Recenzja: Jarosława Kociuby „Legendy Pomorza”

Doczekaliśmy się. Od czasu pierwszych wzmianek i zapowiedzi owego tomu minęło już dość sporo czasu, pojawiły się one bowiem w okolicach roku 2014 wraz z uruchomieniem facebookowego fanpejdża Legendy Pomorza. Wreszcie jednak autorowi udało się dopiąć swego niezwykle ambitnego planu i wreszcie jest.

Warto, dla jasności, zacząć od pełnego tytułu, a brzmi on: „Legendy Pomorza. Podania, baśnie i opowieści prawdziwe z terenów Księstwa Pomorskiego”. Na czym jak na czym, ale na Księstwie Pomorskim Jarosław Kociuba zna się wyśmienicie, jest bowiem autorem kapitalnego przewodnika, pt. „Pomorze. Praktyczny przewodnik turystyczny po ziemiach Księstwa Pomorskiego”.

Tom „Legend…” robi wrażenie od pierwszego kontaktu. Masywna, blisko 500 stronicowa pozycja, w eleganckiej obwolucie, pod którą kryje się jedna z kapitalniejszych okładek jaką w kontekście pomorszczyzny ostatnio widziałem. To, co jednak najistotniejsze, kryje się oczywiście wewnątrz. Równo 200 legend z przeróżnych zakątków pomorskiego kraju, okraszonych w aneksie krótkimi, acz ciekawymi komentarzami. Same „podania i baśnie” autor przedstawił fabularyzując je w sposób dobrze wyważony. Ustrzegł się suchego zapisu etnografa, który mógłby ucieszyć co najwyżej filologa, ale uniknął również infantylności zbiorów bajek. W rezultacie „Legendy Pomorza” są lekturą bardzo przystępną, co zupełnie nie szkodzi poważnemu potraktowaniu tematu. Widać to od samego wstępu, który czyta się z niezwykłą przyjemnością. Wreszcie to, co pomorskie, jest w nim pomorskie. Wreszcie Pomorze jest podmiotem. Nie jest peryferią jakiejkolwiek „centrali” czy „Macierzy”, obojętnie czy z zachodu czy ze wschodu. Jest krajem, który przez wieki często niełatwej historii wypracował swoją własną kulturę, której emanacją są w tym konkretnym przypadku legendy. W tym krótkim wstępie autor zdobył się – na godną wszelkich pochwał – niezwykle elegancko przedstawioną perspektywę uprzedmiotawiającą Pomorze i jego dzieje, jaka przez dziesięciolecia była nieosiągalna, a i dla wielu dziś jeszcze trudna jest do wyobrażenia.

Wracając jednak do najważniejszej tkanki „Legend…”, mamy tutaj wszystko, czego moglibyśmy oczekiwać od tego typu zbioru. Mamy gryfy, alpy, klabaterników, stolëmy, skrzaty, białe damy, pomorskich rycerzy, pomorskich zbójców, krnąbrnych mieszczan i dzielnych książąt, dzielnych mieszczan i krnąbrnych książąt, i wszystkie warte poznania postaci z tego i nie z tego świata. W dodatkach, oprócz krótkich objaśnień do samych legend, znajdziemy również opisy wybranych miejscowości, które wzmiankowano w książce, noty dotyczące występujących w niej postaci historycznych oraz opisy wybranych rodów pomorskich. Całość wzbogacają ilustracje Justyny Szklarskiej.

Źródła, z jakich korzystał autor, są doprawdy rozległe. Począwszy od słynnego kronikarza Thomasa Kantzowa, poprzez słynnych folklorystów zajmujących się zbieraniem pomorskich opowieści takich jak Jodocus Temme, Otto Knoop, Ernst Moritz Arndt i in., na współcześniejszych opracowaniach etnograficznych, historycznych i popularnych kończąc. Również sam autor, który ziemie Pomorskiego Księstwa zjechał wzdłuż i wszerz, spisał kilka opowieści przekazywanych przez mieszkańców.

Podsumowując, mam na półce kilka zbiorów pomorskich legend, które moim zdaniem bardzo źle przechodzą próbę czasu, dlatego z radością i przyjemnością zamienię je na te, które dla nas sumiennie zebrał i ciekawie opracował Jarosław Kociuba.

Szatkowski: Komuna wygrała. Przynajmniej językowo.

Komuna wygrała. Tak w skrócie można opisać stosunek wielu z nas do różnorodności językowej. Kilka pokoleń wmawiania dzieciom i dorosłym, że jest jedna jedyna słuszna mowa, polska, literacka, a wszystko inne to relikt czasów, które słusznie minęły. Dziś oczywiście jawnie się z reguły nie piętnuje języków regionalnych i gwar. Bo to passé, nie pasuje do poprawnej politycznie kreacji, jaką jest przypisywanie sobie nowoczesności i inteligentnego stanu. Jednak jakiś kozioł ofiarny jest potrzebny naszej podświadomości, jakoś trzeba pewne nieprzepracowane kompleksy często związane ze wsią czy małomiejskim pochodzeniem podleczyć. Bo w sercu wiemy, że dziadkowie byli ze wsi. A ktoś wmówił, że miasto to same perfumy i wspaniałości, a wieś to smród, bród i ubóstwo. W Trójmieście spotkałem się z tym wiele razy, dziadkowe z Kaszub, ale ja z miasta. Kaszubi do skansenu. I takim kozłem stają się właśnie regionalizmy, resztki naszych lokalnych języków, dialektów, gwar, pozostałości po mowie przodków wplatane mniej lub bardziej świadomie do języka literackiego. Ten problem chciałem właśnie dziś podnieść. Bo ani ja, ani prawdopodobnie Ty, czytelniku, nie jesteśmy od niego zupełnie wolni. Czytaj dalej Szatkowski: Komuna wygrała. Przynajmniej językowo.

„Môłi princ”: Rozdział VI (przeczytaj fragment)

Przeczytaj poprzedni rozdział TU.

VI

Ach! Môłi princë, tak jô pòczõł znôjma rozmjôc tvój môłi, mãkòlijni żëvòt. Dłúgò të nji mjôł jinszé womjodë jak łagòda zôpadóv słúnjca. Tã prôvdã wo tvim żëcim jô pòznôł nó tim czvjôrtim dnjú, ga të mje rzek:
– Vjidzõ mje sã zôpadë słúnjca, pòjma wobezdrzec zôpôd słúnjca…
– Ale je trzeba dożdac…
– Dożdac zó czim?
– Dożdac jaż słúniszkò pòcznje do zachôdanjô.

Nôpjervjé të vëzdrzôł czësto baf, a téj të sã smjôł sóm nad sobõ. Ë të mje pòvjedzôł:
– Mje sã dërch zdaje, co jô jem doma!
Genau. Vszëtcë vjedzõ, ëż cjéj ve Sztécach to je pôłnje, ve Francëji to jú sã marczi. To bë signãło dónjc do Francëjé v jedni minúce ë bë móg bëc przë słúnjca zônjdzenjim. Njeszczescim Francëskô je za dalek. Ale na tak malincji planétce jak tvòja, tobje spravjiło sënõc svój stółk wo cjile krokóv. Ë të wobzérôł smjerzk tëlkò razi, co të chcôł.
– Rôz jô vjidzôł słúnjce zachadac sztërë-sztërdzesce razi!
Ë përznã pòzdnjé të dodôł:
– Vjés të… cjéj człovjekòvi je tak smãtnje, téj mô rôd zôpadë słúnjca…
– V tim dnjú, cjéj të vjidzôł sztërë-sztërdzesce zôpadóv, të béł jaż tak smãtni?
Ale môłi princ mje nje wodpòvjedzôł.

Słowniczek:
mãkòlijni
melancholijny, przygnębiający
znôjma
 powoli
baf zdziwiony, zaskoczony
womjoda osłoda, pocieszenie
Sztéce Stany Zjednoczone Ameryki
marczëc sã zmierzchać (por. mark mrok)
spravjic tu: wystarczyć
smjerzk zmierzch
tëlkò tyle

Żywiołak: Mroczna strona kaszubskiego folkloru

Ciężka, mroczna, acz skoczna przy tym i rubaszna niekiedy bestyjka, jaką jest Żywiołak, postanowiła opuścić swe ciepłe leża i wyruszyć za Noteć, za puszcze, na północ, na Pomorze, do nas…

Na jednym Żywiołak się zna jak mało kto – na budowaniu sugestywnego klimatu. Najnowsza ich płyta Pieśni Pół/nocy na pewno gruntuje mocną, wysoką pozycję zespołu w czołówce polskiego i europejskiego folk rocka/folk metalu. Wydobywanie mroku i niepokoju z ludowych melodii to coś, w czym Żywiołak jest naprawdę dobry. Instrumentarium wzbogacone o instrumenty dawne (w tym gęśla gdańska!) i ludowe nadaje muzyce autentyczności, żeńskie wokale świetnie współgrają z dźwiękiem liry korbowej (np. w Og?), a ciężkie gitarowe riffy dopełniają obrazu. Recytacje i monologi po kaszubsku sprawiają, że słuchanie całej płyty staje się doświadczeniem porównywalnym do słuchania dobrego słuchowiska.

Mocno trzymaliśmy kciuki za ten album, odkąd zespół zapowiedział, że tym razem główną ich inspiracją będą Pomorze i Kaszuby. Płytę Pieśni pół/nocy, przed jej premierą, oczyma swojej duszy widzieliśmy/słyszeliśmy pomorską na wskroś i na nice, kiedy jednak zmaterializowała się w odtwarzaczu, po pierwszym odsłuchaniu poczuliśmy coś w rodzaju niedosytu. Pomorskiego niedosytu. Muzycznie Żywiołak nie zawodzi, a to jest wszak składnik najistotniejszy. Chociaż przez lata jego kompozycje wciąż pozostają w pewien sposób surowe, zazwyczaj chropowato-brutalne, to jednak stają się coraz bogatsze i wielowymiarowe. Co do inspiracji Pomorzem i Kaszubami, liczyliśmy jednak na więcej. Liczyliśmy na Trygława zażywającego tabakę do wszystkich sześciu nozdrzy naraz, w cwale pędzącego przez nadnoteckie graniczne puszcze, zagryzającego w tym szalonym pędzie śledzia wprost z gazety Zrzesz Kaszëbskô. Na czerwone gryfy cytujące z pamięci obfite fragmenty Pomeranii Thomasa Kantzowa i czarne gryfy grające na diabelskich skrzypcach przeboje The Damrockers. Mamy jednak świadomość, że nasze oczekiwania mogą znacznie odbiegać od zdrowej normy…

Przesłuchując płytę po raz czwarty i piąty, już nucąc niektóre jej fragmenty, już spokojniej i z narastającą przyjemnością śledziliśmy pomorską tkankę, jaką wplótł Żywiołak w swe Pieśni Pół/nocy. Rzeczywiście te inspiracje są widoczne, zwłaszcza w warstwie tekstowej. Są słowa inspirowane pieśniami zebranymi na Pomorzu przez Oskara Kolberga oraz podaniami zebranymi głównie na Pomorzu Środkowym przez innego etnografa, Ottona Knoopa. Są wreszcie także fragmenty kaszubskich dzieł literackich Aleksandra Majkowskiego, Jana Karnowskiego i Hieronima Derdowskiego. Język kaszubski słychać na płycie już od pierwszego utworu, jednak zawsze jako krótkie recytacje, a nie jako tekst śpiewany. Żywiołak chętnie sięga po motywy pogańskie istniejące w dzisiejszych tradycjach, stąd nawiązania do scinanjô kanje, bãblovanjô czy, zgodnie z hipotezą zespołu, túnjca feretronóv, a także do demonologii kaszubskiej i ludowego bestiariusza: byli stolëmji, są też mòrzëce (syreny), Smãtk oraz ópji.

Płyta od samego jej w zasadzie otwarcia (Vandalia incognita) jest dość mroczna, kilka z piosenek rozrasta się do czegoś w rodzaju małych opowiastek, bogatych muzycznie i ciekawych tekstowo (zwłaszcza warto zwrócić uwagę na Dans macabreska, Stuch, Og?, Łopi, Feretronem być, Ścinanie kani), po drodze kilka przerw m.in. na mikro- i nano-monologi kaszubskie. Klimat płyty przywodzi na myśl głębokie pomorskie bory i mgły unoszące się ciężko nad wodami, ale jest na niej też kilka bardzo skocznych, mniej poważnych piosenek (Wionek, Żona i ksiądz, Zdziczenie obyczajów kaszubskich), które jednak niespecjalnie nas do siebie przekonały.

Drobny mankament językowy: Wionek jest inspirowany pieśnią kaszubską zapisaną w Pomorzu Kolberga, jednak jej tekst nie został po prostu przetłumaczony na polski i zaśpiewany, lecz postawiono tam na dziwną, niby-gwarową wymowę, która jednak nie odpowiada ani językowi kaszubskiemu, ani żadnej gwarze polskiej używanej na Pomorzu (dziwce dziwce, co tam mos || co fartuskiem psykrywos?). Nie jesteśmy też pewni intencji słów w Zdziczeniu obyczajów kaszubskich i chyba tego kawałka nie kupujemy.


Na marginesie warto dodać, że cieszy wygląd samego albumu. Na okładce możemy się dopatrzyć wielu pomorsko-kaszubskich motywów, jest Trygław (o twarzach dziwnie podobnych do wokalisty Roberta Jaworskiego, czyżby inkarnacja?) są kości stolëma, jest ścięta kania. Na samym krążku nadrukowano tatuaż z hasłem Norda – Kaszëbë – Rocknroll, a od wewnętrznej strony przebłyskuje mapa Księstwa Pomorskiego wykadrowana na Księstwo Kaszubskie (nie to z tzw. „polskiego Pomorza”, o którym pisze we wkładce zespół, lecz tego pod panowaniem Gryfitów, między Kołobrzegiem, Koszalinem i Szczecinkiem). W owej wkładce oprócz tekstów znajdziemy też ciekawy opis procesu twórczego zespołu, książek i instrumentów, którymi Żywiołak się inspirował i za pomocą których odkrywał Pomorze i Kaszuby dla siebie.

Ogółem jest to płyta dobra, momentami bardzo dobra, która nie odbiega poziomem od poprzednich albumów Żywiołaka. Są na niej kawałki, do których jeszcze nie raz powrócimy i które możemy szczerze polecić. Pomorzanie, Kaszubi wreszcie dostają ciekawą, jak na razie jedną z oryginalniejszych, interpretację cząstki swojego kulturowego dziedzictwa.

Dôvjid Mjiklosz & Macéj Banjdur

Pieśni Pół/nocy
Artysta: Żywiołak
Wydawca: AKW Karrot Kommando
Rok wydania: 2017

„MÔŁI PRINC”: ROZDZIAŁ V (PRZECZYTAJ FRAGMENT)

Przeczytaj poprzedni rozdział TU.


V

     Kòżdi dzénj jô sã cos vëdovjedzôł wo jewo planéce, wo wodenjdzenjim, wo rézi. To przëchôdało znôjma, mjedzë słovami przipôdkòvëch mësel. Pravje tak na trzecim dnjú jô sã doznôł wo jivrze z baobabami. Tim razã dzãka barankòvi, bò môłi princ worôz sã mje spitôł, cjéjbë pòvôżno sã béł wo czim stanovjił:
     – To je prôvda, co barancji grëzõ krze, doch jo?
     – Jo, to je prôvda.
     – Ach! Z tim jô jem spòkójni.
     Jô nje rozmjôł dlôcz to tak vôżné bëło, co barancji krze grëzõ. Le môłi princ dodôł:
     – Téj rżõ wonë téż baobabë?
     Jô wodkôzôł môłémù princë, co baobabë nje sõ njiżódnë krze, a bómë vjeldzjé jakò kòscołë ë że chòcô cavné karno élefanjtóv bë przënëkôł sobõ, no karno bë so nje vjedzało żódné radë razú z jednim baobabã.

     Ta wudba wó tim karnje tëch élefanjtóv rozbavja môłéwo princa:
– Ti bë mùszëlë sã pòstavjic jeden na drëdzjim…
Le pòtemù scvjerdził mõdrze:
– Baobabë, njiglë vërostõ, téż sõ môłé.
– Vjiléba! Blós czemùż të chcesz, że tvòje barancji bë jadłë môłé baobabë?
Won mje rzek: «Në kò doch… ! Véjle jo!» cjéjbë to szło wo czësto klôr zachã. Jô brëkòvôł svój dzél mõklac, co bë samemù zrozmjôł ten trobel. Ótole na planéce môłéwo princa, takò jakò na vszëtcjich planétach, to dało të dobré roslënë a të lëché roslënë. A tak samò të dobré semjona tëch dobrëch roslin ë të lëché semjona tëch lëchich roslin. Ale nëch semjón nji ma vjidzec. Të krëjamkò spjõ v zemji jaż to abò no so wudbô wodecknõc. A téj nôprzód nacznje sã klëc ë vstëdlëvje vëszczitac do słúnjca malincjim, snôżim, njeszkòdlëvim kłã. Jeżlë to je kło radiscji abò róże, móże tã do wolé wostac rostõcë. Jednak cjéj to je jacji chvast, mùszi jen natëchstopach vëpłoc, cjéj le jen chtos rozpòznaje. A to dało grozné semjona na planéce môłéwo princa… to bëłë semjona baobabóv. Ta zemja té planétë bëła z njimi zachvaszczonô. A baobaba, cjéj wo dostónjesz za pòzdze, njigdë jú nje mdzesz lós. Ten zasztopje tã całõ planétã. Won jã rozdzúravji svòjimi kòrzenjami. A jeżlë planéta je za malinkô a baobabóv je za vjele, të jã rozdervjõ.

     «To jidze wo dëscëplënã», rzek mje pòzdnjé môłi princ. «Jak reno sã wobchãdożisz, brëkùjesz téż baczlëvje wobchãdożëc svòjã planétã. Je trzébno sã zdëscëplënovac a regùlarno płoc baobabë, cjéj le jich sã rozeznaje wod róż – a za tëmi wonë mòcno szlachùjõ, cjéj sõ bar·zëchno môłé. To je wokrop przikrzõcô sã robòta, ale bar·zo letkô».

     Jednewo dnja won mje doradził spróbòvac vëkònac dobri céchùnk, że dzecóm z mòjich strón to bë dobrze vlazło do głovë. «Cjéj rôz sã dadzõ v dargã, rzek mje, móże to jim bëc przëgódné. To njijak nje vadzi so czasã wostavjic robòtã na pòzdnjé. Le z baobabamí to je vjedno wobrota. Jô znôł jednã planétã, co bëła zamjeszkóná przez jednewo zgnjélcocha. Zanjedbôł trzë drzévjõtka…»

     Tak, vedle pòlétë môłéwo princa, jô móm tútã planétã nacéchòvóné. Jô njechc njijak brzëmjôc jak móralësta. Ale njebezpjek baobabóv je tak mało znóni, a ten, co sã v tim wobrzészkú nje wopase, réskùje tak pòvôżno, że ten jedúrni rôz jô zrobjã vëjimk. Gôdajã: «Dzecë! Va wupasújta na baobabë!»

     Jô móm sã tëlé przë tim céchùnkú narobjałé dlô mòjich drëchóv pravje dlô przestrzedzji przed njebezpjekã, co sã wo nas wocérô wod dôłdzjéwo czasë, chòcô më, v tim jô sóm, anjé to nje merkómë. Cjéj to bëła dobrô pòwuka, téj mje to signje za mój trúd. Va sã móże pitôta: jakùż to przinjdze, że v ti knidze nji ma drëdzjich tak pësznëch céchùnkóv jak nen z baobabami? Wodpòvjesc je dëcht prostô: jô próbòvôł, le mje sã to nje wuzdarzëło. Cjéj jem céchòvôł baobabë, jô béł pòdskaconi pòczëcim alarmérëjõcé pòtrzebë.

Słowniczek:

réza podróż
znôjma pomału, krok po kroku
jiver kłopot, zmartwienie
worôz nagle
bëc z czim spòkójni zadowolony, kontent
karno stado, grupa
vjiléba prawda, otóż to, zaiste
mõklac rozmyślać, zastanawiać się
trobel kłopot
kło kiełek
natëchstopach natychmiast
klëc sã kiełkować
vëszczitac wschodzić z ziemi
radiska rzodkiewka
bëc czewu/kòwu lós pozbyć się czegoś/kogoś
przëgódni przydatny, podręczny
wobrota klęska, skaranie boskie
wobrzészk obowiązek
wopasc sã dopilnować, ustrzec się
réskòvac ryzykować
jedúrni jedyny
vëjimk wyjątek (też: fragment)
wupasovac uważać
pòwuka nauka, pouczenie
pòdskaconi podekscytowany, podniecony

 

„Môłi princ”: rozdział IV (przeczytaj fragment)

IV

     Tak jô sã mjôł vëdovjedzoné wo drëdzji barzo vôżni rzeczi: ëż jewo rodnô planéta bëła ledvje vjikszô jak jeden bùdink. Tim jô sã nje zadzëvòvôł. Dobrze jem vjedzôł, co wokróm vjeldzjich planét jak Zemja, Jupjiter, Mars abò Vjitrznjô – co tim sõ vëdóné mjona – to dô téż sta drëdzjich, jacjé téj-séj sõ tak môłé, że mùszi sã dichtich namarachòvac, cobë jich z fernrórã dozdrzôł. Cjéj jacji gvjôzdôrz jednã vëkrëje, dô ji numer jakò mjono. Nazvje sã na przikłôd «asterojida 3251».

     Jô móm pòvôżné przëczënë vjerzëc, co planéta, z jacjé pôchôdôł môłi princ, to ba asterojida B 612. Na asterojida bëła vjidzec przez fernrór le jeden rôz, v 1909 roce, cjéj dozdrzôł jã jeden tëreccji gvjôzdôrz.

     Won przedstavjił z paradõ svój nôlôzk na Mjedzënôrodnim Kongresú Gvjôzdarstva, le przez jewo rúchna njicht jemù nje wuvjerził. Ti wustni jú tacji sõ.

     Szczescim dlô repùtacëjé asterojidë B 612, jeden tëreccji diktatór nakôzôł svémù lëdovi sã pò europskú woblakac. Gvjôzdôrz pòvtórził svòjã demonstracëjõ v barzo pësznëch rúchnach. Ë tim razã vszëtcë trzimalë jewo słova pòvôżno.

     Jeżlë vama rozpòvjôdajã të detale wo asterojidze B 612 ë vëjôvjajã vama jejé numer, to z przëczënë tëch wustnëch. Ti doroczni majõ rôd cëfrë. Cjéj va jim gôdôta wo svim novim drësze, ti njigdë sã nje pitajõ zó tim nôvażnjészim. Njigdë vama nje rzekõ: «Jakùż brzëmji jewo głos? V ceż nômjilé graje? Zbjérá won mjotélcji?» Wonji sã vajú pitajõ «Jak stôri won je? Kùleż mô bratóv? Vjeleż won vôżi? Kùleż zarôbjô jewo tatk?» Ë vjerzõ, że blós tak mògõ wo pòznac. Gabë va rzeklë tim wustnim: «Móm vjidzoné pjãkné chëcze, wod czyrzvjoné cegłë wubùdovóné, z mëszkôtã v woknach ë gòłõbkami na dakú…», ti bë nje rozmjelë so në chëcze wudbac. Cjéjbë le rzec: «Móm vjidzałé chëcze za sto tësõci frankóv», téj wonji krzikajõ «Jacjé të mùszõ bëc pjãkné!»

     Tak samò cjéj jim rzeknjeta: «Ten dokôz, że to pò prôvdze dało môłéwo princa nó tim svjece, je tacji, że béł snôżi, że sã smjôł ë że chcôł baranka. Cjéj njichto chce baranka, to je dokôz, że won egzëstëje», téj wonji le rëszajõ remjonama ë trzimajõ vajú za dzecë! Le jak va jim rzeknjeta «Ta planéta, co z té won pòchôdôł, je asterojida B 612», téj ti bdõ dokònóni ë vama dadzõ pòkú se svòjimi pitanjami. Wonji tacji sõ. Za vjele wod njich nji móże vëmagac. Dzecë mùszõ jim bëc barzo vërozmjałé.

     Ale pevno, że më, chtorzi rozmjejemë żëcé, sã smjejemë nad lëczbami! Jô bë rôd mjôł tã pòvjesc naczãté tak jak sã zapòczinô pòvjôstcji. Jô bë chcôł mjec rzekłé: «To béł jednim razã môłi princ, ten żił na planétce blós përzinkã vjikszi jak won sóm ë pòtrzébòvôł drëcha…» Tim, chtërni rozmjejõ żëcé, to bë sã zdôva prôvdzëvszé.

     Jednak jô njechc, co mòjã knigã bë czëtalë letkò a njedbale. Nó mjã przëszła vjelgô żałota, cjéj jô jõł rozpòvjadac wo tëch spòmjinkach. To jú sõ szesc lat jak mój drëch wodszed se svòjim barankã. Jeżlë próbùjã jewo tú wopjisac, to temù, co bë jô wo nje zabéł. To je smãtné zabëc drëcha. Nje vszëtcë majõ drëchóv. A jô bë móg sã stac jak ti wustni, jacji njizaczim sã nje cjerëjõ, le za cëframi. To temù jô so zôs kúpjił pùdełkò akvarelk a blifcji. To je żimkò do zapòczicô, v mòjich latach nanovò céchòvac, jeżlë sã njigdë nji mja próbòvóné njic jinszéwo jak zamkłô bóa ë wotemkłô bóa – cjéj sã bëło szesc lat stôrim! Jô mdã próbòvôł, to je gvës, robjic nôvjernjészé vëmalanjce jak to sã dô. Le jô nje jem czësto gvësni, że mje sã to wuzdarzi. Jeden céchùnk sã wudô, jini ale jú njizaczim nje vëzdrzi. Jô sã téż milã ve vjelgòscach. Tú môłi princ je za vjeldzji. Tã je za môłi. Jô sã téż stanovjã, jakõ farvã mja jewo wobleczenjé. Téj jô próbùjã jakòs-takòs na slepéwo, nó ten, na jini ôrt. Jô sã zmilã na wostatk przë tëch nôvażnjészich drobnotach. Ale to mdze trzébno mje przepùszczëc. Mój drëch njigdë njic nje tłomacził. Pevno won vjerził, że jô jem tacji jak won. To je szkòda, le jô nje rozmjejã vjidzec barankóv przez skrzincji. Jô jem mést dróbkã jak ti wustni. Jô jem sestarzałi.

Słowniczek:

Jupjiter Jowisz
Vjitrznjô Wenus
téj-séj czasem
dichtich mocno, bardzo
namarachòvac namęczyć przy pracy
fernrór teleskop
gvjôzdôrz astronom
gvjôzdarstvò astronomia
nôlôzk znalezisko
doroczni dorosły
nômjilé najchętniej
mjotélk motyl
mëszkôt worãżé, geranium, pol. anginowiec
dokôz dowód
wudbac tu: wyobrazić
dokònóni przekonany
pòvjesc opowiadanie, historia
blifk ołówek
vëmalanjc portret
na slepéwo na chybił-trafił
nó ten, na jini ôrt w taki czy inny sposób
na wostatk w końcu, nareszcie
przepùszczëc tu: wybaczyć
mést chyba, prawdopodobnie
dróbkã trochę

Jablonsczi: Refereńdum w Katalonii ë tej co dali?

Katalończicë rzeklë sí/jo! Za samòbëtnym katalońsczim państwã welowalo w refereńdum 90% z 2 260 000 tëch, co szlë do ùrn. Pòdôwają, że to je 42% wszëtczich, jaczi mają w Katalonii prawò welowac, blós mają to pòliczoné na spòdlim òddônëch kôrt ë nie je doch wiedzec kùli z nëch zarekwirowa Szpańskô pòlicjô. Gôdô sã, że to móże bëc nawetka kòl 700 000. Tedë nót bë bëlo gadac ò frekwencji 55%.

Rząd Katalonie, w zgòdze z przejãtim w zeptembrze przez parlameńt Przeńscowim Aktã, móże tere w 48 gòdzënach proklamòwac samòstójnotã. Premier Carles Puigdemont z aùtomatë móże òstac katalońsczim prezydeńtã ë wnetkã òglosëc parlameńtarną welacjã, a tej òb rok móże pòwstac nowô kònstitucjô nowégò eùropejsczégò kraju.

Nie wiémë, czë tak mdze, bò doch Madrit refereńdum nie ùznôwô ë za nic mô wòlą Katalonów. Tedë nie je rzeklé, że Szpańczicë nie mdą chcelë mòcą ùtrzëmac swòjã wladzã w Katalonii. To je baro mòżlëwé, w taczi sytuacji, czej wëszeznë Eùropejsczi Ùnie dali mdą cwierdzëlë, że co dzeje sã na Jiberijsczim Póllądze je bënową sprawą Szpanie.

Mòje pitanié: „tej co dali?” tikô sã prawie tegò, jak pò tim, co stalo sã 1 òktóbra w Katalońsce, EÙ ë zrzeszoné w pòspólnoce państwa, a w tim òsoblëwie Pòlskô, zrozmieją w kùńcu, że ceńtralizacjô wladze je bùten szëkù ë je ju czas zjinaczëc ceńtralno-regionalną zrzesz.

Jakno wiceprzédnik Kaszëbsczi Jednotë pòdpisëjã sã pòd slowama Dejowi Deklaracje ti Stowôrë Lëdzy Kaszëbsczi Nôrodnoscë: „Jesmë za mòcnyma samòrządnyma regionama ë mdzemë wspierac decentralizacjã jakno ôrt rządzeniégò krajã. Naszim célã je rozwij Pòmòrzégò, jakno wielekùlturowégò regionu ò wiôldżi spòlëznowò-gòspòdarzeniowi mòcë, chtëren mòże chronic zasobë spòlëznowi i jindiwidualny energie wszëtczich jegò mieszkeńców.”

Deceńtralizacjô pòzwôlô nié blós rozrzeszac ekònomiczné klopòtë, ale téż je òdpòwiescą na ambicje regionalnégò spòla. Mie jińteresëje kùlturowô aùtonomiô Kaszëbów ë òbëwatelsczi región, jaczégò pòczëcé bãdzemë twòrzëlë wëcmanim z wszëtczima mieszkeńcama województwa. Jistno jak jiny zrzeszony w Kaszëbsczi Jednoce, jô jem ti ùdbë, że nót je dac przedstôwcóm mieszkeńców Pòmòrzégò zarządzywac wikszim dzélã wërobionëch w regionie podatków. Jô wëpòwiôdajã sã procëm taczim spòlowim ë gòspòdarsczim praktikóm, jaczé zmiésziwają znaczënk najégò regionu, jak chòcle wëprowôdzanié z Pòmòrzégò wiôldżich firm z ùdzélã skôrbù państwa. Jô jem procëm calownémù pòdpòrządkòwaniémù sã naszich gbùrów ë rëbôków taczi eùropejsczi pòlitice, jakô nie widzy regionalnëch òsoblëwòsców gòspòdarzeniégò ë fëszowaniégò.

Timczasã, co mie mierzy, w eùropejsczim zjednanim w nôwikszim dzélu jidze ò pòlitikã ë financowé geszeftë państwów, co je dobrze widzec prawie tere w tim falu relacjów Szpanie ë Katalonie ë wnetka niżódny nó to reakcje ùnijnëch wëszëznów. Eùropejsczé regionë, kùlturë ë jãzëczi bezpaństwòwëch nôrodów są w tim wszëtczim dopiérze na drëdżim, jak nié na trzecym placu.

Madricczi dniownik „ABC” napisôl: “Niedzela kùńczi sã smùtnym wërozmienim, że nie dobëla ani Katalońskô, ani Szpańskô. Szkòda, że nie dalo sã rozlaniémù krëwie zascygnąc.” Mòglo bëc jinaczi tam, a mdze jinaczi wszãdze, dze miészëznów nie mdą wënôrodawialë ë w miono demokracje ògrańczalë jich aspiracjów, le bùdowôné mdze na spòdlim pòspólnégò zrozmieniô. Wszelejaczé dzejanié nót je òprzéc na lëdzczi solidarnoscy, ùwôżanim wòlnotë i sprawiedlëwòtë.

Lekcja 1: Kaszubski dla zaawansowanych

A teraz wyjmujemy pampersa, Żuczki! Tak mawiała moja świetna matematyczka, kiedy przechodziliśmy do trudniejszych zagadnień. To nie jest kurs dla szkoły podstawowej. Bez flaszki może tego nie rozpracujemy. Żeby dobrze mówić w jakimkolwiek języku, nie wystarczy mieć bogate słownictwo. Trzeba jeszcze dobrze znać idiomy, składnię, rejestr poszczególnych słów itd. Bez tego to będzie jak tłumaczenie „z góry dziękuję” na sławne „thank you from the mountain” zamiast „thank you in advance”. Przykro mi, w różnych językach różne rzeczy wyraża się w inny sposób, kaszubski nie jest pod tym względem inny. Żeby się dobrze wgryźć w kaszubszczyznę, warto czytać teksty. Najlepiej te autentyczne, dokumentowane przez badaczy języka, którzy chodzili od miasta do miasta i od wsi do wsi i słuchali opowiadań zwykłych ludzi, wychowanych w tym języku i kulturze. Wartościowymi zbiorami takich tekstów są Teksty pomorskie F. Lorentza, Die Sprache der Bëlôcë G. Bronischa, Gwara luzińska K. Nitscha i oczywiście Słownik gwar kaszubskich… B. Sychty. Powtarzałem wiele razy, że to powinna być Biblia i lektura obowiązkowa dla tych, którzy na poważnie chcą tworzyć po kaszubsku, ale z drugiej strony mam świadomość, że naukowy charakter publikacji, stosowane zapisy fonetyczne i słaba dostępność tych tytułów zniechęcają do czytania tych znakomitych kopalni wiedzy. Dlatego część wartościowych tekstów będę publikował tutaj, w transkrypcji na unowocześnioną ortografię stosowaną przez pisarzy skupionych wokół czasopism Bënë i buten oraz Zrzesz Kaszëbskô. Teksty będą opatrzone słowniczkiem i krótką analizą najciekawszych zagadnień i językowych smaczków.

Lekcja 1: Teksty pomorskie, tekst 294., Rumia

294. Rëmjô

To béł rôz jeden król, a ten nje chcôł svòjã córkã njikòmù jinszémù dac jak tacjémù, co do njewo przëszed a tak złgôł, a won jemù rzek: të łżesz! Te przëjachalë vjele panóv, tacji i tacji. Tak mjôł jeden wojc trzech sënóv. Tak ti dvaji, ti bëlë trzimóni za mõdri, a ten trzeci za głúpi. Tedë jachôł ten pjerszi do tewo króla, a te ten król jemù pòkôzôł takõ dlúgõ stodołã, ta mjała szestnôsce klepjiszcz. Cjedë ta svjinja zaknar’zevała na jednim kóncú a przëszła na drëdzji kónc, te wona dostała jú prosce. A ten sin pòvjôdôł:

– Mój wojc mô jesz dłëgszõ.
A te ten król szed z njim do pałacë svéwo. Tã stoja tacjé dłúdzjé drzévjã, co ten szpëc wod tewo do vjidzenjô nje béł. Tedë ten król móvjił:
– Môsz të tacjé dłúdzjé drzévjã jú vjidzoné?
A ten sin pòvjôdôł:
– Ó królë, wu méwo wojca tacjé dłúdzjé drzévjã je, że të gałãze jesz njebò sigajõ.
A ten król pòvjôdôł:
– To móże bëc.
A te ten król vzõn tewo sëna na pòle svòje a jemù pòkôzôł tacjé vjeldzjé vrëcji, że sztërzeji chłopji mùszëlë jednéwo vrëka dvjigac na wóz do wożenjô. A te ten król jemù rzek:
– Vjidzôł të jú tacjé vrëcji?
A won jemù rzek:
– Mój królë, mój wojc mô tacjé vrëcji, cje bë królóv szëmel sã v tewo vrëka vgriz a pòtemù zôs z njewo vëlôz, te won bë béł tacji éléfant.

Tak ten król mù pòvjôdôł:
– To móże bëc. Tak, sënje, terôzcji të trzë fraji sõ do kònca, môsz jic do dóm.
Tak tedë szed ten drëdzji, wu tewo to bëło to samò.
Tak te ten trzeci, ten głúpi, pòvjôdô:
– Wojcze, jô púdã.
Tak te ten wojc jewo nje chcôł njijak do króla pùscëc, bò jewo trzimôł za głúpéwo. Ale won so nje dôł strzëmac a wod wojca szed. Przëszed do króla a të pitanjô bëłë të jistné. Te król z njim szed do svéwo pałaca a jemù pòkôzôł to dłúdzjé drzévjã. Tak te won mù rzek:
– Sinkù, vjidzôł të jú tacjé drzévjã?
A won pòvjôdôł:
– Ó, nôjasnjészi królë, mój wojc, ten mô tacjé dłúdzjé drzévjã, że të szpëce wod tewo derekt v njebò jidõ. Mój wojc jeż béł v njebje.
A ten król mù pòvjôdôł:
– Na, a ceż wojc pòvjôdôł, jakùż v njebje bëło?
– V njebje tak bëło jak na zemji. Najsvjãtszô panna, ta vësévała do krëp, a svjãti Józef, ten të plevë zbjérôł a wodnosił. A te pòkõd won v njebje béł, te jeden wucõn to drzévjã. Terôzcji jak won mjôł z dół na zemjã przinc? Tak te won so wukrõcił wod tëch plév tacji pòvróz a sã spùscił. A te ten pòvróz blós tak dalek sig, że won njiżódné zemje nje vjidzôł. Tak te won nje vjedzôł, co won mjôł zrobjic. Ale wuchvôcił jednã pchłã a wod té pchłë wudzar dvanôsce rzemjenji a zvjõzôł vszëstcjé do grëpë a te sã dalé spùscił. Te przëszed tak dalek, że móg zemjã vjidzec. Terôz njiżódné radë dalé nje vjedzôł. Tak te sã spùscił a vpôd v tacjé błoto a vpôd tak głãbòk jaż pò szëjã. Terô nji móg ale rút przinc. Ta głova bëła rúten. Przëszla dzëvô kaczka a na jewo głovje zbùdovała so gnjôzdo a znjosła jaje. Te przëszed vjilk a to jaje vëpjił a pòdnjós nogã a jewo zeszczôł. Tak te won svòjã rãkã vëdostôł rúter a vjilka za wogón wuchvôcił. A te zavrzeszczôł: Hú! Vjilk! Tak vjilk sã wurzas a jewo zarô vëvlék z tewo błotka. Ale won téż temù vjilkòvi zarô tã skórã z tewo wogòna scignõn. Ale królë, to jô cë mògã rzec, to bëła roztrõba! Czësto jinakszô jak królóv wojc mjôł, cje won wu méwo wojca svjinje pas!
Tak te jemù król pòvjôdôł:
– Sënje, të łżesz!
Tak ten głúpi mjôł dobëté przéz to, że ten król rzek „të łżesz!” a dostôł królovã córkã.

Słowniczek:

cje (obocznie do cjéj) kiedy, jeśli
derekt bezpośrednio (por. ang. directly)
fraji pytania (l.poj. fraga, ale g > j przed i,e zgodnie z lokalną niemiecką i dolnosaską wymową)
hú! buu!
jeż (obocznie do jaż) aż
knar’zevac o świniach: objawiać pociąg płciowy
królova córka królewna
najsvjãtszô właściwie po kaszubsku nôsvjãtszô, tu: polonizm wzięty z języka kościelnego
szëmel siwek, koń maści siwej
roztrõba zabawa, rozrywka
rúten, rúter, rút na zewnątrz (głównie przy oznaczeniu ruchu z wewnątrz na zewnątrz, w przeciwieństwie do búten, które opisuje zwykle sytuacje statyczne, aczkolwiek nie ma między tymi formami ścisłej granicy)
rút przinc wydostać się
(obocznie do tam, tamò) tam
te (obocznie do téj) wtedy, więc

Uwagi do tekstu:

1. Warto zwrócić uwagę na częsty podwójny podmiot w zdaniu, który jest wyrażony zaimkiem ten/ta/to:

To béł rôz jeden król, a ten nje chcôł svòjã córkã njikòmù jinszémù dac (…)

Najsvjãtszô panna, ta vësévała do krëp, a svjãti Józef, ten të plevë zbjérôł a wodnosił.

W języku polskim, jeśli już pojawiłaby się taka konstrukcja, użytoby zaimka on/ona/ono.

2. W języku kaszubskim dużo częściej można stosować biernik, również w zdaniach z negacją, por.:

Ten chcôł svòjã córkã (B) kòmù jinszémù dac. → Ten nje chcôł svòjã córkã (B) njikòmù jinszémù dac.
On chciał dać swoją córkę (B) komuś innemu. → On nie chciał dać swojej córki (D) nikomu innemu.

To (B) jô vjém.To (B) jô nje vjém.
Wiem to (B). → Nie wiem tego (D).

 

3. W j. kaszubskim zestawienie podmiotu ze słowem vjele nie wymaga użycia orzeczenia w rodzaju nijakim. Porównaj:

Te przëjachalë vjele panóv.
Wtedy przyjechało wiele szlachciców.

V tëch chëczach bëłë vjele wocjen.
W tym domu było dużo okien.

4. Zapamiętaj: trzëmac kòwo/kògò zauważać kogoś za (łączy się z mianownikiem lub dopełniaczem), bëc do kònjca/kúnjcaskończyć się oraz nje vjedzec (so) njiżódné radë nie wiedzieć co zrobić, być w kropce.

Ti bëlë trzimóni za mõdri, a ten trzeci za głúpi.
Oni byli uważani za mądrych, a trzeci za głupiego.

Ten wojc jewo nje chcôł njijak do króla pùscëc, bò jewo trzimôł za głúpéwo.
Ojciec nie chciał go żadnym sposobem puścić do króla, bo uważał go za głupiego.

Të trzë fraji sõ do kònca.
Te trzy pytania się skończyły/wyczerpały.

Ten tidzenj jú zarô mdze do kònjca.
Ten tydzień już zaraz się skończy.

Ta wojna je na wostatk do kònjca.
Ta wojna nareszcie się skończyła.

Terôz njiżódné radë dalé nje vjedzôł.
Teraz nie wiedział co zrobić.

Nje vjém so njiżódné radë.
Jestem w kropce.

5. W języku kaszubskim bardzo rzadko stosuje się chtëren jako zaimek względny odpowiadający polskiemu który. Najczęściej człon podrzędny wprowadza się przez użycie co lub konstrukcji co + odmieniony zaimek ten/ta/to.

Tã stoja tacjé dłúdzjé drzévjã, co ten szpëc wod tewo do vjidzenjô nje béł.
Tam stało takie wysokie drzewo, wierzchołka którego nie było widać.

Më jesmë bëlë ti, co slédni przëszlë.
Byliśmy tymi, którzy przyszli ostatni.

To je ten kùnjda, co z tim jô gadac njechc.
To jest ten typ, z którym nie chcę rozmawiać.

6. Rzeczowniki r. męskiego dużo częściej mają w dopełniaczu -a tam, gdzie pokrewne wyrazy w języku polskim mają -u, por.:

Król z njim szed do svéwo pałaca a jemù pòkôzôł to dłúdzjé drzévjã.
Król z nim szedł do swego pałacu i pokazał mu to wysokie drzewo.

Por. też np.:
do lasa – do lasu
do woza – do wozu
do woła – do wołu/woła

7. Nie jest to ścisłą regułą, ale zaimki pytające najczęściej mają w j. kaszubskim partykułę –ż(e):

Na, a ceż wojc pòvjôdôł, jakùż v njebje bëło?
No, a co mówił ojciec, jak było w niebie?

Inne zaimki pytające:

CoCeż? Acz?                                                    Co?
ChtoChteż? Co za jacji? Co zócz?       Kto?
Gdze, KãdëGdzeż? Kãdëż?                    Gdzie?
Czemù → Czemùż?                                            Dlaczego?
JakJakùż? Jakże?                                         Jak?
JacjiJacjiż?                                                       Jaki?
Chtëren, ChtoriChtoriż?                        Który?
CjéjCjéjże?                                                      Kiedy?
Vjele, KùliVjeleż? Kùleż?                       Ile?
KõdkaKõdkaż? Kõdzeż?                        Którędy?
Skõdka Skõdkaż?                                        Skąd?

8. Kaszubszczyzna północna rozróżnia formy dopełniaczowe z końcówką -e od celownikowo-miejscownikowych z końcówką -i dla takich rzeczowników jak zemja, jabłónj, kùchnja, szëja itd.:

V njebje tak bëło jak na zemji (Msc).
W niebie było tak jak na ziemi.

Won njiżódné zemje (D) nje vjidzôł.
On nie widział żadnej ziemi.

Por. inne przykładowe zdania:

Na jabłonji (Msc) bëłë vjele jabk.
Ti jabłonji (C) je trzeba dac vjicé vjidu/vjidë.
Bez jabłonje (D) më nje mdzemë mjelë njiżódnëch jabk.

Tatk varzi v kùchnji (Msc) pôłnje.
Ti kùchnji
(C) je trzébno remònjtu/remònjtë.
Z kùchnje
(D) je czëc za fejn wonjõ.

Të môsz na szëji (Msc) snôżi agnest.
Tvòji szëji (C) njick sã nje stało.
Wona mja szalã vkół szëje
(D) zavjitõ.

Teksty pomorskie
można w całości pobrać z biblioteki cyfrowej pod tym linkiem.

 

 

Hebel: Jestem jednym z kaszubskich świrów

Nazywam się Adam Hebel. Jestem jednym z kaszubskich świrów. Tych, co chcą, żeby każdy był zmuszony gapić się na kaszubskie nazwy miejscowości. Tym, który nie zwraca uwagi na to, że komuś może się nie podobać Wejrowò i który z tym kaszubskim troszeczkę już przesadza. Zanim mnie skrytykujesz albo olejesz jako kolejnego świra, przeczytaj proszę co mam Ci do powiedzenia, żeby zrozumieć, dlaczego jesteśmy tacy, jacy jesteśmy.

Po pierwsze: zależy nam na obecności kaszubskiego w przestrzeni publicznej, bo to również nasza przestrzeń. Musisz zrozumieć (w sumie nie musisz, ale byłoby miło, gdybyśmy się rozumieli), że kaszubski to dla mnie i innych „świrów” podstawowe narzędzie komunikacji. Nie jest to moje hobby, które uprawiam, jak mnie żona wypuści na weekend, tylko znaczy on dokładnie tyle, ile dla Ciebie język polski. Jak się budzisz, to pierwsza myśl, niezależnie czy to „o k****”, czy „jaki piękny dziś dzień!”, to Twój pierwszy komunikat wysłany do samego siebie w języku polskim. Ja ten komunikat wysyłam w kaszubskim. Robię zakupy po kaszubsku, pracuję po kaszubsku, spędzam czas wolny po kaszubsku. Czy to męczące, całe życie z kaszubskim? – możesz pomyśleć. Więc ja spytam – a Ciebie nie męczy ciągle ten polski? Jak widzisz, to po prostu naturalne narzędzie komunikacji.

Ale co to Ciebie obchodzi i dlaczego mam się z tym narzucać w formie kaszubskich tablic? Teraz proszę Cię o zrozumienie kolejnej rzeczy – my Kaszubi nie mamy swojego państwa, które by się nazywało „Kaszubska Republika” czy tam „Święte Cesarstwo Narodu Kaszubskiego”, co nie znaczy, że swojego państwa w ogóle nie mamy. Naszym państwem jest Rzeczpospolita Polska, która gwarantuje nam prawa do używania własnego języka. I teraz zauważ, że Twój język jest pokazany na tablicach, mój nie, a oba języki mają prawo funkcjonować w przestrzeni publicznej. Czy ja mówię, że nie życzę sobie tablic po polsku na mojej ziemi? Nie, a mógłbym używać argumentów typu „150 lat temu tutaj nie było polskiego, tylko niemiecki”, „są to tereny zamieszkiwane przez Kaszubów”, „jesteśmy ludem, który przybył tu jako pierwszy z wszystkich obecnych tu współcześnie”. Dlaczego tego nie robię? Bo po pierwsze uznaję, że polski jest językiem urzędowym w RP, po drugie szanuję ludzi, których przodkowie (bądź oni sami) przyszli tu później niż moi przodkowie.

W takim toku rozumowania zupełnie niezrozumiałe jest, dlaczego można w ogóle nie życzyć sobie kaszubskiego na tablicach? Zrozum, że ja nie jestem uchodźcą (choć przez karnację można mnie pomylić…), nie mam gdzie sobie stąd iść, ja nie mam jakiejś swojej ojczyzny, w której mój język funkcjonuje, do której mogę sobie pójść, jak mi się nie podoba, że mnie nie chcą tutaj. Ja nie mam dokąd iść, a na własnym terenie muszę udowadniać, czy miasto, które było domem moich przodków jest na tyle moje, że mogę sobie „dostawić” kaszubską tablicę pod polską, pod tablicą w Twoim języku, który jest Tobie tak bliski, jak mi ten, którego tak bardzo sobie nie życzysz. Jak nie ma prawa funkcjonować tutaj, to przepraszam, gdzie ja mam sobie pójść? Dokąd?!

No, ale przecież kiedyś ci Kaszubi tego nie mieli i im nie przeszkadzało – zapewne przechodzi Ci taka myśl przez głowę. Owszem, nie narzekaliśmy – bo nie mieliśmy gdzie! Dawniej za mówienie po kaszubsku można było dostać po głowie i to bardzo dosłownie. Czy do tego też mamy wrócić, bo przecież nikt nie narzekał? Ja nie chcę wprowadzić niczego nowego, chcę po prostu uznania tego, co już jest. Język polski nie jest zagrożony, po prostu obok niego tak jak funkcjonuje naturalnie, tak też na tablicy zafunkcjonuje język tych, którzy tu mieszkają tu prawdopodobnie od VI wieku n. e.

No, ale tu jest Polska i język polski ma być używany! Ten argument jest szczególnie bolesny. Polska dzisiaj to ta sama, która kilkaset lat temu słynęła z wielu języków i narodów żyjących wspólnie pod jednym panowaniem (te fajne czasy, kiedy szlachta miała takie zakręcone szabelki i jak się mówiło, że się jedzie nad polskie morze, to nie było wiadomo, czy się jedzie na północ czy na południe). Co się stało, że dzisiaj drugi język nie może sobie spokojnie stać obok pierwszego? Zrozum, że taki argument każe mi i podobnym do mnie żyć w paradoksie. Z jednej strony dajesz mi do zrozumienia jak bardzo do Polski nie pasuję, z drugiej nie pozwalasz nawet pomyśleć o zakwestionowaniu tejże Polski. Co ja mam w tej sytuacji zrobić? Jak się nie podoba w Polsce to wypad do siebie… ale ja jestem u siebie!

Pomyślałeś/aś, pisząc, że nie życzysz sobie kaszubskich nazw, co ja w tej sytuacji czuję? Jak czuje się ktoś, kto jest u siebie, a kiedy obecność mojego języka w przestrzeni publicznej może wzrosnąć z 0,001% do 0,002%, ktoś mówi, że to za dużo? Wiesz jak spoglądam w oczy mijanych ludzi, którzy być może są także w grupie tych, co sobie nie życzą? Pomyślałeś/aś, że język, z którym te świry tak przesadzają, to język bliski komuś tak jak Tobie ten, w którym właśnie teraz odbywasz procesy myślowe? Co by było, gdyby Tobie ktoś chciał wydrzeć język Twoich przodków w miejscu Twojego urodzenia i miałby obiekcje co do takich drobnostek jak powierzchnia czterech zielonych tablic? To, że nam nikt nic nie odbiera, bo my tego nie mieliśmy, jeszcze pogłębia moją rozpacz. W momencie, kiedy nasz język został niemal w stu procentach wytępiony, często przemocą, powolutku zaczyna się robić normalnie – tak jak nie było za Niemiec ani za II RP, ani za komuny. Zaczyna się robić normalnie i w tym normalnym społeczeństwie spotykamy się na własnej ziemi z taką reakcją. Zastanów się przez chwilę, co ktoś taki jak ja musi teraz czuć…

„Gramatika kaszëbsczégò jãzëka” H. Makurat oczami fonetyka

Przejdź do recenzji.

Prof. Lechosław Jocz z Gorzowa Wielkopolskiego, specjalista od fonetyki i fonologii kaszubskiej, recenzuje Gramatikã kaszëbsczégò jãzëka autorstwa dr Hanny Makurat. To kolejny głos w sprawie książki, wokół której toczyły się burzliwe dyskusje po krytycznej recenzji Macieja Bandura na łamach Skry (do przeczytania tutaj). Gramatika jest wykorzystywana jako pomoc naukowa m. in. w szkolnictwie wyższym. Jakość publikacji budzi jednak sporo wątpliwości, a autor najnowszej recenzji dostrzega również szersze problemy, z którymi boryka się środowisko badaczy języka kaszubskiego:

Już od dawna towarzyszy mi przeświadczenie, że nasze środowisko naukowe odzwyczaiło się od prawdziwych, krytycznych recenzji. Znakomita większość współczesnych recenzji to recenzje-sprawozdania, recenzje-streszczenia czy recenzje-laurki o niewielkiej zazwyczaj lub wręcz żadnej naukowej wartości. Jest to zjawisko bardzo złe, hamujące rozwój i oddalające nas od nauki światowej. Zwłaszcza w małych dziedzinach – jaką jest kaszubistyka – prowadzi ono bardzo szybko do różnego rodzaju patologii – pisze językoznawca.

Prof. Jocz zrecenzował rozdział Gramaticzi traktujący o fonetyce. O przyjętej przez Autorkę normie napisał:

Wszystko to tworzy obawy, że mamy tu w najlepszym wypadku do czynienia z czysto subiektywnym i apriorycznym opisem własnego idiolektu czy slangu jakiejś niewielkiej grupy towarzyskiej, lub wręcz wyobrażenia autorki o nim, wyobrażenia wykrzywionego w takim czy innym stopniu przez wiedzę teoretyczną i znajomość dotychczasowych, często bardzo nieprecyzyjnych opisów. Jeżeli chodzi o podstawy naukowe, to autorka dzieli się z nami tylko
bardzo ogólnikowymi informacjami o korzystaniu z „językoznawczych artykułów i monografii, atlasu i słowników języka kaszubskiego”. Pada tu co prawda następnie kilka konkretnych
tytułów, ale bez dokładniejszego określenia, w jakim stopniu i w jaki sposób autorka z wymienionych publikacji korzystała: czy były to tylko źródła przykładów, czy któreś z opracowań było podstawą opisu gramatycznego, czy któreś z nich miało głos decydujący w przypadkach spornych itp. Całość przedstawionych tu zarzutów budzi niestety poważne wątpliwości co do wiarygodności Gramatyki już przed zapoznaniem się z jej tekstem zasadniczym.

Prof. Lechosław Jocz od lat zajmuje się kaszubską fonetyką i fonologią i jest obecnie jedyną osobą specjalizującą się w tym temacie. Jest autorem wielu książek i artykułów, a wiele z nich jest dostępnych na jego profilu Academia.edu