Wszystkie wpisy, których autorem jest Dôwid Miklosz

Recenzja: Ziemowita Szczerka ”Międzymorze. Podróże przez prawdziwą i wyobrażoną Europę Środkową.”

Wszystkie książki Ziemowita Szczerka można by skleić w jeden tom, bo to wciąż jedna i ta sama opowieść. I to nie jest zarzut.

To wciąż ta sama podróż. Wszystkie felietony, komentarze, artykuły, książki – to wszystko jest specyficznym strumieniem świadomości/rzeczywistości/obserwacji wciąż tego samego narratora. Tego właśnie narratora polubiłem od pierwszych tekstów czytanych na stronie Ha!artu. Wciąż jeżdżącego po nie najlepszej jakości drogach, w miejsca zazwyczaj niezbyt piękne. Uważnie oglądającego niuanse bylejakości, szpetoty. Szpetoty estetycznej i społecznej. Czasem groźnej, czasem komicznej, czasem urokliwej, ale najczęściej neutralnej, dookolnej, codziennej. Codziennej tak, że aż niezauważalnej. Szpetoty pełnej znaczeń. To co nieforemne, toporne, zdeformowane przyciąga uwagę, w nieoczywisty sposób niekiedy zachwyca.

Narrator podróżnik, obserwator, który wciąż dokądś dociera, dokądś wjeżdża, gdzieś przybywa i wciąż dzieli się swoim pierwszym wrażeniem. Pierwszym wrażeniem, które już niesie niekiedy ze sobą sens ostateczny, a niekiedy jest ledwie wstępem do rozdrapania problemu. Czasem to impresja ledwie o estetyce bilbordów, o „szyldozie”, która mówi więcej niż cały esej o tym czy tamtym narodzie, czasem sążnisty opis Świebodzińskiego Jezusiska czyniony z socjologicznym zacięciem. Bywa, że wszystko zaczyna się od stanu pobocza, od barierek przy drogach, od stanu i kroju drogowskazów, które są emanacją narodowego charakteru nie mniej niż narodowe eposy czy dobór wieszczów i bohaterów na pomnikach.

To, co napisałem powyżej, wydaje się z pewnością być nieco niekonkretne i ogólne, kto jednak zna twórczość Ziemowita Szczerka, jego optykę, jego metodę, z pewnością zrozumie, a kto nie zna, tą krótką impresją, mam nadzieję, poczuje się zaintrygowany i zachęcony.

Narrator Ziemowita Szczerka odbywa, jak już wspomniałem, wciąż tę samą podróż. Oprócz zmieniającego się horyzontu obserwacji, zmienia się też perspektywa, zakres przestrzeni, jaką obejmuje wzrokiem. Ze wszystkich dotychczasowych publikacji Międzymorze obejmuje największą połać.

Międzymorze to kilka tras, jak to u Szczerka, raczej z zachodu na wschód. Zachód to bowiem punkt odniesienia, nawet jeśli traktowany jako wzór, to niekoniecznie wzór do naśladowania. Bardziej jako chłodny szablon, kształt, który pomaga wyłowić na zasadzie kontrastu to co w międzymorskiej przestrzeni od tego szablonu odbiega. Mitteleuropejskość objawia się zazwyczaj w różnicach między nią samą a par excellence Zachodem.

A zatem z zachodu na wschód. Niemcy i Łużyce na przystawkę, pierwsze zderzenie, pierwszy konglomerat, nakładanie się kultur na kulturki i cywilizacji na cywilizacyjki. Tożsamości nieoczywiste, mieszane, poklejone. I dalej na wschód, przez całą środkową Europę, przez „powiatowy świat małych stosunków, ojczyznę płaskich stóp” (jak pisał Josef Kroutvor*), przez tę część Europy gdzie historia jest zazwyczaj problemem, gdzie historię się „odkrywa, tworzy i broni jej” (znów Kroutvor), gdzie „unosi się ciężka woń gotowanej kapusty, zwietrzałego piwa” (Kroutvor po raz trzeci). Dalej Czechy, Słowacja, Węgry, Rumunia itd… W kolejnej wędrówce przez Wileńszczyznę, Litwę, Łotwę, Estonię, do Rosji… Często międzymorskie, środkowoeuropejskie granice są nieoczywiste. Narody, diaspory i etnie fluktuują; Serbowie w Bośni czy Kosowie, Polacy na Litwie. Albo Węgrzy. Węgrzy na Słowacji, Węgrzy na Ukrainie, Węgrzy w Rumunii. Wszędzie Węgrzy, wszędzie zupełnie inni. Nie tak jak Rosjanie w krajach bałtyckich, jako „późny import”, ich dryf w stronę bałtyckości, jeśli istnieje, jest nieoczywisty. Wszystkie te transgraniczne etniczne dyfuzje pokryte grubą warstwą dawnych lub współcześnie symulowanych naleciałości, niemieckich, pruskich, austriacko-austro-węgierskich, rosyjskich, skandynawskich, gdzieniegdzie polskich, węgierskich, czeskich i oczywiście last but not least radzieckich. Częściowo zdrapywanych jak zbędny nagar, zazwyczaj z opłakanym estetycznie i ideologicznie skutkiem. Częściowo eksponowanych jako swoje-nieswoje dziedzictwo, często ze skutkiem komicznym. A przecież często wśród Środkowoeuropejczyków, wśród Międzymorzan, te właśnie naleciałości to gigantyczny wkład w ich niegigantyczną istotę, koloryt czy mentalność. I jako dopełnienie, cienie dawnej chwały, wszystkie Wielkie Morawy, Górne Węgry, polskie Wilno, polski Lwów… Cienie czasem wyblakłe, czasem mroczne.

Narrator Ziemowita Szczerka tę całą przestrzeń przemierza w momencie specyficznym, w momencie kiedy szablon par excellence Zachodu zaczyna Międzymorze widocznie uwierać. Kiedy niektórzy Międzymorzanie chcieliby nowej emancypacji, nowej Wiosny Ludów, Wiosny Międzymorza. Wiosny, której najwidoczniejszą emanacją są jak na razie roztopy i brunatne błoto, w którym środkowa Europa na sporych obszarach brodzi. Projekt demokracji w typie zachodnim pięknie wykiełkował, ale jego system korzeniowy okazał się słabowity. Cytując popularną znów Margaret Atwood, „Te czasy, mówiąc historycznie, to była anomalia – powiedział Komendant. – Taki wyskok. Myśmy po prostu tylko przywrócili naturalny porządek rzeczy”**.

Kończąc te dość niekonkretne impresje z lektury i skupiając się na samej książce, na Międzymorzu, muszę powiedzieć, że to wędrówka ze wszech miar fascynująca. Całą środkowoeuropejską średniość, nijakość, ospałość, bylejakość pomieszaną niekiedy z poczuciem wyższości, mylącą „chłopski rozum” ze zdrowym rozsądkiem Szczerek wplątuje w świat nieoczywistych powiązań, pokazuje w kontekstach od mitu do popkultury, tym samym oswaja ją dla nas taką jaka jest. Jest dla tego całego pogmatwanego, często nieprzyjaznego, obrażonego na świat, karłowato-gargantuicznego, swojskiego Międzymorza bezlitośnie przychylny.

Moja ocena: 5/5.

*Josef Kroutvor, Europa Środkowa: anegdota i historia. Źródło cytatów nieprzypadkowe, w te bowiem regiony środkowoeuropejskiej tkanki, w które Kroutvor starał się dotrzeć literaturo- i kulturoznawczo, Szczerek dociera samochodem, pociągiem czy marszrutką.

** Margaret Atwood, Opowieść podręcznej.

Łona i Webber – „Nawiasem mówiąc”, mówiąc wprost – znakomite.

Łona i Webber to szczecińskie duo, tworzące hip-hop – powiedzieć jednak tylko tyle, to tyle co nic nie powiedzieć. Niespecjalnie też sprawa staje się klarowniejsza – przynajmniej dla osób, które nie interesują się takimi brzmieniami (a piszący te słowa zalicza się do takich osób) – jeżeli powiemy, że Łona jest uważany za twórcę tzw. „rapu inteligenckiego”, a Webber to jeden z najlepszych producentów muzycznych w RP. Razem prowadzą też wytwórnię płytową „Dobrzewiesz Nagrania”, która ma pod swoimi skrzydłami zespół Bubliczki – czy jednak i to niezorientowanym powie dość o tych dwóch postaciach? Wątpię. Czytaj dalej Łona i Webber – „Nawiasem mówiąc”, mówiąc wprost – znakomite.

Krzysztofa Wrońskiego ”Czarny Bóg”

 

Przyjemnie jest móc pisać o książkach dobrych. Wymyślać superlatywy, mnożyć peany, dodać niekiedy pochlebstwo o osobie autora. Nie jest też trudno pisać o książkach słabych, dyskurs negatywny zdaje się być przestrzenią znacznie bardziej urodzajną i łatwiejszą w uprawie. Gorzej jest, kiedy przeczytaliśmy książkę, którą chcemy zganić, ale nie daje nam ona zbyt wielu do tego powodów, a jest już zupełnie źle, gdy chcielibyśmy się książką autentycznie cieszyć, ale samo polubienie staje się rzeczą wymagającą.

Mam z odbiorem Czarnego Boga pewien problem. Problem jest tej natury, że obiecano mi zbyt wiele. W materiałach promocyjnych, a także na tylnej okładce książki, napisano bowiem: Czytaj dalej Krzysztofa Wrońskiego ”Czarny Bóg”

Pomerania non cantat? A kùsznita mie w rzëc! Chëcz – Dërnosc.

Chëcz powstała w roku 1999 i niemal z miejsca nagrała płytę Do Młodëch, która pewnie przewietrzyła kilka ciasnych umysłów i otworzyła kilka par oczu niedowiarkom. Później skład się zmieniał, powstało jeszcze kilka kawałków (np. Król, Òdjimk, Dosc, To Kaszëbi), które nieregularnie pojawiały się przy okazji kaszubskich audycji radiowych. I w zasadzie do niedawna to było wszystko. Ale o tym mniej więcej wiedzą wszyscy mający jakiekolwiek rozeznanie w nowszej, niekoniecznie świetlicowej, kulturze kaszubskiej.

Po długich piętnastu latach Chëcz wraca. Wraca i obdarza nas płytą z dość prostą okładką (czarne tło i złota „kotwica”/lilia Świętopełka II Wielkiego), na płycie okrągłe dziesięć utworów i ponad pół godziny muzyki. Tak to wygląda, zwięźle i na temat.

Co mamy w menu? Cztery rasowe rockowe numery (Co jeżlë nié, Wstani!, Dërnosc, Dãp), trzy nieco lżejsze (Dzys, Szôł, Banita), dwie ballady (Europejczik, Jeséń) i jedną „pościelówę” (Sztëczk). Chociaż sam najbardziej cieszyłbym się gdyby to pierwsza kategoria była bardziej rozbudowana, to muszę przyznać, że powyższy zestaw to dobre, wyważone proporcje dla płyty z myślą o słuchaczach ze zróżnicowanymi gustami. Każdy znajdzie coś dla siebie.

Czytaj dalej Pomerania non cantat? A kùsznita mie w rzëc! Chëcz – Dërnosc.

Bërsz, tej piwò w Pòmòrsce

Piwò òb calé wieczi bëlo w Pòmòrsce jednym òd nôslawùtniészich nôpitków, nié le przez mòżnosc ùpicô sã nim, le, wedlą praslowiańsczégò pòchôdaniô slowa „piwò”, jakò cos do picô, pòwszeden nôpój.

W prawach pòmòréńsczich ksążãt ò ògrańczenim paradnëch wiesól stoji, co „chbùrzëzna, szôltësowie, mlinôrze, széprowie w naszim kraju mają na wiesola swòjã nôblëższô krewnosc, jednak nié wicé jak trzë stolë, ù kòżdégò pò 10 òsób, (…) wòlac a rôczëc (…), pòd sztrôfą jednégò gùldena za kòżdã nôslédną òsobã (…), téżô przëstoji le dwa môltëcha z trzech zwëczajnëch strôw zrëchtowac, a nôwicé w grëpie 6 béczk piwa wëpic (…).” Kòwale ë gòspòdarze mòglë 15 òsób rôczëc, le dac jim ju le 2 béczczi piwa. Na krzcënach „je mòżno le jeden môltëch, co sã sklôdô z trzech lëchich a zwëczajnëch strôw dac, a nie wicé czim jednã béczka bërszu wëpic.” Téż na òplaczënach òbrzészôl limit blós jedny béczczi. Ò drëdżich nôpitkach w nëch prawach nie stoji nick, z czegò jidze wërozmiôc, co nie pòkazowalë sã na stolach za czãsto. Gwës nié w wieloscy, chtërnã bë bëlo wôrt zanotérowac.


ò piwie wiémë le to, eż tam bëlë gò „sétmëgromòwé wieloscë” – jak jidze z tegò wërozmiôc, nié do pòrechòwaniô.


Bòdżislawów X ë Anë Jagelónczi wieselé bëlo òpisóné jakò òsoblëwie paradné. Znajemë tak richtich wieloscë – mierzoné w béczkach, achtlach, wòzach bądz kòpach – madżarsczich ë jitalsczich win, môlowégò wina, malwazëje, masla, jôj; znajemë wieloscë ùrznionëch wòlów, òwc, celãt, gãsy, swiń ë dzëwich swiń… le ò piwie wiémë le to, eż tam bëlë gò „sétmëgromòwé wieloscë” – jak jidze z tegò wërozmiôc, nié do pòrechòwaniô. Czytaj dalej Bërsz, tej piwò w Pòmòrsce

Dzień Pomorza – 24. czerwca

Mòjn, Pomorzanie!

W naszym kalendarzu świąt na Pomorzu jedną z ciekawszych dat jest z pewnością Dzéń Jednotë Kaszëbów obchodzony 19. marca na pamiątkę pierwszej wzmianki z roku 1238 o szczecińskim „księciu Kaszub” w osobie Bogisława I. Nie jest to jednak jedyna tego typu data, którą z pewnością warto upamiętnić.

24. czerwca 1046 roku, wedle relacji „Roczników altajskich”, wezwał był król niemiecki Henryk III przed swe oblicze trzech skłóconych władców zachodniosłowiańskich. Podług Rocznika byli nimi: Bratizlao dux Boemorum, Kazmir Bolaniorum, Zemuzil Bomeraniorum – czyli książęta Brzetysław czeski, Kazimierz polski, Zemuzil pomorski.


Co jednak jest sprawą najistotniejszą, to fakt, że wzmianka o owym spotkaniu 24. czerwca 1046 roku jest pierwszym, jakie znamy historycznym użyciem nazwy „Pomorze” w dziejach!


Kim był ów „Zemuzil” i dlaczego wzmianka o nim jest tak wyjątkowa? Według E. Rymara był Zemuzil „pierwszym pewnym znanym ogólnoplemiennym księciem Pomorza”, chociaż terenów, jakie obejmowało jego pomorskie władztwo nie sposób sprecyzować. Co jednak jest sprawą najistotniejszą, to fakt, że wzmianka o owym spotkaniu 24. czerwca 1046 roku jest pierwszym, jakie znamy historycznym użyciem nazwy „Pomorze” w dziejach! Czytaj dalej Dzień Pomorza – 24. czerwca

Wielka wyprawa księcia Racibora, czyli mała propaganda Artura Szrejtera

Artur Szrejter jest autorem opowiadań fantasy oraz książek popularyzujących zagadnienia mitologii skandynawskiej, np. Mitologia germańska. Opowieści o bogach mroźnej Północy, Demonologia germańska. Duchy, demony i czarownice, Bestiariusz germański. Potwory, olbrzymy i święte zwierzęta.

Najnowszą pozycją Szrejtera, wydaną nakładem Instytutu Wydawniczego ERICA, jest Wielka wyprawa księcia Racibora. Zdobycie grodu Konungahela przez Słowian w 1136 roku. Tytuł w zasadzie mówi wszystko. Książę Racibor był bratem Warcisława I i po jego śmierci objął władzę w Księstwie Pomorskim, a zdobycie Konungaheli było największym wyczynem, dzięki któremu historia go zapamiętała. Głównym źródłem wiedzy na temat wydarzeń roku 1136 jest dzieło Snorriego Sturlusona Heimskringla (Krąg ziemski, zbiór sag o nordyckich władcach), a w zasadzie jej część, Saga o Magnusie Ślepym i Haraldzie Słudze Bożym. Saga ta zawiera rozbudowany opis – a jak celnie stwierdza Szrejter, opis, który jest sagą w sadze – zwycięskiej wyprawy wojennej pomorskiego księcia Racibora.


Był to początek półwiecznego okresu absolutnej dominacji Pomorzan na Bałtyku, którzy już wcześniej mocno dawali się we znaki Skandynawom.


Owa wyprawa była jedną z większych poświadczonych historycznie rejz Pomorzan. Około 650 okrętów, więcej jak 20 tys. ludzi, około tysiąca koni. Na ich czele książę pomorski z rodu Gryfitów, Racibor (w źródłach: Ratibor). Fenomenalny strateg, mający już na swoim koncie rozbicie w roku 1135 kierującej się na Rugię duńskiej floty króla Eryka II Pamiętnego oraz odwetowe, niszczące uderzenie na ówczesną duńską stolicę – Roskilde. Był to początek półwiecznego okresu absolutnej dominacji Pomorzan na Bałtyku, którzy już wcześniej mocno dawali się we znaki Skandynawom (vide historia szczecińskiego kupca i chąśnika* imieniem Wyszak czy podboje i zasiedlanie wysp południowej Danii). Wyprawa na Konungahelę była strategicznym majstersztykiem. Świetnie przygotowana pomorska armia uderzyła w niedzielne południe – czas wybrany nieprzypadkowo, bowiem w czasie niedzielnej sumy większość mieszczan uczestniczyła we mszy. Błyskawicznie zajęte m.in. przy użyciu konnicy podgrodzie było świetnym punktem wyjścia do dalszych działań przeciw obrońcom grodu. Pomorzanie szturmowali wały kilkukrotnie, wreszcie po zażartych walkach zdobyli umocnienia, zrabowali miasto, jego mieszkańców uprowadzili do niewoli, a sama Konungahela już nigdy nie wróciła do swej niegdysiejszej świetności. Racibor jako zwycięzca powrócił na Pomorze w glorii i chwale, a czasy jego rządów są jednymi z najświetniejszych momentów w historii tego kraju. Nie tylko zdominował militarnie Bałtyk, ale i dość szybko uwolnił się od wpływów państwa Piastów. Po jego śmierci władzę w księstwie przejął jego bratanek, Bogislaw I, pierwszy władca pomorski oficjalnie tytułowany księciem Kaszub. Czytaj dalej Wielka wyprawa księcia Racibora, czyli mała propaganda Artura Szrejtera