Pomorski język migowy

Dominika Florczak, Dariusz Kosztowny

Choć nie mówi się o tym głośno, na Pomorzu nie tylko Kaszubi mają własny język. Każdy z nas chce mówić pięknym, czystym językiem znanym z serwisów informacyjnych; każdy angielskim próbuje władać, jakby został wydany na świat przez samą Elżbietę II. Robimy tak – ale tylko oficjalnie. W domowym zaciszu, wśród przyjaciół, na terenie bezpiecznym pozwalamy naszym regionalizmom, slangom, gwarom i kolokwializmom szaleć do woli. Używanie naturalnego języka stało się nienaturalne całkiem niedawno.

Jedną z pierwszych rzeczy, jaką możesz usłyszeć w Szczecinie, jest zdanie „mówimy najczystszą polszczyzną w Polsce”. Zdanie to, powtarzane jak mantra, wypowiadane setki razy dziennie przez biznesmenów, motorniczych, radnych, fryzjerów, nauczycieli… zawiera w sobie najczystszy w Polsce smutek. Brak „nieczystości” oznacza brak przeszłości. Kaszubi od lat walczą o pewną niezależność, o uznanie walorów ich kultury płynących właśnie z odrębności kultury języka. Nie są oni jedyni na Pomorzu. Z podobnymi problemami muszą zmierzyć się głusi. To właśnie lokalny język migowy rozwija się na wspak tendencjom globalnej wioski.

Istnieje przekonanie, że język migowy to jednolity byt w rodzaju średniowiecznej łaciny opierający się na grze gestów. Nic bardziej mylnego. Język migowy posiada swoje odmiany narodowe, regionalne, miejskie, osiedlowe. Logicznym jest więc też to, że istnieje odmiana pomorska!

Podjęto próby stworzenia jednego, pełnego norm i zasad języka (system językowo-migowy). W uproszczeniu: miał on na celu ujednolicić i ułatwić kontakt między głuchymi a słyszącymi oraz pomiędzy regionami. Większość słyszących rozpoczynających przygodę z językiem migowym zaczyna właśnie od systemu. Głusi jednak szybko sprowadzają na radosną i swobodną ścieżkę języka naturalnego. Jaka jest ta droga? Mniej oczywista. Dzień dobry, do widzenia czy dziękuję wygląda w całym kraju tak samo. Problemy zaczynają się jednak dość szybko… Każdy region ma własne określenia. Język mówiony zna inne określenia niż migany i odwrotnie. Inaczej migają głusi wychowani w rodzinach słyszących, inaczej – w rodzinach niesłyszących. Inaczej starsi, inaczej młodsi. Jakby tego było mało, znaki (nazywane potocznie migami czy gestami) rodzą się same w trakcie rozmowy, a ich żywot może trwać kilka minut lub wejść do szerszego obiegu. Jeśli poruszymy problem lokalnych różnic z głuchymi, dość szybko usłyszymy narzekania na ten czy inny region. Dowiemy się też co nieco o… akcencie.

Te i inne problemy spotkaliśmy w trakcie pracy przy spektaklu o pomorskiej piękności, Sydonii von Borck pt. „Wilcze Piętno”. Sam pomysł dwujęzycznego spektaklu brzmi dość karkołomnie. Lecz jak pogodzić musical ze światem ciszy? Jak przetłumaczyć nieprzetłumaczalne? Jak stworzyć nowe słowo tak, by przez publiczność było od razu zrozumiane? Nie mamy instrukcji. Wiemy za to, że najważniejsze jest szukanie podobieństw i zakochanie się w różnicach. Dzięki tej obserwacji, czy raczej zderzeniu i starciu się tych dwóch różnych kultur, na nowo zrozumieliśmy i przemigaliśmy słowo renesans. Nie musimy też więcej literować imienia Sydonia – wystarczy, że pokażemy „wilk” i wszyscy rozumiemy, o kim mówimy. Na scenie oczywiście królowały pomorskie znaki. Inaczej nie mogliśmy.

Świat zna tysiące języków. O wielu z nich nie usłyszymy – znikną na rzecz bardziej oczywistych, popularnych, czystych. Nie ojczystych, nie naturalnych, w żaden sposób nam nie bliskich. Proponujemy iść za przykładem głuchych i… pozostać głuchym na wszelkie podłe próby wyrównywania języków.

Felieton pierwotnie ukazał się w numerze 3/2014 (3) SKRË – pismienia ò kùlturze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

4 × two =