Budynek Gimnazjum

Wieśniacy potrzebni od zaraz? Zlikwidujmy gimnazja!

Ja Wam w końcu powiem, jak to jest z tymi gimnazjami. Nie będę przytaczał uczonych, statystyk, danych, które i tak w ostatecznym rozrachunku zlewają się w niezrozumiały bełkot. W końcu to ma być wyrób felietonopodobny, a nie artykuł naukowy. Przeczytajcie, proszę, historię mojego życia. Może to Wam da do myślenia na temat likwidacji gimnazjów.

Wychowałem się w niewielkiej wsi na Mazurach. Czas tu płynął wolniej, a rytm życia wyznaczała pobudka oznajmiana przez koguty i tutejszych pijaczków, dobijających się do sklepu po nową butelkę denaturatu. O komputerach przez pierwsze lata milenium mówiło się tak, jak nasi przodkowie rozmawiali o kłobukach. Ktoś widział, ktoś słyszał – nikt nie dotykał. Kłobuki widywano na bezdrożach, komputery widziano ponoć w mieście. Ba! Ci, którzy do miasta czasami jeździli, nieśmiało potwierdzali istnienie tych magicznych stworów. Można było bodaj dotknąć i nawet nie gryzły (kłobuk mógł capnąć). Mieszkały w norach zwanych kafejkami.

Pora wstać do szkoły. Zimowy, chłodny jak diabli poranek. Szybko trzeba się obmyć przy świecy, bo jak na złość, znów wichura, pozrywało linie elektryczne. Śniegu po pas, naprawią więc je gdzieś za 4 dni, może za tydzień. Tak bywało co najmniej kilka razy do roku.

Drepczę na przystanek. Przedzieram się przez śnieg. Po cichu mam nadzieję, że autobus dowożący nas do sąsiedniej wsi (tam była podstawówka), jednak nie dojedzie. No cholera, jak na złość dojechał. Co prawda na odcinku trzech kilometrów wypychaliśmy go z zaspy kilkakrotnie, ale jesteśmy. Ukochana szkółka.

Wtedy jeszcze szatni nie znano. Łaziliśmy wszyscy w buciorach, roznosząc błoto, ale nikomu to nie wadziło. Stary gumolit i tak lepiej wyglądał okraszony warstwą brudu. Gnieździliśmy się tu jak sardynki, klasy były mniejsze niż pokój przeciętnego nastolatka. Na długiej przerwie przychodziła woźna z dwudziestolitrową kaną po mleku. W środku ciepła, świeżo zaparzona herbatka. Kana była tak dostosowana, że herbatę można było lać z dorobionego kraniku. Do tego rozdawana bułka, z marmoladą i margaryną. Pamiętam ten smak do dziś, czasami mogłem jedną wziąć, mimo że byłem dzieckiem „bambra”, czyli po prostu rolnika. Ponoć byliśmy bogatsi od innych, więc ustawowo się nie należało.

Po herbatce zachciało się jednak siku. No nic. Wychodzę ze szkoły. Pięćdziesiąt metrów dalej, podążywszy wydłubaną w śniegu (dziękuję, panie „złota rączko”! Gdyby nie Pan, robilibyśmy w gacie-przyp. aut., lat 8) ścieżynką, mogliśmy ujrzeć ustępek. Ot, taka ceglana buda. Z jednej strony wejście dla chłopców, z drugiej dla dziewczynek. Nie było drzwi, po prostu wykute wejścia. W środku – jedno pomieszczenie robiące za pisuary. Oddajesz mocz na ściankę, z tej ścianki on sobie spływa rowkiem do szamba. Dalej dwa pomieszczonka z drewnianymi dechami z dziurą w środku – to dla sprawy numer dwa. Nie odważyłem się nigdy skorzystać.

Cywilizacja dotarła, gdy byłem w czwartej klasie. Do starej, wyremontowanej części dobudowano nową. Była szatnia – dlatego często zamykano szkołę na klucz, żeby nie łazić na przerwach na dwór i nie przynosić brudu. Do dziś nie wiem, jak się to miało do przepisów BHP, pewnie ktoś by za to beknął. Były łazienki (hura!). Były także pierwsze komputery, choć nauczycielka poza paintem nie ogarniała zbyt wiele, więc głównie graliśmy w węża, ewentualnie w „małysza”, którego zresztą osobiście przywklokłem do szkoły, podwędziwszy dyskietkę bratu. Gdy internet miał lepszy dzień, wchodziliśmy na czaty. Dla niektórych to była jedyna okazja, by skorzystać z komputera. Potem szło się na lekcję rosyjskiego. Sali gimnastycznej nie ma tam jednak do dziś, choć minęła ponad dekada. Dzieci ćwiczą w błocie, na śniegu, albo na korytarzu. A niektórzy nauczyciele zapisują na tablicach tematy lekcji z ortografami. Idyllicznie, spokojnie, byle jak.


To był największy sukces stworzenia gimnazjów. W końcu byliśmy pełnoprawnymi mieszkańcami tego kraju, którzy mieli warunki, by pokazać swoją wartość. Wyrwaliśmy się z kręgu biedy i ignorancji. Miałem farta, trafiłem na najlepszy dla polskiej wsi okres pod względem wyrównania szans. Takiego szczęścia nie będą miały inne Piotry z podobnej pipidówy. Nie pójdą do dobrego liceum, nie dostaną się na dobre studia, nie napiszą żadnego felietonu (nawet tak lichego, jak ten).


Pamiętam jak dziś stres związany z pójściem do gimnazjum. To było wielkie wydarzenie. Autobus zabrał nas do wsi, której większość z nas nie znała. Osiem kilometrów od domu, matko jedyno! Dla niektórych niczym wyprawa Magellana. A szkoła? Cóż to był za okaz! Prawdziwa sala gimnastyczna, która dla zahukanego dzieciaka z zadupia była niczym replika Camp Nou. A ile dzieci! Całe sto osiemdziesiąt sztuk, z miejscowości, o których słyszało się z bajań starszych (jeździli po wojnie na targ albo co…), albo widziało się na mapie. Nowy horyzont. Belfrzy bywali ostrzy, ale z reguły wiedzieli, o czym mówią. W końcu zrozumiałem, o co chodziło w tych zadaniach z niewiadomą, wcześniej rozwiązywałem je „na chłopski rozum”, matematyczka z podstawówki nie umiała wyjaśnić. Pokochałem języki obce, dzięki czemu dziś mam co do pyska włożyć. Owszem, w gimnazjum zdarzały się bójki, przemykały się też i używki. Ale to gimnazjum pozwoliło nam poczuć, że ci z miasta nie są od nas w niczym lepsi. Że dzięki ciężkiej pracy i pomocy nauczycieli może nie skończymy paprząc się w gnojówce, jak nasi przodkowie.

Nasz rocznik zdał testy gimnazjalne wyjątkowo dobrze. Wielu moich przyjaciół dostało się do porządnych (jak na tutejszą skalę) liceów, gdzie mogli dalej się rozwijać. Dziś są inżynierami, filologami, specami od IT, architektami. Może i daliby sobie radę bez tego okienka na świat, zwanego gimnazjum. Być może fartem zdaliby egzamin do liceum, choć szok byłby nie do uniknięcia. Pójść do miejskiego molocha z tysiącem uczniów po ośmiu latach wiejskiej szkółki rodem z XIX wieku… Niektórym i przed reformą się udawało. W klasach tutejszego ogólniaka zdarzali się dawniej „wieśniacy”. Za moich czasów jednak stanowiliśmy blisko połowę uczniowskiej braci. To był największy sukces stworzenia gimnazjów. W końcu byliśmy pełnoprawnymi mieszkańcami tego kraju, którzy mieli warunki, by pokazać swoją wartość. Wyrwaliśmy się z kręgu biedy i ignorancji. Miałem farta, trafiłem na najlepszy dla polskiej wsi okres pod względem wyrównania szans. Takiego szczęścia nie będą miały inne Piotry z podobnej pipidówy. Nie pójdą do dobrego liceum, nie dostaną się na dobre studia, nie napiszą żadnego felietonu (nawet tak lichego, jak ten).

Ucieszą się za to producenci wódki i dewocjonaliów. Bo takiego życia, tej wegetacji bez szans na awans, bez używek i/lub Boga znieść nie sposób.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

nine + 4 =