Wszystkie wpisy, których autorem jest Pioter Szatkòwsczi

„Zaginiona” mazurska powieść sprzed 120 lat rzuca nowe światło na język Mazurów

Nieczęsto zdarzają się chwile tak podniosłe dla lokalnego języka jak ta. Przed paroma dniami skontaktował się ze mną znany dialektolog, dr Artur Czesak. Wieść, którą ze sobą niósł, zwaliła mnie z nóg. Oto okazuje się, że w małym westfalskim miasteczku w 1900 roku wydano przekład angielskiej powieści. Nie po niemiecku, nie po polsku – a po mazursku. To ponowne odkrycie zapomnianej całkowicie pozycji może raz na zawsze odmienić nasze postrzeganie Mazurów i stosunek ludzi do tej mowy. Czytaj dalej „Zaginiona” mazurska powieść sprzed 120 lat rzuca nowe światło na język Mazurów

Odrestaurować siebie

Nie wiem, ilu z młodego pokolenia doświadcza podobnych rozterek. Może kilkoro, może setki tysięcy. Młodzi Kaszubi, Ślązacy, wreszcie moi krajanie Mazurzy – też czujecie się cholernie niegodni? Też budzicie się nieraz oświetleni żywymi, mocnymi promieniami słońca i chcąc naszej gwieździe dorównać, zaczynacie dzień z równie mocnym i żywym postanowieniem „chcę być…”, „będę mówił po…”? I wreszcie… czy też na tym chciejstwie i będziectwie z reguły kończycie?

Matko jedyna, ile to razy rzucało mnie mentalnie od ściany do ściany, nim umysł wydał mi pozwolenie na bycie sobą. Ileż godzin odgrzebywałem ślady po starej mowie moich ziem, ile lokalnych słów używanych w mojej rodzinie musiałem spisać, ostatecznie – dokąd w genealogii musiałem się dogrzebać, by uciszyć wewnętrzny niepokój. Wszystko po to, bym w końcu stwierdził – „a jednak mogę być Mazurem”! Tak jakby był jakiś urząd, jakaś wyższa instancja wydająca w tej sprawie prawomocne wyroki.

To, czego się boję, to uzurpacja. Jako genetyczny kundel nie mam przypisanego miejsca na ziemi. Przynajmniej nie domyślnie, jak ktoś, kogo wszyscy pradziadowie wywodzą się z jednych stron. A u mnie wszystko – od Mazur po Małopolskę się w rodzinnej historii znalazło. Przez lata desperacko poszukiwałem punktu zaczepienia, przecież do diabła muszę być skądś! Ale odpowiedź była na długich wakacjach.

A przecież przez całe dzieciństwo nie znałem innej Polski niż ta mazurska. Nie jadłem innego chleba, niż tego z poddziałdowskiej mąki. Nie piłem innej wody, niż tej z głębin pod mazurską moreną. To tu nauczyłem się żyć, kochać, nienawidzić, płakać i śmiać. Jestem poturbowany na wskroś, tak jak poturbowane są Mazury i poturbowani są ludzie tu żyjący. Czy to nie jest wystarczający dowód, że jestem stąd?

I ta głupkowata obawa – co powiedzą ci „rychtycni”, ci „prawdziwi”? Przecież wiadomo – nie będę mówić tak dobrze, jak poprzednie pokolenia. Składnia nie ta, wymowa jakaś koślawa. Na pewno skrytykują, zniszczą, obśmieją, powiedzą „to nie tak się u nas gadało, idź załóż swoje walonki i wracaj tam, skąd cię przywieźli”. I mówili to, mniej lub bardziej dobitnie. A ja nie miałem pociągu, do którego mógłbym wsiąść.

Coś mnie pcha i pchało od zawsze w stronę mowy mazurskiej, mazurskiej obyczajności i mentalności. Może to te stare, poniemieckie cegły, może to ten zarośnięty cmentarz za wsią, a może ta moja kropla tutejszej krwi i pamięć genów. Przez lata czułem się jak kot Schroedingera. Nie chciałem otworzyć tego cholernego pudła i określić – żyw czy martwy. Mazur czy Niemazur. Pewnego dnia zrozumiałem, że nikt za mnie go nie otworzy. A już na pewno nikt nie ma prawa uśmiercać tego, kim się czuję.

Tak oto zacząłem restaurować. Ale nie Mazury, nie mazurskość. Te wszystkie połknięte książki, przewertowane słowniki, pieśni, opowiadania, legendy, kroniki. Wreszcie moja własna twórczość po mazursku. To nie jest restaurowanie regionu, a przynajmniej nie bezpośrednio. To przywracanie własnego ducha tam, gdzie tak naprawdę zawsze należał. To restaurowanie samego siebie.

Idźcie się restaurować. Już, dziś, teraz.

(Autor prowadzi profil Mazurskie słówko na dziś)

Pokojowe powstanie w Standing Rock – odrodzenie indiańskiej godności

Rdzenni mieszkańcy z całych Stanów Zjednoczonych od kilku miesięcy walczą z rządem i korporacjami. Wszystko w obronie własnych ziem i godności. Spór toczy się wokół wybudowania rurociągu, który z jednej strony zagraża zlewisku rzeki Missouri, a z drugiej może nieodwracalnie zniszczyć kilkaset cennych stanowisk archeologicznych. Na terenie rezerwatu Dakotów o nazwie Standing Rock dzieje się coś symbolicznego. Tu chodzi nie tylko o czystą wodę i miejsca pochówku przodków. Po raz pierwszy od wielu pokoleń Indianie z całego kraju upomnieli się o szacunek i podmiotowe traktowanie. Razem, wszyscy, wsparci przez rdzennych mieszkańców Kanady i innych państw. To renesans ich godności.

Historia zatacza koło

Standing Rock, pogranicze stanów Dakota Północna i Dakota Południowa. Rezerwat o powierzchni połowy przeciętnego polskiego województwa. I tylko 8 000 mieszkańców. Nie są to jednak zwykli mieszkańcy Czytaj dalej Pokojowe powstanie w Standing Rock – odrodzenie indiańskiej godności

Wieśniacy potrzebni od zaraz? Zlikwidujmy gimnazja!

Ja Wam w końcu powiem, jak to jest z tymi gimnazjami. Nie będę przytaczał uczonych, statystyk, danych, które i tak w ostatecznym rozrachunku zlewają się w niezrozumiały bełkot. W końcu to ma być wyrób felietonopodobny, a nie artykuł naukowy. Przeczytajcie, proszę, historię mojego życia. Może to Wam da do myślenia na temat likwidacji gimnazjów.

Wychowałem się w niewielkiej wsi na Mazurach. Czas tu płynął wolniej, a rytm życia wyznaczała pobudka oznajmiana przez koguty i tutejszych pijaczków, dobijających się do sklepu po nową butelkę denaturatu. O komputerach przez pierwsze lata milenium mówiło się tak, jak nasi przodkowie rozmawiali o kłobukach. Ktoś widział, ktoś słyszał – nikt nie dotykał. Kłobuki widywano na bezdrożach, komputery widziano ponoć w mieście. Ba! Ci, którzy do miasta czasami jeździli, nieśmiało potwierdzali istnienie tych magicznych stworów. Można było bodaj dotknąć i nawet nie gryzły (kłobuk mógł capnąć). Mieszkały w norach zwanych kafejkami. Czytaj dalej Wieśniacy potrzebni od zaraz? Zlikwidujmy gimnazja!

Multi-kulti? Tak! Lokalne języki i kultury? Ciemnota i buractwo!

Mało co mnie drażni tak bardzo, jak wielkomiejscy niby-to-inteligenci o niespójnym poglądzie na języki i kultury. Z jednej strony otwarci na obcość, multi-kulti to ich konik – chrońmy dziedzictwo przybyszy! A z drugiej lokalne języki i kultury – ciemnota i buractwo. No, w najlepszym razie coś do pokazania podchmielonemu turyście; tak powiedzieli przecież na zajęciach z marketingu w Wyższej Szkole Wszystkiego Dobrego. Jestem inteligentny, nie będę przecież jakiejś „wsiowej polszczyzny” traktował poważnie! Czytaj dalej Multi-kulti? Tak! Lokalne języki i kultury? Ciemnota i buractwo!

Polska dryfuje do Morza Brunatnego

Nie mam już wątpliwości. Polska dryfuje do Morza Brunatnego. Wczoraj gadałem sobie z dwoma studentami z Afryki, jeden czarnoskóry, drugi śniady – można by go z Portugalczykiem pomylić. Sympatyczni kolesie – znajomi znajomej. No i zapytałem ich, jak tu im w Polsce. Trochę spuścili wzrok i powiedzieli: „przykro nam to mówić, ale musimy stąd uciekać jak najprędzej. Za dużo w ciągu tych kilku miesięcy mieliśmy problemów.” No i opowiedzieli mi o tym, jak to próbowali wieczorem gdzieś kilka razy wyjść i zawsze kończyło się wyzwiskami albo pobiciem. Jakoś nie miałem problemu im uwierzyć, twarz jednego z nich miała faktycznie jeszcze strupo-blizny, świeżynka. Zrobiło mi się przykro, choć nigdy nikogo nie skrzywdziłem z racji rasy. Poczułem to, co powinni poczuć ci kretyni, którzy tłuką obcych tylko za to, że nie są stąd. Czyli skruchę i autentyczne uczucie wstydu. Było mi na tyle głupio, że przeprosiłem ich za „rodaków” (już nie wchodząc w kwestie mojego samookreślenia etnicznego) i próbowałem opowiedzieć im, skąd to kurewstwo się bierze. Przybliżyłem im sprawy rządów dobrej zmiany, łysych w kościołach, co jest formą reakcji pełnej strachu na wyzwania związane z Syrią i islamem. Wykazali się bardzo dużą dozą zrozumienia, ale jak stwierdzili – Polska to już nie jest miejsce dla nich.


Dziękuję wam, że w naszym kraju ludzie nie czują się już bezpiecznie. Normalni ludzie, studiujący, pracujący, wnoszący do tego kraju coś więcej niż wątpliwej jakości genotypy.


 

Świetna reklama. Dziękuję wam, że w naszym kraju ludzie nie czują się już bezpiecznie. Normalni ludzie, studiujący, pracujący, wnoszący do tego kraju coś więcej niż wątpliwej jakości genotypy. I jak tak dalej pójdzie, to Polacy o IQ nieco wyższym niż 90 (granica nieosiągalna dla zwolenników skrajnej prawicy) też wyjadą. Wrócicie do swoich chat z gówna – ale za to zyskacie dumną Wielką Polskę.

A do tego w mentalnej stolicy Polski, Białymstoku, likwidują Centrum im. Zamenhofa, człowieka, który próbował ludzi jednoczyć ponad podziałami. Bo Żyd. Za to oprawców typu Łupaszka stawia się młodej, prawilnej Polsce za wzór. Budzę się rano i mam mdłości. To kac, moralny kac za tych kilkadziesiąt tysięcy sfrustrowanych nieudaczników, którzy nasz kraj spychają w przepaść.