Wszystkie wpisy, których autorem jest Pioter Szatkòwsczi

Mały Książę po mazursku – Małi Princ – Psiérsá Dżiél

 

 

Léónoju Werthoju

Prose bachi ô wibácénie, com poszwéncziuł tó ksziéngie jénému dorosłému. Mám równak wázne wimóziénie – ówtén dorosłi to je mój frojnd, nálepsÿ jekiégo mám na szweczie. Mám téz esce drugó prżicÿne: awti dorosłi moze begrejfowacz wszio, rázu ksziónzki prżed bachi. Mám ji trżeczi grunt – tén dorosłi nieská w Francÿji, kiéni cziérżpsi ôt głodu ji żimna. Z ti rżecÿ brák go pocziesÿcz. Eszli wsÿtkie wizÿ nazwane wimóziénia nie stajó, redo poszwénce tó ksziéngie dżieczioju, chtórném ón prżódi buł. Tocz wsÿtkie dorosłe psiérwu bili dżiecziukäni (choc nie wsÿtkie ô tém bácó). Tedi popraziam mojó dedikacÿjó

Léónoju Werthoju,
kiéj buł małém sziurkiém.

Kiéjém buł seszcz lát stari, bez prżitrafunek ém ôbácuł psiénknÿ céchunek w ksziéndze ô nietchniénti puscÿ, co szie nazÿwała “Echtowne Geszichti”. Céchunek pokázowáł znije boa połikajóncó dżikiégo zzierża. Ajnó kopsijá ôt tégo céchunku:

W ksziónzce stojało: Znije boa połikajó ôsiare w cáłkozitoszczi nie grizónc ji, wténcas ni mogó szie ruchäcz ji spsió bez seszcz nieszióndze ji jó ferdałujó.

Ém dumáł duchno ô abéntojrach w dzungli. Na to prżisło, co poziodło szie ni nacéchowacz z farbowém blejsztiftém mój psiérsÿ céchunek. Mój céchunek numer jénén. Wiglóndáł tak:

boa

Pokázáł ém moje mejstrowskie dżieło dorosłém ludżiám jim jéch pitáł, jezeli ni nieli strachu. A ónÿ ôdpoziedowali:  „A lácégo to hut bi niáł náju wiraszicz”?

Na mojém céchunku to ale nie dało huta. To dało wénza, chtórén ferdałowáł eléfanta. Potém nacéchowáł ém szrodek ôt ti zniji boa, cobi dorosłe mogli begrejfowacz. Jém zawdi wszio brák klarowacz. Tak wiglóndáł mój céchunek z numrém dwa:

Dorosłe me doredżili, cobim lepsij poprżestáł z céchunkäni rozémkniéntéch ji zamkniónéch znijów boa ji pojénteresowáł szie mocni geôgrasijó, jistorijó, rachowaniém ji gramatikó. W tém sposobzie ôtstómpsiłém ôt zielgi malárski kärziéri, w swojém sóstém roku. Já potéráł chéntliwoszcz z ti rżecÿ, co ni szie nie poziodło z céchunkiem numer jénén ji tégoz samégo z céchunkiem numer dwa. Dorosłe nigdi nicégój nie rozuniejó sani, a dżiecziám nakucÿ szie, co zawdi musó jém klarowacz.

Tedim já cwéngowáł szie powelowacz jénsÿ béruf ji wiûcÿłém szie furacz fligrém. Krżinkie  pofuráłém bez całki szwat, a ûcba geôgrasiji ûcÿniuła ni dobró słuzbe. Mókém w jéném ôkämgniéniu rozróznicz Chinÿ ôt Arizónÿ. To mocno prakticne, kiéj szie krusÿn pobłóndżi w nocÿ.

W bziégu swojégo zÿcziá potkáłém grómad ludżiów, co nieli jénterese w wáznéch sprawach. Sziła casu szwatowałém kole dorosłéch ji niáłém moznoszcz bácnie szie jém prżipatrowacz. To ale nie polepsÿło tégo, jekiém ô niéch dumáł.

Zawdi kiéj trasiułém jekiégo, co me szie zdawáł za trochie méndrségo, podsukäłém go z céchunkiém numer jénén, com go cziéngiém wożiuł ze sobó. Chciáłém ziedżiécz, cÿm richticnie trasiuł na kogój z pojéntkiém. Lec zawdi ôtpoziediwali:
– To je hut.
Tedi nie praziułém z niéni ani ô znijach boa, ani ô puscach, ani ô gziázdach. Podawáłém szie na niéch. Rozmazialim szie tedi ô bridzu, golsie, politice ji bindach. A dorosłe zawsedi bili redżi, co potkäli tak statecnégo cłoziekä.

Depesze ze świata małych narodów – luty 2018

Luksemburg. Nowa fala zainteresowania językiem luksemburskim. Rząd Luksemburga chce, by język tego kraju stał się jednym z oficjalnych języków UE. Oprócz tego rozpoczęła się seria konsultacji z obywatelami. Celem jest wypracowanie metod na rozpowszechnienie luksemburskiego w urzędach, szkołach, mediach. Rząd chce podnieść prestiż mowy, która dziś używana jest przede wszystkim ustnie, w sytuacjach codziennych. Luksemburczycy stanowią w tej chwili mniej niż połowę ludności Wielkiego Księstwa Luksemburg. Resztę stanowią przybysze z innych krajów całej Europy i świata. Język luksemburski, do niedawna uznawany raczej za dialekt niemieckiego, jest używany przez 3/4 mieszkańców w codziennych sytuacjach, a dla 55% rezydentów księstwa, czyli ok. 310 tys., jest głównym językiem domowym.

Kanada. Członek parlamentu tegoż kraju, Marc Miller, jako pierwszy w historii wygłosił w tej izbie całą przemowę w języku Mohawk. Tym samym rozpoczął Miesiąc Historii Ludów Rdzennych. Miller powiedział, że przemowa jest efektem jego osobistej podróży w nauce języka, a celem jest zwiększenie świadomości na temat języków ludów rdzennych Kanady. Naród Mohawków liczy dziś sobie ok. 30 000 osób, z czego tylko co dziesiąta włada językiem.

Walia. Język walijski powoli wraca pod strzechy. A przynajmniej na wyspie Anglesey na północno-zachodnim skrawku kraju, będącej jednocześnie oddzielnym hrabstwem. Wszystko za sprawą najmłodszego pokolenia. Dzieci, między innymi dzięki nauczaniu języka w szkołach coraz chętniej używają walijskiego także w domu. W 2013 w poszczególnych częściach wyspy po walijsku w domu mówiło od 41 do 69% dzieci. Dane za rok 2017 pokazują wzrost. Obecnie najsłabsze wyniki pokazywały prawie 64% dzieci używających walijskiego (miejscowość Llanfechell), na szpicy znajduje się zaś miejscowość Llanbedrgoch z doskonałym wynikiem 82,8%.

Hawaje. Luty miesiącem języka hawajskiego. Język ten został uznany jako drugi oficjalny, obok angielskiego, w roku 1978. Po 40 latach liczebność społeczności posługującej się językiem hawajskim wzrosła z kilku tysięcy do 25-30 tysięcy. Obecnie jest to jeden z najbardziej udanych projektów rewitalizacji językowej.

Tasmania. Język tasmańskich Aborygenów – palawa kani – został użyty w lokalnej kampanii wyborczej. Krótki film w tym języku i angielskimi napisami ma ruszyć sumienie władz. Aktywiści użyli tej mowy, by przypomnieć deklarację premierowi Australii, Willowi Hodgmanowi, który w 2014 roku obiecywał reset w relacjach z ludami aborygeńskimi. Palawa kani jest przypadkiem wyjątkowym w skali świata – jest bowiem nie tylko ożywionym, ale i zrekonstrukowanym językiem. W zasadzie można nazwać go kolażem tego, co udało się zapisać z ok. 20 języków Tasmanii do roku 1905, kiedy to zmarła ostatnia Tasmanka znająca lokalną mowę, Fanny Cochrane Smith. Jej mowa jest zresztą jedyną zapisaną głosowo, lecz zapis jej mowy i śpiewu jest bardzo niskiej jakości z powodu ówczesnych ograniczeń technicznych. Pozostałe ślady języków tasmańskich, wchodzących w skład dzisiejszego palawa kani to głównie pojedyncze notatki sporządzone przez kolonizatorów czy zdeszyfrowane nazwy miejscowe. Społeczność Aborygenów z Tasmanii podchodzi bardzo poważnie do ochrony tego, co zostało z ich dziedzictwa. Niechętnie dzielą się wiedzą o palawa kani ze światem zewnętrznym, niejako chroniąc ją przed ciekawskimi i osobami nastawionymi na sławę, a nie na dobro języka. Tym bardziej należy docenić otwarcie na świat.
Źródło: The Guardian

Mashpee, Massachusetts. Członkowie indiańskiego narodu Mashpee Wampanoag wystartowali z pierwszym w historii kursem języka wôpanâak w Mashpee High School. Języka co prawda nauczano wcześniej, lecz po raz pierwszy został wcielony do programu nauczania jakiejkolwiek ze szkół. Zaliczenie jednego z języków jest konieczne, by zdać do następnej klasy. Dla szóstki uczniów paszportem do następnej klasy będzie nauka języka wôpanâak. To część projektu ożywienia tej mowy, która wymarła w XIX wieku. W latach ’90 XX wieku wysiłkiem Jessie Little Doe Baird zaczął się proces analizy pozostawionych zabytków języka i wprowadzania go do współczesnego użycia. Dziś języka uczą się wszystkie grupy wiekowe plemienia, od w pełni imersyjnej klasy w przedszkolu po zajęcia dla starszyzny. Od 1993 roku języka nauczyło się ok. 500 osób, a dla kilkoro z najmłodszych stał się pierwszym poznanym językiem w życiu.

Północne Niemcy. Powstała propozycja zunifikowanej ortografii dla języka dolnoniemieckiego pod nazwą Nysassiske Skryvwyse. Język ten, znacznie różniący się od standardowego niemieckiego (Hochdeutsch) składa się z licznych lokalnych dialektów. Jest to także jeden z bardzo nielicznych przypadków, gdy język będący niegdyś urzędowym (a nawet międzynarodowym, hanzeatyckim) utracił status języka pisanego i zdegradował się do zespołu dialektów używanych głównie w mowie. Propozycja grupki młodych aktywistów, choć na razie niszowa, może w przyszłości odegrać swą rolę w procesie przywracania statusu języka dolnoniemieckiego. Skalę problemu pokazuje fakt, że plattdeutsch dziś używany jest głównie przez potomków imigrantów z Niemiec w obu Amerykach, a nie w swoim oryginalnym miejscu. Tym językiem jeszcze przed wojną posługiwała się większość niesłowiańskojęzycznych mieszkańców Pomorza i Prus, w tym np. Gdańska czy Helu. Często był też drugim bądź trzecim językiem Kaszubów.  Więcej o nowej proponowanej ortografii będzie można dowiedzieć się na tworzonej obecnie stronie www.skryvwyse.eu

Szatkowski: Komuna wygrała. Przynajmniej językowo.

Komuna wygrała. Tak w skrócie można opisać stosunek wielu z nas do różnorodności językowej. Kilka pokoleń wmawiania dzieciom i dorosłym, że jest jedna jedyna słuszna mowa, polska, literacka, a wszystko inne to relikt czasów, które słusznie minęły. Dziś oczywiście jawnie się z reguły nie piętnuje języków regionalnych i gwar. Bo to passé, nie pasuje do poprawnej politycznie kreacji, jaką jest przypisywanie sobie nowoczesności i inteligentnego stanu. Jednak jakiś kozioł ofiarny jest potrzebny naszej podświadomości, jakoś trzeba pewne nieprzepracowane kompleksy często związane ze wsią czy małomiejskim pochodzeniem podleczyć. Bo w sercu wiemy, że dziadkowie byli ze wsi. A ktoś wmówił, że miasto to same perfumy i wspaniałości, a wieś to smród, bród i ubóstwo. W Trójmieście spotkałem się z tym wiele razy, dziadkowe z Kaszub, ale ja z miasta. Kaszubi do skansenu. I takim kozłem stają się właśnie regionalizmy, resztki naszych lokalnych języków, dialektów, gwar, pozostałości po mowie przodków wplatane mniej lub bardziej świadomie do języka literackiego. Ten problem chciałem właśnie dziś podnieść. Bo ani ja, ani prawdopodobnie Ty, czytelniku, nie jesteśmy od niego zupełnie wolni. Czytaj dalej Szatkowski: Komuna wygrała. Przynajmniej językowo.

„Zaginiona” mazurska powieść sprzed 120 lat rzuca nowe światło na język Mazurów

Nieczęsto zdarzają się chwile tak podniosłe dla lokalnego języka jak ta. Przed paroma dniami skontaktował się ze mną znany dialektolog, dr Artur Czesak. Wieść, którą ze sobą niósł, zwaliła mnie z nóg. Oto okazuje się, że w małym westfalskim miasteczku w 1900 roku wydano przekład angielskiej powieści. Nie po niemiecku, nie po polsku – a po mazursku. To ponowne odkrycie zapomnianej całkowicie pozycji może raz na zawsze odmienić nasze postrzeganie Mazurów i stosunek ludzi do tej mowy. Czytaj dalej „Zaginiona” mazurska powieść sprzed 120 lat rzuca nowe światło na język Mazurów

Odrestaurować siebie

Nie wiem, ilu z młodego pokolenia doświadcza podobnych rozterek. Może kilkoro, może setki tysięcy. Młodzi Kaszubi, Ślązacy, wreszcie moi krajanie Mazurzy – też czujecie się cholernie niegodni? Też budzicie się nieraz oświetleni żywymi, mocnymi promieniami słońca i chcąc naszej gwieździe dorównać, zaczynacie dzień z równie mocnym i żywym postanowieniem „chcę być…”, „będę mówił po…”? I wreszcie… czy też na tym chciejstwie i będziectwie z reguły kończycie?

Matko jedyna, ile to razy rzucało mnie mentalnie od ściany do ściany, nim umysł wydał mi pozwolenie na bycie sobą. Ileż godzin odgrzebywałem ślady po starej mowie moich ziem, ile lokalnych słów używanych w mojej rodzinie musiałem spisać, ostatecznie – dokąd w genealogii musiałem się dogrzebać, by uciszyć wewnętrzny niepokój. Wszystko po to, bym w końcu stwierdził – „a jednak mogę być Mazurem”! Tak jakby był jakiś urząd, jakaś wyższa instancja wydająca w tej sprawie prawomocne wyroki.

To, czego się boję, to uzurpacja. Jako genetyczny kundel nie mam przypisanego miejsca na ziemi. Przynajmniej nie domyślnie, jak ktoś, kogo wszyscy pradziadowie wywodzą się z jednych stron. A u mnie wszystko – od Mazur po Małopolskę się w rodzinnej historii znalazło. Przez lata desperacko poszukiwałem punktu zaczepienia, przecież do diabła muszę być skądś! Ale odpowiedź była na długich wakacjach.

A przecież przez całe dzieciństwo nie znałem innej Polski niż ta mazurska. Nie jadłem innego chleba, niż tego z poddziałdowskiej mąki. Nie piłem innej wody, niż tej z głębin pod mazurską moreną. To tu nauczyłem się żyć, kochać, nienawidzić, płakać i śmiać. Jestem poturbowany na wskroś, tak jak poturbowane są Mazury i poturbowani są ludzie tu żyjący. Czy to nie jest wystarczający dowód, że jestem stąd?

I ta głupkowata obawa – co powiedzą ci „rychtycni”, ci „prawdziwi”? Przecież wiadomo – nie będę mówić tak dobrze, jak poprzednie pokolenia. Składnia nie ta, wymowa jakaś koślawa. Na pewno skrytykują, zniszczą, obśmieją, powiedzą „to nie tak się u nas gadało, idź załóż swoje walonki i wracaj tam, skąd cię przywieźli”. I mówili to, mniej lub bardziej dobitnie. A ja nie miałem pociągu, do którego mógłbym wsiąść.

Coś mnie pcha i pchało od zawsze w stronę mowy mazurskiej, mazurskiej obyczajności i mentalności. Może to te stare, poniemieckie cegły, może to ten zarośnięty cmentarz za wsią, a może ta moja kropla tutejszej krwi i pamięć genów. Przez lata czułem się jak kot Schroedingera. Nie chciałem otworzyć tego cholernego pudła i określić – żyw czy martwy. Mazur czy Niemazur. Pewnego dnia zrozumiałem, że nikt za mnie go nie otworzy. A już na pewno nikt nie ma prawa uśmiercać tego, kim się czuję.

Tak oto zacząłem restaurować. Ale nie Mazury, nie mazurskość. Te wszystkie połknięte książki, przewertowane słowniki, pieśni, opowiadania, legendy, kroniki. Wreszcie moja własna twórczość po mazursku. To nie jest restaurowanie regionu, a przynajmniej nie bezpośrednio. To przywracanie własnego ducha tam, gdzie tak naprawdę zawsze należał. To restaurowanie samego siebie.

Idźcie się restaurować. Już, dziś, teraz.

(Autor prowadzi profil Mazurskie słówko na dziś)

Pokojowe powstanie w Standing Rock – odrodzenie indiańskiej godności

Rdzenni mieszkańcy z całych Stanów Zjednoczonych od kilku miesięcy walczą z rządem i korporacjami. Wszystko w obronie własnych ziem i godności. Spór toczy się wokół wybudowania rurociągu, który z jednej strony zagraża zlewisku rzeki Missouri, a z drugiej może nieodwracalnie zniszczyć kilkaset cennych stanowisk archeologicznych. Na terenie rezerwatu Dakotów o nazwie Standing Rock dzieje się coś symbolicznego. Tu chodzi nie tylko o czystą wodę i miejsca pochówku przodków. Po raz pierwszy od wielu pokoleń Indianie z całego kraju upomnieli się o szacunek i podmiotowe traktowanie. Razem, wszyscy, wsparci przez rdzennych mieszkańców Kanady i innych państw. To renesans ich godności.

Historia zatacza koło

Standing Rock, pogranicze stanów Dakota Północna i Dakota Południowa. Rezerwat o powierzchni połowy przeciętnego polskiego województwa. I tylko 8 000 mieszkańców. Nie są to jednak zwykli mieszkańcy Czytaj dalej Pokojowe powstanie w Standing Rock – odrodzenie indiańskiej godności

Wieśniacy potrzebni od zaraz? Zlikwidujmy gimnazja!

Ja Wam w końcu powiem, jak to jest z tymi gimnazjami. Nie będę przytaczał uczonych, statystyk, danych, które i tak w ostatecznym rozrachunku zlewają się w niezrozumiały bełkot. W końcu to ma być wyrób felietonopodobny, a nie artykuł naukowy. Przeczytajcie, proszę, historię mojego życia. Może to Wam da do myślenia na temat likwidacji gimnazjów.

Wychowałem się w niewielkiej wsi na Mazurach. Czas tu płynął wolniej, a rytm życia wyznaczała pobudka oznajmiana przez koguty i tutejszych pijaczków, dobijających się do sklepu po nową butelkę denaturatu. O komputerach przez pierwsze lata milenium mówiło się tak, jak nasi przodkowie rozmawiali o kłobukach. Ktoś widział, ktoś słyszał – nikt nie dotykał. Kłobuki widywano na bezdrożach, komputery widziano ponoć w mieście. Ba! Ci, którzy do miasta czasami jeździli, nieśmiało potwierdzali istnienie tych magicznych stworów. Można było bodaj dotknąć i nawet nie gryzły (kłobuk mógł capnąć). Mieszkały w norach zwanych kafejkami. Czytaj dalej Wieśniacy potrzebni od zaraz? Zlikwidujmy gimnazja!

Multi-kulti? Tak! Lokalne języki i kultury? Ciemnota i buractwo!

Mało co mnie drażni tak bardzo, jak wielkomiejscy niby-to-inteligenci o niespójnym poglądzie na języki i kultury. Z jednej strony otwarci na obcość, multi-kulti to ich konik – chrońmy dziedzictwo przybyszy! A z drugiej lokalne języki i kultury – ciemnota i buractwo. No, w najlepszym razie coś do pokazania podchmielonemu turyście; tak powiedzieli przecież na zajęciach z marketingu w Wyższej Szkole Wszystkiego Dobrego. Jestem inteligentny, nie będę przecież jakiejś „wsiowej polszczyzny” traktował poważnie! Czytaj dalej Multi-kulti? Tak! Lokalne języki i kultury? Ciemnota i buractwo!

Polska dryfuje do Morza Brunatnego

Nie mam już wątpliwości. Polska dryfuje do Morza Brunatnego. Wczoraj gadałem sobie z dwoma studentami z Afryki, jeden czarnoskóry, drugi śniady – można by go z Portugalczykiem pomylić. Sympatyczni kolesie – znajomi znajomej. No i zapytałem ich, jak tu im w Polsce. Trochę spuścili wzrok i powiedzieli: „przykro nam to mówić, ale musimy stąd uciekać jak najprędzej. Za dużo w ciągu tych kilku miesięcy mieliśmy problemów.” No i opowiedzieli mi o tym, jak to próbowali wieczorem gdzieś kilka razy wyjść i zawsze kończyło się wyzwiskami albo pobiciem. Jakoś nie miałem problemu im uwierzyć, twarz jednego z nich miała faktycznie jeszcze strupo-blizny, świeżynka. Zrobiło mi się przykro, choć nigdy nikogo nie skrzywdziłem z racji rasy. Poczułem to, co powinni poczuć ci kretyni, którzy tłuką obcych tylko za to, że nie są stąd. Czyli skruchę i autentyczne uczucie wstydu. Było mi na tyle głupio, że przeprosiłem ich za „rodaków” (już nie wchodząc w kwestie mojego samookreślenia etnicznego) i próbowałem opowiedzieć im, skąd to kurewstwo się bierze. Przybliżyłem im sprawy rządów dobrej zmiany, łysych w kościołach, co jest formą reakcji pełnej strachu na wyzwania związane z Syrią i islamem. Wykazali się bardzo dużą dozą zrozumienia, ale jak stwierdzili – Polska to już nie jest miejsce dla nich.


Dziękuję wam, że w naszym kraju ludzie nie czują się już bezpiecznie. Normalni ludzie, studiujący, pracujący, wnoszący do tego kraju coś więcej niż wątpliwej jakości genotypy.


 

Świetna reklama. Dziękuję wam, że w naszym kraju ludzie nie czują się już bezpiecznie. Normalni ludzie, studiujący, pracujący, wnoszący do tego kraju coś więcej niż wątpliwej jakości genotypy. I jak tak dalej pójdzie, to Polacy o IQ nieco wyższym niż 90 (granica nieosiągalna dla zwolenników skrajnej prawicy) też wyjadą. Wrócicie do swoich chat z gówna – ale za to zyskacie dumną Wielką Polskę.

A do tego w mentalnej stolicy Polski, Białymstoku, likwidują Centrum im. Zamenhofa, człowieka, który próbował ludzi jednoczyć ponad podziałami. Bo Żyd. Za to oprawców typu Łupaszka stawia się młodej, prawilnej Polsce za wzór. Budzę się rano i mam mdłości. To kac, moralny kac za tych kilkadziesiąt tysięcy sfrustrowanych nieudaczników, którzy nasz kraj spychają w przepaść.