pioter

Odrestaurować siebie

Nie wiem, ilu z młodego pokolenia doświadcza podobnych rozterek. Może kilkoro, może setki tysięcy. Młodzi Kaszubi, Ślązacy, wreszcie moi krajanie Mazurzy – też czujecie się cholernie niegodni? Też budzicie się nieraz oświetleni żywymi, mocnymi promieniami słońca i chcąc naszej gwieździe dorównać, zaczynacie dzień z równie mocnym i żywym postanowieniem „chcę być…”, „będę mówił po…”? I wreszcie… czy też na tym chciejstwie i będziectwie z reguły kończycie?

Matko jedyna, ile to razy rzucało mnie mentalnie od ściany do ściany, nim umysł wydał mi pozwolenie na bycie sobą. Ileż godzin odgrzebywałem ślady po starej mowie moich ziem, ile lokalnych słów używanych w mojej rodzinie musiałem spisać, ostatecznie – dokąd w genealogii musiałem się dogrzebać, by uciszyć wewnętrzny niepokój. Wszystko po to, bym w końcu stwierdził – „a jednak mogę być Mazurem”! Tak jakby był jakiś urząd, jakaś wyższa instancja wydająca w tej sprawie prawomocne wyroki.

To, czego się boję, to uzurpacja. Jako genetyczny kundel nie mam przypisanego miejsca na ziemi. Przynajmniej nie domyślnie, jak ktoś, kogo wszyscy pradziadowie wywodzą się z jednych stron. A u mnie wszystko – od Mazur po Małopolskę się w rodzinnej historii znalazło. Przez lata desperacko poszukiwałem punktu zaczepienia, przecież do diabła muszę być skądś! Ale odpowiedź była na długich wakacjach.

A przecież przez całe dzieciństwo nie znałem innej Polski niż ta mazurska. Nie jadłem innego chleba, niż tego z poddziałdowskiej mąki. Nie piłem innej wody, niż tej z głębin pod mazurską moreną. To tu nauczyłem się żyć, kochać, nienawidzić, płakać i śmiać. Jestem poturbowany na wskroś, tak jak poturbowane są Mazury i poturbowani są ludzie tu żyjący. Czy to nie jest wystarczający dowód, że jestem stąd?

I ta głupkowata obawa – co powiedzą ci „rychtycni”, ci „prawdziwi”? Przecież wiadomo – nie będę mówić tak dobrze, jak poprzednie pokolenia. Składnia nie ta, wymowa jakaś koślawa. Na pewno skrytykują, zniszczą, obśmieją, powiedzą „to nie tak się u nas gadało, idź załóż swoje walonki i wracaj tam, skąd cię przywieźli”. I mówili to, mniej lub bardziej dobitnie. A ja nie miałem pociągu, do którego mógłbym wsiąść.

Coś mnie pcha i pchało od zawsze w stronę mowy mazurskiej, mazurskiej obyczajności i mentalności. Może to te stare, poniemieckie cegły, może to ten zarośnięty cmentarz za wsią, a może ta moja kropla tutejszej krwi i pamięć genów. Przez lata czułem się jak kot Schroedingera. Nie chciałem otworzyć tego cholernego pudła i określić – żyw czy martwy. Mazur czy Niemazur. Pewnego dnia zrozumiałem, że nikt za mnie go nie otworzy. A już na pewno nikt nie ma prawa uśmiercać tego, kim się czuję.

Tak oto zacząłem restaurować. Ale nie Mazury, nie mazurskość. Te wszystkie połknięte książki, przewertowane słowniki, pieśni, opowiadania, legendy, kroniki. Wreszcie moja własna twórczość po mazursku. To nie jest restaurowanie regionu, a przynajmniej nie bezpośrednio. To przywracanie własnego ducha tam, gdzie tak naprawdę zawsze należał. To restaurowanie samego siebie.

Idźcie się restaurować. Już, dziś, teraz.

(Autor prowadzi profil Mazurskie słówko na dziś)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

5 × two =