, że kvjatuje krutka kaszëbskjégo żëcô. Jednocześnie jednak muszą mieć wolę mocną jak stolem i twardą jak klif, jeśli chcą zdrov zorno zapravic na role. Niełatwo jest być prorokiem i wśród swoich, szczególnie jeśli ci nie chcą zmian lub ich nie rozumieją. Najczęstsze reakcje tzw. prostego ludu, wyraża w powieści J. Rompskiego gospodyni i ciotka głównego bohatera – Barzónka, dopuszczona przez autora do głosu jako jedyna w zasadzie przedstawicielka warstwy nieinteligenckiej. Mówi do Mirchova: Co wa sobie ùdba jesta, mòże was wieczną biédã kòsztowac – czë temù Kaszëbie nie je równo, chto mù bótë robi, bële miôł w czim chòdzëc? Część rodzimej inteligencji ma podobne zdanie. Sam Mirchov dzieli więc Kaszubów na tych aktywnych i biernych. Wśród tych pierwszych wyróżnia z kolei takich, co przeszli regionalną szkołę i uznają kaszubszczyznę za gwarę, a lud za wykoślawionych Polaków. Jest ich więcej niż takich, jak on sam, którzy patrzą na kaszubsczyznę, jak dzecko na wukochoną matkę, mówią o języku kaszubskim i kaszubskim narodzie. Inni najczęściej widzą herezję w takim pojmowaniu, łączą koncepcje narodu z państwem, do którego taki naród dąży, gdy tymczasem dla Mirchova to dwa różne pojęcia, nie wynikające jedno z drugiego. Najbardziej boli go, gdy szovjinjiscë polskji publicznie drwią z pojęcia języka kaszubskiego i narodu. Te rozmyślania Mirchova to oczywiste echo potyczek, jakie w rzeczywistości toczyli redaktorzy „Zrzeszë Kaszëbskji” z przedstawicielami inteligencji polskiej, odmawiającymi Kaszubom prawa do odrębności językowo-etnicznej.

Nowa sytuacja polityczno-militarna, o której nieraz dywagował Mirchov, pokrzyżowała plany jego i jego przyjaciół. Zjazd inteligencji kaszubskiej nie odbędzie się. Wobec nieludzkiego hitleryzmu, niewiary w możliwości państw Europy Zachodniej, niewiadomej, jaką będzie reakcja Rosji Radzieckiej, sprawa kaszubska będzie musiała pozostać powiązana z sytuacją Polski. Mirchov najlepiej wie, że przez 19 lat rządów nad Pomorzem, Polska nie raz pokazała, że nie kocha Kaszubów, którzy oddali jej przecież morze, tak pilnie strzeżone przez wieki trwania na południowym brzegu Bałtyku. Wie, jak traktowano Kaszubów w budującej się i rozwijającej na nadmorskim brzegu Gdyni, gdzie na przykład robotników pochodzącą z Kaszub, w sytuacjach kryzysowych, zgodnie z obowiązującym prawem, zwalniano w pierwszej kolejności. Jednak w Wurvani Spjévje powie: momë v wudzale przeżivac ji [Polski, A.J.] tragedie i też vjalgosc. Nadzieja na sukces projektu narodowego upodmiotowienia wszystkich Kaszubów pod przywództwem warstwy inteligenckiej polegnie we wrześniu 1939 roku w wojskowych okopach na Kępie Oksywskiej. Jak chciał autor powieści, to tam zamilkną nagle dźwięki odwiecznej pieśni nuconej przez pokolenia Kaszubów. W obliczu wrześniowej klęski, urwą się pienia Zrzeszińców.

Jest jeszcze jeden motyw w powieści Jana Rompskiego, którego nie można pominąć, by zrozumieć Wurvaną spjévę. Mirchov nie umie sobie poradzić z ułożeniem relacji pomiędzy misją, której się oddaje, a miłością do kobiety, którą pozostawił, by realizować swoje posłannictwo. W marzeniach, snach i wizjach Stazja/Irka/Ir jest z nim jednak każdego dnia. Cierpienie, które nim targa, bliskie jest niemal obłędowi. Dowiaduje się, że jego ukochana przyjedzie z Kartuz do Wejherowa na Święto Pieśni, chce ją ujrzeć, spotkać się z nią. Dostrzega Ir w grupie przyjaciół, idzie za nią krok, w krok. Wreszcie stają twarzą w twarz, ale Mirchov bez słów ucieka i szuka schronienia w lesie. Ból duszy, wynikający z samotności i braku możliwości zjednoczenia się z ukochaną, odbiera Mirchovovi chęć do życia. Nagle widzi Ir obok i otwiera przed nią ramiona:

I padła zemglonô w jego objęca. Czôrni jedvôb krotkji seknji, jakbe mgłą beł kol ji cała, rozpôlonego, dreżącego, przëlgnjętego do jego. Wotemkła wocze, chtërnich rzęse zvilżełe sę jakbe rosą zapôdającego słuńca. Całovôł tę rosę, całovôł gorąc ji lep, vjił sę jak wotrok szukając cepła ji pierse. Nje bronja sę… Zamglonima woczama, ach to njebo wotemkłi, zdrza v njego, gnąc sę svjim całim całem trzima go w klinje, dvima rękama gładza i wobjima nagosc jego cała… A łóno ji degocąci, zvarti z njim, spravjiło słodkosc womglivającą… njeskonczonosc dołożnosce… prężełe sã jich cała, jak łękji, z chternech za chvilę mô westrzélec novi żecé. Pjeszczeł ję, won co le tesknjił do nji… Całovôł ji stopë, ji cało, szaloni v svjim wognju mjilosce, v przepłivje redosce, dzar jedvôb ji seknje… „Ir, Ir” szeptôł ji do wucha. „Ir…” szeptało całovanje jego. „Ir” szeptôł woddech jego.

Stworzony przez J. Rompskiego scena, jest pierwszym w prozie kaszubskiej takim opisem połączenia się kobiety i mężczyzny w akcie płciowym. Przywołuje na myśl modernizm i twórców tej epoki, którzy często wykorzystywali motyw kobiety pięknej, kuszącej ledwie osłoniętym ciałem, muzy pisarzy i artystów, będącej jednocześnie źródłem udręki. Przed tą szaloną miłością, która przysłania Mirchovovi postawione przed nim cele i świat cały, przestrzega go Chmiel. Gdy zakochany Mirchov wątpi w sens ich wspólnej pracy odrodzeniowej, Chmiel mówi: Ta tvoja Ir vzała z moce jak stolem prom tvoji sviąde tak, że sa nim stała vnet. Prażisz abo vici miełote jak ce może dac. I temu jes na drodze pusti, zvątpienio i nievortnote… Prosi przyjaciela, by otrząsnął się z chorego uczucia, które jest tylko pożądaniem wycieńczającym Mirchova psychicznie. Prawdziwa miłość, zdaniem Chmiela, jest jak rzéka, plevie róvnomëslno, chto vortni, łakota i ulżenié pije. Mirchov dojrzeje do myśli Chmiela, gdy przeżyje wstrząs, jakim będzie wiadomość o ślubie i sam ślub Ir z Vitosłavem Danjelevskjim. Zrozumie wtedy, że tamto spotkanie z Ir, było jej pożegnaniem.

Prawdziwą miłość, tę o której równowadze słyszał od Chmiela, Mirchov odnajdzie na Wyspie Łabędziej, która okala Jezioro Klasztorne w Kartuzach. W dość nieoczekiwanych okolicznościach, zaraz po tym, jak otrząsnął się z szaleńczego uczucia do Ir, podczas letniej burzy, z odmętów wzburzonej wody uratuje Mirosłavę. Zaopiekuje się nią, a ona otoczy opieką jego. Nie przez przypadek autor powieści obdarzy tę postać nazwiskiem Łada. Wszak tak nazywa się słowiańska bogini miłości, piękna, sztuki i umiejętności. Ładzi i łączy we wzajemnej miłości, a także potrafi zrozumieć i współdzielić misję Mirchova. Tych dwoje miało być na zawsze razem. Los nie był jednak dla nich łaskawy. Rozdzielił ich niedługo po tym, jak Mirosłava, Mirchov i Chmjel opuścili nocą Wejherowo, tuż przed wkroczeniem tam Niemców. Mirchov, który pod koniec października 1939 r. powraca z niemieckiej niewoli, do której trafił jako obrońca Kępy Oksywskiej, nie ma o Mirosławie żadnej wiadomości. Z myślą o niej, wycieńczony wojną, umiera w lesie opodal swej wejherowskiej samotni zburzonej podczas wrześniowych bombardowań.

Przy takim zakończeniu powieści, gdy najpierw, w obliczu wrześniowego triumfu niemieckiego najeźdźcy, umiera inteligencka idea kulturowego odrodzenia narodu kaszubskiego, a chwilę potem życie traci jeden z jej głównych nosicieli, tytuł powieści Wurvanô spjéva wydaje się podkreślać katastroficzny wydźwięk dzieła Jana Rompskiego. Tytułową pieśń rozumieć można oczywiście bardzo różnie. Czytając utwór skojarzy się nam z językiem kaszubskim, z poezją i śpiewem ludu, z przekazem o historycznych dziejach Kaszubów, mityczną opowieścią o nich, jako o spadkobiercach słowiańskich plemion Pomorza, czy wreszcie z ideą nowego człowieka i społeczeństwa, o której często rozmyślał Mirchov. Można ją także widzieć w związku z miłosnymi nutami grającymi w duszy bohatera powieści, które długo nie mogą złożyć się w odpowiednie akordy i wybrzmieć uczuciem niezmąconym żadnym fałszem, a gdy jego wewnętrzny śpiew wreszcie stanie się czysty, przychodzi śmierć będąca końcem wszystkiego. Słowo urwać (urwana) daje jednak jakąś nadzieję, że pieśń znajdzie swoich kontynuatorów. Wszak jego znaczenia nie niosą za sobą czynnika wpływającego w sposób ostateczny na coś, co podlega tej czynności: oddzielić coś od czegoś, oderwać, zmniejszyć o jakąś część, przestać mówić… Tak, jakby to było jednak odwracalne. Nie wiemy co stało się z Ładą. Co z dzieckiem uratowanym przez gryfa na malowidle Mirchova? Przecież w chwili pierwszego bombardowania, w tamten wrześniowy poranek, Mirosłava słyszy od Mirchova, że jest niczym Reknjica, graniczna rzeka wielkiego niegdyś narodu, która zaniesie jego ból na ołtarz nowej Arkony, by tam jej łono zapłodnione zostało i powstał mstevoj z popjołov Svantevita.

Wurvanô Spjéva to powieść autobiograficzna, przy czym ważne jest tu przeniesienie punktu ciężkości z „bios na autos” z życia na tożsamość, jak podpowiada James Olney, autor zbioru esejów o autobiografii.4 Nasuwa się pytanie, dlaczego Jan Rompski, mając zaledwie 30 lat, poczuł chęć opowiedzenia o sobie, swoim otoczeniu, o idei którą żył i dla której działał? Pisarz miał powody sądzić, że tworzy ostatnią rzecz, która wyjdzie spod jego pióra. Rok 1943, w którym powieść powstała, a przynajmniej jej zasadnicza część, to specyficzny okres w życiu J. Rompksiego, gdyż czynnie zaangażowany był wówczas w antyhitlerowski ruch oporu, sprawując funkcję zastępcy komendanta okręgu wejherowskiego Tajnej Organizacji Wojskowej Gryf Pomorski, jednocześnie będąc też zaangażowany w strukturach Armii Krajowej. Należy również pamiętać, że w lutym 1943 był aresztowany przez gestapo i z braku dowodów na działalność przeciwko III Rzeszy wypuszczony na wolność, którą cieszył się przez rok, do lutego 1944 r. Wówczas, po ponownym aresztowaniu przez policję polityczną, trafił do obozu koncentracyjnego Stutthof. Wszystko wskazuje więc na to, że J. Rompski na napisanie zasadniczej części jedynej powieści w życiu miał zaledwie kilka miesięcy i to w czasie, gdy był pod ogromną presją hitlerowskiego aparatu bezpieczeństwa. Nie mogło to oczywiście pozostać bez wpływu na tragiczną wymowę utworu i zawarte w nim wątki katastroficzne.

Jak każdy pisarz, tak i Jan Rompski miał nadzieję, że jego powieść będzie kiedyś czytana przez tych, do których chciał dotrzeć. W tym przypadku bardziej nawet do ogółu Kaszubów, niż do warstwy inteligenckiej. Może dlatego, język jakim powieść została napisana jest zrozumiałym dla przeciętnej osoby posługującej się kaszubskim. Jedynie w kilku miejscach, gdy rozmawiają ze sobą inicjatorzy Zjazdu inteligencji kaszubskiej, ten język staje się trudniejszy, bardziej zbliżony do języka „Zrzeszë Kaszëbsczi”. Jej redaktorzy nie kryli, że zależy im na stworzeniu języka literackiego, w którym odrzucali polonizmy i germanizmy, chętnie sięgając do słów zapomnianych, nadając im nowe znaczenia, tworząc neologizmy lub czerpiąc słownictwo z innych języków słowiańskich. J. Rompski należał w gronie tym do tych, którzy uważali, że przede wszystkim język jidze z chëczë. Innym zabiegiem, który w zamyśle twórcy – poza oczywistym nawiązaniem do literatury kaszubskiej – mógł posłużyć do zbliżenia z czytelnikiem, jest przemieszanie treści mitycznych, baśniowych i ludowych wierzeń. Szczególnie widoczne jest uwypuklenie roli przyrody, także w życiu głównego bohatera, gdy ten przeżywa wewnętrzne boje związane z własną psychoewolucją. Wreszcie świat swojej powieści pisarz uczynił światem binarnym, ujmując go w kategoriach zła i dobra, śmierci i życia, czym wpisuje się w ludową wizję świata i człowieka. Nasuwa się pytanie, jak wyglądałaby kaszubska epika w XX i XXI wiekach, gdyby wydano w latach 40. lub 50. dwudziestego stulecia opisywaną powieść Jana Rompskiego? Nie wykluczone, że przyśpieszyło by to rozwój rodzimej prozy, która przez cały XX wiek pozostawała w cieniu poezji i dramatu.

1 J. Rompski, Wurvanô Spjeva, rkps, masz., k. 126, sygnatura 3, Katalog rękopisów Muzeum Piśmiennictwa i Muzyki Kaszubsko-Pomorskiej w Wejherowie; Zob. też: Katalog rękopisów Muzeum Piśmiennictwa i Muzyki Kaszubsko-Pomorskiej w Wejherowie, tom I, Spuścizna Jana Rompskiego, Wejherowo 2005, s. 24

2 Zob. A. Skwarło, Życie i twórczość Jana Rompskiego…, s. 129; D. Kalinowski, Polityczne gry (wobec) Jana Rompskiego, tekst wygłoszony w grudniu 2015 r. na konferencji Literatura kaszubska a polityka. Wstępne rozpoznania, w MPiMKP w Wejherowie, nagranie w moim posiadaniu.

3 Zob. A. Majkowski, Historia Kaszubów, s. 12

4 Cytuję za: J. V. Gunn, Sytuacja autobiograficzna, [w.:] Autobiografia, red. Małgorzata Czermińska, Gdańsk 2009, s. 145.

Jablonsczi: Refereńdum w Katalonii ë tej co dali?

Katalończicë rzeklë sí/jo! Za samòbëtnym katalońsczim państwã welowalo w refereńdum 90% z 2 260 000 tëch, co szlë do ùrn. Pòdôwają, że to je 42% wszëtczich, jaczi mają w Katalonii prawò welowac, blós mają to pòliczoné na spòdlim òddônëch kôrt ë nie je doch wiedzec kùli z nëch zarekwirowa Szpańskô pòlicjô. Gôdô sã, że to móże bëc nawetka kòl 700 000. Tedë nót bë bëlo gadac ò frekwencji 55%.

Rząd Katalonie, w zgòdze z przejãtim w zeptembrze przez parlameńt Przeńscowim Aktã, móże tere w 48 gòdzënach proklamòwac samòstójnotã. Premier Carles Puigdemont z aùtomatë móże òstac katalońsczim prezydeńtã ë wnetkã òglosëc parlameńtarną welacjã, a tej òb rok móże pòwstac nowô kònstitucjô nowégò eùropejsczégò kraju.

Nie wiémë, czë tak mdze, bò doch Madrit refereńdum nie ùznôwô ë za nic mô wòlą Katalonów. Tedë nie je rzeklé, że Szpańczicë nie mdą chcelë mòcą ùtrzëmac swòjã wladzã w Katalonii. To je baro mòżlëwé, w taczi sytuacji, czej wëszeznë Eùropejsczi Ùnie dali mdą cwierdzëlë, że co dzeje sã na Jiberijsczim Póllądze je bënową sprawą Szpanie.

Mòje pitanié: „tej co dali?” tikô sã prawie tegò, jak pò tim, co stalo sã 1 òktóbra w Katalońsce, EÙ ë zrzeszoné w pòspólnoce państwa, a w tim òsoblëwie Pòlskô, zrozmieją w kùńcu, że ceńtralizacjô wladze je bùten szëkù ë je ju czas zjinaczëc ceńtralno-regionalną zrzesz.

Jakno wiceprzédnik Kaszëbsczi Jednotë pòdpisëjã sã pòd slowama Dejowi Deklaracje ti Stowôrë Lëdzy Kaszëbsczi Nôrodnoscë: „Jesmë za mòcnyma samòrządnyma regionama ë mdzemë wspierac decentralizacjã jakno ôrt rządzeniégò krajã. Naszim célã je rozwij Pòmòrzégò, jakno wielekùlturowégò regionu ò wiôldżi spòlëznowò-gòspòdarzeniowi mòcë, chtëren mòże chronic zasobë spòlëznowi i jindiwidualny energie wszëtczich jegò mieszkeńców.”

Deceńtralizacjô pòzwôlô nié blós rozrzeszac ekònomiczné klopòtë, ale téż je òdpòwiescą na ambicje regionalnégò spòla. Mie jińteresëje kùlturowô aùtonomiô Kaszëbów ë òbëwatelsczi región, jaczégò pòczëcé bãdzemë twòrzëlë wëcmanim z wszëtczima mieszkeńcama województwa. Jistno jak jiny zrzeszony w Kaszëbsczi Jednoce, jô jem ti ùdbë, że nót je dac przedstôwcóm mieszkeńców Pòmòrzégò zarządzywac wikszim dzélã wërobionëch w regionie podatków. Jô wëpòwiôdajã sã procëm taczim spòlowim ë gòspòdarsczim praktikóm, jaczé zmiésziwają znaczënk najégò regionu, jak chòcle wëprowôdzanié z Pòmòrzégò wiôldżich firm z ùdzélã skôrbù państwa. Jô jem procëm calownémù pòdpòrządkòwaniémù sã naszich gbùrów ë rëbôków taczi eùropejsczi pòlitice, jakô nie widzy regionalnëch òsoblëwòsców gòspòdarzeniégò ë fëszowaniégò.

Timczasã, co mie mierzy, w eùropejsczim zjednanim w nôwikszim dzélu jidze ò pòlitikã ë financowé geszeftë państwów, co je dobrze widzec prawie tere w tim falu relacjów Szpanie ë Katalonie ë wnetka niżódny nó to reakcje ùnijnëch wëszëznów. Eùropejsczé regionë, kùlturë ë jãzëczi bezpaństwòwëch nôrodów są w tim wszëtczim dopiérze na drëdżim, jak nié na trzecym placu.

Madricczi dniownik „ABC” napisôl: “Niedzela kùńczi sã smùtnym wërozmienim, że nie dobëla ani Katalońskô, ani Szpańskô. Szkòda, że nie dalo sã rozlaniémù krëwie zascygnąc.” Mòglo bëc jinaczi tam, a mdze jinaczi wszãdze, dze miészëznów nie mdą wënôrodawialë ë w miono demokracje ògrańczalë jich aspiracjów, le bùdowôné mdze na spòdlim pòspólnégò zrozmieniô. Wszelejaczé dzejanié nót je òprzéc na lëdzczi solidarnoscy, ùwôżanim wòlnotë i sprawiedlëwòtë.

Las rzeczy w porywach uczuć opisany

Na pytanie, co znaczącego wydarzyło się w ostatnich latach w literaturze kaszubskiej, odpowiadam bez wahania, że są dwie takie rzeczy: po pierwsze – proza przestała być kopciuszkiem przy rodzimej poezji i dramacie, a po drugie literatura w języku kaszubskim doczekała się wreszcie doraźnego opisu krytycznego, którego jej brakowało.

W pierwszym przypadku, znaczącego rozwoju form epickich, ogromną rolę odegrał konkurs im. Jana Drzeżdżona, niegdyś „prozatorski”, a od kilku lat „literacki”, który od samego początku, a więc od połowy lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia, organizowany jest w oparciu o wejherowskie Muzeum Piśmiennictwa i Muzyki Kaszubsko-Pomorskiej. Z kolei początki krytyki naukowej to połowa XX wieku, kiedy ukazała się monografia Regionalizm kaszubski autorstwa Andrzeja Bukowskiego. W kolejnych latach pojawiały się nowe nazwiska uczonych, związane przede wszystkim z Uniwersytetem Gdańskim, a także z obecną Akademią Pomorską w Słupsku: Jan Drzeżdżon, Jerzy Samp, Tadeusz Linkner, Zbigniew Zielonka, Jowita Kęcińska, Adela Kuik-Kalinowska czy Daniel Kalinowski. Dzięki Austriakowi Ferdinandowi Neureiterowi i jego Historii literatury kaszubskiej napisanej w 1982 r., wiedza o literaturze kaszubskiej przedostała się także do świata niemieckojęzycznego.

Naukowe publikacje dojrzewają jednak długo w umysłach uczonych, a jeszcze dłużej w wydawnictwach, docierając najczęściej do literatów i potencjalnych czytelników ich twórczości, gdy książki zostaną przeoczone. Sytuacja taka nierzadko skutkowała porzuceniem pisarskiego rzemiosła przez jednych, albo podjęciem prób wypowiadania się w innym języku niż kaszubski. W tej sytuacji Kaszubi, niczym na zbawienie, czekali na kogoś, kto zanotuje, opisze i oceni na bieżąco nową powieść, tomik poezji lub monodram, podzieli się tym z czytelnikami, popisze się znawstwem tematu, uczyni to wszystko w sposób atrakcyjny, a także zainspiruje literata do dalszego pisania.

Około połowy pierwszej dekady XXI stulecia szczęśliwie stało się, iż swoje naukowe zainteresowania literaturą kaszubską zaczął przejawiać Daniel Kalinowski. Do jego wiodących tematów badawczych należały wcześniej zagadnienia związane z współczesną polską recepcją artystyczną i naukową twórczości Franza Kafki, obecnością kultury i literatury buddyjskiej w Polsce, a także motywy żydowskie w literaturze polskiej. Daniel Kalinowski urodził się w 1969 r. w Sławnie. Jest profesorem nadzwyczajnym w Instytucie Polonistyki Akademii Pomorskiej w Słupsku, Dziekanem Wydziału Filologiczno-Historycznego AP.

Wydana w tym roku przez Wydawnictwo Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego jego książka zatytułowana Sylwa kaszubskie, wraz z opublikowanym trzy lata wcześniej Raptularzem kaszubskim tegoż autora, pokazują, że słupski literaturoznawca wciela się znakomicie w rolę krytyka literatury kaszubskojęzycznej, potrafiącego dostrzec równoległość kaszubskiej tradycji literackiej wobec innych literatur narodowych, co wciąż jeszcze nie dla wszystkich jest oczywistym, także w kręgach akademickich. Krytyk, o czym sam pisze we wstępie do książki Sylwa kaszubskie, kieruje się przekonaniem, że to czynniki literackie, nie zaś historyczne, socjologiczne, polityczne, czy prywatne są najważniejszym punktem odniesienia.

Kalinowski – co ważne – nie traktuje kaszubskich pisarzy i ich utworów ulgowo, choć nie kryje do nich swojej empatii. Nie kryje też, że pisanie o współczesnej literaturze kaszubskiej ekscytuje go, ponieważ to materia żywa i stale rozwijająca się, jak zaznaczył z kolei we wstępie do Raptularza. Podkreśla swoją otwartość na inne, niż jego własne interpretacje utworów, które zwróciły jego uwagę, a nade wszystko stroni od wyznaczania hierarchii tematów bądź stylistyki. Odkrywa ukryte w kaszubskich tekstach literackich kwestie społeczne, etyczne, polityczne, czy wreszcie etniczne. To ostatnie ma dla literatury kaszubskiej ogromne znaczenie, jeśli weźmie się pod uwagę, że jedną z jej głównych wartości jest funkcja tożsamościowa. Kalinowski ów wymiar etniczno-tożsamościowy literatury kaszubskiej rozpatrują przede wszystkim w kontekście konstruowania podmiotowości Kaszubów.

Teksty zamieszczone w obu przywołanych powyżej książkach ukazały się w latach 2009-2016 głownie w miesięczniku „Pomerania”, ale również w „Literaturze ludowej”, „Stegnie”, czy „Actach Cassubianach”, albo były zamieszczone w innych publikacjach zwartych. Niektóre z nich znaliśmy w kaszubskiej wersji językowej, a teraz otrzymujemy je po polsku. Gwoli ścisłości należy jeszcze dodać, że zarówno Raptularz, jak i Sylwa zawierają również teksty o towarzyszących literaturze kaszubskiej procesach artystycznych, takich jak dla przykładu sceniczny przegląd dramatów kaszubskich Zdrzadniô Tespisa, czy wydawnictwa traktujące o kulturze, jak chociażby „Skra”.

Zestawiając je wszystkie razem, otrzymujemy faktyczny las rzeczy (silva rerum), bo aż 70 odautorskich wypowiedzi, powstałych w porywach (raptus) uczuć, pod wpływem chwili, będących zapisem jakiegoś etapu jedynie, co moim zdaniem stanowi wręcz ich atut. Są to teksty znaczące i ważne, wyłania się z nich bowiem wielopojęciowe spojrzenie na literaturę kaszubską, co może zainteresować tą literaturą czytelnika szerszego, niż tylko sami Kaszubi.

Daniel Kalinowski, Raptularz kaszubski, Wydawnictwo Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego, Gdańsk 2014

Daniel Kalinowski, Sylwa kaszubskie, Wydawnictwo Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego, Gdańsk 2017

ImagiNation – historia 100 lat walki o samostanowienie narodów

Europa jest domem wielu ludzi, historii, języków i kultur, a wszystkie one są ważną częścią europejskiego DNA, dziedzictwem z którego wszyscy powinniśmy być dumni.

Staraniem European Free Alliance ukazała się publikacja zatytułowana ImagiNation. Książka opisuje 100 lat historii rodziny EFA walczącej o prawo do samostanowienia, widziane przez pryzmat plakatów politycznych. – Nasze korzenie sięgają początków XX wieku: Schleswig Partei (Szlezwik) powstałą w 1920, natomiast the PSd’Az (Sardynia) w 1921, a Plaid Cymru (Walia) w 1925 – mówi Gunther Dauwen, dyrektor biura EFA. – Plakaty te ilustrują nasze główne wartości: ochrona naszych kultur i języków, dbałość o pokój i zasadę, iż każdy naród ma prawo do samostanowienia – dodaje. Wolny Sojusz Europejski (EFA) jest partią w Parlamencie Europejskim dążącą do takiego modelu Europy, w której każdy naród będzie miał prawo samostanowić o sobie.

Jeden obraz mówi więcej niż tysiąc słów. Oglądając kolorowe strony ImagiNation, czytelnik zagłębia się w historię wielkiego ruchu dla Europy, dla ludzi. Książka podzielona na dziesięć rozdziałów, zaczynając od zaangażowania w ochronę tożsamości i języków, środowiska naturalnego dla przyszłych pokoleń, a kończąc na solidarności wszystkich różnorodnych pod względem proweniencji politycznej członków EFA. Kaszubów reprezentuje w Sojuszu stowarzyszenie Kaszëbskô Jednota. W albumie znalazły się trzy plakaty przekazane przez tą organizację. Autorem pierwszego z nich jest Witold Bobrowski, a dwóch pozostałych Bartosz Hildebrański.

Imagi1

Plakat Bobrowskiego powstał w 1981 roku. W tamtym czasie, w związku z powstaniem rok wcześniej NSZZ “Solidarność”, wydawało się, że upadek systemu komunistycznego w Polsce jest już bardzo blisko. To dawało nadzieję także Kaszubom. Plakat informował o inicjatywie powołania do życia organizacji o nazwie Karno Kaszëbsczi Młodzëznë (Stowarzyszenia Młodych Kaszubów). Miał pobudzić młodych ludzi do działania na rzecz autonomii kulturowej Kaszubów. Widniejące na nim hasło głosi: “Wznieśmy sztandary, czas stanąć do walki”. Stan Wojenny, który wprowadzono w Polsce 13 grudnia 1981 r., pokrzyżował te plany.

Imagi2Imagi3

Oba plakaty Bartosza Hildebrańskiego zostały stworzone w 2015 r. na potrzeby akcji, w której Kaszëbskô Jednota informowała społeczeństwo o prawdziwych skutkach tak zwanego “wyzwolenia” Kaszubów przez Armię Czerwoną w marcu 1945 r. Przejście radzieckiego frontu przez ziemię Kaszubów (przez Pomorze) było okupione ofiarą tysięcy zgwałconych kobiet i setkami mężczyzn i kobiet wywiezionych na Syberię. Dzisiaj podczas oficjalnych obchodów “wyzwolenia” o tamtej tragedii się nie mówi. Kaszëbskô Jednota postanowiła swoją akcją złożyć hołd ofiarom Armii Czerwonej.

Europa jest mozaiką narodów bezpaństwowych, regionów i mniejszości. Lektura ImagiNation nie pozostawia co do tego wątpliwości. Piękno tej unikalnej mozaiki leży nie tylko w jej dużych elementach, lecz w takiej samej w mierze w tych małych. Wszyscy ludzie i każdy naród powinni móc decydować o swojej przyszłości, móc wyobrazić sobie inną Europę bazującą na wzajemnym szacunku, godności, równości i zrównoważonym rozwoju.

Jeśli jest jakieś jedno przesłanie które EFA ma dla czytelnika nowowydanej książki, to można je zamknąć w zdaniu, iż Europa jest domem wielu ludzi, historii, języków i kultur, a wszystkie one są ważną częścią europejskiego DNA, dziedzictwem z którego wszyscy powinniśmy być dumni. Książka ta pomoże nam odkryć je na nowo. Europa musi dziś zmierzyć się z wieloma zagrożeniami, lecz nadchodzące lata i dekady pokażą, że idea samostanowienia europejskich narodów ma nie tylko długą przyszłość za sobą, ale także wspaniałą przyszłość przed sobą.

Imagi4

ImagiNation: 100 years of political visual communication on self-determination, praca zbiorowa, 2017

Pòezëjô, erotika ë żëcé v 21. stalecim – 3 vjersze Artura Jablonscjéwo

Neta

Pòstavjonô v ciberrëmnim mòrzú
V zerojedinkòvjim szorze
Domëslné jistnosce
Rib nje nalovji
Rozpjãtô na zemscji kùgli
V calovnim svjece
Bútnovëch brëkòvnjikóv
Pejka nje nafùtrëje
Zapëzglonô dosc fest
V zveli njepòzvôni
Glóv naszéwo wotroctva
Vjeszczéwo nje zatrzimô

***

Mùmacz

mëma nje przëszla
mjala robòtã
cosz ji stanãno przék
to doch wó mjã chòdzëlo
drëszka dala żëletkã
rzekla żebë sã chajstnõc
to mje wulżi
bëlo genau jak gôdala
bòlalo
le cjedë krëvjô jú plënãna
przëszed lúbni spòkój
njicht jú mje nje zrobji nervés
njicht nje zrenji.
na rãkach jô sã rznãna rzôdkò
vjicé na wudach
tak vnetka jú na sôdze
tacjé pòdrechòvanjé dnja
vszëtcjich rén ë lãkóv
jacjéwo mùmacza të môsz v se
vami chòdzi wo mòje demònë
pravje wó to
jô bë chcala bëc kòchônô ë szczestlëvô.
lúbji cë pòeziô
to je to samò żëcé
le wopòvjedzôné përznã jinim jãzëkã

***

mùjkôsz mòje stopë
pòdmivôsz slabjiznã
bjerzesz v bjodrach
pjastëjesz cjéj v kòlibce
cëchùchno
dërżã jak plom svjéce
cjedë v woknje żdże
co bë drogã dôdom pòkazac
njechle vinjdze jasoter
a najú veznje
dvje dësze v jednim cele
znôjma
gãstõ rzôdczëznõ
vëszosova ceszba żëcéwo
mjesõc vëgasil vjid
szëmermanjica
Pòrénjica sã v tobje wodbjijô

Aùtonomijô fado

Ledwò nen òdjimk mònitora z wëwidnionym na nim mionã LISBON ë gòdzëną sztartë fligra 17.45 sã pòkôzôl na mòjim fanpejdżu, ju jeden taczi drëch sã wëszczerzôl:

Jarosław Popek Portugalia też chce autonomii??? Od kogo?
Lubię to! · Odpowiedz · 

Jak to letkò móże czlowieka namienic. Sygnie, że czemùsz sã òddôsz, kò w tim falu niech to mdze rozwij miészëznowëch jãzëków ë nôrodnëch kùltur, a òni ju ce chlopkù mają! Ta mësla przeleca mie przez baniã tak chùtkò, jak no pendolino z Gdinë do Katowiców, co nas tutak na nen fligerplac przewiozlo przed czilesz gòdzënama ë dzesz slôdë glowë òna òsta, czej ne wszëtczi drëdżé mëslë, co czlowiek rôd je na jaczisz czas żôlącé sã w pòpielnikù przësëpie. To je jistné, czë je w lëchi pòrze, czë sã dobrze mô, blós że mù sã chce ne drobnotë òstawic a na swiat rëknąc.

Lisabóna przëwita naju z Aną deszczã ë ledwò 8 gradama cepla. Tarifiôrz gôdôl, że òb zëmã latos wnetka wcale nie padalo, tak tere so roda to òdbic mùszi. W trzech jizdebkach naszéhò apartmańtu na drëdżim a òstatnym szosu malińczi kamińcë z numrã 74, przë trëkający sã w górã Alfamë kamianny szaseji Rua das Escolas Gerais, bëlo wëznobioné czejbë w rëmie rëbacczégò kùtra w pòlowie lodã zafùlowônym. Taczi ten dinks, co òn kòl zófë stojôl ë jô mëslôl, że to je jakôsz farelka, pò prôwdze bél zortã harfë jakô le lëft miesza a cëpla nie dôwa. Żódno z nas lëtewczi jesz nie sjãno. Bëla 1 w nocë. Przestalo padac.

17901862_793740334112573_737608107_o

Ma z Aną szla so tej szpacérą pò Alfamie. Lepi rzec, że ma chca jic szpacérą, bò jak ma ùszla blós 100 métrów òd dwiérzi, jaczisz môli chlop, sóm jeden na szasy, w kruz mańtlu ë wôlniany mùcy mòcno na lep wcësniãti, przeskòczil plëtã ë nas zacząn cygnąc na mùzykã.do knajpë, co zare za rogã bëla. Ma tam szla bò to bëlo nama pòde drogą. Kòl dwiérzi, w kelnersczim szërtëchù ë rozgòlony kòszli, stojôl jiny Pòrtugala, jak ten tam – nie za wësoczi, le że dosc tëlé grëbi. Òn kùrzil, ale jak nas ùzdrzôl, cygaretã rzucyl ë bez slów, le szërok rãką nas bënë rôczil. Przez przëòtemklé dwiérze, zataconé czôrną gardiną, co bëla wnetka nieprzezérnô, czejbë nié te nadrëkòwôné strzébrzné tëlpë, jaczé wëdôwalë sã bëc zlotima w widze sodowi lãpë wësztopòrzony na szasy, dalo sã czëc zwãk gitar ë jakbë anielską wokalizã.

W momeńce spiéw ùcëch. Czëc bëlo brawa. Ma z Aną sã przëzdrza nó sã. Ten grëbszi chlop òtemk szërok dwiérze ë òdslonil gardinã, a ten drëdżi zmiartszi letëchno wëpchnąn naju do bëna. Lëdze sedzelë w òmrochù, casno ë nierzôdkò jesz z futrôlã òd gitarë na kòlanach, gôdalë ze sobą scëszonëma glosama, a jejich twarze bëlë jak w mãkòlijach. Nen grëbszi kelner pòkôzôl na òstatné dwa lózé stólczi kòl kóńca stolë. Ma so sadla ë zare przenioslë nama dwa czeliszczi biôlégò pòrto. Nie bëlo wiedzec cëż je lóz. Mùzykańce òstawilë pòd òknã jinstrumeńta ë szlë kùrzëc. Jakôsz bialka ë mlodi bëniel ze stolów statczi zbieralë. A mòja Ana nie zdrza nó miã, le pòzerala dërch na negò chlopa, co stroną mie sedzôl. Przed nim stojala wnetka nie rëszonô miska z czimsz, co przëpòminalo griz. Òn wëzdrzôl perznã jak nieòdkarmiony lóper, jaczémù dalë pò czilesz niedzelach pierszi rôz richtich zjesc, ale òn ju ni mô mòcë léżczi trzëmac. Swòje dludżé rãce pòlożil pò dwùch starnach talerza, a calô jegò zmiartosc zdrzala na nen jegò griz. Pò licach òkòlonëch czôrną brodą plënãnë mù lzë.

Jô chùtkò wëpil swòje pòrto ë fedrowôl so dżin z lodã. Blósle przede mną nã mòjã sklónkã pòstawilë a ju zagaszëlë wid. Na ny czôrny gardinie, òbwidniony z bùtna sodowim blôskã, dalo sã widzec òbrëtë lëdzy strojącëch swòje gitarë. W jednym sztóce stanąn przed nima nasz òbalëti kelner ë fest przëdãpionym glosã rzek:

– Senhoras e senhores! A guitarra portuguesa – Ângelo Freire. A viola clássica – Miguel Ramos. A baixo acústico – Ricardo Anastácio! Cante para seu Mário Rainho!

Brawa. Przed biôlim filarã, na jaczim namalowôné bëlë farwné sardinczi – jedna ze znanków Pòrtugalie – ùstãpil sã tere chlop kòl 60 lat stôri. Szepnąn cosz do muzykańtów a wtim jesz na sekùńdã bùtnowé dwiérze sã òtemklë ë bënë sã wsliznąn taczi malińczi, brodati chlopiczk z jaczimsz kinketã w rãce, co wëzdrzôl trochã jak robòtnik, jaczi przëszed na zôróbk ë òn sã ùstąpil w nórce. Mùzyk dotk strënów a jejich zwãk zrëszil lëft ë nasze wseczëca.

17968360_793739567445983_1924846592_o

Zdrzi w niebo, mòjim zdrokã,
Òno sã rozmazôné robi;
Wëzdrzi jakbë chcalo rëczec.
Niech placze
Taczi je kawel
Niech lzë, ne kapùlczi
Kropla za kroplą kapią
Zdrzi w mòrze taczi pòdskaconé
A nie robi rejwachù
Blós jakbë wòlô
Ë jãczi
Jak dzëcuszkò.
To zybanié sã mòrza…
Chto të jes, że chcesz wstrzëmac no wszëtkò?
1

Midzë dwùma widami, czej nastãpnô sklónka dżinë jesz barżi zacarla mie różnice midzë swatami, jedną razą wstôl òd stolë nen jeden, co më gò za lópra mielë ë zacząn pëszny spiéwny dialog z Sandrą fadisztką, co swòjim glosã przeniosla nas na dënëdżi Tagù. Òna òbleklô na czôrno, òn na biôlo. Yin ë Yang. Jinakszi a jistny. Sybrzëlë sã do se. Mòja Ana sedza bezrëszno jak kam.

W tim skądkasz wëskòczil nen malineczczi z nym kinketã, jaczi ju dôwno zdżinąn z negò nórtë ë nama z òczi. Rozjiwrowônym glosã ùjiscyl sã na to dwòje do nas wszëtczich. Jaż z ptôszi jizbë pòderwa sã méska z gwizdanim. Jaż nama sercëszcza z piersë chcalë ùcekac. Òn serdzyl sã na swój, jich ë nasz kawel. Na òstatk rozdrzucôl remiona ë jak skòwrónk zawis w lëfce a zdôwôl sã wòlac do niegò:

Bierzë, bierzë, bij, bij, chùtkò, chùtkò, batigã, batigã, le pò lbie, le pò lbie, żëcé taczi je!

Pò pózdnym frisztëkù – espresso, jaczé w Lisabónie chòcle w bùdze na szasy kùpioné je nôlepszé na swiece ë croissance – zjadlim w pôlnie na przedkòscelim Nôrodnégò Panteònu, dze pòd wiôlgą barokòwą banią òd 1999 rokù zlożoné je calo Amalie Rodrigues, fadisztczi jakô sprawia, że fado òbalëlo rozmajité bariérë spòlewò-kùlturowé ë swiat sã na nim pòznôl, ma z Aną szla so do Museu do Fado.

Bùdink negò mùzeùm, stający plecama do Tagù, z bùtna nie przedstôwiô sã jakòsz nadzwëczajno, le pò prôwdze wôrt je zazdrzec rën. Prosto, kòrzëstającé z rozmajitëch mùltimediów, w gòdzënã do dwùch gòdzyn, jidze tam sã pòznac na historii mùzyczi ë lëdzy, co tã mùzykã przez pòkòlenia trzimalë. Lubi nama fado, znajemë nôzwëska jegò wiôldżëch wëkònôwców, blós w caloscy malo chto znaje kòrzenie ti mùzyczi ë jesz mni lëdzy wié, jak òna wmikala w dësze Pòrtugalów ë jak mòcno w nowòżëtny historii tegò kraju bëla żëwô. Droga fado òd òstrégò tuńca mùrzińsczëch niewolników z Brazilie, przez spòlowi margines lisabónsczëch pùfów, do staniô sã matricą tożsamòscë pòrtugalsczi, bëla dlugô ë ji przeńscé wnet dwasta lat waralo.2

Pò pôlniu, czej le slóneszkò przez deszczowé blónë sã przedzarlo, fejn so bëlo sadnąc z caipirinhą w rãce na moli kòl Cais do Sodré ë wzerac, jak niezawiôldżi ferë z lëdzama na dekù odjeżdżają stądka do Cacilhas na drëdżi starnie estuarium nôdlëgszi rzéczi Jiberijsczégò Póllądë. Atlantickô aba dochôdô tu dalek w krôj ë niese ze sobą sërą wòniã òceanowi bezgreńcë.

Droga do naszégò z Aną apartameńtë prowadza pòd górã. Pòmaleczkù, czasã szërok szasé, za sztót zôs steżenką midzë wësoczima bùdinkama, tej kamiannyma trapama, co z nich móg lëdzóm w òkna zazerac, ma sã treka w sercu Alfamë. Ze scón wzeralë na nas zamanówszi na òtmianë: swiãti Antón przedstawiony w rozmajitoscë tradicyjnëch kachlów azulejo, abò fadisztowie pòkôzôny na nowòmódnëch fòtogramach. Jô sã ani nie spòdzôl, że dzél z nich ma z Aną żëwëch ùzdrzimë.

Boteco da Fa’ nie je wiôlgô. Tere, jak ma tu przëszla na môltëch ò ósmi wieczór, jô dopiérze sã móg nó tã knajpã dobrze przëzdrzec. Jedna zala na 35 sztëk lëdzy. Tómbach, a za nim pòlëce z alkòholama ë dwiérze w kùchniã. Kò jedzenié je tam dobré, chòc prosté: presunto, chouriço, sopa à Boteco, bacalhau à brás, bacalhau à lagareiro, bife à Boteco… Nôlepszé je Fado. Jinaczi bëc ni móże, bò doch Aùgùsto Ramos – miéwca Boteco da Fa’ – ten grëbszi kelner, je tak samò spiéwakã ë do te jesz z rodzënë òd dzesątków lat w ti muzyczny tradicji żëjący. Tedë tak kòl 9 wieczór òni tam wszëtcë sã schadac zaczinają, òd nôstarszégò do nômlodszégò pòkòleniô: Ada de Castro, gwiôzda fado lat 60., Maria da Nazaré nôbarżi znónô w latach 80., përznã òd ni mlodszi spiéwôk ë pòéta Mário Rainho, 40 latny fadisztowie, jak Sandra Correia, Miguel Ramos, a téż ti nômlodszi, jak „nasz lóper” Ricardo Mesquita, Ines Pereira, abò gitarzista Ângelo Freire.

17965724_793738637446076_1836022547_n

– Ângelo! – w nocë jô do niegò pòdeszed – Twòjã twôrz jô widzôl w Muzeum Fado… Nie jes të za mlodi do mùzeùm?

– A të sã dobrze przëzdrzôl?

– Jo!

– To të wiész, że mòja twôrz bëla w dzélu „przińdzota fado” – ùsmiôl sã do mie.

Ni ma czasë na gôdczi, czej brzëmi fado! A prawie swój szertuch sjąn Aùgùsto ë tim òsoblëwim, przëdãpionym glosã zacząn sóm spiewac ë do spiewaniégò jinëch prosyl. Nie chce sã wëchadac ze swiątnicë fado, nawetka czej je ju piątô reno.

Ë zôs cosz miodnégò miast pôlnia… Pastéis de Belém. Kònditora, co je robi, mô swòjã kawnicã niedalek Klôsztorë Hieronimów w zudowò-westowim dzélu Lisabóne, pòzwónym Belém, a to znaczi pò pòrtugalskù Betlehem. Kò doch! Do ti kònditorie lëdze stoją w régach jesz wikszëch, jak do Jamë Narodzeniégò Chrëstusa w tim richtich Betlehem! Wikszosc bierze ne kùszczi ze sobą, tej na szczescé bënë bél plac do sadnieniô. Ma z Aną so wzãna pò dwie ë espresso. Niebò w gãbie! Jô dërch wkól ò tim jistnym… Aż wstid sã przëznac, że jak jô ò Pastéis de Belém pisôl w “Smùgã”, jadlé jô tegò jesz ni miôl…

– Ana! Ta klepówka cë pò brodze lécy!

– A cëż so taczégò stało!?

– Kò to, że òna lecy… a pùdercëczer bieleje cë lëpë…

– Jo! Jô pamiãtajã!

Na szczescé bëlë ne kùszczi, co òna je jadla. Mùszlënë z miodną klepówką bënë, pòsëpôną kanélã. Jesz ceplé rozcekalë sã w gębie ë bielëlë Terézëne lëpë czerzwioné òd wina. Gila, chtëren sedzącë na procëm dërch nó to zdrzôl, wzęna takô chęc, że ùdżibnąn sã nad swòjim mùlkã ë zlizôl nen lëbiszk na jich milosc. Teréza smiala sã jak dzeckò. Gilowi to szmakalo za wicy. Wząn ze stolë drëdżi kùszk, rozlómôl hò na pól, pùdingã wësmarowôl Terézëną rozchòlëznã ë òszmakôl jã calą jaż pò titczi…3

17916809_793751750778098_71207258_o

Flach w Club de Fado ma so z Anã fedrowa jesz przed jachanim do Lisabónë. Kò tëlé sã czlowiek ò tim môlu naslëchôl kòl Kidrińsczégò w radiowi Sjesce, że nót bëlo samémù sprawdzëc, jak tam je. Jedzenié… Prôwdac, nôlepszé zjestkù nie bëlo w żódnym dodomie fado, blós w Petit Cafe na Largo de Sao Martinho. A tak jesz wrôcającë do Club de fado, to móże òn je përznã przereklamòwôny ë za drodżi, ale wôrt je tu zazdrzec chòc w jeden wieczór dlô méstra pòrtugalsczi gitarë Mario Pacheco ë dlô taczëch niespòdzajnotów, jak chòcle krótczi kòncert Pedro Moutinho.

Alfama nie wòniô fado
Tak wòniô lëdzkô pùstosc
Czëc wònią cëszë, co jaż bòli
Szmakã chleba ze smùtkã
Alfama nie wòniô jak fado
Le, że ni ma żódny jiny spiéwë.4

– Pedro! – jô gò dostôl kòl dwiérzi, jak òn ju swój mantel òblekôl.

– ? – Òn tak nó miã blós wezdrzôl.

– Jô cë chcôl pòdzãkòwac za twój kòncert w naszi Kaszëbsczi Filharmónie w Wejrowie, w gromicznikù…

– Jô rôd tam zaspiewôl! – fadiszta ùsmiôl sã.

– …Ë za ten czas, jak të bél razã z twòjima mùzykańtama gòscã w Kweli, pubie Radia Kaszëbë.

– !!! – Pedro wiôldżi òcze jaż dostôl ë jesz szërzi rozcygnął mùniã w ùsmienim.

Bëla dwanôstô w nocy. Za chùtkò, cobë szlë spac. Ma z Aną ùszla le czilesz kroków, jak nama sã zachcalo jesz dzesz wlezc. Prawie przed nama bëlo Coração da Sé jesz jeden restaùrant z Fado. Ale jô bë bél zgrzészil, czejbë jô bél napisôl ò tim placu blós to. Bò za richtich to nie je „jesz jeden restaùrant”, le jeden z tëch nôlepszëch! Wchôdôma z Aną bënë, a tam za kelnera je ten òd kinketë… Szërok sã do naju smieje, pòdchôdô ë pòkazëje na wòlné stólczi. Gôdajã mù, że móma gò widzôné ju rëchli w da Fa’… Trochã gò to zjakòsëlo… Zreta sprawã kelnerka, co sã krząta przë drëdżim stolikù:

– Mój chlop Diogo Rocha – pòkôza na brodacza – prowadzy ze mną ten restaùrant, témù twòje pitanié gò tak zjakòsëlo, bò te gò widzôl w jinym dodomie fado.

– Ó! Przeprôszajã… jô…

– Òn piãkno spiéwie ë czasã robi to dlô drëchów, bò ma z Aùgùsto Ramosã jesmë zdrëszony. – bialka chcala ju wszëtkò za jedną razą wëwidnic.

– Òn bëlno spiéwie! – rzekla Ana.

– Obrigado! – ùsmiôl sã brodacz ë jegò bialka mët. – A tere chcemë pòslëchac Cristinë!

Cristina Madeira pòkôzala sã bëc fadisztką z Club de Fado, jistno jak Sandra Correia spòtkónô w Boteco da Fa’. Trudno zabëc ne glosë. Trudno nie òdczëc przë nich jaczégòsz òbczëszczeniégò. Cristina lubi spiewac òsoblëwie ò ti bialce, co na sztrądze nôprzód żegnô swòjégò rëbôka, a pózdni za nim żdże, bò bez niegò ni móże żëc.

– Jak wama sã ta mòja wokaliza widza? – Cristina wzãna sã na òdwôgã, czej më ju so përznã dlëżi prze czerzwionym winie pòsedza.

– Czëcô, to je to, co z tegò plënie… – na mòja ùdba jakòsz dzywno wëbrzmia…

– Jo! Prawie. Fado plënie z serca pò mòrzach mãkòlijny jistnotë Pòrtugalów. Òno nama dôwô aùtonomiã – Cristina gôda te slowa z letką érą ë redoscą. – Swiat sã krący… Niech. Nama nicht nie weznie ti tesznotë za stôroczasną Luzytanią ë wszëtczima tima mòrzamë, co zybalë òkrãtë naszëch nalôzców nowòczasnëch swiatów.

17948356_793751547444785_1340963154_o

Nama z Aną, czej ma ju tak szla na Banof Apòlónia ë winkòwa pòd drogą Aùgùsto Ramòsowi, Diagò barmanowi ë Mayi z Bòteco da Fa’, przëszlo do glowë, że je trzeba nã aùtonomiã jesz jiną miarą mierzëc. Fado je samòstójnym ôrtã mùzyczi, jaczi na òtemkli ôrt prowadzy pògôdkã z jinyma zortama kùńsztë, nié le tima muzycznyma, ale téż na prziklôd z pòézją. Jo. Jakbë mie chto kôzôl òpisac fado w pińc slowach, jô bë ùżil tëch: Lisboa-Lisabóna, saudade-teskniączka, coração-serce, primavera-zymk, mundo-swiat.

Artur Jablonsczi
Jastrë 2017

1 Dzél wiérztë Elementos, slowa: Mário Rainho, na kaszëbsczi adoptowôl: Artur Jablonsczi
2 Wicy ò historie fado w: Rui Vieira Nery, Historia fado, tłum. Grażyna Jadwiszczak, Wydawnictwo Replika 2015.
3 A. Jablonsczi, Smùgã, Gdiniô 2015
4 Alfama, słowa: Pedro Moutinho