Sport a sprawa kaszubska – Adamòwa Prostownica

W zdrowym ciele zdrowy duch, także narodu. Sport dla wielu grup odgrywa ważną rolę, choć w teorii nie ma w sobie nic, co byłoby im potrzebne. Nie wnosi nic do polityki językowej, nie jest przestrzenią dla pogłębionej dyskusji o tożsamości, a jednak ma ogromną siłę. Nie tylko tę widoczną gołym okiem na trybunach, ale także, równie ważną, wewnętrzną.

Za drzewem czai sie młodzieniec z kijem zakończonym siatką. Gdy jego oponent wyposażony w podobny sprzęt z piłką w siatce się zbliża, ten atakuje go i przejmuje okrągły kawałek skóry. Rozpoczyna się bieg, podania między zawodnikami wśród naturalnych przeszkód i przeprawa przez wodę. W pewnym momencie następuje zmiana otoczenia i chłopak opancerzony ochraniaczami i kaskiem biegnie z profesjonalnym kijem do lacrosse i białą piłką, by spróbować zdobyć bramkę. Tak ukazana zostaje łączność między dziedzictwem rdzennych Amerykanów a współczesnością w filmie Crooked Arrows. Ten może niezbyt ambitny, ale z pewnością sympatyczny film opowiada o indiańskim chłopaku, który wyrwał się z rezerwatu, by zrobić karierę, ale przyszło mu pracować na własnym terenie nad inwestycją, która oznacza zgubę dla kultury jego rodaków. Jednocześnie podejmuje się trenowania młodszych kolegów, aby pokonać blade twarze z elitarnej szkoły, które od pewnego czasu grają lepiej niż plemię twórców lacrosse. Sport zmienia nastawienie bohatera i skłania go do przewartościowania swojego życia.

Dlaczego to akurat sport, a nie tańce czy fajka pokoju, stał się elementem ważnym tożsamościowo w fabule filmu? Z jakichś powodów lubimy rywalizację i paralelna walka o tożsamość i o punkty na boisku dają sprzężenie dodatnie. Jedno napędza drugie.


Turniej w bùczkã, Lëzëno (Luzino) 2018

Utopić się czy uschnąć?

Sport w służbie narodu może działać na dwa sposoby. Możemy łączyć kwestie tożsamościowe z międzynarodowymi, rozpoznawalnymi dyscyplinami bądź rozwijać własne sporty, czym poznajemy ścieżkę, którą kroczyli nasi ojcowie. Pesymista powie, że w pierwszym wypadku każda nasza inicjatywa utonie wśród innych, podobnych imprez. Mecz Kaszuby-Łużyce w piłkę nożną nigdy nie przyciągnie tylu kibiców, co finał Ligi Mistrzów. W przypadku organizacji imprez z własnym sportem – powie nam pesymista – uschniemy z braku zainteresowania i zrozumienia naszej specyfiki. Ja jednak pesymistą nie jestem, a mój stonowany optymizm nakazuje robić obie te rzeczy równolegle i nie wypominać sobie nawzajem, że czegoś robić nie powinniśmy. Pierwsze podejście do sportu daje nam promocję i możliwość otwarcia się na nowe grupy. Nawet jeśli Bieg Jedności Kaszubów jest jedną z dziesiątek podobnych imprez – pojawiają się na niej konkretne osoby, które mają okazję poczuć dumę z własnej narodowości. Nawet na rozgrywki piłkarskie niższego szczebla przychodzą kibice. Równanie się z lepszymi ma motywować, a nie dołować.

Po co nam własny sport? Daje poczucie wspólnoty horyzontalnej i wertykalnej. Z jednej strony widzimy swoich robiących to samo na tych samych zasadach, co buduje więzi. Z drugiej strony odczuwamy bycie w odpowiednim miejscu w historii – idziemy szlakiem wyznaczonym przez przodków, co daje poczucie pewności siebie. Poza tym własny sport przyciąga uwagę i nawet jeśli nie gromadzi osób, które zaczną regularnie trenować, pozwala zbudować zainteresowanie.

Dla siebie

Uprawianie sportu ma dużo plusów i nikogo nie trzeba do tego przekonywać. Jednym z nich jest budowanie wspólnoty. Jako istoty stadne, mające przez długi okres doświadczenia polowania w grupie najlepiej budujemy wzajemne zaufanie, umiejętność współpracy i zrozumienie się poprzez wspólne dążenie do celu drogą rywalizacji. Zawsze imponowało mi, jak dogadują się ze sobą koledzy sportowcy poza boiskiem. Trudno to zauważyć na poziomie werbalnym, ale zdecydowanie ich przyjaźnie są silniejsze, zachowanie wobec siebie nawzajem bardziej swobodne i chęć do wdrażania większych projektów większa. A tego, obok dobrego zarządzania, o którym pisałem przed tygodniem, bardzo nam brakuje.

Mając po swojej stronie sportowców zespołowych dysponujemy ogromnym potencjałem. Jestem przekonany, że to dużo ważniejszy aspekt sportu w sprawie kaszubskiej niż jego wymiar marketingowy.

Kolejne plusy to lepiej dotleniony mózg, endorfiny i testosteron. Wszystko to jest nam, jako narodowi, potrzebne.

Nauka bez uczenia

Młodych ludzi trzeba edukować. Najlepiej to robić tak, aby sami nie wiedzieli, że są poddawani temu procesowi, żeby zamiast zakłócać, wpisywało się w ich życie. Przykładem nauki i wpajania dziedzictwa jest akademia piłkarska Cassubian, która zapoznaje nie tylko z piłkarskimi zagraniami, ale także historią czy kulturą.

Bùczka

Czy nasz sport narodowy będzie w stanie rozmachem imprez i poziomem graczy dorównać irlandzkiemu hurlingowi? Z pewnością nie w przeciągu roku, dwóch, dekady. To jednak nie powód, by machnąć ręką i powiedzieć, że “lepiej pograć w nogę”. Budowanie środowiska wokół czegoś, co jest nieznane, musi trwać. Z pewnością także warto, bowiem jest to gra charakterystyczna, ze stosunkowo prostymi zasadami, a jednocześnie dosyć dynamiczna i kontaktowa, by nie zostać uznana za infantylną. Mnie, jako zwolennikowi tego sportu, trudno wyjaśnić to osobom sceptycznie nastawionym, bowiem różnimy się w oczekiwaniach. Ja wcale nie twierdzę, że ten sport pokona w rankingu popularności futbol czy stanie się tak ważny jak lacrosse dla poszczególnych narodów indiańskich. Na razie zakładam, że znajdzie się grupa ludzi, którzy wykażą zapał. Ten z kolei w ich głowach, faszerowanych kolorowymi obrazkami oglądanymi z kanapy, “pstryknie” odpowiedni włącznik, istniejący od czasów pierwotnych i razem jako plemię pójdziemy na tego mamuta, który chce zniszczyć naszą kulturę.

Prof. L. Jocz: Obiekcje co do „Gramaticzi” są jak najbardziej uzasadnione

Żywiołowa debata wokół Gramaticzi kaszëbsczégò jãzëka dr Hanny Makurat zaczęła się co najmniej od ukazania się w maju 2017 r. recenzji tej książki autorstwa Macieja Bandura i trwa do chwili obecnej. Nie jest to bynajmniej dyskusja jedynie dla wąskiego grona specjalistów czy aktywistów językowych, lecz sprawa istotnej wagi dla całego środowiska kaszubskiego, a zwłaszcza środowisk związanych z nauczaniem języka kaszubskiego, albowiem niniejsza publikacja ma być de facto używana w edukacji na różnym szczeblu i ma służyć za swego rodzaju odnośnik, wyznacznik i kompleksowe źródło wiedzy o strukturze języka kaszubskiego dla nauczycieli, studentów, uczniów, pisarzy, dziennikarzy etc.

Na wyżej wspomnianą krytykę Gramaticzi… dr Makurat zareagowała, zamieszczając odpowiedź pod artykułem na portalu SKRË jak też na własnym profilu na portalu Facebook. Niedawno, bo w grudniu 2018, przeredagowaną wersję tejże odpowiedzi pt. Gramatika kaszëbsczégò jãzëka – rozpoznanie i opracowanie struktury współczesnego literackiego języka kaszubskiego. Odpowiedź na głosy krytyki autorka opublikowała w czasopiśmie Studia z Filologii Polskiej i Słowiańskiej, pomijając jednak zupełnie fakt, że już ponad rok temu SKRA opublikowała obszerną odpowiedź na jej replikę, a prof. Lechosław Jocz, obecnie czołowy badacz fonetyki i fonologii kaszubskiej, niezależnie opublikował własną recenzję jej książki w sierpniu 2017. O istnieniu obu tekstów, jak wykazuje prof. Jocz, autorka niechybnie musiała wiedzieć.

Jego drugi głos w dyskusji, który publikuje w dniu dzisiejszym, jest reakcją na wyżej wspomniane próby obrony swojej pracy przez dr Makurat. W najnowszej publikacji czytamy m.in.:

Rzeczony numer SFPS ukazał się 24 grudnia 2018 i – jak poinformowała mnie redakcja – do tego dnia możliwe było dokonanie ostatnich poprawek w artykule lub jego wycofanie. Autorka miała więc co najmniej ponad 15 miesięcy, aby uzupełnić swój artykuł o odniesienia do drugiego tekstu Bandura lub choćby wspomnieć o jego istnieniu. Komentarz Bandura zbija (jak zobaczymy) większość argumentów Makurat, jego przemilczenie nie wydaje się więc niestety przypadkowe. Autorka nie zdecydowała się zresztą wspomnieć również o mojej recenzji (Jocz 2017), udostępnionej publiczności 26 sierpnia 2017 i dostrzeżonej w środowisku.

Recenzent zwraca uwagę na wiele pozamerytorycznych strategii argumentacji dr Makurat, które mają niestety na celu wyłącznie manipulację czytelnikiem. Trzon tej pracy jest jednak poświęcony kwestiom merytorycznym, w tym sprawom, które były przedmiotem wymiany zdań między Bandurem a dr Makurat.

Powyżej omówiłem łącznie 13 zjawisk, co do których Makurat nie przyjęła krytyki Bandura, w znacznej części przypadków w bardzo zdecydowanej formie, okraszonej uwagami ad personam, negującymi kompetencje czy niemal zdrowy rozsądek recenzenta. Okazuje się jednak, że co do 12 z 13 zjawisk uwagi i obiekcje Bandura są jak najbardziej uzasadnione.

Na koniec prof. Jocz przechodzi do kwestii ogólnych i metodologicznych niedostrzeżonych przez wcześniejszego recenzenta, m.in.:

Od nowoczesnej gramatyki jakiegokolwiek języka, a zwłaszcza od gramatyki nadal powstającego i dopiero krystalizującego się języka literackiego (a za taki powszechnie uważana jest kaszubszczyzna), oczekiwałbym przede wszystkim eksplicytnego określenia podstawy materiałowej (np. zdefiniowanego korpusu tekstów pisanych), jasnej charakterystyki pod względem deskryptywności i preskryptywności oraz precyzyjnego zdefiniowania strategii kodyfikacyjnych (np. zasad wyboru preferowanych form w przypadku stwierdzenia wariantów). W samym opracowaniu gramatycznym wyznaczone zakresy materiałowe i ogólne postawy normalizatorskie, jak również szczegółowe zasady i reguły wyboru form powinny być przez autora konsekwentnie przestrzegane. Oczywiście najlepiej jest, jeśli wszystkie tego rodzaju założenia metodologiczne oparte są na jakichś spójnych i rozsądnych podstawach i koncepcjach. Korpus można np. zdefiniować jako dzieła literackie powstałe po roku X, dzieła autorów urodzonych po roku Y, utwory jakiejś konkretnej grupy czy szkoły literackiej, ostatnie dwadzieścia roczników czasopisma Z itd. W przypadkach wymagających rozstrzygnięć wybór może padać na formy częstsze, rodzime, bardziej archaiczne, typowe dla jakiegoś obszaru itp. lub decydować może o nim jakiś zhierarchizowany układ tych czy podobnych cech. Tego typu informacji w gramatyce Makurat właściwie nie odnajdujemy.

(…)

Zresztą sama Makurat chyba tak do końca nie wie, czy jej Gramatika jest deskryptywna, czy preskryptywna. Z jednej strony twierdzi ona, iż nic nie tworzy, a opisuje i prezentuje uzus i język, który realnie istnieje, naukowo przez siebie zbadany (patrz wyżej). Z drugiej w samym tekście gramatyki trafiamy niejednokrotnie na sformułowania w rodzaju „forma X nie jest zalecana do użycia (w języku literackim)”.

(…)

Makurat stosuje kryterium wieku publikacji bardzo wybiórczo i instrumentalnie, w zależności od potrzeby chwili. Lorentz, jak już wiemy, ma być na tyle przestarzały, że wszelkie porównania z nim są błędem metodologicznym. Jeżeli zaś trzeba odeprzeć obiekcje recenzenta wobec przyimka (341; patrz wyżej), to przestarzałe nie są teksty Floriana Ceynowy (1817-1881), Hieronima Derdowskiego (1852-1902), Aleksandra Majowskiego (1876-1938) czy Alojzego Budzisza (1874-1934), a więc nawet dziewiętnastowieczne. Jeżeli Bandur stwierdza niezgodności z materiałem Sychty (który materiały do swego słownika zbierał w latach 50 wieku 20), to okazuje się, że „język kaszubski – zwłaszcza w ciągu ostatnich 30 lat – ewoluował i dynamicznie się rozwinął” (339). Nie przeszkadza to uwzględniać w Gramatice wyników m.in. badań nad twórczością grupy młodokaszubów (335-336), czyli Jana Karnowskiego (1886-1939), Aleksandra Majkowskiego (1876-1938) czy Leona Heyke (1885-1939), którzy swoją kompetencję językową nabyli pod koniec 19 wieku.

Na koniec prof. Jocz apeluje o bardziej profesjonalne podejście do debaty:

Krytyka jest nieodzownym elementem nauki, bez którego nie byłby możliwy żaden rozwój. Merytoryczna debata naukowa wymaga uwzględniania między innymi dwóch zasad. Po pierwsze krytyki nie można ani formułować, ani odbierać osobiście, jako ataku na osobę. Obiektem krytyki tekstu naukowego są założenia, idee, koncepcje, twierdzenia, poprawność wnioskowania, spójność logiczna itp. itd., a nie autor jako człowiek. Po drugie do własnych tekstów należy przykładać równie krytyczne miary, co do cudzych. Unikać tu należy jak ognia emocjonalnego zżywania się ze swoimi tekstami i traktowania ich jak własnego dziecka. Niestety Hanna Makurat nie zastosowała się do żadnej z tych zasad ani jako nadawca, ani jako odbiorca, na co jednoznacznie wskazują liczne fragmenty jej artykułu zacytowane powyżej oraz następujący urywek: „Tymczasem budowanie całościowej krytyki mojej pracy niepoparte zasadnymi argumentami i niepodbudowane poprawną metodologią uważam za godzenie w moje dobre imię oraz próbę burzenia i niszczenia czegoś, co wiele lat ciężką pracą budowałam” (343). Pozostaje mi tylko wyrazić nadzieję, że po opadnięciu zbędnych emocji dyskusja wróci na właściwe tory.

Cały tekst polemiki jest dostępny TUTAJ. Tekst ukaże się niebawem również w jednym z polskich czasopism językoznawczych.

Wszystkie dotychczas opublikowane teksty dot. Gramaticzi… w porządku chronologicznym są dostępne tutaj:

14/05/2017
Bandur, M.: Czy „Gramatika kaszëbsczégò jãzëka” jest gramatyką kaszubskiego języka?

29/06/2017
Makurat, H.: Odpowiedź na głosy krytyki dotyczące mojej książki pt. „Gramatika kaszëbsczégò jãzëka” (w sekcji komentarzy)

04/07/2017
Bandur, M.: Siła tytułu naukowego większa niż siła naukowego argumentu?  „Gramatika…” z perspektywy laika raz jeszcze

26/08/2017
Jocz, L.: Gramatika kaszëbsczégò jãzëka H. Makurat oczami fonetyka

24/12/2018
Makurat, H.: Gramatika kaszëbsczégò jãzëka – rozpoznanie i opracowanie struktury współczesnego literackiego języka kaszubskiego. Odpowiedź na głosy krytyki

14/02/2019
Jocz, L.: Gramatika kaszëbsczégò jãzëka Hanny Makurat – głos w dyskusji

Oddał życie za ideę mazurską: krótka biografia Kurta Obitza

„Zarówno urzędowo, jak i prywatnie często byłem pytany, kim w końcu jestem: Niemcem czy Polakiem. Zawsze odpowiadałem: Jestem Mazurem.”

Takie zdanie, oryginalnie wypowiedziane po niemiecku, przypisuje się Kurtowi Obitzowi w kontekście jego tożsamości narodowej. Choć nie znalazłem stuprocentowego, źródłowego dowodu na autentyczność tej wypowiedzi, można z dużą dozą prawdopodobieństwa uznać ją za prawdziwą.

A przynajmniej świadczą o tym czyny tego najzagorzalszego z Mazurów, niestety dziś nieco zapomnianego. Ów skrót jego życiorysu czynię na podstawie wstępu do książki K. Obitza Dzieje ludu mazurskiego, napisanego przez G. Jasińskiego, artykułu A. Szymanowicza Kurt Alfred Obitz – naukowiec i działacz mazurski (1907-1945) z Komunikatów Mazursko-Warmińskich oraz pomniejszych źródeł, jak na przykład wpisów z internetowej Encyklopedii Warmii i Mazur.

Kurt Alfred Obitz urodził się 16 stycznia 1907 roku w Brzozowie (niem. Brosowen) niedaleko Węgorzewa jako syn dość zamożnych rolników: Friedricha Kristiana i Ludwigi Karoline. Jego przodkowie na Mazury trafili prawdopodobnie w XVIII wieku ze Śląska. W jego domu rodzinnym w XX wieku nie mówiło się już po mazursku, w tym czasie mowa mazurska nie sięgała tak daleko na północ. Mimo to rodzina miała tendencje promazurskie, tak mocno w późniejszym okresie rozwinięte przez Kurta. Uczył się w królewieckim gimnazjum, a następnie podjął studia w Berlinie w Wyższej Szkole Weterynaryjnej. Niewątpliwie był zdolnym studentem, bowiem już w parę miesięcy po ukończeniu studiów otrzymał tytuł doktorski.

Z jednej strony mieliśmy więc szybko rozwijającą się karierę naukową młodego dra Obitza, z drugiej zaś problemy wynikające z jego tożsamości narodowej. Pierwsze ślady jego przywiązania do Mazur mają sięgać już czasów nauki w gimnazjum. Nieufność wzbudzał także na studiach – tam miał podać w aplikacji do jednej z organizacji studenckich narodowość mazurską, co wielu Niemców opacznie rozumiało jako identyfikację polską. Trzeba dodać, że działo się to w czasach międzywojennych, kiedy to nasilały się tendencje nacjonalistyczne w Niemczech, a tego rodzaju tożsamość, jaką prezentował Obitz, była podciągana pod uniwersalne straszydło narodowców o nazwie „Polengefahr”. Posądzano zatem Kurta o działalność szpiegowską, a sam Obitz utrzymywał wręcz, że otrzymywał listy z pogróżkami, pełne nienawiści i obelg. Domagano się także relegowania Kurta z uczelni, co, choć się nie udało, poskutkowało mniejszą karą, bowiem odmówiono udzielenia mu stypendium.

Jeszcze jako student zainicjował w 1929 roku czasopismo promazurskie Cech, pisane w większości po niemiecku, z późniejszymi wstawkami mazurskimi w serii Fryc z Płowców soli im. Warto wspomnieć, że wówczas nie znał jeszcze języka polskiego, posługiwał się natomiast dobrze językiem francuskim i angielskim. Pisał na łamach Cechu, zaznaczając, że Mazurzy żyją w pokoju i jednym państwie z Niemcami. „(…)Ale jesteśmy odrębnym narodem, jesteśmy Mazurami. (…) Tego głodu bycia sobą nie można uciszyć i wewnętrzny głos woła do nas i woła bezustannie, niby głos żywcem pogrzebanego”. W innym miejscu dopominał się o prawa gospodarcze i społeczne Mazurów: „Cech walczy z politycznym i gospodarczym upośledzeniem, występuje przeciwko bojkotowaniu i terroryzowaniu Mazurów, walczy o Prawdę, Wolność i Prawo! Mazur też jest człowiekiem i chce tak żyć i być traktowany”.

Jego etnicznie mazurski światopogląd połączony z poglądami socjaldemokratycznymi kolidował z falą narastającego nazizmu w Prusach Wschodnich. Nie można wykluczyć, że poglądami socjaldemokratycznymi nasiąkał w czasie nauki w Królewcu, który ówcześnie był niejako wyspą myśli lewicowej w konserwatywnym i coraz bardziej nacjonalistycznym morzu wschodniopruskim.

Przeciwnicy Kurtem zainteresowali się jeszcze mocniej, gdy rozpoczął działalność w ramach Masurenbundu – mazurskiej organizacji narodowej, głoszącej odrębność zarówno od Niemców, jak i od Polaków, nawołującej do poszanowania praw ekonomicznych i etnicznych ludu mazurskiego. Cech stał się wówczas organem prasowym tejże organizacji. Szczególnie rozjuszył wrogów wierszem Masurische Jugend – (pol. Młodzieży mazurska), gdzie łączył jawnie socjalistyczne elementy wraz z przypomnieniem, że Mazurzy w większości wywodzili się z Polski, nawoływał w nim także do walki o swoje prawa. O stosunku Kurta do narodowości polskiej i niemieckiej powiemy sobie zresztą jeszcze w dalszej części artykułu. Efektem nagonki na Kurta było pozbawienie go pracy w 1931 roku. Niedługo później Obitz w atmosferze skandalu przeprowadził się do Polski, co oczywiście było tylko pożywką dla spiskowych teorii szpiegowskich.

Kurt zaczął uczyć się języka polskiego, choć nigdy nie pozbył się silnego, niemieckiego akcentu. W Polsce znalazł pracę, założył rodzinę z Heleną Szylską (owocem tego małżeństwa była jedna córka). Nie ustawał jednak w swych wysiłkach na rzecz Mazur. Szukał sojuszników w różnych środowiskach – między innymi wśród tak zwanych Litwinów Pruskich, ewangelików litewskiego pochodzenia zamieszkujących północno-wschodnią część Prus Wschodnich, którzy także próbowali utrzymać swą odrębność etniczną. Ruchy tego typu nawoływały do niezależności Prus Wschodnich, tak zwanej Szwajcarii Pruskiej, gdzie dużą dozę wolności mieliby Niemcy, Litwini Pruscy oraz Warmiacy i Mazurzy. Ruch ten odwoływał się także czasami do Prusów jako protoplastów regionu. Tendencjom tym uległ w pewnym stopniu również sam Kurt, choć można uznać, że melancholia i poczucie ciągłości z dawnymi bałtyjskimi Prusami zdarzała się również i wśród innych znanych Mazurów, wystarczy poczytać chociażby Gdzie jest moja Ojczyzna? Edwarda Małłka, brata Karola.

Masurenbund i Cech przestały istnieć po dojściu nazistów do władzy. Obitz po przeprowadzce do Polski dołączył do polskiego Związku Mazurów działającego na terenie Działdowszczyzny. Głównymi działaczami były postacie takie, jak Karol Małłek, Jan Jagiełko-Jaegertal czy Gustaw Leyding. Członkowie lawirowali między realizacją interesów mazurskich, które były najważniejszym celem, a parawanem ochronnym, jaki roztaczała współ-praca z polskim wywiadem. Sam Obitz, jak wynika z tekstu G. Jasińskiego, miał do takiej współpracy odnosić się niechętnie.

Tu przyszedł czas na podsumowanie poglądów Kurta o Polsce. Widać wyraźnie, że Kurt nie był rozumiany przez stronę polską. Podczas, gdy on uznawał Polaków za sprzymierzeńców i pobratymców, choć jak podkreślał – na tyle różnych, by nie można było uznać Mazurów za Polaków, polscy działacze starali się wykorzystywać jego promazurskie nastawienie do własnych interesów. On zaś zręcznie próbował unikać tego uprzedmiotowienia, chociażby twierdząc o plebiscycie z 1920 roku, że był on walką dwóch obcych agentur o ziemię mazurską. Wielokrotnie w książce Dzieje ludu mazurskiego podkreślał historyczną, etniczną odrębność Mazurów, widać tam zręby koncepcji narodu mazurskiego.

Nieufność zresztą działała w obie strony. Przed wojną urzędnicy zajmujący się sprawą Obitza zalecali ostrożne przyglądanie się jego działaniom i niewystawianie od razu na czoło walk propagandowych, ponieważ czynił on z Mazurów podmiot, a nie przedmiot walk. Innymi słowy: choć niektóre działania Obitza znajdowały uznanie u polskich władz, jego mazurskocentryczne poglądy narodowe i podkreślanie odrębności nie mieściły się w uproszczonym podziale Polacy-Niemcy, który był stosowany przez sanacyjne władze. Podobnie zresztą o Obitzu pisała redakcja polskiego czasopisma Ziemia Wschodnio-Pruska. Z jednej strony brali Obitza w obronę, uważano za ofiarę niemieckiego nacjonalizmu, z drugiej zaś strony z lekką niechęcią przyjmowano jego pogląd na szczepową odrębność Mazurów (Ziemia Wsch.-Pruska oczywiście głosiła pogląd o przynależności Mazurów do narodu polskiego).

W 1934 r. Obitz brał udział w I Zjeździe Ewangelickiej Młodzieży Słowiańskiej w Czechosłowacji. Polska zbojkotowała to wydarzenie w następstwie polsko-czeskich konfliktów etnicznych, Obitz więc postanowił pojechać tam jako przedstawiciel Mazurów. Krok ten można uznawać za kolejną z prób podkreślenia, że chce prowadzić własną politykę wobec Mazur.

Podczas II WŚ ukrywał się na Wołyniu z żoną, ewangeliczką z Polski. Po zakończeniu kampanii wrześniowej wrócił w okolice Puław, gdzie pracował przed wojną. Został aresztowany już 8 lutego 1940 roku. Najpierw przebywał w więzieniu na lublińskim zamku. Na przesłuchaniach miał mówić, że jest Mazurem, to samo powtarzał swoim początkowo nieufnym współwięźniom. Miał także odmówić ponownego przyjęcia obywatelstwa niemieckiego, a w kartotece figurował jako bezpaństwowiec. Finalnie trafił do obozu koncentracyjnego w Dachau – tam zajmował się zwierzętami. Przetrwał wojnę, jednak w obozie jego mocno osłabiony organizm zaraził się gruźlicą. Zmarł 26 sierpnia 1945 roku w szpitalu będącym pod kontrolą aliantów, w bawarskim Lautrach.

Największym dziełem Obitza jest bez wątpienia rękopis Dzieje Ludu Mazurskiego z 1937 roku (wydany w druku dopiero w XXI wieku), gdzie jako jeden z nielicznych próbuje przedstawić historię regionu z mazurskiego punktu widzenia. Nie ustrzegł się jednak przeinaczeń, nieścisłości i ideologizowania swoich wypowiedzi. Ponieważ wówczas Mazury znajdowały się w granicach Niemiec, nie stronił od antagonizowania Niemiec i niemieckiego interesu z Mazurami i interesem mazurskim.

Można jednak odnieść wrażenie, że czynił to celowo z nadzieją, że Mazurzy kiedyś będą mieli szansę przeczytać tę książkę i wzniecić w sobie jeszcze raz mazurskie uczucia etniczne. Podejrzewam, że jako socjaldemokrata i człowiek światły nie był w stanie odczuwać niechęci narodowej, a jedynie nienawiść do nacjonalizmu jako idei niszczącej Niemcy.

W książce za szczególnie ważny moment uznaje najazd wojsk polsko-tatarskich na Prusy podczas potopu szwedzkiego. To wówczas miała się ukształtować odrębność osamotnionych przez Polskę Mazurów. Co ciekawe, najazd ten faktycznie musiał się odbić na mentalności mazurskiej. W książce J. Sczepana z 1900 roku odczytujemy mazurskie słowo tatarski w znaczeniu niemieckim tiranisch, a więc tyrański.

Za faktyczny początek ruchu mazurskiego Obitz uznaje 2 grudnia 1923 roku, a więc datę pierwszego spotkania późniejszych założycieli Masurenbundu. Do najważniejszych postaci mazurskich zalicza Gizewiusza i braci Bahrke. Bardzo krytycznie odnosi się do działań niemieckich w czasie plebiscytu i po nim (ogromna niechęć, nienawiść do wszelkich przejawów mazurskości w mowie i kulturze, od razu prowadząca do oskarżeń o zdradę Niemiec), ale nie zostawił też suchej nitki na dowodzących polską akcją plebiscytową, którzy po przegranej pozostawili garstkę propolskich Mazurów na pastwę nacjonalistów. Wymienia tu wdowę po Gottliebie Lince, opisywaną przez K. Sobolewską w pierwszym numerze reaktywowanego przez nas Céchu. Kobieta została pozostawiona bez środków do życia i bez kogokolwiek do pomocy (synowie zostali uwięzieni za rzekome kłusownictwo). Obitz komentuje: „Postępowanie takie udowodniło wszystkim, że agenci Wielkiej Polski chcieli się tylko posługiwać Mazurami, nie troszcząc się wcale o ich dobro”. Innym dowodem na przedmiotowe traktowanie Mazurów miało być postępowanie władz polskich wobec nich na Ziemi Działdowskiej (przyłączonej do Polski bez plebiscytu).

Obitz kończy swój wywód stwierdzeniem, że na ziemi mazurskiej to Mazur jest gospodarzem. A dalej uzupełnia:

„Wiemy, że nie zwyciężymy bez ciężkiej walki.
Wiemy, że lud nasz, który przetrwał tyle wieków, zginąć nie może.
Wiemy, że sprawa nasza jest sprawiedliwa, dlatego stoimy twardo na naszym stanowisku.
Nie możemy inaczej.
Tak nam dopomóż Bóg!”

Artykuł ukazał się po raz pierwszy w mazurskim kwartalniku Céch, nr 1/2019 (2), którego całość można przeczytać TUTAJ.

Nôród przédników – Adamòwa Prostownica

Kòżdô òrganizacjô brëkùje liderów. Te, co bédëją jiną wizjã juwernotë jak ta prezeńtowónô przez mainstram, mët. Mie sã nierôz równak zdôwô, że më jesmë nôród przédników, dze kòżdi chce drëdżich prowadzëc. Mómë më równak chòc jednégò richtich prowadnika?

Nadreprezentacjô lëdzy, co chcą bëc z przódkù je nôtërnô w grëpie jindiwidualnosców. Sóm fakt wëbraniô taczi stegnë żëcô swiôdczi ò tim, że më nie chcemë pòsłëszno jic w rédze lëdzy, jaczim chtos rzekł, co mają robic. Jak sã mòże docygnąc – samima przédnikama më zómkù nie pòstawimë.

Bëcé człowiekã z wizją sã jednak nie równô bëcémù zarządcą ani niezanôléżnym jindiwidualëstą – bò taczé dwa zortë òsobòwòscë dominëją w naji aktiwisticzny pòpùlacji. Mòże bëc człowiekã, co mô swòje, a równoczasno je w sztãdze sparłãczëc swòjã wizjã z wizją całi grëpë i na zasadze rechùnkù zwësków i stratów scwierdzëc, że jak pòmòże grëpie, tej grëpa pòmòże jemù. I tu sã òkazywô, że przédnicë, co są pòtrzébny w zarażenim wizją i przëjãcym wizjów resztë, wcale nie robią tegò, co je nót.

Czim sã różni trenéra òd pada?
Jislandczików je mni wicy tëli co Kaszëbów. Stwòrzëlë reprezentacjã nożny balë, z jaką sã liczą swiatowé dôdżi jak Francëjô czë Angliô i nie zrobilë tegò dôwanim paszpòrtów brazylijsczim spòrtowcóm. Tam grają sami swòjińcowie. Jak to sã ùdało? Kòl nich trenérowie są dobiéróny czësto na òdwrót jak w Pòlsce. Nômłodszi adepcë dostôwają barżi doswiôdczonëch trenérów, a nié taczich, co na dzecach sã dopiérze ùczą. Nëch trenérów zadanim nie je stojanié przë linie i gôdanié “Eiður, wez biôj na lewò, dôj balã Ríkharðurowi, në, ùstawi sã za Ólafurã, òbrońcowie – dwa kroczi do przódkù i jeden w prawò!” Trenérowie nie grają we Fifã, le ùczą aùtonomiczné jednostczi wëzwëskiwaniô jich jindiwidualnégò pòtencjału i sparłãczeniégò jich wizjów w jednã wizjã. Jeżlë dôwómë pòlétë co genaù mô bëc zrobioné, tej to mdze zrobioné z òpóznienim i nié tak jak më chcemë. I kùńc kùńców rozmiejemë, że nôlepi to zrobic samémù. Kòżdi, chto ògarinôł jaczi projecht, wié, jak to je – wszëtcë nas pòpiérają, më mëslimë, że robòta je rozdzelonô, le przed kùńcowim terminã dlô swiãti zgòdë më robimë wszëtkò sami. Mòżemë narzékac, że lëdze nie są robòcy, mòże to nawet je prôwda, le samò narzékanié nie prowadzy do célu, tej szkòda na to czasu.

Temù mie straszno jiscy, jak stôri dzejarze stãkają, że młodim sã nie chce nick robic, le czej ju kògòs pòdskôconégò do robòtë to dô, tej òni mù dôwają stanicã pòtrzëmac, stołë na kònferencjã ùstawic i na zéńdzenié przińc. Baro dobrze, niech to robi! Tu nie jidze ò to, żebë dac mù czësto na wòlą, le cobë nen młodi człowiek zrozmiôł, że wszëtcë chcą téż jegò wizjã pòznac, jegò pòtencjał ùzdrzec i niech òn w jaczims sztóce zrozmieje, jak wiele òn je wôrt, czej sã richtich do robòtë przëkłôdô. Czej na mòc më mù szukómë jaczi zajmë, tej òn chùtkò scwierdzy, że bez niegò swiat sã nie zawali i so pùdze.

Rãczné sterowanié to je jistno problém firmów, dze przédnik chce znac kòżdą minutã spãdzoną w robòce, przez co zatrudniony czëje, że sã mù nie wierzi. Tak samò w òrganizacjach nie wierzimë nôleżnikóm, czej dërch przëbôcziwómë ò mejlach, datach i sã skarżimë na nieaktiwnosc lëdzy. Prôwda – je nót zwikszëc zaangażowanié zapisónëch do stowôrów, le to sã robi zaprezeńtowanim wizje, a nié przëbôczenim, że “të doch mùszisz”. Jô nie wiém, czë taczé mòtiwòwanié zgniłëch je ùtcëwé, le je skùteczné. Dëcht jak jislandzkô nożnô bala, dze dzeckò wié jak sã ùstawic nié temù, że trenéra kôzôł, le temù, że to dô nôwikszą szansã na dobëcé abò nômniészą na stracenié pùnktu.

Decentralizacjô célu
Prëskô armiô bëła baro scenatralizowónô. Dopiérze pòd kùńc I Swiatowi Wòjnë ùdało sã dac realno wikszé kómpetencje w dół, le bëło za pòzdze. Jeżlë przédnik nie dôwô aùtonomie mniészim jednostkóm, tej zwëczajno reakcjô na zmienné sytuacje je òpóznionô i ùdbë ùpôdają. Jeden człowiek nie je w sztãdze wszëtczégò dopilowac. A nôgòrzi, je czej òn na zôczątkù dôwô aùtonomiã, le pózni chòdzy, miészô i “naprowadzywô”. Môsz ju ùstaloné swòjã stegnã do célu, ale òn cebie naprowadzywô dze jindze, dze Të jes zgùbiony/ô, pózni wrôcôsz do swòji drodżi, le zarô jes z ni nawrócywónô/y. Kòmédia. Zôs je widzec, że lëdzy mô parłãczëc wizjô, a przédnik mùszi wierzëc wëkònywaczóm – jinaczi sã nie dô.

Sun Tzu (544-496 p.n.e.)

Chińskô mądrosc
Nôlepszi ùczbòwnik zarządzywaniô, jaczi jô móm przeczëtóné, to “Kùńszt wòjnë” Sun Tzu. Pòwstôł 500 lat przed Christusã, a jak sã wzérô jak dzysô fùnkcjonëją firmë czë stowôrë, tej le brac blifk i notérczi robic, bò chińsczi sztrateg tedë dôł nama òdpòwiescë na dzysészé tôkle.

W pierszim dzélu dokazu pòd titlã “Wstãpny òbtaksënk” czëtómë:

Tedë to mùszi rozmëslëc taczé hewò piãc czinników, òbtaksowac je przez przërównanié, cobë nalezc jich richtich nôtërã. Pierszi to je Tao, drëdżi to je Niebò, trzecy to je Zemia, czwiôrti to są generôlowie, a piąti to są regle òrganizacje i wòjskòwi discyplënë.

Tao robi to, że lud w całoscë pòpiérô pana. Òn z nim bądze ùmiérôł, z nim żił, nie wërzasnie sã jak przińdze niebezpiek.

Niebò òbjimô yin i yang, zëmno i cepło, a téż ògreńczenia zrzeszoné z cządama rokù.

Zemia òbjimô terenë daleczé a blësczé, drãdżé i prosté, rëmné i ògreńczoné, a téż zgùbné i taczé, co je ejnfach òbronic.

Generôlowie mają miec mądrosc, wiarëgódnosc, dobroc, dzyrskòsc i sërosc.

Regle òrganizacje i wòjskòwi discyplënë òbjimają regùlaminë i òrganizacjã armie, metodë przédnictwa i zaòpatrzenié.

Terô chcemë to na praktikã przełożëc. Tao i jidącé za nim pòpiarcé pana to nie je, jak bë sã wëdôwało, alegòriô pòsłësznoscë przédnikòwi. Sun Tzu ùczi wódców wòjska, a nié królów i césarzów, tej Tao mô robic to, że lud jidze razã z przédnikã w miono czegòs wëższégò jak nen przédnik. W najim przëtrôfkù nie jidze ò człowieka, le ò dejã. Tao mô prowadzëc do tegò, że më sã czëjemë zjednóny w pòspólny wòjnie ò naszã tatczëznã. Blós ta wizjô mòże naju ùtrzëmac w gòdzënach zwątpieniô, zagróżbë, pòczëcégò bezcwëkù.

Niebò to wszëtczé zmienné. Swiat sã zmieniwô linearno i cykliczno. Jedne mòdła przëchôdają pierszi rôz, jiné wrôcają. Zrozmienié tegò, w jaczim czasu w historie më jesmë, to je klucz do dobrëch decyzjów. Jak më nie wiémë, czim dzysô żëje swiat, jaczi jãzëk do niegò przemôwiô, tej më nigdë nie przemówimë tak, cobë swiat naju zrozmiôł. Më téż mùszimë bez paùzów òbzerac w jaką stronã jidą zmianë, co bądze rëszało lëdzy za rok, za 5 lat i sã na to rëchtowac.
Zemia to są niezmienné. Zrozmienié tegò, jaczi “teren” nama służi, a jaczi nié dôwô mòżlëwòtã swiądnégò manéwrowaniô, a nié rozbijaniô sã pòjedinczima ùdbama ò to, co zrobic bez wiédzë ò tim, na jaczim gruńce më to robimë.

Generôlowie – naji liderowie – mùszą bëc mądri, to znaczi pòdjimac decyzje na spòdlim wiédzë, analizë. Wiarëgódny – mie smiészi, jak przédnicë i derektorowie firmów gôdają jindiwidualno z robòtnikama i kòżdémù z nich gôdają co jinégò, a pózni wierzą, że ti robòtnicë midzë sobą nie ùstalą tegò, że kòżdi z nich dostôł jiné jinfòrmacje, co wzajemno so przékùją. Do tegò kòżdi dostôł jiną wizjã, temù dali nicht nie wié, w jaką stronã mô jic, je w sztãdze leno zrobic jeden krok tam, dze przédnik kôzôł, ale ni ma niżódny ùdbë na gwôsną jinicjatiwã. Bò nie je wiedzec, jaczi je cél. Jak dobroc sã parłãczi ze sëroscą? Parłãczëc je mòże kònsekwencjô. Më ni mòżemë dac sztrôfë kòmùs, chto nie wié, czemù jã dostôł, ani nôdgrodzëc tedë, czedë to nie zmòtiwùje do dalszi robòtë. Ni mòżemë téż stosowac tegò chaòticzno. Dzyrskòsc to je znanka, bez jaczi nic sã nie dô zrobic – jeżlë przédnik nie je dzyrsczi, tej nicht ni mô spòdlégò, żebë taczi bëc.

Na òstatk regle ògranizacje i discyplënë. To je rzecz, jakô mô sã lëchò w młodszich òrganizacjach, wiele lepi to wëzdrzi w strzodowiszczach, jaczé mają dłëgszą tradicjã. W dzélu to wëchôdô z naszich zanëkónëch, nieprzewidiwalnëch i elasticznëch czasów. Téatralné karno czë chùr, w jaczim je wicy emeritów, je nôłożen, że próba je w czwiôrtk na 6:00 wieczór, skłôdkã na wanogã trzeba zapłacëc do 15-égò, a na wëstãp je nót przińc nié pózni jak 20 minut przed zôczątkã. Młodé òrganizacje “jesz sã zgôdają”, “pózni to ùstalą”, “jakbë co to są na łączach”. Chcą bëc barżi elasticzné i to sã chwôli. To równak wprowôdzô niechãc do rituałów. Temù Kaszëbskô Jednota nie chce miec stanicë, bò nie jidze ò pòkazywanié sã na jimprezach, le dzejanié. Nie robi òpłôtkòwëch zéńdzeniów (swòją stegną dobrze, że nie robi tegò wedle cëzy tradicje, le nié ò to tuwò jidze), bò chce sã skùpic na kònkretach. Taczé pòtkania, rituałë, dzejanié wedle reglów jednakò zwiksziwô pòczëcé wzajemny òdpòwiedzalnoscë i to je szansa na zbùdowanié atmòsférë w jaczi kòżdi wié, co mô robic i wié, że drëdzë na niegò rechùją. Zaòpatrzenié to są mòżlëwòtë dzejaniô, pieńdze, czas, kómpetencje, karnôle jinfòrmacjów. Colemało më to rozmiejemë jakno ògreńczenié. “Róbmë to, na co nas stac, a nié wszëtkò narôz”. Dobrze je równak téz òdwrócëc mëszlenié i ùzdrzec, kùli pòtencjalu sã marnëje, bò më nie wëzwëskiwómë zaòpatrzeniô.

Wizjô czë kònkretë?
Fùnkcjonowanim projechtów czerëją ne dwie mòcë: wizjô i kònkret. Bez jednégò z tëch dwùch nick sã nie ùdô. Do tegò jeżlë jedno z nëch dwùch słabnie, to drëdżé téż znikô. Temù tak czãżkò je wskazac, czë w òrganizacji zafelało wizje czë kònkretu, bò lëchò je z òbùdwùma. Jô jem ti dbë, że nama barżi je nót ùprawic wizjã (Sun Tzu bë rzekł, że më brëkùjemë Tao), a tedë kònkretë przińdą. Më jesmë robòcy, ni ma dnia, czej nie mëszlimë ò tim, co jesz jidze zrobic, le wiele z tëch projechtów nigdë sã nawet nie zaczinô. To temù, że bez wizje jiny lëdze traktëją pòmòc w tim le jakno zmùdã, a w tim czasu mògą dorobic, bò mają wizjã spłaceniô chëczë, czë wizjã dzecka, co so bëlno w żëcym pòradzy, jak zapłacymë za priwatną szkòłã. Chcemë wëzdrzec na dwie òrganizacje: Kaszëbskò-Pòmòrsczé Zrzeszenié i Kaszëbską Jednotã. Ti pierszi mielë wizjã sparłãczeniô strzodowiszcza, wespółtwòrzeniô deje samòrządnoscë, kù reszce zmianów w ùstawie ò miészëznach. Dzysô to sã wëdôwô, że są zazdrzóny w subwencje (to je téż wôżné), le jô nie widzã, czemù òne mają służëc. Je kaszëbsczi w szkòłach, mô gò bëc wicy – le za czim? Jaczi òbrôz mô sã pòkazac za 5 i 10 lat? Kaszëbskô Jednota zacza dzejac pò arogancje ti pierszi òrganizacje wërażony w słowach, że jeżlë chtos chce miec jiną juwernotową òpcjã, tej niech so swòjã stowôrã założi. To bëła ale ùdba! Przed Nôrodnym Spisënkã sã pòjôwiô kònkret – grëpa lëdzy, co nie mëszli ò nôblëższi kadencje, le klôr gôdô, ò co jidze! Jesmë ju pò Spisënkù, a nawet przed pòsobnym i wëdôwô sã, że, chòc są wôrtné jinicjatiwë w ti òrganizacji, to czãżkò pòznac, co wedle KJ bë bëło òptimalné za 5 i za 10 lat. I ani jedny, ani drëdżi, ani nicht na swiece (chińskô armiô, ani francëskô kòrpòracjô) nie òprze kònkretnëch jinicjatiwów na niczim jinym jak na wizji.

Tao robi to, że lud w całoscë pòpiérô pana [wizjã – przëp. A.H.]. Òn z nim bądze ùmiérôł, z nim żił, nie wërzasnie sã jak przińdze niebezpiek.

Z wizją kòżdi na tim najim bòjiszczu sóm bądze wiedzôł, jak wdrożëc plan trenérë i nie mdze żdôł, jaż ten z łôwczi krziknie, w jaką stronã jic.

Stanowiszcze: przédnik, wëmôgania: ?
Kim tedë mają bëc, a kim ni mògą naji liderowie? Gwës do bëcô prowadnikã nie sygnie rozmiec pòlétów wëdawac. To kòżdi rozmieje, tej na to stanowiszcze më bë mòglë wëbierac tëch, co sã prosto do niczegò jinégò nie nadôwają. To mùszi bëc chtos chto rozmieje spòlëznowé zjawiszcza i jindiwidualné różnice – bądze rozmiôł wëzwëskac pòtencjał kòżdégò człowieka, a nié ùnifòrmizowac masë. Mùszi rozmiec stwòrzëc atmòsférã, w jaczi lëdzóm sã chce. Do te, òprócz wizje, je nót pòczëcô bezpiekù, sztabilnoscë, klarownëch reglów i niezmieniwaniô pòlétów w trakce jich wëkònywaniô. Mùszi téż wiedzec, czedë nie reagòwac. Jak trôwa rosce, tej wëcyganié ji kómbinérkama nie doprowadzy do tegò, że òna rëchli bądze wësokô. Kòżdi człowiek, kòżdô òrganizacyjnô jednostka mùszi miec aùtonomiã i sama jic do célu, chùtkò reagòwac i nie żdac za pòlétama ani nie zmieniwac richtungù le temù, że przédnikòwi sã co ùwidzało – tam ju je zrobionô wiôlgô robòta i zbùrzenié ji doprowadzy do tegò, że jednostczi sã zemszczą sabòtowanim robòtë przédnika i zrobią to chòcbë pòdswiądno. Ni mòże jima téż czësto dac na wòlą, le dozerac, cobë plan béł realizowóny.

Më ni mómë prosti sytuacje. W tim zbiérze jindiwidualnosców chtos, chto zarazy drëdżich swòją wizją, a równoczasno sparłãczi tak rozmajité wizje baro apartnëch lëdzy, mùszi zdrzec baro szërok, głãbòk i miec wiôlgą mòc. Generôlowie mają miec mądrosc, wiarëgódnosc, dobroc, dzyrskòsc i sërosc.

Żądam logiki! 5 nielogicznych twierdzeń o Kaszubach – Adamòwa Prostownica

W powszechnej dyskusji o kaszubskiej sprawie brakuje logiki, trzymania się faktów, wszystko opiera się na stereotypach, emocjach i wpisywaniu się w jakąś ideologię. Niby to zwykłe, luźne rozmowy o statusie języka czy sposobach na jego rozwój, a jednak w takim opisywaniu rzeczywistości kryje się ogromne zagrożenie. W artykule przytoczę nielogiczne twierdzenia, które rozpowszechniane mogą być dla naszej sprawy szkodliwe.

1. Musimy być Polakami, bo tam gdzie były Niemcy, tam Kaszubów już nie ma.

Drugiej części zdania trudno odmówić słuszności. Istotnie większość terenów historycznych Kaszub uległa germanizacji. Stąd ludzie podkreślają jak ważne było przyłączenie Kaszub do Polski i że dzisiaj bycie Kaszubą oznacza z automatu bycie Polakiem. Każdy ma prawo do takiego twierdzenia, ale przypisywanie temu roli muru, który ma nas obronić przed zniszczeniem kultury, to kompletna aberracja. Dzisiaj zagrożeniem dla kultury kaszubskiej jest kultura polska. Wiele osób obraża się na to twierdzenie, ale to problem ich braku kontaktu z rzeczywistością. Mam niemal dwudziestkę kuzynostwa. Spośród nich ja jeden mówię po kaszubsku. Jak myślicie, ilu z nich mówi po niemiecku, ilu po polsku? Otóż to! Dla wszystkich oprócz mnie językiem numer jeden jest polszczyzna! Po co w takim razie rozprzestrzeniać takie nielogiczne twierdzenia o zagrożeniu i konieczności podkreślania polskości? Jeżeli chcecie mówić o polskości Kaszub, róbcie to, ale proszę – nie gwałćcie logiki mówieniem, że to jest nadzieja dla naszej kultury, bo zwyczajnie tak nie jest. Po prostu.

2. Zwolennicy narodu kaszubskiego chcą autonomii, czyli oderwania od Polski.

Powiązywanie różnych faktów ze sobą jest naturalne dla naszego umysłu – pozwala porządkować rzeczywistość wokół nas tak, abyśmy ją lepiej rozumieli. Niekiedy jednak łączymy ze sobą rzeczy, które po prostu się nie łączą i wychodzi mieszanka wybuchowa. Ludzie, którzy nie widzą różnicy między odrębnością etniczną i narodową a dążeniami do zmian granic, robią ogromną krzywdę logice i mogą prowadzić do realnych problemów. A robią to nawet dziennikarze. Dążenia narodowe to jedno. Dążenia autonomiczne to drugie. Separatyzm to trzecie. W pierwszym wypadku chodzi o to, że dany lud mający własne dziedzictwo i poczucie wspólnoty idzie do odpowiednich legislacyjnych podmiotów i mówi, że uzasadnionym jest traktować go jako osobny byt. Autonomia to inny sposób organizacji państwa – przekazanie części kompetencji z centrum do lokalnego ośrodka władzy. Istnieją tereny autonomiczne niezamieszkane przez odrębny naród, podobnie jak istnieją narody nie mające statusu autonomii. Autonomia może być w interesie państwa, jeśli dzięki takiej organizacji władzy lepiej funkcjonuje gospodarka czy inne dziedziny życia. Nie ma to zatem nic wspólnego z chęcią oderwania się od państwa. Co wynika z takiego mylenia pojęć? To, że odmawia się praw danej grupie, oskarżając ją o coś, czego owa grupa nie robi i do czego nie dąży. Możemy zatem dążyć do czegoś, co jest w interesie wszystkich, a jednocześnie być krytykowani przez tych, których te zmiany na lepsze też obejmą.

3. Kaszubski to taka mieszanka polskiego i niemieckiego.

Na świecie funkcjonują języki , które wynikają z połączenia dwóch języków występujących na jednym terytorium. Kaszubski się do nich nie zalicza. Odrębności językowe wynikają nie z tego, że w pewnym momencie język polski na tym terenie zaczął się przekształcać, tylko z tego, że nigdy nie doszło do unifikacji kaszubskiego z językiem polskim. Germanizmy w kaszubskim występują tak samo jak w wielu językach, także w polskim. Niektórzy mówią, że znając kaszubski można się dogadać z Niemcem. To nieprawda – zbyt duża jest różnica między tymi językami. Po co w takim razie ludzie to powtarzają? Niby jest to zupełnie niegroźne twierdzenie, jednakże podważa status języka kaszubskiego i nasze dziedzictwo sprowadza do nakładania się na siebie obcych kultur.

4. Ta tożsamość jest tworzona na siłę.

Zgadzam się z tym zdaniem i mówię to zupełnie szczerze. Nie ma jednak mojej zgody na nielogiczne traktowanie tego jako argumentu przeciwko działalności na tym polu. Przecież wszystko, co wartościowe, jest robione “na siłę”. Wielkie dzieła, które wnoszą coś nowego, dążenie do zmian, twórcze przetwarzanie i odpowiadanie na zmiany na świecie – to wszystko wymaga wysiłku, działania na przekór. Nie inaczej jest z kaszubską kulturą. Wszystko kiedyś zostało stworzone i jeżeli chcemy być wierni wartościom naszych ojców, to tak jak oni – powinniśmy tworzyć nowe rzeczy, a nie bezmyślnie powielać to, co już było. Podobnie z naszą tożsamością – możemy poprzestać na tym, że kaszubska tożsamość kończy się na deklaracjach i dla samych jej nośników – czyli ludzi – nigdy nie jest punktem odniesienia do czegokolwiek. Mam tu na myśli to, że wychowanie dzieci, decyzje polityczne czy gospodarcze podejmowane przez danego człowieka nie wynikają z tego, że jest Kaszubą, bo w sytuacjach wymagających decyzji to przestaje być dla niego ważne. Możemy uznać, że tacy jesteśmy i dać sobie spokój albo “na siłę” przekonywać, że można inaczej. Logicznym jest, że wybieramy drugą opcję i nie musimy się z tego nikomu tłumaczyć.

5. Kiedyś nie było tych nazw na tablicach, mszy itd.

Tak, podobnie jak nie było szkół, szpitali, internetu. I co?
Kiedyś usłyszałem ten “argument” przeciwko stawianiu dwujęzycznych tablic w Luzinie. W takiej Fryzji czy Walii oni mają tradycje stawiania tablic, a u nas nie. Ciekawe, czy kiedy tam stawiali pierwsze takie tablice, też słyszeli podobne argumenty?

Możemy oczywiście machnąć ręką i przejść obojętnie wobec braku logiki w tych często powtarzanych zdaniach. Są one jednak ważnym symptomem, którego warto nie przeoczyć. Otóż mówienie o sprawie kaszubskiej w sposób nielogiczny, pustymi frazesami, pokazuje, jak mało ważna jest ta sprawa. Są sprawy, w których ostrożnie dobieramy słowa, tak aby one opisywały prawdę. Są takie sprawy, co do których nie musimy się zastanawiać, bo jak palniemy coś, co jest nieprawdą, to nikomu się krzywda nie stanie. Zatem rozmawiając o lokacie z pracownikiem banku, musimy słuchać uważnie i precyzyjnie się wyrażać, bo chodzi o nasze oszczędności. Kiedy rozmawiamy luźno z kolegą o serialu, w którym scena odgrywała się w kościele i pomylimy słowa “konfesjonał” z “tabernakulum”, nic złego się nie wydarzy. I właśnie w powtarzaniu głupot, których obalenie nie jest żadnym wysiłkiem, widzimy, jaki jest stosunek do kaszubskiej sprawy uczestników takich rozmów.

Kaszëbsczé mòdło wielekùlturowòscë – Adamòwa Prostownica

Ten tekst miôł pòwstac “jednym razã”. Szok slédnégò tidzenia tikô sã równak człowieka, co baro je z ną témą sparłãczony. Jô ni móm słowów na wërażenié żôlu, gòrzu czë niedowierzaniô pò smiercë Paùla Adamòwicza. Tak jô chcã chòc w Prostownicë napisac ò tim, co òn gwës bëlno rozmiôł.

Wielekùlturowòsc to je zjawiszcze wpisóné w nasz nôród òd zôczątkù. Chtos rzecze “Pòlôszë téż mielë wiedno państwò bez stosów, òdemkłé na drëdżich”. Kòl naju równak ta tradicjô je starszô. Ji symbòlã nie są Tatarowie pòd Grunwaldã, le Wikingòwie w Jomsbòrgù i wiele jinëch we wiele drëdżich placach.

W hańdlowëch òstrzódkach na zemiach najëch słowiańsczich òjców biwelë téż Grekòwie (nie jidze tu ò Sokratesowëch domôcëch, le tak chrónikarzowie rusczé plemiona nazéwelë) i Miemcë, gwës to dało téż Franków, Prësów a drëdżé plemiona Bôłtów. Pòłożenié kòl mòrza, krótkò greńców jinëch kùlturów, nie dało nama szansów na jiną sytuacjã. Òd czasu hańdlowaniô, biôtkòwaniô i rézowaniô wëcmanim z jinyma przed chrztama Pòmòrzanów aż do dzysô nie bëło sytuacje, czej më żëlë w mònoetnicznym rëmie. Më téż ekònomiczno na tim zwëskiwelë. Nie dô sã równak gadac ò samëch pòzytiwach. Jãzëkòwò më mómë straconé wikszi dzél swòjëch terenów. Czim na wielekùlturowòsc sã jinaczi òd wielekùlturowòscë Nôwidniészi RP i czim òd dzysészégò mùlti-kùlti?

Kòl naju niezanôléżno òd tegò, czë to bëła partnérskô czë herarchicznô zrzesz, wiedno òna mia gòspòdarczé spòdlé. Chtos robił lepszi sprzãt, tej sã gò kùpiało, chtos béł lepszim robòtnikã, tej béł ùjednywóny do robòtë, chtos rézowôł, le brëkòwôł bôta i chto jiny mùszôł gò zrobic. Takô zrzesz je stałô – jesmë zmùszony żëc z drëdżima kùlturama krótkò se. W ùproszczenim – w pamiãcë Pòlôchów fùnkcjonëją jiné nôrodë, le dzysészi człowiek z najégò kréwnégò nôrodu nie wëòbrôżô so, żebë òn miôł miec sąsadów, co sã jinaczi jak òn deklarëją. Tatar je drëchã, jak pòspólno z nim wënëkiwô sã Miemców. Jak hùsariô je wspiartô przez jaczé òddzéle, cobë agresorowi dowalëc, tej to znaczi, że sã mô drëcha i do kùńca wòjnë je na kògò liczëc i z kim sã napic. Jô pòdsztrichiwóm – to je wiôldżé ùproszczenié. Timczasã dzysészô pòlitika mùltikùlturalizmù sã òpiérô pò jednémù na celebrowanim apartnosców, pò drëdżémù na robienim wszëtczégò, cobë drëdżi stronë nie òbrazëc. Stądka më mómë ten strach przed stôwianim danów na gardowëch placach, eliminacjã religijnëch elemeńtów ëtd. Timczasã w mòjim przekònanim nôlepszé je to kaszëbsczé mòdło wielekùlturowégò żëcô – kòżdi je apart, związóny zrzeszą geszeftów i nicht nikòmù nick nie narzucywô. Jô zarô pòdsztrichiwóm (ju trzecy rôz), że te òbrazë są ùproszczenim, le taczim, co fùnkcjonëje w najim mëszlenim ò historii i dôwô szansã nalézeniô òptimalnégò mòdła dzejaniô.

Z taczi perspektiwë jô mògã miec wątplëwòtë co do bezpiekù wpùszczaniô do kraju migrańtów, le nié za baro mògã to kritikòwac wespół z Pòlôchã, chtërnégò òjcowie téż migrowelë na naje zemie i dzysô më gôdómë w jich jãzëkù, mómë przëjãté jich kùlturã, wrazlëwòsc i mentalnosc. A wiele młodëch Kaszëbów tak robi…

Jak no “kaszëbsczé mòdło wielekùlturowòscë” wëzdrzi w nowszi historii? W jednym z wëwiadów sp. prof. Gerat Labùda pòwiôdôł, że Miemcë i Kaszëbi żëlë w ùbëtkù i zgòdze do czasu aż Hitler przëszedł. Jak baro to je jiny òbrôz jak nen pòeticczi ò krëwawëch wòjnach, co më wieczi całé z nima wiedlë! Na najëch terenach to dało téż Pòlôchów i Żëdów. Përznã rëchli tu sã pòjôwilë lëdze z Néderlandów, Szkòtowie ë drëdzë. I më nie żëlë w jaczim miodnym swiece bez niezgarë czë distansu. Czãżkò to so wëòbrazëc w naszi niedowiérzający, zamkłi nôtërze. Tu równak nie jidze ò trzimanié sã za rãce i spiéwanié wiesołëch piesniów ò tolerancji. Tu jidze ò pòspólnotã geszeftów i spòdlëczné ùwôżanié dlô drëdżégò człowieka. To wszëtkò, plus nie bëcé szudrą, sygnie, cobë to nie dało etnicznëch tôklów.

Zgódno z tim mëszlenim më bë ni mielë ògreńcziwac Bòsym Antkóm prawów do przëjéżdżaniô, to je mést klôr. Më równak ni mòżemë ùdawac, że ùsmióny deweloperowie i bôjkòwò brzëmiącé miona nowëch fërtlów rozrôstającégò sã na pòstãpné kaszëbsczé môle Trzëgardu jak téż nowi przëbëczowie cygnący z wiôldżégò miasta do òkólnëch miast i wsów, to nie je zagróżba dlô naji kùlturë. Faktë są taczé, że niejedny lëdze ni mają ùwôżaniô dlô gòspòdarzów. Chto òdpòwiôdô za niedopùszczenié miona “Gòwino” w gminie Wejrowò? Chto pisze w jinternece ò “kaszubskich wsiokach”?

Jô nie chcã dołącziwac do chùru lëdzy, co całé żëcé sã tragiczno ùmarłim nie jinteresowelë, a terô stôwają jakno jegò nôwikszi przëstojnicë, co chcą sami na swój krzebt jegò testameńt brac. Trzeba równak przëznac, że Paùel Adamòwicz miôł cos wicy jak kadencyjną kalkùlacjã. Jegò bronienié stolëcznoscë Gduńska, etnofilologie czë wszelejaczé gestë drëszbë czãżkò je wëklarowac z pòzdrzatkù ùsmiéchaniô sã do elektoratu. Przecãtny gduńszczanowie (téż Kaszëbi) w nôlepszim przëtrôfkù mają w te sprawë namkłé, w gòrszim – są procëm. Za tima gestama mùsza stac wizjô Gduńska i rëmù wkół niegò, dze przedstôwcowie rozmajitëch kùlturów sã czëją dobrze. I to je cos wicy jak jinfantilné mùlti-kùlti. Ta wizjô je pòtrzébnô, bò bez wizje, z biôtką le ò jesz jednã kadencjã, le ò jesz jednã akcjã, jeden projecht – më sã flot zmarachùjemë.

Drëgą radą niech mdą słowa, co są pòznaką Gduńska, a terô w tragicznëch leżnoscach są przëbôcziwóné: nec temere, nec timide – bez dërnoscë, le téż bez ùrzasu. Më ni mómë mòżlëwòtów bezpòstrzédny kònfrontacje z kùlturą, co nama zagrôżô (nôbarżi temù, że skòlonyzowóny Kaszëbi żëcé dadzą w ji òbronie), le téż ni mòżemë sã ji dawac. Më mùszimë cwiardo rzeknąc, że më jesmë gòspòdarze, że më jesmë na swòjim i że òdrzucywanié naji kùlturë i wòjna z nią (jak w Gòwinie) to je krok, jaczégò kòżdi mdze żałowôł.

Nasza kùltura mùszi bëc mòcniészô determinacją ji ùczãstników. Znaczenim naszińców w sztrukturach wëszëznów. Wiédzą naszińców ze wszëtczich spòlëznowëch klasów. To wëmôgô wiôldżi wizje i kònsekwentnégò ji realizowaniô. Jeżlë to brzątwienié bë sã zjiscëło, tej strach ò najôzd Antków bë zniknął. To bë bëlë prosto sąsadze, z jaczima më geszeftë robimë.

To wszystko dla pieniędzy? – Adamòwa Prostownica

Są tacy, co na kaszubszczyźnie potrafią zarobić. Nie jest zatem tak, że wśród nas wielu robi to wyłącznie dla pieniędzy? Czy to dobrze bogacić się na tak szlachetnej idei walki o tożsmość?

Do poruszenia tego tematu skłoniły mnie słowa dezaprobaty internautki, która dowiedziała się, że za kurs językowy trzeba płacić. Jak to – pisała – na dawniej tępiony język zapanowała teraz moda i robione jest to po to, by na tym zarabiać? Ten temat siedzi nam w głowie i warto, abyśmy się mu głębiej przyjrzeli.

Na języku i kulturze kaszubskiej można się dorobić w różny sposób. Miejsca pracy w turystyce, czy gastronomii także można pod to podciągnąć. Przede wszystkim jednak mowa tu o nauczycielach, twórcach i sprzedawcach odzieży i innych gadżetów, artystach estradowych, stanowiskach w instytucjach kulturalnych i naukowych, uczonych i wielu innych. Podczas zapowiedzi obniżek subwencji oświatowej dla uczniów poznających “język regionalny” tu i ówdzie dało się słyszeć głosy: “a niech w ogóle zabiorą te pieniądze, przynajmniej będziemy wiedzieli, kto z nas to robi szczerze, a kto tylko dlatego, że jest koniunktura”. Należy się z takim głosem zgodzić?

Po pierwsze, zapomnijmy o linii podziału – ci, którzy pracują na rzecz narodowej kultury dla pieniędzy, kontra ci, co robią to nieodpłatnie. Ta linia nie jest nam w niczym potrzebna. Należy raczej oddzielić tych, dla których kaszubszczyzna jest życiem od tych, którzy po pracy muszą od niej odpocząć. W tej drugiej grupie należy umieścić wszystkich tych, którzy po wyłączeniu mikrofonu czy zakończeniu prezentacji przerzucają się na język polski, podobnie jak Indianie zrzucający pióropusz po pracy w jakimś parku. W pierwszej grupie – tych, którzy Kaszubami są szczerze i podejmują w związku z tym pewną aktywność, znajdziemy zarówno takich, którzy zarabiają w inny sposób, a swoje ideowe sprawy realizują w innym czasie, jak i tych, którzy w godzinach pracy robią to, co jest naturalnym efektem przyjętej postawy życiowej. Każdy człowiek chce mieć pracę, którą kocha i uznaje za słuszną. Dziwne jest, że nie krytykuje się osób, które np. uznają za słuszne ratowanie życia i pracują zarobkowo na pogotowiu, ale już osoby, które uznają za słuszne ratowanie życia języka nie mają prawa na tym zarabiać. Zarobkowanie na kaszubszczyźnie ma też bardzo wymierny plus – wykonujemy pracę w czasie dużej wydajności umysłu i organizmu, a nie po godzinach, kiedy jesteśmy zmęczeni i rozpraszani codziennymi obowiązkami.

Zarobkowanie na kaszubszczyźnie niesie jednak ze sobą pewne zagrożenia, pułapki, w które w natłoku różnych spraw możemy wpaść. Wiemy, że aby nasz naród był dumny i miał środowisko sprzyjające rozwojowi, nasza kultura musi także się zmieniać. Nie może odpowiadać najniższym gustom, a przede wszystkim opierać się na stereotypach. Mimo to, takiej właśnie kultury chce masowy odbiorca skłonny zapłacić bądź będący odbiorcą reklam, które dają finansowy zysk. Do czasów Rewolucji Francuskiej kultura była elitarna. Potem jej egalitaryzm stanowił zalążek kultury masowej, w której nie chodzi o stworzenie czegoś nowego, ale czegoś strawnego dla wszystkich i nie wymagającego zmiany nastawienia. Dlatego hollywoodzkie produkcje muszą mieć pewien zestaw stałych elementów i kilkadziesiąt procent oglądanego filmu to wykorzystanie znanych nam motywów. Do tego nawet scenariusz filmów dla dorosłych musi być zrozumiały dla czternastolatka. Dlatego też, przywołując film, nie lubimy piosenek, których jeszcze nie słyszeliśmy. W tę pułapkę wpadł cały świat, jednak ci, co szukają, są w stanie wygrzebać perły w tym wielkim śmietniku kiczu. A my, w kaszubskiej kulturze? Bardzo często sami popadamy w autocenzurę likwidującą to co wartościowe i wymagające. “Kto ci przyjdzie na taki teatr?”, “to za trudne do czytania” – słyszymy, próbując wdrożyć odważne projekty. Jedziemy więc stereotypami. Pomimo, że połowa Kaszubów, których znamy, mieszka w mieście, w kulturze nadal króluje sielskie życie niewykształconych rolników. Walczymy o młodych, pokazując im jednocześnie zabawne dialogi dziadka z wnuczką, w której ta druga ma problem ze zrozumieniem dziadka, bo przecież mówi po polsku. Pomimo że kształcimy się jak każdy inny i już dawno nie ma dla nas barier klasowych, rozmowę szefa z pracownikiem, uczonego z niewykształconym, lekarza z pacjentem, księdza z parafianinem pokażemy tak, że ten pierwszy mówi po polsku. Właśnie to ludzie kupią, więc po co robić inaczej?

Kolejną pułapką jest to, że odbiorca kultury, który musi za nią płacić, może poczuć się urażony, tak jak pani, której przeszkadza konieczność płacenia za kurs. Musi jednak pamiętać, że ci ludzie zamiast wygodnej pracy w urzędzie czy wejścia na drabinę rozwoju w korporacji wybrali samodzielny trud organizowania dobrych kursów nastawionych nie na dzielenie się ciekawostkami, ale realne zwiększanie liczby użytkowników naszego języka. Mogli w tym czasie zarabiać na przykład na sprzedaży choinek, a po całym dniu na szybkiego ogarnąć program kursu, jednocześnie opiekując się dziećmi i gotując obiad. Tylko czy o tak przygotowane szkolenie nam chodzi? Konieczność płacenia za kaszubszczyznę daje nam jednak dwa plusy. Po pierwsze psychologiczne zobowiązanie kupującego do wykorzystania tego w pełni. Wręczoną nam za darmo gazetę łatwo wyrzucić bez przeczytania choćby jednego artykułu. Czy zrobimy to samo z prasą, na którą wyłożyliśmy choćby kilka złotych? Drugą zaletą konieczności płacenia za kulturę jest możliwość zmierzenia zapotrzebowania. Gdybym występował za darmo, wiedziałbym, że jacyś mili ludzie zaprosili mnie być może z grzeczności. Kiedy decydują się zapłacić, wiem, że jest wśród nich zapotrzebowanie na kaszubską kulturę i wierzcie mi – to bardzo pomaga nie ze względu na zarobek, ale na świadomość, że są ludzie, którym zależy.

Aby najlepiej zrozumieć rolę pieniądza w procesie odrodzenia narodowego, trzeba przestać patrzeć na niego jako na cel (to samo dotyczy życia w ogóle). Mamy zatem cel – budowanie solidarnego, dumnego narodu zanurzonego we własnym dziedzictwie i chcącego wspólnie budować swą przyszłość. Wszystko inne to narzędzia. Oczywiście pieniądze też mogą nim być (inwestycje, opłacanie pracowników). Jest nim także nasz czas. Pracując dla kaszubszczyzny zarobkowo, zyskujemy około 8 godzin dziennie jako narzędzie do realizacji celu. Jak? Po prostu zamiast przebywać w innej pracy, spędzamy ten czas na pracy na rzecz narodu. To podejście jest dobre. Zwęszenie zysku w sprawie, z którą się nie utożsamiamy już nie, co nie znaczy, że takich cwaniaków nie możemy wykorzystać. Zawsze mnie bawią tacy “Indianie od 8:00 do 16:00”. Z ich perspektywy jesteśmy frajerami, bo nasza walka jest dla nich szansą na zdobycie pieniędzy. Tymczasem my kupujemy za niewielką kwotę to, że on robi kolejny krok w stronę realizacji naszego celu! Kto zatem jest większym frajerem?

O pieniądzach trzeba rozmawiać, choć tego nie lubimy. Trudno wyobrazić sobie bez nich ruch kaszubski. Zarobkowanie daje ogromne możliwości angażowania się w pełnym wymiarze. Dobrze by było nieco zwiększyć skalę – nie ograniczać się do możliwości wypłacenia sobie pensji, ale mieć kapitał, który będzie działał na naszą korzyść. Fundacja, sponsor czy inna przestrzeń dająca możliwości działania to coś bardzo potrzebnego. Na razie składki członkowskie różnych organizacji i granty muszą nam wystarczyć. Gdybyśmy jednak mieli możliwości finansowe działania na wielką skalę, na pewno łatwiej byłoby nam wdrażać wieloletnie projekty.

Nic jednak nie powstanie bez idei. To jest nadzieja nas, niewielkich graczy na tej arenie. Mamy coś więcej niż widoki na ewentualny zarobek – mamy wiarę w to, że działamy w słusznej sprawie, mamy determinację. W tym świecie gigantów, koncernów i polityków kształtujących masową tożsamość, mówiących nam kim jesteśmy, jak mamy się ubrać, w co wierzyć i czego się bać, trwamy na naszej drodze i dostrzegamy ilu ludzi, jak my, mówi “dość” narzucaniu przekonań, kreowaniu świata, w którym nadaje się nam narodowość, świętości i styl życia. Właśnie tym jest nasza kaszëbskô nôrodnô stegna.

Diable, jak przeklinać po kaszubsku?

Legenda głosi, że w języku kaszubskim nie ma przekleństw i wulgaryzmów, a na pewno nie tych „mocniejszych”. Może jakieś mariczné bùkse da się rzucić, może jakieś alana! zawołać, ale żeby tak porządnie sobie bluzgnąć, trzeba sięgnąć do polskiego arsenału słów niecenzuralnych. Tylko ktoś, kto słabo zna kaszubszczyznę, może wydawać podobne osądy. Ba, są miejsca na Kaszubach, które w opinii sąsiadów uchodzą za miejscowości przeklinające nałogowo. Tak np. przedrzeźniają klõtevnjikóv (przeklętników) z Wielkiej Wsi: Të diôble, jak jô ce gromã rznã, tak të sã zarôz czartã stónjesz. Zaś o Staniszewie pod Sianowem mówią, że kjéj v Stajszevje zacznõ diôblóv z lińcúchóv spùszczac (przeklinać) jednégò pò drëgjim, to sã jaż całé chëcze wugjibajõ. Wszak jakże miałby nie mieć przekleństw język, w którym pierwsze zapisane słowa z 1304 roku są wiązanką pewnego butnego mnicha z klasztoru w Bùkovje (Bukowo Morskie, pow. sławieński) pod adresem pomorskiego rycerza Vjĩcka, który niechybnie miał z klasztorem na pieńku? Mają więc Polacy wraz ze Ślązakami swoje słynne Day ut ia pobrusa, a ti poziwai (XIII wiek), a Kaszubi za to: Venzeke prawi curriwi sin de Solkowe, czyli na współczesny kaszubski: Vjickò, pravi kùrvi sin ze Sëlechòva (pol. Vjickò [imię], istny skurwysyn z Sulechowa). Czyż którykolwiek inny język zdołał piękniej wejść w historię?

Prasłowiańskie dziedzictwo i seks

Jak widzieliśmy powyżej, nie jest więc prasłowiańska *kury/kurva bynajmniej słowem jedynie polskim, lecz wiele starszym, wspólnym dla wielu Słowian: Bułgarów, Serbów, Chorwatów, Słoweńców, Rosjan, Białorusinów, Czechów, Polaków, Łużyczan, Kaszubów, zresztą już nawet w tekstach cerkiewnosłowiańskich występuje. Nawiasem mówiąc, nie zawsze ma wydźwięk jednoznacznie wulgarny, czasem znaczy po prostu tyle co „kurtyzana”, „kobieta lekkich obyczajów” albo jak się żartobliwie po kaszubsku mówi: pravjiczka wod wostatnégò razú. Tak było i u Kaszubów, świadczą o tym użycia derywatów tego słowa nawet w tekstach religijnych czytanych w kościołach. Tak w ewangelickich Perykopach Smołdzińskich z przełomu XVII i XVIII wieku czytamy: Posiádziel się lud do jedzeniá y picá á wstál do gránia. 8. Ani wdawaymi się wkurestwo jáko niktorzy od nich kurestwo broiili y pádlo iich jednego dniá trzy y dwadziesciá tysięcow. Owo kùrevstvò znaczy tu tyle co wszeteczeństwo, rozpusta. A do wspomnianego granjô jeszcze wrócimy. Kiedy jesteśmy już jednak przy kùrvje, warto nadmienić, że j. kaszubski nie próżnuje tu w tworzeniu licznych wyrazów pochodnych, mamy kùrvjiszcze i kùrvjiskò, tj. grubą bądź starą kurwę, kùrevkã czyli kurewkę; mężczyzna żyjący rozwiąźle, czyli cudzołożnik/rozpustnik/kurwiarz to kùrevnjik bądź kùrvôk, poza tym również psôrz (Ten psôrz lôtô za babami jak pjes za sëkami. – Sych); zhańbić kobietę, zbałamucić i sprowadzić na złą drogę to skùrvjic (Won mje skùrvjił córkã!), można również kùrvjic sã, czyli prowadzić rozwiązłe życie, jak też kùrvjic z, czyli utrzymywać z kimś stosunki daleko pozamałżeńskie (Dłúgjé lata won kùrvjił z cëgankõ.). Ponadto mamy tu przymiotniki kùrevni i kùrvi, tzn. „kurewski”, a kanadyjscy Kaszubi czując się źle, np. w wyniku kaca, mówią, że są skùrvjoni. Kùrva to również inaczej fùza.

Ogólnosłowiańskiego pochodzenia jest również pjizda, czyli polska, czeska, słowacka, serbochorwacka, słoweńska pizda (co ciekawe, pokrewne połabskie paizdă znaczyło tyle co „dupa”, w tym samym znaczeniu pizda występuje też w niektórych słoweńskich dialektach). Pjizda to również żartobliwe określenie na kierznię, a pjizdôk to „kutas”. Do wyrazów pochodnych należy też pjizdzëc czyli „dymać, ruchać się” i dalej: pòpjizdzëc „poruchać” i vëpjizdzëc „wyruchać”. Zachowała się następująca przyśpiewka słowińska, opisująca zaskakujące momenty dojrzewania płciowego:

Mòja matka, co to je, co to je?
Mòja pjizda mòkrô je, mòkrô je.
(LorST, 144)

Interesujące, że kaszubskie kontynuanty prasłowiańskiego *jebati nie mają jednoznacznie wulgarnego znaczenia. Jôbac i dojôbac to po prostu „psuć” i „zepsuć”.

Prasłowiańszczyzna zawiodła nas do słownictwa jednoznacznie związanego z seksem i genitaliami, rozgośćmy się więc tutaj i rozwińmy temat. „Uprawiać seks” to również grac albo mërgac (Ti sã nje vstidzõ, ti bë chòc na woczach lëdzkjich mërgalë. – Sych) jak też skãtrac sã, kãtrzëc (Wonji sã wuż skãtralë. – Sych), zaś zamërgnõc to „zapłodnić” (Tak dłúgò do se mërgalë, jaż won jã zamërgnõł. – Sych). To samo znaczy też sprac (Wona je sprónô.).

Oprócz pjizdôka męski narząd rodny to również: pënka, mërgas, rzéb, kùrc (Ten kùrc grô tak, co pùta je dicht mòkrô. Lor), natomiast żeński, oprócz pjizdë, to także: pùna, pùta, kjerzenka.

Niewybrednie o kobiecie, która mocno przebiera nogami na widok mężczyzn, mówi się, że chłopùje, tak jak o krowie, która chce do byka (do bùle), mówi się, że bùlëje, o świni knarzëje, a o suce: kùnëje. Może wtedy zamjatac dúpõ, czyli zbytnio kręcić tyłkiem, albo pòdszczvac rzëcõ, czyli prowokować do seksu, dosłownie „szczuć dupą”. Z drugiej strony kobieta nazbyt oziębła to zëmnoszka. Dla równowagi, mężczyzna przebierający nogami do kobiet becëje, co w podstawowym znaczeniu oznacza objawianie popędu przez psa. Może się z tym wiązać też zbytnie nadskakiwanie i schlebianie płci przeciwnej, czyli lôtanjé za kim jak pjes.

Najbardziej protestancki naród katolicki

Kaszubi, jak przystało na najbardziej protestancki naród katolicki, tradycyjnie przeklinają, nawiązując do diabła, piekła i grzechu – podobnie jak Duńczycy, Norwegowie czy Anglicy (por. duńskie til helvede, for fanden; norw. til helvete, satan, faen). Również i polskiemu nieobce są zwroty typu do diabła, niech to diabli wezmą, niech to piekło pochłonie itd., kaszubski jednak może pochwalić się tu wyjątkowym bogactwem zwrotów, począwszy od wykrzyknień jak: do stôréwo diôbla! Ala diable! Do pjekła wognjistégò! Njech to pjekło veznje! Ala pjekle! Ala pjeklëszcze jo! Do sto diachłóv! Do bjésa! Do bjésa jasnégò! po bardziej ukierunkowane na określoną osobę: żebës z pjekła nje vëlôz! Të diôbli gromje! Të pùrtkù spjekloni, të bjésú spjekloni („ty diable przeklęty!”)! Ta spjeklonô baba, ten pjekjelnjik

Sama czynność przeklinania, bluzgania częstokroć odnosi się właśnie do tej tematyki: sëpac diôbłami, spùszczac diôbłóv z lińcúchóv, diablëc, diachlëc, diôblovac, diôchłovac obok neutralnego klõc/klic (Won/wona/wono klënje/klnje albo klënje jaż drzevò schnje, o kimś, kto klnie jak szewc). Ktoś, kto nałogowo przeklina, to klõtevnjik/klõtevnjica. Wracając jednak do diabła, diabelni/diôbelni to tyle co „cholerny” (Mje szło diabelno lëchò. Mje sã tam diôbelno vjidzało.), a diablivò mówi się na Zaborach o nieurodziwej kobiecie (Co za straszné diablivò ta jegò kòbjéta.). Można też powiedzieć: na diachła/pò diachła të tam szed?, czyli „po cholerę tam lazłeś?”. Bardzo elastycznym przerywnikiem jest diable, czyli tyle co cholera (Diable, co tú je lós?!).

Cztery litery, czyli a kùsznji mje v rzëc!

Wielki arsenał wulgaryzmów dostarcza w j. kaszubskim tylna część ciała jak i wszystkie czynności, które się nią wykonuje, z kaszubskim klasykiem a kùsznji mje v rzëc („pocałuj mnie w dupę”) na czele. Rzëc to również inaczej dúpa, slôdk, trézel. Jak coś jest do dupy, to jest do pjarda, do sranjô albo to je v dúpã do schòvanjô. Pjôrd albo gòvno (nie mylić z góvno) to inaczej błahostka, rzecz nieistotna. Ktoś dúpòvati to nierozgarnięty, niedołężny (Won je za dúpòvati, żebë co spravjic. – Sych), inaczej to po prostu dúpk, zaś dúpjec to „niedołężnieć”, „stawać się otępiałym” (Won corôz barżé dúpjeje. Won je czësto zdúpjałi (…) – Sych). „Smarkacz”, „gnojek” to po kaszubsku srôl, srela, natomiast „konus” to dëpc, stąd też przymiotnik dëpcovi – niski wzrostem. Jedną z osobliwości kaszubskiego języka jest osobne słowo dëpcovac czyli „być małym i krzykliwym” (Wod zemji gò nji ma vjidzec, ale dëpcovac won pòtrafji, vszãdze gò je czëc. – Sych).

Z tym typem wulgaryzmów wiąże się cała gama soczystych zwrotów: nji ma sranjô pò gardinach mówi się, kiedy to już nie przelewki; nie dotrzymywać słowa to robjic z gãbë dúpã/rzëc, o pochlebcy i lizodupie mówi się, że ten bë jednemù v dúpã vlôz. Kiedy kogoś nie chcemy widzieć, możemu mu/jej powiedzieć anjé dúpõ sã na cebje nje przëzdrzã albo móm ce rôd jak vrzód v dúpje, kjéj jô cebje vjidzã, to mje sã na sranjé zbjérô bądź po prostu bjéj v dúpã lub bjéj sã v pòkrzëvë vësrac czyli „odwal się, spieprzaj”. Jak ktoś nie ma humoru, to pewnie vstôł dúpõ do górë, natomiast natrętnie proszącemu/proszącej o danie czegoś mówi się z dúpë sobje veznã a tobje dóm. Nie mają łatwo również łysi, o których mówią, że vëzdrzi jak dúpa v noci, nie oszczędza się nawet nieboszczyków, bo „kopnąć w kalendarz” to, mówiąc nieoględnie, zacësnõc dúpã albo vëpjõc përdã. Jak ktoś gãstoli, flabòce czyli „plecie, chrzani, pieprzy”, może usłyszeć: co mô wokò do dúpë?!, czyli mniej-więcej „co ma piernik do wiatraka?”. Jeśli czegoś się po prostu nie da zrobić, to nji srôł, nji worôł, tegò nje zrobjisz – ni tak, ni siak, choćby skały srały. O kimś, kto mówi cicho albo powoli, mówi się, że gôdô jakbë głodni srôł, o ciągle zrzędzącym vësrôł sã, a rzëce nje zamk, natomiast o przyjaciołach/przyjaciółkach przesadnie nierozłącznych: wonji sã vësrac bez sebje nji mògõ. O kimś nadto hardym powie się jemù jesz dúpa zbjednjeje, że won jesz cenkò bõdze srôł, zaś o zarozumiałym i pysznym ta sã chòc z góvna bùsznji, co wona vësrô. Dostaje się również najbliższym sąsiadom parafrazą słynnych słów Derdowskiego: Kaszubë njigdë nje przińdõ do zgùbë, a Kòcevjakji púdõ do psé srakji. Na koniec jeszcze parę inwektyw: wutrzëdëpskji to dupowłaz bądź niższy urzędnik, sługa, a zjôdgóvno (n) lub zjédzgóvno (m) to chciwiec, skąpiec (Temù zjôdgóvnú je żôl tegò, co won vësrô. Lëdze tegò chcivca napróżno nje zvjõ zjédzgóvnã, bò won bë chòc góvno zjôd spòd se. – Sych).

Rozmaitości

Nie zachowało się zbyt wiele typowych przekleństw/klątw/złych wróżb, takich jak notowane w Sierakowicach żebës béł na górze ji żebë na ce słúńce nje svjécëło. Można za to kogoś zrakòvac „zbesztać, zjechać, pocisnąć, zmieszać z błotem” i jic z kim jak z pòdzartõ jakõ, czyli mniej-więcej „nie pierdolić się w tańcu” na wiele innych sposobów poza tymi omówionymi powyżej. Poniżej jeszcze kilka przydatnych zwrotów:

zamknji flabã zamknij ryj
trzëméj pësk morda, przymknij się, siedź cicho, nikomu ani słowa
karúj sã spieprzaj
búten z tobõ wypieprzaj stąd
do szvernóta cholera
głúpi jak pãk słomë głupi jak but
do narë zrobjic zrobić z kogoś durnia, idiotę

A także parę inwektyw i epitetów:

dójas tuman, idiota
dolemón, dołemón tuman, idiota
drevni tępy, głupi
dúnas pijak a. niedołęga
flaba, pësk morda, ryj
klata (m) pies, nikczemnik, daw. żandarm pruski (dziś: policjant?)
lósbùksa, lósleder, lósbrat, lorbas chuligan, łobuz
mjelcoch grubas
njedoczënjélc ktoś ograniczony umysłowo
njedoczënjoni niedorobiony, ograniczony
strëch dziad, typ, facet
szmùra szmata
szôtornjik szmaciarz
szôtorovati dziadowski, tandetny, nędzny
szvernótni, przegrzészoni, przesnjiti cholerny, pieprzony, przeklęty
vszéla brudas, zawszawiony
wopëskòvóni pyskaty, kłótliwy

Ten wstęp do kaszubskich wulgaryzmów oczywiście nie wyczerpuje tematu, daje co najwyżej do ręki pewne narzędzia i zachęca do dalszej eksploracji. Tak téj jak jakji przesnjiti, drevni dójas cë rzeknje, co pò-kaszëbskú nje jidze richtich diablovac, to móżesz mù rzec, cobë sã… në, terô sóm/sama móżesz so pòcvjiczëc.

Skróty:

Sych – Sychta B., 1965, Słownik gwar kaszubskich na tle kultury ludowej
Lor Lorentz F., Hinze F., 1958, Pomoranisches Wörterbuch
LorST – Lorentz F., 1905, Slovinzische Texte

Lud bez jinicjatiwë – Adamòwa Prostownica

Nama rządzy prosti schemat dzejaniô: môsz ùdba, gôdôsz ò ni jinyma, razã decydëjeta, żebë to zrobic… a tedë sóm to wszëtkò robisz. Jistno z tim – môsz wrażenié, że jaczis lëdze mają Twój pòzdrzatk, le w pierszim lepszim sztóce sã dokònywôsz, że jich deklaracje ni mają cëskù na decyzje w żëcym. Më jesmë lud bez jinicjatiwë. Czemù?

Pò pierszémù z przënãceniô. Wiôldżi dzél historie më za wiele ni mielë do gôdaniô. Pò drëdżémù nasza kùltura, a tak richtich to co më z ni wëcygómë, to je jedno wiôldżé wëcopanié. Z tegò, jak më naszã spôdkòwiznã prezentëjemë, wëchôdô jedna wiôlgô zgòda na to, cobë nama rządzëlë cëzy, a më spòkójno żdelë za jich łaską. Wszëtkò je schòwóné w prostëch historiach, symbòlach, stôwianim akceńtów w zbiérach elemeńtów. Tu më jesmë zdominowóny przez bëlecajstwò nastawioné na letników.

Zaczniemë òd zôczątkù, to je òd załóżczégò mitu. Jaczi béł nasz legeńdarny zôczątk? Jakô legeńda sã z tim parłãczi? Pòwiôstka ò Bògù, co zabéł ò Kaszëbach jak twòrził swiat, i tej rozsëpôł z miecha to, co mù òstało i temù më mómë trój grzëpów, rzéków, lasów, jezór, mòrze i taczi snôżi je ten nasz krôj. Na rówiznie òdczuwaniô ti òpòwiednie przekôz je prosti. Tu nawet ni ma co mëszlec, jaczi më w ti legeńdze jesmë. Naju ni ma. To je jakôs masa, co dostała cos z bùtna. Nôlepszą nają znanką je to, że më mieszkómë we fejn placu, tej za baro sã ni mómë czim pòchwalëc. Czemù jakno załóżczi mit nie fąkcjonëje historiô biôtków Maszczi z Denama òpisónô w skandinawsczich zdrojach, abò Bôjka ò Żelôznym Wilkù Cenôwë? W òbùdwùch historiach mómë herojicznosc, pòstawã òbronë wôrtnotów, antropòmòrfizacjã zagróżbów. To pòzwòliwô ùkładac w głowie mëszlenié ò tatczëznie jakno ò czims, co wëmôgô akcje, a nié le klaskaniô na ji widok. W pierszim przëtrôfkù mómë pòstawã bòhatérë, jaczi, niechcącë stratów w lëdzach, chce przez jindiwidualné miónczi dobëc nad wikińsczim wrogã i tim samim zagwësnic swòjémù lëdowi mir. W drëdżim Żelôzny Wilk pòriwô dzecë, jaczé mają bëc przińdnotą, te dzãka pòmòcë czarzbë dobiwają wòlnotã, le Wilk całi czas dulczi. Ùdôwô mù sã zòchlëc dzeùsa, jaczi za nim jidze, le ji bracyna zabijô złégò bòhatérã. Sostra-zdrôdcka òpùszcziwô zemiã òjców, bracyna-bòhatéra je protoplastą nôrodu. Ale nié, lepi gãstolëc ò turisticznym pòtencjale dónym z niebiańsczégò miecha…

Ò legeńdach to mòże wiele gadac. Historie ò wieszczich i dëchach téż mają wiele herojicznëch wątków, dzyrsczich bòhatérów, co retają spòlëznã przed dzejanim złëch mòców. Sygnie pòszëkac.
Tôkel felënkù jinicjatiwë mómë téż w symbòlice. Dzéń Jednotë Kaszëbów je ùstanowiony na wdôr tegò, że chtos dzes ò naju napisôł. Nie napisôł, że më jaką pòbitwã dobëlë czë jaczi gôrd pòbùdowelë, le że chtos tam je najim władcą. Rozmiejeta Wa tã biérnosc? To dô wiele roczëznów, jaczé spòminają nasze dobëca na rozmajitëch pòlach, nasz rozwij, decyzje, jaczé pchałë do przódkù. Jak to je mòżlëwé, że më tim nie żëjemë?

Ùcékanié òd jinicjatiwë w naji kùlturze wcale nie robi z naszińców strachòbliwców, co sã wëcopiwają z kòżdi akcje. Prosto nie robimë akcjów na rzecz naszégò nôrodu. Rolã mòtora, co naju napãdzywô, przëjimô tedë jinô kùltura, dzysô pòlskô, i to w ji miono pòdjimómë dzejanié. Në i z żôlã jô widzã, że jeżlë më nie przewôrtnimë naszich elemeńtów kùlturë, tej mdzemë mielë to co mómë: dzejanié w miono pòlsczi kùlturë, a Kaszëbë w sërcu do tegò, żebë na nie pòwzerac na kòłowi wanodze. Jô równak wierzã, że sã w naju latos òdecknie Maszka i Krëk, że miast żdac na òbùdzenié wòjska, më sami do pòbitwë staniemë. Jakô to mdze pòbitwa? Chto je naszim wrogã, jaką mô taktikã, czegò tak richtich bronimë i co dobiwómë? Na te pitania òdpòwiôdô cykel Prostownica, jaczi je dali cygniony w 2019 rokù.