Archiwa kategorii: Rozmòwa

Hansa wear – Zachë z mòrzégò (Rozmòwa)

Mëslita wa czasã ò tim, cobë òprzestac kùpiwac lëché kwalitetã òbleczenia, jaczé są flot skażoné? A jakbë do tegò òne miałë fejn malënczi, sparłãczoné z Pòmòrską, a zwësk miéwca pòdjimiznë dôwôłbë na barnienié nôtërnégò strzodowiszcza Bôłtu? Nié, to nie je bôjka! Tak cos òbiecywô Łukasz Chomyn, ùdbòdôwca Hansa wear – krómù z òbleczeniama jinspirowónyma Wiôldżim Mòrzã.


MTM: Moin! Jest to przywitanie, które znane jest ponoć we wszystkich krajach hanzeatyckich, znaczy tyle, co „cześć”. Odpowiada się na nie: „Moin, moin!”

ŁCh: To funkcjonuje do dnia dzisiejszego?

MTM: Funkcjonuje w wielu krajach i wielu językach, na przykład też w języku kaszubskim, co jest pozostałością dawnych związków z krajami i miastami Hanzy.

ŁCh: Powiem Ci, że mówisz mi rzecz nową. Mimo tego, że spędziłem sporo czasu w różnych krajach i miastach hanzeatyckich, to absolutnie nigdy się z tym nie spotkałem. Zawsze się człowiek czegoś nowego dowiaduje.

MTM: Hansa wear. Rzeczy z morza. A nazwa skąd?

ŁCh: Od jakiegoś czasu interesują mnie kraje bałtyckie. Gdy planuję wakacje to przedkładam wizytę na Bornholmie nad egzotyczne wycieczki, a do tego lubię Bałtyk i wiem, że potrzebuje naszej pomocy, bo jest jednym z najbardziej zanieczyszczonych akwenów na świecie. Chciałem więc połączyć moje zainteresowania, które spina hanzeatycka scheda, z produktem, który będzie miał bardziej wyśrubowany standard etyczny niż większość produktów odzieżowych.

MTM: Czy za projektem stoi jedna osoba, czy złożony zespół?

ŁCh: Projekt wymyśliłem rok temu w pojedynkę, ale mając do czynienia z projektem odzieżowym, który jest bardzo wielowymiarowy, potrzebny jest do tego cały zespół. Chciałem, aby był zrobiony poniekąd rzemieślniczo, co znaczy, że na przykład nie korzystamy ze zdjęć stockowych, tylko wybrałem się w październiku z zaprzyjaźnionym fotografem nad morze i porobiliśmy dwieście zdjęć, niedługo wybieramy się ponownie, aby zobaczyć morze wiosną. Pracuję też z designerami, z tłumaczami, z fotografami, z projektantami… Ta lista osób robi się już całkiem długa i na tę chwilę liczy około dziesięciu osób, wraz z ilustratorkami, które projektują rzeczy, które będą na naszych ciuchach.

Łukasz Chomyn, fot: MTM

MTM: A skąd u Ciebie zainteresowania morzem, a nie na przykład lasem?

ŁCh: Sam pochodzę z gór i mam wrażenie, że rzecz działa tak, że ilekroć pochodzisz z gór, to fascynuje cię morze i odwrotnie. Morze miało dla mnie zawsze w sobie jakiś romantyzm, surowość, coś przerażającego, było taką wodą, co do której nie masz żadnych szans w bezpośredniej konfrontacji. Ta estetyka morska, marynistyczna zawsze mnie interesowała – ilekroć miałem okazję to odwiedzałem muzea nadmorskie, bywam w Trójmieście przynajmniej raz na dwa miesiące, teraz wybieram się do Estonii na parę dni, żeby liznąć tego Bałtyku trochę z innej strony.

MTM: To kim jest Łukasz Chomyn – czym się zajmuje poza projektem? O czym marzy?

ŁCh: Zajmuję się reklamą, czyli takim zawodem, który sprzyja w pewnym momencie poszukiwaniu sensu, bo w dużej części twoich codziennych obowiązków niełatwo się sensu doszukać. Stąd pewnie ta potrzeba zrobienia projektu, który wyglądałby tak, jakbym chciał, żeby wyglądał i nie był podporządkowany, jak cały świat marketingu – wyłącznie multiplikacji zysków. Ostatnią z pobudek, jakie mną kierują w projekcie, jest pobudka zarobkowa. Mam to szczęście, że reklama pozwala mi zarabiać przyzwoicie, więc nie potrzebuję pieniędzy dodatkowych, bardziej czas jest u mnie rzeczą deficytową. Dlatego postanowiłem zrobić taki projekt, który będzie w stu procentach zgodny ze mną. Co do marzeń… Chciałbym, aby ludzie zaczęli bardziej bacznie myśleć w kategoriach podtrzymania Ziemi przy życiu, jeszcze przez parę lat… Poprzez zdrowe podejście do konsumpcji i odejście od założenia, że więcej to lepiej.

MTM: Na waszym facebook’u określacie swój produkt jako etyczny streetwear – co jest jednocześnie określeniem pewnej idei, która wam przyświeca – jak wytłumaczysz to modowemu laikowi?

ŁCh: Jest to taki termin, który sam sobie ukułem. Chodzi o to, aby z jednej strony dobrze traktować pracowników, z drugiej strony zapewnić wysoki standard jakościowy i estetyczny samego produktu. Do tego – a raczej przede wszystkim – produkt ma dobrze traktować środowisko, poprzez niestosowanie plastizolii, bądź wywabiania, jako techniki nanoszenia printu na tkaninę, a stosowanie farb wodnych, które mają niską zawartość formaldehydu, przez co wpływ na środowisko jest mniejszy. Poza tym postanowiłem współpracować z Fundacją MARE, która zajmuje się ochroną ekosystemów bałtyckich – na przykład diagnozuje wraki leżące w Zatoce Gdańskiej pod kątem tego, jak wiele ropy znajduje się w ich wnętrzach i co się może stać, kiedy jej nie wypompujemy we właściwym czasie. Zamierzam część dochodów z tego projektu przeznaczać na działalność statutową tej fundacji. Właśnie zdołaliśmy podpisać umowę z Fundacją w tej sprawie.

MTM: Zapowiadacie też współpracę z polskimi grafikami – zdradzisz już jakieś nazwiska?

Mogę już powiedzieć o pierwszej osobie – jest to Anna Szejdewik aka Coxie, autorka murali, tatuatorka, graficzka z Wrocławia. Jej rysunki znajdą się na pierwszej serii odzieży, które w tym momencie projektujemy i która, dalibóg, zostanie wysłana jeszcze w tym miesiącu do druku, celem stworzenia prototypów.

MTM: Na udostępnionych przez was grafikach widziałem już flądrę, śledzie i latarnię w Gdańsku. Czego jeszcze można się spodziewać na waszych ubraniach?

ŁCh: Chcielibyśmy się skupić po pierwsze na florze i faunie. Myślę, że jest to najfajniejsze do wyeksponowania. W drugiej serii pojawi się na pewno morświn, który jest bardzo zagrożonym bałtyckim gatunkiem. Chcemy inspirować się też pozostałościami po dawnym rybactwie i portach.

MTM: Czy będziemy mogli znaleźć motywy z kultury kaszubskiej? Na przykład wielojęzyczne napisy, uwzględniające język kaszubski, albo jakieś istotne rzeczy, bądź miejsca związane z Kaszubami?

ŁCh: Jeżeli okaże się, że rzeczy nasze się ludziom podobają, projekt się kręci i utrzymuje, to chciałbym przede wszystkim zrealizować pewną serię poświęconą miastom Hanzy – mieć serię poświęconą Gdańskowi, Elblągowi, Szczecinowi, a potem wykroczyć poza miasta naszego kraju. Jeżeli chodzi o Kaszuby, mówiąc szczerze, nie myślałem o tym, bo zbyt mało wiem o hanzeatyckich tradycjach i pozostałościach na Kaszubach, ale chętnie się dowiem więcej. Wiem, że najwyraźniej widać to w architekturze, bo gdy jest się w Gdańsku, to są miejsca, które wyglądają jak z Amsterdamu, co jest strasznie przyjemne.

MTM: To do kogo chcecie trafić z waszą ofertą?

ŁCh: Chciałbym po pierwsze zrobić ciuch, który kupując będziesz odczuwał przyjemność, że przysłużysz się czemuś – że część kasy z tego idzie na przykład na ochronę Bałtyku. Po drugie nie zakładam czegoś w rodzaju profilowania grupy docelowej, że to są na przykład młodzi, prężni, z wielkich miast, choć pewnie tak będzie, że będą to ludzie, którzy dojrzeli do tego, żeby kupować nie tylko ceną, estetyką, ale też etyką. To jest taka tendencja, która w krajach rozwiniętych, typu Dania, Holandia, Szwecja jest już bardzo widoczna, bo ludzie pożądają produktu, który jest przezroczysty pod względem sposobu produkcji, traktowania ludzi i są w stanie odrzucić marki, które nie spełniają pewnych standardów. W Polsce, prawdopodobnie z tego powodu, że jesteśmy krajem uboższym, jest to rzecz, która dopiero powstaje, ale mam wrażenie, że ten rynek się u nas tworzy.

MTM: Kiedy i gdzie będzie można kupić wasze pierwsze ubrania?

ŁCh: Chciałbym, aby udało nam się wystartować ze sprzedażą internetową na przełomie czerwca i lipca, ale jeżeli się to nie stanie to pewnie we wrześniu. Ambitne plany są takie, żeby ruszyć na początku wakacji, ale jest to projekt, który realizowany jest przez wszystkie zaangażowane osoby po godzinach swojej pracy, a każdy ma jej więcej niż by chciał pewnie. Chciałbym, aby każdy czuł przekonanie do tego projektu, przez co świat się nie zawali, jeżeli nie zdążymy przed wakacjami.

MTM: Jeżeli jednak uda się przed wakacjami, to myślisz o sprzedaży stacjonarnej nad morzem?

ŁCh: Początkowo chciałbym sprzedawać głównie internetowo, a potem rozpocząć dystrybucję w Trójmieście i stworzyć taką fajną alternatywę dla tych wszystkich badziewnych, pamiątkowych koszulek, typu „I love Gdansk”. Myślę, że potrzebujemy takiej alternatywy, bo nic w tym złego, że chcesz kupić coś z miejsca, do którego pojechałeś, a że to tak wygląda, jak wygląda, to jest już inna sprawa. Chciałbym więc zrobić rodzaj pamiątki trójmiejskiej, której nie musisz się wstydzić.

MTM: Wydaje mi się, że w chwili obecnej nie macie zbyt dużej konkurencji, a już na pewno nie takiej, która nie kojarzyłaby się z parawanami, półnagimi, nietrzeźwymi urlopowiczami i śmieciami zostawianymi na plażach. Jak dla mnie świetna sprawa – tylko dlaczego trzeba było czekać na taki estetyczny produkt w naszym kraju tak długo?

ŁCh: Inspiracja morzem przeradza się czasem w bardziej popkulturowe twory typu moda na marynistyczne tatuaże, ludzie łażący w tielniaszkach… Mam wrażenie, że nic w tym złego, ale jak obserwuję obecnie branżę odzieżowo-modową, no to sprzedają się najprzedziwniejsze rzeczy. Takie, gdzie ktoś napisze coś bazowym fontem i naklei potem na to metkę i wymarżuje do trzystu złotych. Nie mnie to oceniać, ale nie jestem fanem brandów, metek i mimo tego, że sam pracuję w reklamie, to raczej nie kupuję w kategoriach marki, no chyba, że mam markę etyczną, bo wiem, że wtedy moje pieniądze są przeznaczane na fajne rzeczy. Ale dlaczego tak długo? Nie wiem. To jest tak, że wymyśliłem sobie pewną rzecz i zaryzykowałem, że ludziom się spodoba i patrząc na to, co ludzie mi piszą na temat produktu, który jeszcze nie istnieje, to widzę, że się tym jarają. Jest więc szansa, że ciuchy, które z czystym sumieniem sam chciałbym nosić, mają szansę się przyjąć. Myślę, że odchodzimy od takich trendów w których kupujemy tanie rzeczy, bo można je wyrzucić i kupić tanio kolejne. Jest coraz więcej ludzi, którzy kupują rzeczy, które na przykład ładnie się starzeją, albo będą bardzo długo im służyć i nie będą jednorazówkami, stworzonymi po to, byś za nie zapłacił i niedługo wyrzucił.

Z Łukaszã Chomynã we Warszawie dlô Skrë – pismienia ò kùlturze gôdôł Mateùsz Titës Meyer.

Wiera Jensen – medyk wojskowy na misji i z misją (wywiad)

Wiera Małamá Jensen (wcześniej Lorentzen) – kobieta ze wszech miar nieprzeciętna. Mamma doc – bo tak wołali na nią kompani. Lekarz wojskowy z powołania. Postanowiła opisać swoje przeżycia z misji na Bałkanach i w Afganistanie, by wesprzeć tym innych medyków wojennych – cichych bohaterów i świadków wielu ludzkich tragedii. Często niezauważanych, gdy światła reflektorów skupiają się na żołnierzach. Jej książka jest właściwie autobiografią, poświęconą nie tylko doświadczeniom z wojny, ale też z młodzieńczych lat w Polsce, którą jako pół-Żydówka musiała opuścić po wydarzeniach marca 1968. Niezwykle burzliwe życie Wiera zamknęła na kartach swojej książki. Dziś mieszka z rodziną i pracuje jako lekarz w Danii. W przyszłości być może doczekamy się przekładu na polski dzięki studentom skandynawistyki z koła tłumaczy z Uniwersytetu Gdańskiego. Fragment w języku kaszubskim Czytelnicy znajdą już teraz pod wywiadem.

W swoim życiu w różnych miejscach w różnym czasie doświadczyłaś nienawiści, która miała podłoże narodowościowe. I w Polsce, i w Danii, nie mówiąc już o Bałkanach. Skąd się bierze ta nienawiść Twoim zdaniem?

Z nietolerancji i niewiedzy. Jak ludzie są biedni, jak nie mają pieniędzy i wykształcenia, nie mają możliwości usłyszeć, co się na świecie dzieje i jak ktoś się boi, że straci dziecko, to gdy przychodzi jakiś zabobonny głupiec i mówi, że to inni kradną, to wierzy w to i potem jeszcze innym coś podobnego powtórzy, i tak się rodzi nienawiść. To samo widziałam i w Afganistanie, i na Bałkanach, że to po prostu zabobony. Ludzie się nie uczą, nie mają wiedzy. A jak się nie ma wiedzy, to można głupstwa opowiadać, a jeszcze jak jest się biednym i jak się mówi, że to jest wina sąsiada, że się jest biednym, bo sąsiad jest inny to bardzo łatwo mieć wymówkę, żeby na kogoś napaść, bo to przecież jest wróg. I wtedy się wymyśla, że niby nie o to chodzi, że się komuś zrobiło krzywdę, ale że się swoim pomogło, że niby taki Robin Hood, a to przecież nieprawda. Jeżeli się walczy z ignorancją i niewiedzą, jeżeli się da ludziom wykształcenie, to naprawdę można zapobiec nie tylko pogromom, ale i wojnom.

Gdy mieszkałaś w Polsce w pierwszych latach swojego życia, z uwagi na mieszane pochodzenie różnie to bywało z traktowaniem. Pytam o sąsiadów, ludzi, którzy Cię otaczali.

To było różnie. Bo dużo dzieci sąsiadów tłukło i mnie, i mojego brata. Za to, że mój ojciec był Żydem, a mama Rosjanką. A moje imię Wiera jest typowo rosyjskie. Więc jak my się chcieliśmy bawić, to bili nas, kopali, pluli na nas, aż matka powiedziała, żebyśmy się bronili. W szkole podstawowej leżałam długo w szpitalu, bo miałam zapalenie stawów i jak chodziłam o kulach, to mi podstawiali nogę. I to było moje dzieciństwo. Bawiłam się czasami z jedną dziewczynką, ona nie była Żydówką ani pół-Żydówką, ani pół-Rosjanką, ale jej ojciec był bardzo biedny. Był szewcem i oni mieszkali w piwnicy. Ale inne dzieci z nią nie chciały mieć nic wspólnego, bo widać było, że to bardzo biedna rodzina była. Akceptację znalazłam dopiero w liceum, gdy poszłam do harcerstwa, tam mnie zaakceptowali taką jaką jestem. Ale ja też muszę pamiętać, że tatuś mi opowiadał, jak w 1967 roku, gdy go wyrzucili z pracy za Gomułki, to przyszli jego starzy koledzy, żeby mu pomóc i tatuś dostał pracę jako pikolo, taki co pomaga w fabryce. I potem jeszcze inni próbowali mu ekonomicznie pomóc. Przynosili mu jakieś żarówki, to jakaś firma elektryczna była. To, że oni mu te żarówki dawali, może było trochę nieuczciwe. Ale w ten sposób próbowali mu pomóc. Także byli też ludzie, którzy chcieli pomóc.

A jak to wyglądało, kiedy jako nastolatka przyjechałaś do Danii?

Jak myśmy przyjechali do Danii, to najpierw mieszkaliśmy na takim okręcie, wtedy przybyło do Danii 2-3 tysiące ludzi pochodzenia żydowskiego, w większości pół-Żydzi jak ja, ale „cali” Żydzi też byli, to nie ma znaczenia. Ale było bardzo dużo szlachetnych Duńczyków, co nam pomagali. Myśmy nic ze sobą nie mieli. Oni przynosili odzież, meble, zapraszali nas na różne imprezy. Ale jak poszłam do liceum w Kopenhadze, to ono było w dzielnicy, gdzie jest prostytucja, narkomania, alkoholizm. I w tej mojej klasie to się czepiali niektórzy, nie wszyscy, ale niektórzy czepiali się mnie i mojego kolegi Marka, który także był pół-Żydem. Rozrabiali jak wszyscy młodzi ludzie, ale zawsze spychali winę na mnie i Marka. I wtedy dostałam bzika, bo sobie pomyślałem: w Polsce mnie nie akceptowali jako człowieka, w Danii mnie też szkalowali. Myślałam wtedy, że skoro i Duńczycy nie chcieli mnie akceptować, to ja do Izraela mogę sobie wyjadę, bo na czole wtedy nie jest napisane, jakiego ja pochodzenia jestem. I jedyne do czego tęskniłam, to żeby być zaakceptowana jako człowiek. Więc w Danii też są problemy i to jest typowe, że problemy były wśród nieuków i tam gdzie jest biedota, gdzie się nie ma wykształcenia. A ci, co pomagali ludziom, to na ogół byli ludzie wykształceni. I to jest dowód jeszcze raz na to o czym mówię. Jeśli ludziom da się wykształcenie, możliwość pracy i możliwość wrzucenia czegoś do garnka, to nie mają potrzeby, żeby być złośliwym i zawistnym.

A kiedy przyszedł ten czas, że w końcu poczułaś się akceptowana?

To było w trzeciej klasie licealnej. Ja się pobrałam wtedy z moim małżonkiem między drugą a trzecią klasą, a zaszłam w ciążę w trzeciej klasie, bo myśmy nie chcieli być starymi rodzicami. Jest taki obyczaj w Kopenhadze, że jak się zda maturę, to się biega naokoło w centrum i wtedy właśnie ktoś zauważył, że mój brzuch jest trochę duży i spytał, czy ja jestem w ciąży. I wtedy nagle zaczęli uważać na mnie, gdzie ja mam siedzieć, uważać, bym nie daj Boże nie upadła i wtedy zauważyłam nagle akceptację, bo miałam mieć dziecko z Duńczykiem. Wtedy właśnie mnie zaakceptowali.

Opowiadałaś, że jak jechałaś pierwszy raz na Bałkany, to tak naprawdę medycy nie byli przygotowani na to, co tam może ich spotkać i że to były przeżycia traumatyczne. Ale gdy jechałaś potem już w inne miejsca, do Afganistanu, wiedziałaś, co Cię czeka, a mimo tego chciałaś pomagać na wojnie z własnego wyboru. Dlaczego?

To zdaje się, że i przez moje pochodzenie, i przez historię. Dlatego, że jak byłam dzieckiem, to się opowiadało o harcerzach i sanitariuszach w powstaniu warszawskim, o tym jak pomagali ludziom, nawet dzieci. A poza tym dwóch przodków z rodziny od strony mojej mamy, która pochodzi ze staroruskiej szlachty, było chirurgami wojennymi w carskiej armii. I tak mi się wydaje, że to, że się ratuje ludzi i się nie patrzy, czy samemu się jest zagrożonym, to jest najlepszy uczynek lekarski. Żeby ratować ludzi. A to, że strzelają naokoło… to po prostu dla mnie ideał był, ci moi przodkowie. Taki wielki ideał, że ludzie ratują i nie myślą o sobie, obojętnie co się dzieje, nieważne, że strzelają i granaty wybuchają. I chyba stąd to się wzięło. Około 1,5 roku przed wyjazdem z Polski byłam harcerką i nas uczono jak się strzela, jak maski gazowe działają. I uczono nas, że jak kraj będzie zaatakowany, to my harcerze musimy go bronić. Sądzę, że od tego czasu to siedziało we mnie. Że chcę jakimś wojakiem być i jednocześnie lekarzem, i chcę ratować życie.

Historia Twojego rodu to też niesamowita opowieść.

Mój protoplasta nazywał się Małóm (w literaturze polskiej znany jako Mał – przyp. autor) i był księciem plemienia Drewlan, którzy zamieszkiwali dzisiejszą Ukrainę. On chciał poślubić księżniczkę Olgę, której męża zabił. Mój prapradziadek był marszałkiem carskiego dworu i jego zamordowano razem z carem Mikołajem II. Z babki strony moja rodzina nazywała się Runicz, a dziadek był pół-Serbem. I on też był lekarzem, chirurgiem u cara, który zginął na Kamczatce razem z białymi, bo nie chciał iść do komunistów, do czerwonych. A drugi też był lekarzem i też zginął, ale niedawno się okazało że ktoś z rodziny uciekł na Maltę, on także był lekarzem i jego potomkowie tam do dziś żyją.

Co myślą o tej bardzo skomplikowanej, ale i arcyciekawej historii rodzinnej Twoje dzieci?

Mój dziadek miał tylko dwoje dzieci. Syna z czwartej żony i moją mamę. I jego syn miał tylko jednego syna, który się nazywał Misza i który zaczął szukać informacji o naszym rodzie. I znalazł w Moskwie w bibliotece historię naszej rodziny, spisaną przez naszych przodków. Tam jest genealogia od X wieku. Ale Misza chciał być popem i nie miał dzieci. To pomyślałam sobie, że skoro moja rodzina jest taka stara, to moje dzieci muszą o tym wiedzieć i spytałam moich trzech synów, skoro ród po Miszy zaginie, czy nie chcą przyjąć nazwiska po mojej matce. I cała trójka przyjęła to nazwisko i teraz piątka moich wnuków też się nazywa Małamá. Ale okazało się, że Misza już nie ma chęci zostać duchownym, ożenił się i ma trzech synów. Zatem ród Małamá dalej trwa.

Co wiesz o Kaszubach?

Ja bardzo malutko wiem. Oczywiście żeśmy słyszeli w szkole o Kaszubach, że Kaszubi też się bili o swoją wolność. To nam w szkole podstawowej już mówili. Na moim ostatnim obozie harcerskim na Kaszubach wieczorem było ognisko i żeśmy okolicznych mieszkańców zaprosili i niektórzy zaczęli mówić po kaszubsku i ja nic nie mogłam zrozumieć. Dlatego to mnie bardzo ciekawi, co to są za ludzie, czy to są jacyś potomkowie Wikingów? Mam wrażenie jakby kaszubski to była taka mieszanka skandynawskiego, polskiego i czegoś jeszcze innego, ale nie wiem czego. Czytałam historię Danii i czytałam o księciu kaszubskim, którego usynowiła nasza królowa Małgorzata i który został potem skandynawskim królem. Nazywa się po duńsku Erik af Pommern, Eryk Pomorski.

Mamma doc: Krigslæge på mission (2011) – vëjimk
Wiera Małamá Lorentzen
z denscjégò jãzëka tłom. Macéj Banjdur

– Shit! Granôtnjik! – wołô Casper, dovódca woza. Vjidzã jak sã krëje za lúkõ, cjéj maszinjévera zapãcała salvõ sztëk dalé. – Dochtorkò, natëchstopach vëcignjice pistólã! – zakòmanjdérovôł. Jô vjém, że sã zrobjiło pòvôżno. Jeżlë bõdzemë mùszëlë wostavjic wóz, mùszã mjec brónj v pòszëkú – temù, że nji móżemë jã wostavjic, co wona bë vpadła v rãce talibóv, ë temù, cobë sã wobronjic búten, gdze kùle dërch pãcajõ v metalovi srõb Piranjijé. – Co tacji neuhausen móże tam pòmòc? – jô pitajã sama se, cjéj jô nalazła pistólã. Krev v żëłach chùcé bjegnje, cjéj mëszlã wo vinscim na vestrzódk placë bòju, terôz jednak jezdzimë donõd a nazôd, co talibòvje bë mjelë trúdnjé nas wustrzelëc. – Nilusz (śp. mąż Autorki – przyp.), jô bë tak barzo chca wuzdrzec ce zôs – mëszlã. Mòje serdce bjije jak hômer ë jô jem gvës, że wono je czëc chòc strzód głëszõcëch eksplozij. Mëszlã wo żôlnérzach, gazétnjikach ë sanitariuszach, co tëch talibòvje mjelë vzãté v pònjimanjé. Przedstôvjóm so njeprzëjemné scenë, ale zmùszóm sã do racionalnégò mëszlenjô. Jô jem woficéra, dochtór ë bjałka. To mje robji vôrtnoscovõ pònjimanckõ. Jô so przëbôczajã z kùrsóv, że jidze wó to, co człovjek bë béł pòrivaczóm przëgódni, jeżlë chce przeżëc. Przëszło mje do głovë, że móm vzãté mët svòjã gitarã. – Jô bë jim Bobóv Dylanóv lëfórka tak szëkùtała, co wonji bë jesz pjenjãdze dalë, cobë bëlë mje lós. – gôdajã do se. Koncenjtrëjã sã téj na Niluszu, chtëren żdże doma. Cjéj zamknã woczë, vnet czëjã jegù remjona vkół se ë zdrok jegù cemnobrúnëch, żôlõcëch sã dlô mje woczi, ë to daje mje wubëtk, chòcô búten trëvô bój. V mëslach mògã czëc jak rzecze: le spòkójno, bjałeczkò, jesz przindzesz dodóm do mje. Słova przënoszõ mje wodpòczëcé. Mùszã sã vzic v nacht, bò chòc nje pòmògã ve strzélanjim, mògã zrobjic co le pòtrafjã, bë knôpji mjelë jak nôlepszé varëncji svòjã robòtã robjic. – Chcesz të kavë? – jô pitajã dovódcã. Tú bënë je casno ë gòrõco, a vjém, że v gardle robji sã sëchò, cjéj adrenalina skôcze. Nódto kava pòmôgô sã wobdac. Mòji knôpji sõ wubronjoni le v maszinpistóle, ale jesz na vjérzk sõ téż żôlnérze v Worzłach z cãżcjimi maszinjéveramë, chtërni robjõ co mògõ, żebë domòglë talibóv na terenje za vjoskõ. Nji móm pòjmjenjô jak dłúgò varô bjôdka. Pò jednémù mje sã vjidzi to blós cjile sekùnjdami, pò drëdzjémù móże mómë tú vësedzałé vjele dnji. Je tak, cjéjbë czas v wojnje sã rozmił. Nji mògã njic zrobjic, téj jak jú móm dóné knôpóm kavë ë mjodnosci, vëjimajã roman wo Jindiôkach z Nordové Americji v dobje kamjenja ë bjerzã sã do czëtanjô. – Kòpanjita mje abò szmërgnjita czim v głovã jak bõdze vama co do brëkù – krzikajã do dovódce. Za chtëren czas mògã czëc słabé brzëmjenjé, zvãk znôjma robji sã vëszszi ë vëszszi. – Vspjarcé z pòvjetrzô – mëszlã. Vnim przez tumùlt przebjijô sã zvãk eksplozëjé. Zemja drëżi pòd Piranjijõ. Pònemù sã stało sztël. – Jú je pò vszëtcjémù – scvjerdzô dovódca. Dostajemë przez redio rozkôz jachac dalé. Cjéj vëjéżdżómë na wotemkłi teren, rëchtëjemë môl do schronjenjô ë stôvjómë lôdzjer. – Pòj le tu zazdrzec – gôdô dovódca. Piranjijô je czësto pòdzúravjonô, rëmnjicji z wognjiczim pòtłëkłé v përzënë a réfë pòprzebjité. – Véjle, dzisô më dostalë vcjidłé.

Wywiad został przeprowadzony w 2015 roku i ukazał się w Skrze w numerze 1/2015 (4), dostępnym w archiwum.

Hymn kaszubski: czy kontrowersyjny „Marsz…” Derdowskiego wyklucza?

O co chodzi w sporze o hymn kaszubski?

21. stycznia Rada Naczelna Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego uchwaliła wszystkim Kaszubom co następuje: Hymnem kaszubskim jest utwór muzyczny autorstwa Feliksa Nowowiejskiego pt. „Hymn kaszubski” wykonywany do słów zaczęrpniętych z „Marsza Kaszubskiego” (…) i obudziła stare spory o wartości, do których hymn kaszubski powinien się odwoływać. Wyraźne głosy pojawiły się nie tylko z zewnątrz, ale też w samym Zrzeszeniu, m. in. ze strony tak aktywnych działaczy jak Tomôsz Fópka czy Eùgeniusz Prëczkòwsczi. Wiele kontrowersji wywołują słowa „pòlskô wiara, pòlskô mòwa”, militarystyczny wyraz utworu, skupiającego się na sławieniu wojny przeciw Niemcom w służbie polskiej oraz same intencje i stosunek do rodzimego języka autora, (…) którego pociągała szczególnie chłopska satyra, rubaszność, skoro już samo użycie gwary miało wywoływać u odbiorców śmiech (…), jak pisał literaturoznawca Jan Drzeżdżon (Piętno Smętka, 1973, str. 47). Stosunek ten daje się poznać w innym fragmencie autorstwa Derdowskiego: Ale ma le mòwã naszą serdecznie kòchôjma / I pò pòlskù corôz lepi gadac sã starôjma! / Czej le wiedno bãdzem dzałac rączo i wëtrwale / W kùńcu tak jak we Warszawie bãdzemë gôdalë. Takich zastrzeżeń nie budzi Zemia Rodnô, która jednak jest pieśnią wiele młodszą i nie tak spopularyzowaną. Dotychczas działacze ZKP mogli wykonywać jedną lub drugą wedle uznania bądź też obydwie. Warto jednak wyjść poza kwestię, czy ktoś popiera taką czy inną organizację kaszubską i ich uchwały, a spróbować porozmawiać o hymnie, który będzie potrafił zjednoczyć nie garstkę działaczy, a ponad 228 tysięcy Kaszubów, z których więcej niż 97% nie jest zainteresowanych legitymacją członkowską.

Jednocząca funkcja Marsza Kaszubskiego nie jest tak oczywista. O odczucia na jego temat spytaliśmy trzy zdawałoby się bardzo różne osoby. Ewangelik, ateista oraz katolik, pięćdziesięciolatek, trzydziestoczterolatek i i dwudziestoczterolatek. Jeden z podwejherowskiego Luzina, drugi z zachodniopomorskiego Szczecina, a trzeci urodzony aż w Chełmnie. Ale przede wszystkim – trzej Kaszubi. Zapytani o ich osobiste emocje w związku z zaleceniem ZKP, dali różne odpowiedzi. Mają one jednak wspólny mianownik – odczucie, że pieśń Derdowskiego wyklucza.

Przemis Héwelt:

Pytanie o kaszubski hymn, to pytanie o tożsamość. Jako takie jest pytaniem niezwykle trudnym, nawet z punktu widzenia każdego z Kaszubów z osobna. Dodatkowo komplikuje sprawę to, że jest to pytanie o tożsamość zbiorową kilku setek tysięcy ludzi o bardzo różnorodnej historii osobistej i historii rodzinnej.

W tle mojej historii noszonej w pamięci, z przekazów ustnych, są zabory, pruskie władztwo – z germanizacją, ale też z porządkiem i edukacją, które jeszcze w czasach mojego dzieciństwa przewijały się w pełnych uznania wspomnieniach cesarza Wilusia w relacjach starszych osób. Ten obraz, fresk noszony w mojej pamięci, pokazuje też historie opowiadane przez dziadka wcielonego do pruskiej armii wraz z czterema braćmi w 1914 roku i wysłanego do piekła bitwy pod Verdun. Wróciło ich tylko dwóch…

Potem jest historia międzywojenna, oczekiwania wobec polskiej władzy i ich zestawienie z realiami po 1918 roku. I niedługo po tym kolejna wojna, tym razem w polskim mundurze – ale naprzeciw tych, z którymi dziadek i bracia ledwie dwadzieścia kilka lata wcześniej walczyli ramię w ramię w okopach we Francji. Zresztą tamte frontowe przyjaźnie – jako żywo przypominające historię z Na zachodzie bez zmian Remarque’a – przetrwały tę drugą wojnę i pozostały częścią rodzinnej historii.

A potem nowa władza i nowe problemy – bo ktoś w rodzinie miał żonę Niemkę, bo był przed wojną dyrektorem banku, czyli status społeczny wrogi nowej władzy. To jest historia ostatnich stu kilkudziesięciu lat zwykłej kaszubskiej rodziny i część mojej własnej historii – do niej należy też to, że jestem ewangelikiem – czyli siłą rzeczy osobą przyzwyczajoną do statusu mniejszości, ale też świadomą swojej odrębności.

I tę historię, to moje doświadczenie zderzam teraz ze słowami pieśni, która ma być kaszubskim hymnem, marsza sławiącego różne wojny i wojenki Kaszubów przeciw Niemcom w sprawie polskiej. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że w historii mojej rodziny tych wojen było zbyt wiele – wszystkie pokolenia od czasów mojej prababci, której ojciec walczył w wojnie prusko – francuskiej doznały wojny albo wprost, albo pośrednio – bo rodzice mieli swoje wojenne traumy.

Abstrahując od kwestii faktów historycznych, z mojego puntu widzenia Marsz Kaszubski nijak nie przystaje do mojej tożsamości kaszubskiej. Trudno jest mi zaakceptować to radosne sławienie machania szabelką dla Polski jako podstawę mojej tożsamości. Wszak przekazy rodzinne dotyczące wojen mają zupełnie inaczej rozłożone akcenty, a na dodatek te wojny były pod różnymi flagami, z różnymi pieśniami na ustach i doprawdy w różnych sprawach.

Tak jak wspomniałem, z racji wyznania jestem przyzwyczajony do bycia mniejszością. Tylko smętnie trochę mi się robi, gdy okazuje się, że jestem też mniejszością we wspólnocie kaszubskiej, w której historia mojej rodziny – jak sądzę – nie jest wcale wyjątkowa ani odmienna od doświadczeń tysięcy kaszubskich rodzin w ostatnich stu kilkudziesięciu latach…

Dôwid Miklosz:

Na tożsamość składa się tradycja i kultura oraz czas i przestrzeń w jakiej żyję, a poniekąd również pokłosie czasu i przestrzeni w jakich żyli moi przodkowie. Ważną też sprawą jest mój osobisty do tego bagażu historyczno-kulturowego stosunek. Może być afirmatywny, może być polemiczny, może wreszcie być jakkolwiek pośredni.

Tu gdzie żyję, na Pomorzu, żyła część moich przodków, część najbliższa, najistotniejsza i najlepiej mi znana. W ramach poszukiwań i wypraw w odległą przeszłość, trudni do umiejscowienia na genealogicznym drzewie familianci uchwytni są w okresie panowania książąt pomorskich Barnima X i Johanna Friedricha na Pomorzu Środkowym. O ich przodkach historia milczy, a przecież i oni istnieć musieli. Świadomość tego daje mi poczucie łączności z przestrzenią, w jakiej żyję. Stając chociażby na dziedzińcu Zamku Książąt Pomorskich w Szczecinie, wiem, że ponad czterysta lat temu zapadały tutaj decyzje dotyczące życia moich przodków. Mógłbym się tym zupełnie nie przejmować, ale wewnętrzny imperatyw, zupełnie nieracjonalny, sprawia, że ma owa świadomość dla mnie wagę niezwykłą.

Antajos, syn Posejdona i Gai, żył i odzyskiwał moc tylko gdy dotykał ziemi-matki. W pewien sposób mógłby patronować moim pasjom, gdy bowiem ja dotykam spraw Pomorza, żyję i nabieram sił. Pomijając nieszczęsne przyzwyczajenie popędliwego giganta do wyzywania każdej napotkanej osoby na zapaśniczy pojedynek, z chęcią adaptowałbym Antajosa, obok Trygława i Ormuzda, do naszego mitologicznego panoptikum.

Wracając jednak do sprawy hymnu… Przez to, że moje korzenie tkwią głębiej w Pomorzu Środkowym i w zachodniej części dzisiejszych Kaszub, nie satysfakcjonuje mnie i nie jest w stanie przekonać do siebie pieśń, która historię, tradycję i kulturę Pomorzan ujmuje w nienaturalnych dla tej krainy południkowych ramach <<Kraków – Wisła – polskie morze>>. Chciałoby się rzec: Pomorze swe widzę ogromne, tak jak rzecz ujmuje geografia, od Reknicy po Wisłę, od Noteci po Bałtyk. To tutaj, spomiędzy tych naturalnych granic, weszliśmy do historii. Stąd książę Zemuzil wyruszył do Merseburga, dzięki czemu świat zanotował po raz pierwszy miano Pomorza. W tych granicach miały miejsce dramatyczne wydarzenia, o których pisał Gall zwany Anonimem, kiedy w czasie krwawych wypraw Krzywoustego ten przyniósł nam na mieczach polską wiarę, a wtedy to Polacy sięgali po sławę, Pomorzanie bronili wolności. Tutaj, niemal w środku tej krainy, nad Odrą, panowali książęta, którzy do historii wprowadzili etnonim Kaszubi, używali go przez pół tysiąclecia w swej tytulaturze i wreszcie dali Kaszubom symbol najważniejszy, gryfa. W tych granicach powstały, uznane za najdawniejsze zabytki kaszubskiego języka, Duchowne piesnie… „niepolskiej” wszak wiary.

Ze względu na historię własnej rodziny nie potrafię pominąć powyższych – i wielu jeszcze – kontekstów w konstruowaniu swojej własnej tożsamości. Historia moja, mojej rodziny i „mojego” Pomorza to wątek ledwie w tkaninie jego wielowiekowego istnienia, ale świadomość tej wielowiekowości jest dla mnie czynnikiem nieredukowalnym.

Kolejną sprawą, z jaką miałbym problem, jest fraza „polska wiara, polska mowa”. Odwołując się znów do doświadczeń moich przodków, Pomorzan, Kaszubów, posługujących się przez wieki fluktuującym konglomeratem wendyjsko-saksońskim, który w obrębie rodziny zdołał do XX-wieku ocalić cenne resztki swej kaszubskości, określenie „polska mowa” jest zawłaszczeniem tożsamości. Etnograficzną sztuczką w służbie polityki historycznej.

Polskiej mowie życzę jak najlepiej. Polszczyznę cenię i sam staram się o nią dbać, ale zdaję sobie sprawę, że prawdziwa dbałość nie ma i nie powinna mieć w sobie nic z przymusu. Przymus ten trwał do czasu wywalczenia dla języka kaszubskiego oficjalnego potwierdzenia jego odrębności w rodzinie języków słowiańskich. Nie powinno być zatem powodów, by poczucie takiego przymusu wciąż w sobie nosić i taki przymus „zalecać”. Czy znajdujący się w zbliżonej do Kaszubów sytuacji Serbołużyczanie powinni dbać o „niemiecką wiarę” i „niemiecką mowę”? Czy dbałość o języki łużyckie i łużycką kulturę stanowi dla Republiki Federalnej Niemiec jakiekolwiek zagrożenie? Czy Walijczyk kibicujący swojej drużynie rugby i wiwatujący „Cymru am byth!” jest zagrożeniem dla Anglika?

Polszczyzna i Polacy na istnieniu kaszubszczyzny nie tracą niczego, a zyskują i utrwalają pokrewieństwo i łączność z pasjonującymi dziejami północnej części zachodniej Słowiańszczyzny. Dla Kaszubów stawka jaką jest kaszubszczyzna warta jest niebotycznie więcej.

„Polska wiara” to kolejna sztuczka. Kaszubi wyznawali i do dziś wyznają, obok „polskiej wiary” – katolicyzmu, również i „wiarę niemiecką” – protestancką. Hymn powinien raczej spajać niż dzielić, dlaczego zatem poza nawias wystawia się Kaszubów-niekatolików? Odnosząc rzecz do mojej familii, część z nich, jako sieroty po Księstwie Pomorskim, pozostawała wierna naukom Lutra. Czy ich pomorskość czy kaszubskość jest niedostateczna? Czy i o ile redukuje się moja pomorskość, kiedy otwarcie przyznaję, że jestem ateistą i „polska wiara” jest mi dość obojętna, a jako spoiwo tożsamości zupełnie zbędna?

Pozostaję przy Janie Trepczyku, który celniej naszą pomorską ojczyznę opisał, zawierając w jednym wersie „Òd Gduńska tu, jaż do Roztoczi bróm!” nie tylko geograficzną, ale i dziejową jej rozpiętość. Zupełnie na marginesie chciałbym dodać, że podobnie jak do Marsza… próbowano wprowadzić pewne (oceniłbym je jako rozsądne) poprawki, tak i w pieśni Trepczyka wolałbym wspomnienie w formie „Grifitów miecz i Swiãtopôłka biôtczi”, co nadałoby jej jeszcze bardziej uniwersalnego, mierząc miarą „uniwersum pomorskiego”, charakteru.

O wspomnianym przeze mnie powyżej Antajosie pisał wspaniale Zbigniew Herbert w Królu mrówek. Cytat ten mógłbym traktować jako motto swej „pomorskości”: Można zaryzykować twierdzenie, że sensem mitu Antajosa jest przywiązanie – a więc uczucie raczej niż ideologia, dlatego zapewne niepodobna tego przekazać innym. Naprawdę bardzo trudno przekonać kogokolwiek o tym, że warto kochać ubogi kawałek ziemi, mały jak cień osła, jak cień topoli, a także rozbity dom, zrujnowane miasto nad wyschłą rzeką, słowem miejsce gdzie nas urodzono, i które nie mogło nas ani wyżywić, ani uchronić.

A jednak warto. Tu mdã dali

Adóm Hébel:

Czej jô czëjã Marsz Kaszubski, to mëslã, że mie chtos wëszarpôł mòjã pòczestnotã i mòżlëwòtã bëcô bùsznym z tegò, co më zrobilë dlô se, a nié dlô kògòs. I nawet w nôbarżi pòczestny piesnie, jaką mô bëc himn, ni ma placu chòcbë dlô naszi mòwë, jakô je zastąpionô pòlską.

Jô nie rozmiejã czemù w całim òpisywanim dzejów jô nie jem traktowóny jakno pòdmiot, czemù tim „wrogã” nie je wiedno ten, co szkòdzy kaszëbiznie, ale prosto òkreszloné karno. Pòlskô wiara téż mie jiscy, bò jakno katolëk sã czëjã zagrożony – chtos dôwô mie zygnal, że jak jô nie jem Pòlôch, tej w Kòscele dlô mie ni ma placu. Jô jakno chrzescëjón ò kòméńtérã proszã Pana Jezësa. Christus òdpòwiôdô „mòje Królewstwò nie je z tegò swiata”. Nawetka czej Apòsztolskô Stolëca sã do Wejrowa przeniese, tej katolëcëzna nie mdze kaszëbską wiarą, tak jak nie je pòlską, ani jitalską, ani meksykańską. Katolëcczi znaczi pòwszéchny, òglowi. Rozmajité nôrodë mògą rozmajice wërażiwac tã wiarã, le dërch to mdze jedna wiara.

Jô przëzéróm sã swòjim dzejóm i merkóm w nich, że terô móm prawò sebie definiowac. W dzejach nie widzã le pòpiarcô dlô jednëch, a niezgarë do drëdżich, le widzã całą bòkadosc, jakô nama je w spòsobie òstawionô. Przëstojnikóm himnu Derdowsczégò mùszã pòstawic pitanié – chto jesz mô himn jaczi na wiżawë pòdnôszô cos, co – chcemë tegò abò nié – je dzys zagróżbą dlô jegò spôdkòwiznë? Jak w Twòji głowie rodzy sã procëmstawienié i chcesz rzec „ale jak to pòlskô mòwa nama grozy, kò w Pòlsczim Państwie më mómë szkòłë ëtd.”, tej rzeczë mie – czej starszé pòkòlenié gôdô pò kaszëbskù a młodszé nié, tej w jaczim jãzëkù ti młodi gôdają? Pò ruskù? Pò miemieckù?

Jeżlë chtos pitô czemù nié Marsz Kaszëbsczi, tej pitô, czemù nie òstawic sukcesje jaką më cygniemë òd prazôczątków naji tuwò bëtnoscë, wpiąc sã w cëzą narracjã i pòzwòlëc zabëc ò tim, co naju parłãczi z 1500 latnyma dzejama. Jô òdpòwiôdóm „tu jô dali mdã starżã zemi trzimôł (…) tu mdã dali domôcëznë sã jimôł” i jô pò prôwdze wierzã i wiém, że „zajasni i nama brzôd swój dô„.

Warto, żeby jak najwięcej Kaszubów zaczęło sobie wyrabiać swoje zdanie na temat własnego hymnu i włączyło się w dyskusję o nim. Może dadzą się też poznać odczucia i wątpliwości tych, którzy uważają, że to właśnie Marsz Kaszubski jest najlepszym wyborem i pieśnią, która ma potencjał zjednoczyć, a nie podzielić. Poniżej przypominamy słowa obu hymnów.

Marsz Kaszubski

Tam gdze Wisła òd Krakòwa
W pòlsczé mòrze płënie
Pòlskô wiara, pòlskô mòwa
Nigdë nie zadżinie.

Ref.
Nigdë do zgùbë
Nie przińdą Kaszëbë,
Marsz, marsz za wrodżem!
Më trzimómë z Bòdżem.

Më z Niemcama wieczi całé
Krwawé wiedlë wòjnë.
Wòlné piesni wiedno brzmiałë
Bez górë i chòjnë.

Ref. Nigdë do zgùbë…

Przëszedł Krzëżôk w twardi blasze,
Pôlił wsë i miasta,
Za to jegò cepë nasze
Grzmòcëłë lat dwasta.

Ref. Nigdë do zgùbë…

Nas zawòłôł do swi rotë
Pòlsczi król Jadżełło,
Téj w niemiecczich karkach gnôtë
Trzeszczałë jaż miło.

Ref. Nigdë do zgùbë…

Gdze król Kadzmiérz gnôł Krzëżôka?
Gnôł gò pòd Chònice!
Bë gò zgniotłë, jak robôka,
Kaszëbsczé kłonice.

Ref. Nigdë do zgùbë…

Czej rôz naju òkrãtama
Szwedë najechalë,
Më żesmë jich kapùzama
Z Pùcka wënëkalë.

Ref. Nigdë do zgùbë…

Krzëżã swiãtim przëżegnóné
Séc, seczera, kòsa,
Z tim Kaszëba w piekle stónie,
Diôbłu ùtrze nosa.

Ref. Nigdë do zgùbë…

Nasz Stanisłôw Kòstka swiãti,
Co sã ù nas rodzył,
Nie dopùscy, bë zawzãti
Wróg nóm długò szkòdzył.

Ref. Nigdë do zgùbë…

Płaczą matczi nad sënama
Płaczą dzys dzewice,
Hola, jesz je Bóg nad nama
Dôł cepë, kłonice.

Ref. Nigdë do zgùbë…

***

Rodnô Zemia

Zemia Rodnô, pëszny kaszëbsczi kraju,
Òd Gduńska tu, jaż do Roztoczi bróm!
Të jes snôżô, jak kwiat rozkwitłi w maju.
Ce, Tatczëznã, jô lubòtną tu móm.

Sambòrów miecz i Swiãtopôłka biôtczi
W spòsobie Ce dlô nas ùchòwałë.
Twòje jô w przódk bëlné pòcyskóm kwiôtczi.
Òdrodë cél Kaszëbóm znôw brënie.

Tu jô dali mdã starżã zemi trzimôł,
Skądka zôczątk rodnô naj rózga mô.
Tu mdã dali domôcëznë sã jimôł
Jaż zajasni i nama brzôd swój dô.